Dziady (Konopnicka)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Dziady
Pochodzenie Na drodze
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
DZIADY.

— A wy, Mikołajko, nie pójdziecie to dziś na zaduszki? — zapytałam stając w progu ogrodniczej izby, do połowy zawalonej świeżo wyciętą kapustą.

W izbie szarzał już po kątach wczesny mrok listopadowy, surowa woń jarzyń i ogrodowizny napełniała jej wnętrze. Pod zatkanem słomą okienkiem siedziała na nizkim zydlu „stara,“ jak ją zwykle zwano we dworze, w przepasanym grubą płachtą tołubku, z szeroko wyłożonym na ramiona kołnierzem zajęczym, obierając wielkie, przemarzłe nieco kapuściane głowy. Ręce jej, zgrzybiałe z zimna, trzęsły się przy tej pracy, żelazny wązki nożyk skrzypiał w soczystych głąbiach, a głowy padały z głuchym łoskotem na coraz rosnącą kupę.
Biała królica przysiadła na nogach „starej,“ grzejąc je swym puchem i ogryzając lecące z pod nożyka liście; kilkoro młodych goniło się z piskiem i tupotem po ubitej z gliny podłodze.
Smyrgnęły, gdym weszła, pod przycieś, a „stara“ podniosła głowę i wypatrzyła się na mnie zblakłemi oczyma.
— Nie pójdziecie to dziś na zaduszki? — powtórzyłam głośniej, wiedząc, że Mikołajka niedosłyszy nieco.
Rzuciła ramionami.
— A mnie co po zaduszkach? — rzekła. — Będzie tam i beze mnie gawronów dość...
— No, przecież pacierz zmówić, popatrzeć...
— Iii... Paciorek święty to ja i tu sobie, nie wymawiając Panu Jezusowi, odmówię; a patrzeć, na co ja ta będę? Jak się baby popiją, albo i chłopy?
Uderzyła energicznie nożykiem po głąbie, kilka liści opadło jej z kolan. Naraz westchnęła.
— Oj, widziałam ja, pani moja, zaduszki nie takie! — przemówiła po chwili. — Ale to nie tu, nie tu! Tam się to ono nawet inaczej nazywa. „Dady“ tam się nazywa, nie zaduszki. Już takie ludzie tam żyją, co wszystko inaczej nazywają.
Przysiadłam się do starej.
— I gdzie to Mikołajka te „Dady“ widziała?
— Ono to, proszę łaski pani, jest Wołynie takie, a tam wieś taka Kanonicze, niby taki kraj, na podób naszego; ale że nie ze wszystkiem... To my na owo Wołynie z nieboszczką panią z Zielonek, świeć Panie nad jej duszą, wyciągli, to się tam człowiek różnych rzeczy napatrzył! Bo to i naród inszy jest i obrządzenie takoż wszelkie takoż insze...
Na cmentarzu, na ten przykład, to nie tak, jak u nas, co to krzyż jeden duży na wpośrodku, a już te mogiłki wedle niego, jak mogą tak się tulą. Tam krzyż przy krzyzie sterczy, jakoby las jaki, co go śmierć z liścia otrzęsła i z zieloności wszelakiej; a wysokie to wszystkie jeden w jeden, z sośnic takich wyrobione, że to ha, jako, że lasów tam dostatek i o drzewa niema skrętu. To drugi krzyż stoi, stoi, aż i zgnije, i obalićby się rad, a niema jak i którędy; to się ino na ramieniach tych inszych zeprze i tak trwa... A na każdym krzyzie, proszę łaski pani, przewiązana płócienna zapaska, ot, fartuch taki, czasem długi, jak zwyczajnie dla niewiasty, a czasem, jakby dzieciński, taki krócieńki... Ot, jak się tam kto przepomódz może ze swoją biedą. Ale że na każdym wyszyty w rogu albo na wpośrodku krzyzik, albo i dwa i trzy krzyziki czerwoną wełną, jako że to niby ochfiara jest za tego nieboszczyka, co tam leży. To jak się czasem wiater pod noc porwie, a temi krzyziami skrzypieć zacznie, a zapaskami łomotać, to taki świst, taki jęk, taki lament, że aż psi wyją. To nie daj Boże iść człowiekowi w poblizkości, taki strach. A w cichość jak miesiąc zejdzie, to tak one płótna bieleją jak żywe... Właśnie jakby te duszyczki z pod ziemi wynikły i w giezłeczkach śmiertelnych, po onych mogiłkach, swoich stały... Ot, nie trza pod wieczór wspominać...
Przeżegnała się stara nożykiem w ręku trzymanym, szepcąc wieczny odpoczynek.
Po chwili tak mówiła dalej:
— Ale że choć i mogiły, to tam sobie naród inaczej funduje. Tu sobie mogiłka zwyczajna z piasku sypana, zarośnie darnią, to i dobrze, a nie zarośnie, to się w ziemię wdepce i do cna rozsypie... A tam, pani moja, to sobie mały duży „przykładziny“ funduje.
— Cóż to za „przykładziny“ ?
— Ano, to taki, proszę łaski pani kloc sosnowy, albo i dębowy, siekierą z gruba ociosany po wierzchu, jakoby to wieko trumienne, mający u góry gałąź jedną ostawioną i przyciętą w głowach nieboszczyka na maluśki krzyzik, co z onej przykładziny samorodnie wynika, jakoby rosnął. To jak na on cmentarz człowiek zajdzie, a po onych przykładzinach pojrzy, to właśnie jakoby ziemia się otworzyła i trumny na wierzch wyszły a umarli wstawać mieli... A jeszcze z pod onej przykładziny sterczy wiechetek ze żytniej słomy, co nim trumnę pokropują święconą wodą... To z jednej strony kłosy sterczą, a z drugiej słoma, a w pośrodku przykopane ziemią, a nad wiechetkiem gałąź od onego kropidełka. Drugi raz, jak gałąź wierzbowa je, a mokry czas przyjdzie, to i basiorów dostanie jak żywa, i liść puści, właśnie jako ta rożczka Aronowa, co to o niej w godzinkach stoi, że się stała kwitnąca i owoc rodząca...
Spuściła głowę i zaszeptała z cicha: „Zdrowaś Panno Maryo.“ Mrok po kątach coraz gęstniał, króliki poszły spać w jamę, ręce starej opadły. Chwilę trwała cisza.
— No, dobrze, moja Mikołajko, ale te „Dziady“? — zapytałam, gdy skończyła szeptać zdrowaśkę.
— A cóż Dziady, jak Dziady... Nie daj Boże takich Dziadów nikomu!
— I jakże to było? — nalegałam, widząc, że stara w zadumę zapada.
— A to, proszę łaski pani, tak było, że jak my tam z nieboszczką panią do owej Kanonicze wyciągli, to tam przy dworze było chłopczysko, niby do pasenia. Niedoletnie to jeszcze było, ze szesnaście lat może, chude, delikatne, bladawe, że to nie z chłopskiego stanu szło, tylko z takich mazurów, co tam koloniami z dziada pradziada siedzą, i do szlachty się piszą i wszelaki oporządek inszy, niż ten prosty naród mają, czy to w imieniach, czy w ubierach swoich, czy w każdej najmniejszej rzeczy. Tak temu chłopakowi było Justyn, ale że na niego czeladź wołała po prostemu „Ustim.“
Z pół roku już ono chłopaczysko służyło przy dworze, kiedy mu matka, z onych mazurów szlachcianka od rodu, męża odbiegła i z dwojgiem dziatek małych do cygana, co w trzeciej wsi kowalował, mieszkać poszła. Gdzie ona ta tego cygana uznała, tego nie powiem, bo nie wiem; ale że okrutnie się w nim rozmiłowała, choć tam ludzie powiadali, że i nie było w czem, bo to cygan, jako cygan, czarny na gębie, a jeszcze, że był i dziobaty. Ano, jak się też to do nas doniosło, tak mego Ustima jakby z nóg ściął. To caluśki dzień, pani moja, w czeladni się nie pokazał ni na południe, ani na kolacyę, tylko jak bydło przygnał, tak się rznął o ziemię w oborze, kożuchem się z głową nakrył, musi płakał, bo się ono kożuszysko tylko na nim trzęsło, ale że głosu nic z siebie nie puścił, taką ambicyę miał. Dopiero na drugie południe jeść przyszedł. To aż mnie coś przenikło, jakem na niego spojrzała, taki na twarzy bledziuśki był, taki zmizerowany, a te oczy, to mu się tylko świeciły z podełba, choć ich ta wielce od miski nie podnosił. Ale co! A bo mu to dali spokojnie zjeść? Zara go ta obsiedli, zara prześmieszki, zara dogadywki, tak też rżnął łyżkę, zebrał się i poszedł. Wyleciałam za nim, wołam: Ustim! Ustim! Chciałam mu ta kawałek sera podetknąć na pocieszenie... Ale gdzie! Ani się obejrzał, tylko czapkę nacisnął, oczy pięścią zatkał i dalej do obory... I tak sumował, pani moja, więcej niż przez dwie niedziele; to wyschnął, jak ta drzazga, zczerniał, jak ta święta ziemia, a gadać to jakby zapomniał... Jednej niedzieli urwała się ona matka od swego cygana i przyleciała do syna. Jak ją najrzał zdaleka, tak wlaz na strych w słomę i siedzi. Chłopaki za nim: „Ustim! złaź do matki. Matka przyszła.“ On nic. „Cyganicha przyszła!“ — krzyknął któryś. On nic! Aż i ona matka do drabiny podeszła. Justyś! — woła — Justyś, synku! A zleź ino! Niech cię moje oczy uwidzą! On nic. Zapłakało sobie tedy ono kobiecisko, niech ją ta Bóg sądzi, położyło na szczebelku bułkę pszenną i parę jabłek dla syna, zabrało się i poszło.
Pod wieczór dopiero chłopak zlazł, bułkę i jabłka dzieciakom oddał, a sam, jak się nie puści gościńcem, jak się nie rzuci na drogę, co nią matka odeszła, jak nie zacznie tę świętą ziemię całować, jak nie ryknie: mamo! mamo!... to, pani moja, aż się wnętrzności przewracały w człowieku słuchający... A, no nic. Przeszedł znów tydzień, przeszedł drugi. Co ono chłopaczysko trochę porzeźwieje w sobie, to znów mu tam który oczy owym cyganem wykłuje, to znów mój Ustim nie je, nie pije, od ludzi ucieka, a po kątach płacze tak, że w tych łzach swoich umyćby się mógł. Oj, nie daj Boże takiego życia nikomu! A ona kowalicha równo musiała syna tego bardzo miłować, bo co i raz to do niego zabiegała, to mu płótniankę przyniosła, to nową koszulę, a to posilenie jakie...
Ale się z chłopakiem nigdy zobaczyć nie mogła, bo jak tylko zasłyszał, że matka, tak uciekał w ostatnie kąty, dziw, że się pod ziemię nie wkręcił. Dopieroż kiedy odeszła, to w pole jak zapomniały leciał i po swojemu wołał: „mamo! mamo!“ A jedzenia, co przyniosła, to nigdy nie tknął, ani tego obleczenia na siebie nie brał... Obdarł się, obłachmanił, a nie brał. A ta żorota, to go tak zjadła, zniszczyła, że chodził jak ten cień, sam sobie niepodobny, skóra tylko a kości. A te oczy, to mu się tak świeciły, jak to próchno leśne. To insze chłopaki idą w święto do kościoła, a potem do karczmy na tańce, albo w kręga grają, albo tam jakieniebądź przepowiadki gadają, a on nic. Ani jemu pacierz w głowie, ani kompanija, tylko się z tym swoim żalem, jak z wilkiem mocuje, od ludzi stroniący, nijakiego pocieszenia nie szukający. Przychodziła matka — źle; przestała przychodzić — jeszcze gorzej. Ten cierń kolący więcej w sobie miazgi ma, niżeli on ciała. Dziw mu te kości skóry nie przebiją. Mocowało się tak ono chłopaczysko w sobie, mocowało, aż też pod jesień jakoś wzięło się i utopiło, nie mogący zwyciężyć tej swojej żałości.
A no, dobyli go ta koniarki drągami z onej wody, zjechała komisyja, opisała co i jak — i dobrze. Z pięć dni to ta było tego rejwachu, aż go też i pochowali na rozstaju pod lasem, w nieświęconej ziemi, zwyczajnie, jak to takiego samozbójnika, co sam sobie śmierć robi. Ino, żem mu obrazik dała w ręce, żeby już tak całkiem bez Pana Jezusa z tego świata nie schodził, i w tę koszulę nową go oblekłam, co mu matka przyniosła i co jej za żywota nosić nie chciał. Ot, żal się Boże takiego pochowu! Mogiły mu też ta wielce nie fundowali, tylko wedle tamtego obyczaju siaki taki naręcze chrustu przyniósł i cisnął. A dzieci, chłopaki, to gałęzie ciągały suche, to badyle wszelakie, co kto mógł. A nieopodal stał krzyż choleryczny, zwyczajnie, jak na rozstaju, że tam mór kiedyś był i ludzie się od nagłej śmierci krzyżem warowali.
Przeżegnała się stara i znów szeptać pacierz zaczęła.
— A cóż matka?
— Matce, to my ta nijakiego orędzia nie dawali. Nie przychodziła, to i nie przychodziła. A co? Chora może, a może się już tak od onego nieboraka odbiła, że to do niej gadać nie chciał. A no, wyszło tak kilka niedziel, a ona Ustimowa mogiła jak rosła, tak rosła. Kto do lasu albo i z lasu szedł, to każdy bodaj gałązkę, bodaj szyszkę dorzucił. Taki już tam obrządek ludzie mają. Aż też przyszły Zaduszki, niby te ich „Dziady,“ co się w ten dzień po cmentarzach naród tam ten modli za ojców-rodzicieli, za dziadów, pradziadów...
Szli na one „Dziady“ pańscy ze dworu, poszłam i ja, bo to w takim dniu zawsze lepiej kupą się trzymać, broń Boże jakiego przestrachu.
A droga na cmentarz wypadała jak raz koło onego cholerycznego krzyża i onej Ustimowej mogiły. Dochodzim, patrzę, kopiec okrutny. Tak ludzie do niej. Powiadają, że Ustimową duszę oczyścić trzeba. A no, nie wiedziałam nic, jakie to czyszczenie. Chrustu naniesiono tyle, że to więcej, niż półstoże siana. A pod krzyżem na przydrożu dziad pacierz mówi głośno i krzesiwem o krzesiwko krzesze. Tak go zaraz ludzie obstąpili dokolusieńka, dzieciaków się też tam nabrało skądciś jak mrowia. A mnie zara coś tknęło. Tak pytam Neściora, co to będzie? Jeszczem przerzec nie zdążyła, a tu mi, pani moja, w oczach cości zaświeciło... Pojrzę ja, a tu z onego dziadowego krzesiwa padła iskierka jedna, potem druga, zatrzeszczały badyle, spełgły w górę, jakby kto pióro osmalił. Dziad znów ognia krzesze, a modli się głosem... Lecą iskry w chrust, jak te pszczoły złote, lecą, przelatują, chrustu się chwytają, a gdzie szczelinka jaka, tam się dobywa dym siny, gryzący... Trzeszczą gałęzie, tleją, zwijają się w sobie, jakoby gadziny, skwierczą szyszki, smolna żywica syczy, kapie... Aż jak nie buchnie naraz całe płomienisko, jak nie ogarnie onej mogiły, jak się nie zaczną iskry siać, trzeszczeć, pryskać, jak nie wywalą się dymy czarnym słupem, aż pod samo niebo...
To, pani moja, drugi raz i chałupa się pali, a takiej łuny, takiego ognia niema. Pojrzę ja na on krzyż — w czerwieni cały stoi, a te rany Chrystusowe, jakby żywe, a ten bok, jakby krwawiący... A ludzie też czapki pozdejmali, pacierz mówią. Tak mnie zaraz ogarnęła taka żałość, taka skrucha, żem na kolana padła, jakby mi kto nogi podciął, i bić się w piersi zaczęłam. Boże, bądź miłościw grzesznej duszy jego! Boże, bądź miłościw...
Wołam ja tak do tego Pana Jezusa, pani moja, kając się za duszę onego chudziątka, a tu wrzask: „Justyś! Justyś! Synku! Justyś!“ Patrzę ja, leci ona kowalicha nieboga, jakby ją wicher niósł, koszula na piersiach rozerwana, chustka z głowy spadła, ręce rozciągnięte... Na pożar leci wprost, na oną ognistą mogiłę synowską. Rozstąpili się ludzie, ten i ów szepce: „maty“ — że to niby matka, więc jej przystęp wolny. A ona jak nie krzyknie raz jeszcze: „Justyś! Justyś!“ — jak się nie zaniesie wielkim, nieludzkim rykiem, jak się nie rzuci w ono płomienisko... Pani moja, żem ja tam trupem, patrząc na to, nie padła, to cud boski! Runęła tak, jak ta kłoda, w sam środek ognia, w sam środek, jak ta powięź słomy... Zrobił się wrzask, krzyk; odciągnęli ją ta ludzie, zaczęli wodą z rowu lać, ale co... Głownia to już tylko była. Na twarzy, na rękach, na piersiach zczerniała, jak sadze. Już tam w niej nie stało ani tchu... Tylko to nogi bose, niedogorzałe, co niemi te swoje dróżki odprawowała do syna, z daleka się bieliły... A z pod onego mogilnego chrustu, z pod ostatniej warszty, kiedy go już dobrze przygrzało, wypełznął żmij, rozciągnął się, skurczył, znów się rozciągnął, podniósł łba i do boru poszedł... Tak zara ludzie powiadali, że to on grzech przeklęty...
Takie to ja, pani moja, „Dziady“ widziałam...
Podparła ręką stara zwiędłą swoją głowę i zaszeptała: Wieczny odpoczynek.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.