Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale że na każdym wyszyty w rogu albo na wpośrodku krzyzik, albo i dwa i trzy krzyziki czerwoną wełną, jako że to niby ochfiara jest za tego nieboszczyka, co tam leży. To jak się czasem wiater pod noc porwie, a temi krzyziami skrzypieć zacznie, a zapaskami łomotać, to taki świst, taki jęk, taki lament, że aż psi wyją. To nie daj Boże iść człowiekowi w poblizkości, taki strach. A w cichość jak miesiąc zejdzie, to tak one płótna bieleją jak żywe... Właśnie jakby te duszyczki z pod ziemi wynikły i w giezłeczkach śmiertelnych, po onych mogiłkach, swoich stały... Ot, nie trza pod wieczór wspominać...
Przeżegnała się stara nożykiem w ręku trzymanym, szepcąc wieczny odpoczynek.
Po chwili tak mówiła dalej:
— Ale że choć i mogiły, to tam sobie naród inaczej funduje. Tu sobie mogiłka zwyczajna z piasku sypana, zarośnie darnią, to i dobrze, a nie zarośnie, to się w ziemię wdepce i do cna rozsypie... A tam, pani moja, to sobie mały duży „przykładziny“ funduje.
— Cóż to za „przykładziny“ ?
— Ano, to taki, proszę łaski pani kloc sosnowy, albo i dębowy, siekierą z gruba ociosany po wierzchu, jakoby to wieko trumienne,