Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnia i trząsnę wami. Wylecicie na żebry, jak z procy. Ani się obejrzysz!
Ewa patrzyła na starą damę przygasłemi oczyma. Dzika zemsta... w głębi piersi... w spokojnem sercu.
— Cóż ty na mnie ślepkami łypiesz? — mruknęła stara zimno i nie ruszając się z miejsca. — Rób, co radzę. To moje ostatnie słowo. Trzeba się wziąć w kupę, romansowa panno! Znów może gdzie wyjedziesz, zabrawszy moje pieniądze, — i szukaj wiatru w polu. Ganiaj z wywieszonym ozorem po tropach, jak ogar za zajączkiem. A mnie to poco?
— Jeśli tylko zechcę, to wyjadę... — rzekła Ewa spokojnie. — Cóż mi pani może zrobić?
— A ja cię mogę zamknąć w kryminale, heliotropie pachnący!
— Mnie? — jęknęła.
— Ciebie, złotowłosa Elsinoe!
— A za cóż to, ciociu, za co? — pytał tkliwie Horst, przysuwając bliżej swe krzesełko.
Jakby w odpowiedzi na ten jego ruch, Barnawska przygarnęła ku sobie chustkę, leżącą na poblizkim stoliczku, a wraz z tą chustką, leżący pod nią, przedmiot jakiś niewielki a ciężki.
— Za co, kochany Abelardzie, to moja sprawa. Z twoich zaś spojrzeń szatańskich, bladolicy rycerzu, nic a nic sobie nie robię.
— Zawsze jednak niech pani w taki sposób w mojej obecności do panny Ewy ani jednego słowa więcej nie mówi, — bon? Żeby niby zgody między nami nie psuć. Najlepsza jest, wypróbowana przez ojców inkwizytorów metoda: maxima cum cha-