Dzieje grzechu/Tom pierwszy/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Dzieje grzechu

Tom pierwszy

Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


O naznaczonej godzinie Ewa kupowała bilet wejścia w kasie wystawy obrazów. Czyniła to, oglądając się podejrzliwie na wszystkie strony. Po białych stopniach marmuru szła cicho i bojaźliwie. Ręką przyciskała zbiegane serce. Minęła jedną salę i drugą. Tak dawno nie była w tym przybytku, niedostępnym dla nieszczęśliwych! Obrazy nawet liche, wywierały na nią wrażenie, które było urokiem. Snuły się w oczach, jakby tłumy uczuć cudzych, pochody wstrząśnień duchowych obcych, które na nią, idącą samotnie, nagle zwróciły uwagę, skoro tylko weszła. Cisza ją ogarnęła i zaraz szczery żal, subtelne żądło włoskiego sztyletu.
Szczerbic stał w głębi trzeciej sali. Nie było tam nikogo. Widok jego miłej postaci, łagodny uśmiech i dobrotliwe spojrzenie uciszyły wzburzenie. Podała mu rękę z radością, jako obrońcy od wszelkiego złego.
Szepnął zaraz:
— Jedziemy?
— O, Panie!
— Jedziemy?
— No... tak!
Tyle nocy nic spała, tyle godzin walczyła ze sobą i wszystkiem, żeby wreszcie powiedzieć to słowo. Oto je wyrzekła. Oczy zaszły szybkiemi łzami, którym, jak żebrakom, ukazywać się nie wolno.
— Czy pan mię nie opuści?
— Nie! — wyrzekł głosem szczególnym, któremu nie mogła nie wierzyć.
— Czy pan mię nie zgubi?
— Nie!
— Jestem teraz w ręku pana, jak rzecz.
— Dałem słowo, — mruknął. — Kiedy wyjeżdżamy?
— To od woli pana zależy.
— Musi pani natychmiast wyrobić sobie paszport. To musi pani wykonać sama, ale w najgłębszym sekrecie przed domownikami. Dobrze?
— Dobrze. Naturalnie... — mówiła z wypiekami na twarzy.
— Wykaz długów?
Ewa wyciągnęła z pod rękawiczki kartkę z notatką długów swoich i ojcowskich. Było tego rażeni czterysta kilkadziesiąt rubli. Szczerbic wydobył niezwłocznie z pugilaresu pięć storublówek i wręczył je Ewie. Musiał polecić jej, żeby schowała te pieniądze, gdyż je dzierżyła jak na pokaz, w drżących rękach. Sto rubli wręczył jej nadto na wydatki i koszta podróży do Wiednia.
— Gdy pani wyrobi paszport, da mi pani znać przez posłańca. Proszę napisać jeden jakiś wyraz. Nazajutrz wyjeżdżamy. Jadę w jednym z panią pociągu tylko dlatego, że muszę opiekować się... Przecie pani nie była jeszcze zagranicą. Gdyby nie to, pojechałbym sobie wprost na Rivierę. To już wszystko.
— Wszystko... — szepnęła rozpalonemi wargami.
— Ach, jeszcze jedno! Byłbym zapomniał. Dowiadywałem się o ojcu pani, ale skąpe mam informacye. Wiem tylko, że mieszkał niegdyś na wsi, później był tu i owdzie, wreszcie u Kraftów. Wszak prawda?
— Mieszkał... Miał własną wioskę... Był u Kraftów.
— Otóż właśnie. Niezupełnie dobrą miał tam notę, ale nic złego. Proszę powiedzieć ojcu, żeby się zgłosił do kantoru nowego domu komisowo-handlowego pod nazwą »Unitas«. Ja tam jestem jednym z członków założycieli i współwłaścicielem. Niech go pani pośle, niby to przypadkiem zasłyszawszy, że tam można dostać miejsce. Mógłby tam być magazynierem. Będę w tem, żeby go zaraz umieszczono.
Ewa ścisnęła jego rękę.
— Pożegnam już panią, gdyż tu lada chwila ktoś mógłby nadejść. Do widzenia... w wagonie!
— Do widzenia...
Usiadła na kanapce w środku sali i zapadła w marzenia. Władze duszy zgasły. Drzemała. Ciche śnienie przesuwało się, jak obłoki jesienne, miękkie i chłodne. Płyną obłoki w odległe kraj, w omglone równiny, gdzie topolowe aleje i łany zbóż, gdzie ledwie widoczne wiatraki machają skrzydłami...
— Pocóż ten człowiek to wszystko robi? Jaki ma w tem cel, żeby mi dawać tyle pieniędzy? Dlaczego chce dać posadę ojcu?...
Uczuła, że łzy spływają po jej policzkach, a nie miała siły ich otrzeć. Myślała ociężale i obojętnie:
— Czy też to jest rzecz dobra, czy zła, wyjednać posadę ojcu, dać chleb i spokój matce? Czy też to jest cnota zostać nadal w kawiarni i żyć tutaj z roku na rok, aż do chwili zupełnej zguby? Coby też kazał w dniu dzisiejszym uczynić Łukasz? Czy on pochwali to, co zrobiła, czy ją za to odtrąci, że wzięła od Szczerbica pieniądze?
I znowu szereg tych samych myśli:
— Dlaczego Szczerbic dał mi te pieniądze? Co ma za cel, jaką myśl? Czy on jest szlachetny, czy łotr?
Jakieś słowo okropne przesunęło się obok zmysłu słuchu, — słowo ciemne, jak otwór lufy rewolwerowej, słowo niewątpliwe, jak trzask złamanej kości. Uśmiechnęła się do tego słowa mężnym uśmiechem. Wejrzała w nie spojrzeniem nieustraszonem. Nagle przesunęła się myśl:
— Żyd... Właściciel domu...
Od jednego drgnienia, — porwała się na nogi. Dotknęła palcami pieniędzy schowanych za stanikiem, żeby się przekonać, czy je posiada. Zapięła się, poprawiła suknie i cichutko wychodziła, żeby się wymknąć niepostrzeżenie. Gdy była w połowie pierwszej sali, ujrzała Horsta siedzącego na zielonej kanapce pod palmą. Trzymał rączkę laski przy ustach, — kapelusz miał na głowie, — oczy utkwione w jakiś obraz. Wstał, gdy się z nim zrównała, i skłonił się ozięble. Twarz jego miała wyraz drwiący, zwykły, lecz w oczach tlał jadowity płomyk.
— Pan tutaj? — spytała zmieszana, pokrywając to zmieszanie tonem nienaturalnie szyderczym. — Nie wiedziałam, że pan popiera sztuki piękne...
— Ach, bo pani mię zawsze nie doceniała, a ja tymczasem jestem sobie daleko więcej wart, niżby na oko sądzić można.
— Doprawdy? A czy się pan tylko nie przechwala?
— Przysięgam na dydka, że nie! Prawdę mówię. Więcej jestem wart od niejednego hrabicza, chociaż się wywodzę z najprozaiczniejszych burżujów.
Ewa wyciągnęła do niego rękę na pożegnanie.
— Niech pani jeszcze nie odchodzi, — mówił z zapałem, — na ulicy rozmawiać źle, w tej budzie pani niepodobna, a ja mam powiedzieć wiele ciekawych rzeczy. — Niech-no pani sobie tu usiądzie...
Zajęła miejsce na sofie — z pytaniem:
— No, cóż to tak interesującego ma mi pan powiedzieć?
— Przedewszystkiem muszę zrobić wymówkę... to jest, uwagę, że spotkania na wystawie należą do rodzaju bardzo shocking. To nie uchodzi!
— Panu nic do tego!
— Oczywiście. To też chciałbym mieć miłe prawo do robienia pani uwag...
— Tego towaru nie kupi tak łatwo.
— Nawet gdybym się uroczyście oświadczył o rękę pani?
Ewa zwróciła nań łagodne oczy i poczęła się śmiać dobrodusznie. Po chwili rzekła:
— Oto mi przynajmniej godny kandydat do stanu małżeńskiego. No, a miss Daisy?
— Miss Daisy była osobą płatną.
— Cóż się stanie z portretem tej ^płatnej osoby«?
— Będzie umieszczony nad szafą w bibliotece.
— Czy można wiedzieć, gdzie się znajduje szafa i zawierająca szafę biblioteka?
— Wszystko to jest w mej głowie.
— Fiu!
— Pani nie zna jeszcze problematu pod nagłówkiem: — Adolf Horst! Świsnę, — i będą natychmiast tysiące rubli. — Tupnę nogą i natychmiast wyskoczą...
— Żydzi z wekslami.
— Wcale nie! Wyskoczą: salony, karety, lokaje, liweranci...
— Niechże pan tupie, co tchu i zapłaci Barnawskiej nieprzeliczone dłużki.
— Powoli, powoli... Tupnę tylko na rozkaz pani... Bez tego... dla mnie niema... Jeszcze mi pani nic nie odpowiedziała, więc pocóż miałbym sobie psuć miłe wczasy z ciocią — Jagą?
— A prawda, że to jeszcze jakoś nie odpowiedziałam. Ale bo też pan... Żeby pan zaczął staropolskie »konkury«, »starał się« o mnie, zbierał mi o rannej rosie konwalijki, wzdychał choć trochę, grał pod mem oknem na mandolinie, harmonijce, albo choć na drumli. Żeby pan, naprzykład, zapłakał z miłości. Co, panie Adolfie? A tu tak, — prosto z mostu: moja panno z kawiarni: — zrobię ci łaskę, — ożenię się z tobą. Ale ja wiem, dlaczego to tak... prosto z mostu...
Horst siedział z pochyloną głową. Zamruczał:
— »On nie płakał, nie jęczał...«
— Któż to jest ów — »on?«
— No, Szczerbic.
— Ejże, panie, panie!
— A co, śliczna panno Ewo?
— Byliśmy zawsze przyjaciółmi, dobrymi sąsiadami. Żebyśmy się zaś nie podarli... Więc — nasze kawalerskie!
— Niema strachu! Pani wie, jakie uczucia żywię.
— Sapristi! jak to pan mówi. »Uczucia« i »żywię...« Tego właśnie, — ani w ząb, jakie to są uczucia?...
— Żartuje sobie pani.
— Żartuję.
— Co pani robi? — zaczął szeptać coraz ciszej. — Co znaczy ten Szczerbic?
— Nic panu do tego! Jak pan śmie!
Zerwała się z miejsca i chciała odejść. Pochwycił ją za rękę.
Twarz miał brunatną, niemal czarną. Oczy mu posępnie gorzały.
— Puszczaj mię... pan!
— Nie, nie! Niech mię pani słucha. Oto Barnawska już wie o stosunku pani z tym Szczerbicem i gotowa powiedzieć matce. Ojcu już powiedziała.
— Pan ją uwiadomiłeś?
Ja.
— I cóż pan myślisz na tem szpiegostwie wygrać?
— Wszystko. Chcę panią uratować od zguby. Bo teraz, — to już zguba!... Ja znam życie. — Któż je zna, jeśli nie ja? Ja jeden wiem, co należy robić. To też, — przysięgam! — ja nie dam, ja nie dam!
— Ja również... znam!... Precz! Wiem, co robię.
— Nie pozostaje mi więc nic innego, tylko zabić tego szubrawca!
— Zabij go pan z łaski swojej. Tkliwy Werther!
— Zrobię to prędzej może, niż pani sądzi.
Ewa śmiała się serdecznie, marząc, jak o szczęściu, o chwili wyjazdu. Przypomniała sobie jednak słowa Horsta, że Barnawska powiedziała już ojcu o znajomości ze Szczerbicem. Spytała tedy:
— Więc ta jędza już powiedziała memu ojcu, że ja znam się z hrabią Szczerbicem? To jest prawda, czy wymysł?
— Powiedziała.
— Zaraz do niej pójdę i rozprawię się.
— Co pani chce robić? Jeśli pani rozdrażni babę, to ona może zgubić i panią i całą rodzinę. Niech pani weźmie pod uwagę moją propozycyę. Jest to wyjście ze wszystkiego. Przekona się pani!... Jest to tak proste...
— Panie Horst, jesteś zabawny ze swemi aspiracyami do kobiet, tak nizko upadłych, jak ja.
— Kocham panią nad życie! Nie chłopiec lekkomyślny to mówi, lecz ja, Horst...
— Ech, nudny pan jesteś ze swą miłością »nad życie«. Niby ja nie wiem... Chciałoby się być moim narzeczonym« z półtora roku — prawda? Chce mi pan towarzyszyć do Barnawskiej?
— Ja? Po co?
— Mówiłam panu, że się rozprawię z jędzą. Może będę potrzebowała męskiej pomocy. Skoro mię pan tak kocha — (Horst i »kocham nad życie...«), to niechże mię pan broni w potrzebie... — W przeciwnym razie gotowam pomyśleć, że umie pan być tylko agentem cioci Barnawskiej.
Uśmiechał się złowieszczo. Kiwał głową, gdy zstępowali ze schodów, milczał, gdy szli ulicami w kierunku mieszkania Barnawskiej. Skoro zadzwonili, musieli, według zwyczaju, czekać dość długo. Nareszcie szczęknął opuszczony łańcuch, a zgrzytnął klucz w zamku i odsunął się zatrzask. Stara służąca, po wielu pytaniach i troskliwem skonstatowaniu tożsamości osób, wpuściła ich do przybytku. Barnawska siedziała na fotelu, obitym czerwoną skórą, z kolosalnemi nogami, obwiniętemi we flanele i opartemi o mały taborecik. Czuprynka jej była świeżo uczesana i obficie zwilżona pomadą.
— Bagatela! We dwoje... — zawołała radośnie, — czyżbyście już byli po słowie?
— Jeszcze niezupełnie... — odrzekła Ewa, siadając naprzeciwko starej damy. — Przyszłam właśnie poradzić się cioci. Co do mnie... Lękam się, że pan Adolf jest dla mnie za młody, za lekkomyślny... Przytem niedoświadczony...
— Swoich zaś doświadczeń życiowych panna Ewa nie chce ryzykownie ekspensować tylko dla mego szczęścia... — mówił Horst, zwrócony do Barnawskiej, jak do sprawiedliwego sędziego.
— Rzeczywiście... — podchwyciła Ewa, — wolę już sama dźwigać brzemię moich nieprawości, niż najmować współtragarza. Widzi ciocia, że jestem szczera.
— Bądź sobie szczera, czy nieszczera, to mię ani grzeje, ani ziębi. Źle robisz... — perorowała Barnawska z poważnym a dobrodusznym wyrazem twarzy. — Horsta ja znam, dziecko, do gruntu. Któż go zna lepiej ode mnie? A jednak ja ci radzę, ja właśnie. Rozważ, — ja radzę. Musiałabyś trzymać toto w łapie — co pewna.
— Ja sądzę, — podchwycił, — że może już lepiej trzymać toto w zamczystej śpiżarni.
— Ale gdyby się zaprzągł do roboty! Przecie to jest, moje dziecko, skończony inżynier z paryskich dróg i mostów, chłop zdolny, zdrowy, jak bizon. Wałkoń dziś, — nie przeczę, — któżby mógł przeczyć?... Ale ten sam wałkoń, gdyby tylko chciał, mógłby lekko zarabiać kilkanaście tysięcy rubli rocznie. Samabym dopomogła.
— Ależ to z cioci swatka! — zachichotała Ewa.
— No, jużcić wołałabym cię widzieć żoną Horsta, niż donną hrabiego Szczerbica.
— Panie Horst!... Słyszysz pan? — rzekła Ewa z wyzywającym uśmiechem. Nozdrza jej rozdęły się, przez oczy przeleciał błysk.
— Nie... bo ciocia jest pobożna, widzi pani... — szeptał cicho Horst.
— Cóż to, chcesz mnie może wyzwać na pojedynek? — spokojnie pytała Ewy Barnawska.
— Nie, wcale! Pani jesteś napewno poza linią strzałów pojedynkowych. Ja tylko proszę pana Horsta, żeby sprawdził swoje informacye, których pani udzielił, u mnie, u źródła.
— Jestem gotów, panno Ewo.
— Na czemże pan opierał swe przypuszczenia, że ja mogę zostać »donną hrabiego Szczerbica?«
— Na kilku spostrzeżeniach i własnym niepokoju.
— Słowem na twojem dotychczasowem postępowaniu, — dorzuciła Barnawska. — Co tu zresztą długo gadać? Krótko ci i jasno powiem: wyjdź za Horsta, jak Bóg przykazał, to wszystko będzie dobrze.
— Zapłaci naprzód, co pani winien... — ciągnęła Ewa.
— Zapłaci, co mi winien, a tybyś za to, dodam: musiała ręczyć, — no, potem zapłaci mi twoje długi, twego ojca długi. On się na to zgodził. — Słyszysz? Bo już mię ta twoja cała rodzinka poczęła nudzić. Ja ci powiem, że ze mną niema żartów. Wezmę którego dnia i trząsnę wami. Wylecicie na żebry, jak z procy. Ani się obejrzysz!
Ewa patrzyła na starą damę przygasłemi oczyma. Dzika zemsta... w głębi piersi... w spokojnem sercu.
— Cóż ty na mnie ślepkami łypiesz? — mruknęła stara zimno i nie ruszając się z miejsca. — Rób, co radzę. To moje ostatnie słowo. Trzeba się wziąć w kupę, romansowa panno! Znów może gdzie wyjedziesz, zabrawszy moje pieniądze, — i szukaj wiatru w polu. Ganiaj z wywieszonym ozorem po tropach, jak ogar za zajączkiem. A mnie to poco?
— Jeśli tylko zechcę, to wyjadę... — rzekła Ewa spokojnie. — Cóż mi pani może zrobić?
— A ja cię mogę zamknąć w kryminale, heliotropie pachnący!
— Mnie? — jęknęła.
— Ciebie, złotowłosa Elsinoe!
— A za cóż to, ciociu, za co? — pytał tkliwie Horst, przysuwając bliżej swe krzesełko.
Jakby w odpowiedzi na ten jego ruch, Barnawska przygarnęła ku sobie chustkę, leżącą na poblizkim stoliczku, a wraz z tą chustką, leżący pod nią, przedmiot jakiś niewielki a ciężki.
— Za co, kochany Abelardzie, to moja sprawa. Z twoich zaś spojrzeń szatańskich, bladolicy rycerzu, nic a nic sobie nie robię.
— Zawsze jednak niech pani w taki sposób w mojej obecności do panny Ewy ani jednego słowa więcej nie mówi, — bon? Żeby niby zgody między nami nie psuć. Najlepsza jest, wypróbowana przez ojców inkwizytorów metoda: maxima cum charitate et minima sanguinis profusione...
— Tak będę przemawiała, jak zechcę.
— Zapewniam panią mojem burżuazyjnem słowem honoru, że nie przemówi pani w podobnym tonie ani jednej sylaby. Wracajmy do rzeczy. Panno Ewo!
— O co chodzi? — spytała, budząc się z głębokiej zadumy.
— Miała pani rozmówić się z ciocią Barnawską Proszę.
— Rozmówić się, — ach, tak! Chce mnie, jak pan słyszał, zamknąć w kryminale. Nie wiem jeszcze za co, ale się nic a nic nie boję.
— Dobrze, motylku, dobrze. Rozmów się ze mną
— Bo ja rzeczywiście jestem motyl. Już byłam raz motylem... Gdyby pani wiedziała? Któż uwięzi motyla? Trzeba go złapać, a później szpilką przebić. Lecz motyl, który siada gdzie chce, nawet na czole Psyche tylko rozłoży złociste skrzydła — i już jest w niebie. A ja jestem motyl.
— Jest na wszystko prawo — i na motyle złociste... — śmiała się dobrodusznie Barnawska.
— Wykonawczyni i, że tak rzekę, pomocnico prawa! Znów powracamy do niemiłego tematu.
— Ty, która czynisz według prawa i której każdy krok zgodny jest z literą prawa, dajże wszystkie weksle mego ojca i wszystkie moje rewersy, kwitki, notatki, gdyż to wszystko w tej chwili zapłacę.
Barnawska nie ruszała się z miejsca. Jej zimna twarz wyrażała spokojny namysł i, pod maską tego spokoju, ostrożną ciekawość.
— Czekam na rewersy! — mówiła Ewa dźwięcznym głosem. Jednocześnie wydobyła pieniądze i zwitek ich pokazała Barnawskiej.
— Fiu-fiu! ostro idzie, — mruknęła stara.
— Czy dostanę rewersy? — mówiła Ewa głosem rozszalałym, który w sobie z całej mocy powstrzymywała.
— Ciekawam, czy też ojczulek i mamusia wiedzą o tych nowych źródłach dochodu?
— Wiem o nich ja i mój narzeczony, Łukasz Niepołomski, który przyjechał do kraju i będzie mię bronił od zniewag! — szeptała Ewa w natchnieniu, w górnym nastroju, z oczyma wzniesionemi w niebo. Łzy toczyły się po jej policzkach. Wierzyła całą duszą w kłamstwo, które z radością wygłaszała.
Barnawska mlasnęła ustami. Zaraz też wydobyła z zamczystej szuflady swój gruby, skórzany portfel i, założywszy kopalne okulary, poczęła szukać w nim i przewracać gorliwie.
— Kiedyż to Niepołomski powrócił? — spytał Horst zachrypniętym głosem.
— W tych dniach.
— Widać teraz jeździ z ambasadorami...
— Przez swego przyjaciela, hrabiego Szczerbica, przysłał rai te pieniądze, żeby mię nareszcie wykupić z niewoli lichwiarskiej, żeby mego biednego ojca uwolnić ze szponów łotrowskich. Żona Łukasza już się zgodziła na rozwód.
— Co pani takiego opowiada? — zaśmiał się szyderczo.
— Niech pan do niej pójdzie i zapyta w mojem imieniu, czy to nie prawda.
— Pójdę, pójdę.
Barnawska ułożyła na stole szereg kartek, kwitków na małych arkusikach i na dużych arkuszach. Poczęła liczyć, pisząc cyfry szyferkiem na małej tabliczce. Dodawała głośno, jak gdyby obok niej nikogo nie było w pokoju. Gdy wreszcie po długich deliberacyach podsumowała wszystko i Ogłosiła sumę, Ewa położyła na stół pięćset rubli i zażądała reszty.
Po chwili sama brała jeden rewers po drugim i sprawdzała rachunek. Upewniwszy się przy świadku Horście, że ani ona, ani nikt z jej rodziny nie jest nic winien Barnawskiej, zgarnęła kwitki i z rozkoszą poszarpała je, podarła, potargała na drobne kawałeczki. Otworzyła lufcik i całą garść frygnęła za okno.
Wtedy wstała i przesadny, panieński ukłon złożyła przed matroną, która śmiała się z niej grubo i serdecznie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.