Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I jakże to było? — nalegałam, widząc, że stara w zadumę zapada.
— A to, proszę łaski pani, tak było, że jak my tam z nieboszczką panią do owej Kanonicze wyciągli, to tam przy dworze było chłopczysko, niby do pasenia. Niedoletnie to jeszcze było, ze szesnaście lat może, chude, delikatne, bladawe, że to nie z chłopskiego stanu szło, tylko z takich mazurów, co tam koloniami z dziada pradziada siedzą, i do szlachty się piszą i wszelaki oporządek inszy, niż ten prosty naród mają, czy to w imieniach, czy w ubierach swoich, czy w każdej najmniejszej rzeczy. Tak temu chłopakowi było Justyn, ale że na niego czeladź wołała po prostemu „Ustim.“
Z pół roku już ono chłopaczysko służyło przy dworze, kiedy mu matka, z onych mazurów szlachcianka od rodu, męża odbiegła i z dwojgiem dziatek małych do cygana, co w trzeciej wsi kowalował, mieszkać poszła. Gdzie ona ta tego cygana uznała, tego nie powiem, bo nie wiem; ale że okrutnie się w nim rozmiłowała, choć tam ludzie powiadali, że i nie było w czem, bo to cygan, jako cygan, czarny na gębie, a jeszcze, że był i dziobaty. Ano, jak się też to do nas doniosło, tak mego Ustima jakby z nóg ściął. To