Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nic. „Cyganicha przyszła!“ — krzyknął któryś. On nic! Aż i ona matka do drabiny podeszła. Justyś! — woła — Justyś, synku! A zleź ino! Niech cię moje oczy uwidzą! On nic. Zapłakało sobie tedy ono kobiecisko, niech ją ta Bóg sądzi, położyło na szczebelku bułkę pszenną i parę jabłek dla syna, zabrało się i poszło.
Pod wieczór dopiero chłopak zlazł, bułkę i jabłka dzieciakom oddał, a sam, jak się nie puści gościńcem, jak się nie rzuci na drogę, co nią matka odeszła, jak nie zacznie tę świętą ziemię całować, jak nie ryknie: mamo! mamo!... to, pani moja, aż się wnętrzności przewracały w człowieku słuchający... A, no nic. Przeszedł znów tydzień, przeszedł drugi. Co ono chłopaczysko trochę porzeźwieje w sobie, to znów mu tam który oczy owym cyganem wykłuje, to znów mój Ustim nie je, nie pije, od ludzi ucieka, a po kątach płacze tak, że w tych łzach swoich umyćby się mógł. Oj, nie daj Boże takiego życia nikomu! A ona kowalicha równo musiała syna tego bardzo miłować, bo co i raz to do niego zabiegała, to mu płótniankę przyniosła, to nową koszulę, a to posilenie jakie...