Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


moja, kając się za duszę onego chudziątka, a tu wrzask: „Justyś! Justyś! Synku! Justyś!“ Patrzę ja, leci ona kowalicha nieboga, jakby ją wicher niósł, koszula na piersiach rozerwana, chustka z głowy spadła, ręce rozciągnięte... Na pożar leci wprost, na oną ognistą mogiłę synowską. Rozstąpili się ludzie, ten i ów szepce: „maty“ — że to niby matka, więc jej przystęp wolny. A ona jak nie krzyknie raz jeszcze: „Justyś! Justyś!“ — jak się nie zaniesie wielkim, nieludzkim rykiem, jak się nie rzuci w ono płomienisko... Pani moja, żem ja tam trupem, patrząc na to, nie padła, to cud boski! Runęła tak, jak ta kłoda, w sam środek ognia, w sam środek, jak ta powięź słomy... Zrobił się wrzask, krzyk; odciągnęli ją ta ludzie, zaczęli wodą z rowu lać, ale co... Głownia to już tylko była. Na twarzy, na rękach, na piersiach zczerniała, jak sadze. Już tam w niej nie stało ani tchu... Tylko to nogi bose, niedogorzałe, co niemi te swoje dróżki odprawowała do syna, z daleka się bieliły... A z pod onego mogilnego chrustu, z pod ostatniej warszty, kiedy go już dobrze przygrzało, wypełznął żmij, rozciągnął się, skurczył, znów się rozciągnął, podniósł łba i do boru poszedł... Tak