Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I gdzie to Mikołajka te „Dady“ widziała?
— Ono to, proszę łaski pani, jest Wołynie takie, a tam wieś taka Kanonicze, niby taki kraj, na podób naszego; ale że nie ze wszystkiem... To my na owo Wołynie z nieboszczką panią z Zielonek, świeć Panie nad jej duszą, wyciągli, to się tam człowiek różnych rzeczy napatrzył! Bo to i naród inszy jest i obrządzenie takoż wszelkie takoż insze...
Na cmentarzu, na ten przykład, to nie tak, jak u nas, co to krzyż jeden duży na wpośrodku, a już te mogiłki wedle niego, jak mogą tak się tulą. Tam krzyż przy krzyzie sterczy, jakoby las jaki, co go śmierć z liścia otrzęsła i z zieloności wszelakiej; a wysokie to wszystkie jeden w jeden, z sośnic takich wyrobione, że to ha, jako, że lasów tam dostatek i o drzewa niema skrętu. To drugi krzyż stoi, stoi, aż i zgnije, i obalićby się rad, a niema jak i którędy; to się ino na ramieniach tych inszych zeprze i tak trwa... A na każdym krzyzie, proszę łaski pani, przewiązana płócienna zapaska, ot, fartuch taki, czasem długi, jak zwyczajnie dla niewiasty, a czasem, jakby dzieciński, taki krócieńki... Ot, jak się tam kto przepomódz może ze swoją biedą.