Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A wy, Mikołajko, nie pójdziecie to dziś na zaduszki? — zapytałam stając w progu ogrodniczej izby, do połowy zawalonej świeżo wyciętą kapustą.
W izbie szarzał już po kątach wczesny mrok listopadowy, surowa woń jarzyń i ogrodowizny napełniała jej wnętrze. Pod zatkanem słomą okienkiem siedziała na nizkim zydlu „stara,“ jak ją zwykle zwano we dworze, w przepasanym grubą płachtą tołubku, z szeroko wyłożonym na ramiona kołnierzem zajęczym, obierając wielkie, przemarzłe nieco kapuściane głowy. Ręce jej, zgrzybiałe z zimna, trzęsły się przy tej pracy, żelazny wązki nożyk skrzypiał w soczystych głąbiach, a głowy padały z głuchym łoskotem na coraz rosnącą kupę.
Biała królica przysiadła na nogach „starej,“ grzejąc je swym puchem i ogryzając lecące z pod nożyka liście; kilkoro młodych goniło