Na drodze (Obrazek grecki)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Na drodze
Podtytuł Obrazek grecki
Pochodzenie Na drodze
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NA DRODZE.
OBRAZEK GRECKI.
Tymon Ateńczyk w podróży do Syrakuz spotkał rosłego, boskich niemal kształtów męża, który niosąc niewielki, prawie pusty mieszek, aż do ziemi się uginał pod jego ciężarem. Widok był dziwny i śmieszny.

— Co tak dźwigasz, Herkulesie? — zapytał Tymon drwiąco.
Mąż stanął, wierzchem potężnej dłoni otarł pot z czoła i z trudem oddech chwytając, rzekł:
— Rzecz ciężką z najcięższych.
— Czy tak ? — roześmiał się Tymon. W takim razie, będzie to pewno wymowa Klitjasza.
A był Klitjasz z zająkliwości i niewprawy w mowie w Atenach całych znany.
— Mylisz się — rzekł mąż. — Jego wymowa to piórko, któreby nie zaciężyło w dzióbie wróbla, lecącego słać gniazdko pod twoją strzechą.
— Ho! ho!... — śmiał się Tymon — nie jesteś snać tutejszy, na Agorze nie bywasz! Lecz jeśli twój mieszek tak jest ciężki, musisz w nim chyba dźwigać pychę Trazykula?
— I to nie — odrzekł Syrakuzanin, z trudnością się prostując. — Trazykul razem z pychą swoją pęcherzem jest, którybym na końcu małego palca podjął się trzy razy trzykroć dokoła Helikonu obnieść, gdyby nie to, że piżmem trąci i musiałbym po nim w siedmiu wodach umywać ręce.
— Ha! ha! ha! — śmiał się Tymon. — Oratorem widzę jesteś. Lecz jeśli to nie pycha Trazykula, będzie to chyba cnota waszych Syrakuzanek, o których słyszę, iż mają tak wielkie zęby, że im je mąż przed pierwszym pocałunkiem pięścią wybijać musi.
— Nieroztropnie czyni — rzekł wędrowiec. — Albowiem zęby ich nie są większe, niż tego przyzwoita potrzeba wymaga, aby język ich utrzymać na właściwem miejscu. Co się zaś cnoty ich tyczy, to widziałem w Syrakuzach grające nią na ulicy niedorostki przyznać muszę, iż był to jeden z najlepszych dysków, jakie kiedykolwiek Grek gibką ręką ciskał.
Tymon się śmiał.
— Ach! ty jadowity olbrzymie! — mówił wesoło.
A potem nagle spoważniawszy, rzekł:
— Więc może są to rządy waszego tyrana, wielkiego Dyonizyusza?
— I tym razem, przyjacielu — odparł Syrakuzanin — jesteś w błędzie. Gdyby rządy tak ciężkie jak mój mieszek były, wierzaj mi, jutro przestałyby być rządami a wielki Dyonizyusz Dyonizyuszem. Demos ma w karku jedną taką chrząstkę, której sobie dotknąć nie pozwoli. Na tej chrząstce nie tacy jak ja i ty połamali zęby.
— Zaciekawiasz mnie! — rzekł Tymon przystępując bliżej. — Wiem że teraz po rynkach filozofy chodzą, siejąc mądrość swoją, aby na kamieniach rosła. Brodacz taki jeden mówił niedawno w Atenach, że najcięższą rzeczą w Grecyi są łzy Helotów. Może to te łzy, bracie, w mieszku swoim niesiesz? Toby się nadawało do zamysłów moich...
— To co ja dźwigam — odrzekł mąż — jest cięższe jeszcze niż łzy Helotów.
— Cóż to więc jest, na Zeusa! — krzyknął Tymon, a oczy jego zabłysły.
— Śmiech Helotów, zebrany na rynku w Syrakuzach — rzekł mąż. I poszedł dalej, krocząc znojnie, schylony pod swoim ciężarem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.