Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


taborecik. Czuprynka jej była świeżo uczesana i obficie zwilżona pomadą.
— Bagatela! We dwoje... — zawołała radośnie, — czyżbyście już byli po słowie?
— Jeszcze niezupełnie... — odrzekła Ewa, siadając naprzeciwko starej damy. — Przyszłam właśnie poradzić się cioci. Co do mnie... Lękam się, że pan Adolf jest dla mnie za młody, za lekkomyślny... Przytem niedoświadczony...
— Swoich zaś doświadczeń życiowych panna Ewa nie chce ryzykownie ekspensować tylko dla mego szczęścia... — mówił Horst, zwrócony do Barnawskiej, jak do sprawiedliwego sędziego.
— Rzeczywiście... — podchwyciła Ewa, — wolę już sama dźwigać brzemię moich nieprawości, niż najmować współtragarza. Widzi ciocia, że jestem szczera.
— Bądź sobie szczera, czy nieszczera, to mię ani grzeje, ani ziębi. Źle robisz... — perorowała Barnawska z poważnym a dobrodusznym wyrazem twarzy. — Horsta ja znam, dziecko, do gruntu. Któż go zna lepiej ode mnie? A jednak ja ci radzę, ja właśnie. Rozważ, — ja radzę. Musiałabyś trzymać toto w łapie — co pewna.
— Ja sądzę, — podchwycił, — że może już lepiej trzymać toto w zamczystej śpiżarni.
— Ale gdyby się zaprzągł do roboty! Przecie to jest, moje dziecko, skończony inżynier z paryskich dróg i mostów, chłop zdolny, zdrowy, jak bizon. Wałkoń dziś, — nie przeczę, — któżby mógł przeczyć?... Ale ten sam wałkoń, gdyby tylko chciał, mógłby lekko za-