Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ritate et minima sanguinis profusione...
— Tak będę przemawiała, jak zechcę.
— Zapewniam panią mojem burżuazyjnem słowem honoru, że nie przemówi pani w podobnym tonie ani jednej sylaby. Wracajmy do rzeczy. Panno Ewo!
— O co chodzi? — spytała, budząc się z głębokiej zadumy.
— Miała pani rozmówić się z ciocią Barnawską Proszę.
— Rozmówić się, — ach, tak! Chce mnie, jak pan słyszał, zamknąć w kryminale. Nie wiem jeszcze za co, ale się nic a nic nie boję.
— Dobrze, motylku, dobrze. Rozmów się ze mną
— Bo ja rzeczywiście jestem motyl. Już byłam raz motylem... Gdyby pani wiedziała? Któż uwięzi motyla? Trzeba go złapać, a później szpilką przebić. Lecz motyl, który siada gdzie chce, nawet na czole Psyche tylko rozłoży złociste skrzydła — i już jest w niebie. A ja jestem motyl.
— Jest na wszystko prawo — i na motyle złociste... — śmiała się dobrodusznie Barnawska.
— Wykonawczyni i, że tak rzekę, pomocnico prawa! Znów powracamy do niemiłego tematu.
— Ty, która czynisz według prawa i której każdy krok zgodny jest z literą prawa, dajże wszystkie weksle mego ojca i wszystkie moje rewersy, kwitki, notatki, gdyż to wszystko w tej chwili zapłacę.
Barnawska nie ruszała się z miejsca. Jej zimna twarz wyrażała spokojny namysł i, pod maską tego spokoju, ostrożną ciekawość.