Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


caluśki dzień, pani moja, w czeladni się nie pokazał ni na południe, ani na kolacyę, tylko jak bydło przygnał, tak się rznął o ziemię w oborze, kożuchem się z głową nakrył, musi płakał, bo się ono kożuszysko tylko na nim trzęsło, ale że głosu nic z siebie nie puścił, taką ambicyę miał. Dopiero na drugie południe jeść przyszedł. To aż mnie coś przenikło, jakem na niego spojrzała, taki na twarzy bledziuśki był, taki zmizerowany, a te oczy, to mu się tylko świeciły z podełba, choć ich ta wielce od miski nie podnosił. Ale co! A bo mu to dali spokojnie zjeść? Zara go ta obsiedli, zara prześmieszki, zara dogadywki, tak też rżnął łyżkę, zebrał się i poszedł. Wyleciałam za nim, wołam: Ustim! Ustim! Chciałam mu ta kawałek sera podetknąć na pocieszenie... Ale gdzie! Ani się obejrzał, tylko czapkę nacisnął, oczy pięścią zatkał i dalej do obory... I tak sumował, pani moja, więcej niż przez dwie niedziele; to wyschnął, jak ta drzazga, zczerniał, jak ta święta ziemia, a gadać to jakby zapomniał... Jednej niedzieli urwała się ona matka od swego cygana i przyleciała do syna. Jak ją najrzał zdaleka, tak wlaz na strych w słomę i siedzi. Chłopaki za nim: „Ustim! złaź do matki. Matka przyszła.“ On