Dygnitarz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Dygnitarz
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


DYGNITARZ


Działo się to w wagonie klasy drugiej, w drodze... a no, mniejsza.
Kandyd, jak zwykle, hazardował się na niebezpieczne, paradoksalne twierdzenia. Istne enfant terrible, jeżeli wogóle epitet podobny zastosować wypada do chłopczyka, który szczęśliwie skończył czterdziestkę. Toż jeden z przygodnych towarzyszów podróży na naszą dyskusję bezładną zareagował w sposób zaiste najmniej spodziewany. Pokraśniał nagle i prosto z mostu rzucił:
— A ja ukrywał nie będę... ja tam czytać, nie czytam. Prawdę mówię: ani w ząb.
Jegomość miał nad sobą na kołku pyszne bobry, piękną fokową czapkę na głowie, a na mocno obleśnym brzuchu niezwykle gruby złoty łańcuch od zegarka. Zresztą wogóle wyglądał sowito i dostatnio... jeno kołnierzyk celulojdowy psuł nieco harmonję wielkopańskiej pyszności stroju i postawy.
Szczere i, dodać trzeba, dość dziwne wyznanie pana od bobrów stropiło nas trochę, zwłaszcza, że rozmawiając z Kandydem w określeniach byliśmy dosyć... nieoględni.
On jednak nie przeciw nam, lecz właśnie przeciw niemu zwrócił swoje groźne, wyzywające, wprost drapieżne spojrzenie.
Co prawda, to Kandyd po tej deklaracji nieoczekiwanej wlepił w pysznego jegomościa wzrok badawczy i przyglądał mu się już, doprawdy, zbyt natarczywie.
— Hm — dedukował zapewne z właściwą sobie trafnością rozumowania — hm, do kroćset, gentleman prawy, choćby i analfabeta absolutny, kołnierzyka celulojdowego na szyję nie włoży. W tem coś jest...
Tamten zaczął szorstko.
— A pan co lipuje na mnie, jak ciele na kartoflankę z migdałami? Ja się wstydził nie będę. No, nie czytam i... nie trzeba.
— Słusznie.
Poczerwieniał jeszcze bardziej, snadź posądzał przyjaciela naszego o umyślną persiflację. Człowiek był kompleksji krwistej, zdało się też, że lada chwila grozi mu atak apoplektyczny. Czerwień jego policzków przybierać zaczęła odcień fjoletowy, potem siny.
Wywarło to w wagonie pewne zaniepokojenie. Kandyd czuł się w obowiązku zapewnić jegomościa najsolenniej, że okrzyk ten był naprawdę szczerym, bezpośrednim odruchem serca.
— Wszakże właśnie w rozmowie z panami wykazywałem wszystkie złe skutki nadmiernego czytania. Istotnie w dobie obecnej czyta się za wiele i poprostu niema czasu na myślenie samodzielne! Zresztą nietylko brak czasu jest tu kwestją najważniejszą. Mózg przeładowany balastem najniepotrzebniejszych wiadomości, faktów, fakcików, szczegółów, szczególików bez znaczenia, staje się do samodzielnego, intensywnego myślenia wręcz niezdolny. Przez stały, a zbyt silny ucisk sztucznego, erudycyjnego obciążenia traci on własną przyrodzoną prężność, traci pierwotną ruchliwość i elastyczność, bez których niemożliwa jest wszelka żywsza cerebracja. Tak mi się to przedstawia ze strony czysto mechanicznej. Z drugiej strony, psychologicznie rzecz biorąc, łatwo zauważyć, że umysł ludzki ma jednak dowcipną skłonność do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Rozporządzając obficie gotowemi wiadomościami, nie będzie wysilał się nad wynajdowaniem dla każdej sprawy poszczególnej nowych własnych określeń. Nie będzie szukał dróg nowych, trudnych i niebezpiecznych, gdyż pójdzie sobie przyjemnie do celu starym, szerokim, obrzydliwie przez pokolenia poprzednie wyjeżdżonym gościńcem. Taki pan uczony z niezachwianą wiarą in verba magistri, sypiąc, jak z rękawa pięknie dobranemi cytatami, prześlizgnie się wygodnie przez najważniejsze zagadnienia życia, nie zauważywszy, że zagadnienia te pozostały zgoła nierozstrzygnięte.
Tak, panowie — dowodził dalej — niesłychane ułatwienia cywilizacyjne, jakie człowiek dzisiejszy spotyka na każdym kroku, pozbawiają nas nietylko pierwotnej sprawności muskularnej, ale także zabijają najpotężniejszą siłę duchową — intuicję. Henryk Bergson, największy myśliciel wieku, uważa ją za jedyną siłę twórczą i płodną.
Poznanie intuicyjne jest istotnie swoistym organem filozofji. Bergson przeciwstawia je w sposób niesłychanie jaskrawy zwykłemu poznaniu naukowemu. Poznanie naukowe nie może nas wznieść do zrozumienia istotnych cech rzeczy. Stwierdza ono tylko to, co dana rzecz ma z innemi wspólnego, nie zaś to, co ją od innych odróżnia, co właśnie stanowi jej cechę najistotniej indywidualną. Wyżyn tych sięga poznanie intuicyjne. Za pomocą intuicji, czyli intelektualnego wczuwania się, przenikamy jakoby do wnętrza rzeczy, do jej treści najgłębszej.
Dlatego myślę — prawił, zapalając papierosa — że kiedy, wyciągnięty wygodnie na kanapie, zapomnę na chwilę o całym dotychczasowym dorobku naukowym, kiedy pozostanę sam na sam z własną intuicją, pogrążony w kontemplacji i marzeniu, jest to moment bardziej kształcący i bardziej w skutki owocny, niż gdybym pochłonął stosy zadrukowanej bibuły.
Szkoda czasu.
Pan od bobrów, w czasie tego, przydługiego monologu, ochłonął snadź ze wzburzenia, bo krew powoli odbiegła mu od policzków. Pozostały one jeno w miarę zakolorowane ową czerstwą rumianością zdrowia i dobrobytu.
Potoczył po zebranych dumnem okiem i podniesionym, pewnym siebie głosem zawołał:
— A jakbyś pan wiedział. Co komu po tem, żeby czytał, co drugi osioł napisze. Ja tam panie, prawdę mówiąc, jednej litery nie rozeznam, a, nie bój się, inszego sumograda, co choć i klasy posiada ukończone, w kozi róg zapędzę, jeszcze mi, taka jołopa pięknie podziękuje.
— Powinszować.
Zapalał się, zwłaszcza, że w wagonie cisza się uczyniła i wszyscy słuchali z zajęciem, co mówi dziwny bobrowego futra właściciel, który czytać nie umie.
— Bo, pewnie — ciągnął, rozparłszy się wygodnie — inszy siedzi, panie, jak żydowski małamed w książkach po same dziurki w nosie; niby to mądry, a zapytaj go: w Elizawietgradzie był? Nie był. W Batumie był? Nie był.
— A pan w Elizawietgradzie był? — spytał Kandyda, przygwożdżając go spojrzeniem.
— Nie, nie byłem.
Wydął usta z pogardą.
— A ja był i w Elizawietgradzie, i w Batumie, i w Baku, we Władykaukazie, i Rostowie na Donu, i w Tyflisie, i w Astrachaniu. Kałmyków widział; po wostoku całym od miasta do miasta chodził. Pan myśli, że takie ludzie, jak my? Ale! I ludzie, zaraz na oczy, co innego, i miasta nie takie...
— Szanowny pan w wojsku służył?
— Jaki tam w wojsku! — montierem byłem.
— Ach, mechanik?
Skrzywił się.
— Et, ciepnąłem to do cholery. Gdzieby dziś, panie, człowiek z głową chciał charować przy szrubstaku, albo jak. Jeszcze czego! Interesy mam. Nie zarobi, panie, człowiek dziesięcioma palcami, choćby i ręce do łokcia urobił. Dobre to dla chamów, co chamem jest i chamem będzie. Nie zostanie człowiek panem, póki głową nie ruszy — głupich nie brak.
— Pewnie.
— Eh, panie, ja dziś inżeniera i nie byle jakiego w kieszeń wsadzę, mnie dziś, panie, nie kupi i za sto tysięcy. Nie bój się, drygnitarz jestem!
— Proszę.
Czuć było, że go rozpiera duma, pycha, czy tylko poczucie własnej wartości. Widząc efekt, jaki mową swoją wywiera, podniecał się własnemi słowami. Uderzył się potężną pięścią w piersi. Mówił tonem agresywnym, jakby pragnął wywołać zwadę.
— A bo nie? A co mnie kto będzie manił. Drygnitarz jestem i basta. A coby ze mnie było, kiedyby mnie chłopca dali uczyć? Gryzipiórek jaki, co? Ale ja się w maleńkości raz ze schodów na łeb zwalił i, musi, podziadu ciemieniam nabił, bo jak mi potem tylko kto książkę pokazał, zaraz mi takie ogniki przed oczami latały. No, co poradzić — poszedłem do terminu.
— Hm, tego... zapewne... jednakże i w terminie...
Kandyd miał tu coś do nadmienienia, ale czy wobec poprzednich swoich twierdzeń nie znalazł odpowiedniej formy wyrazu, czy nie chciał przerywać toku zajmujących wynurzeń, dość, że połknął resztę zdania i nie wiadomo było, jakie właściwie stanowisko zajmuje w sprawie elementarnego wykształcenia terminatorów. Pan od bobrów, natomiast, jakby odgadł zasadniczy sens niewypowiedzianej uwagi, bo energicznie odpalił.
— A mnie co potem? Nie mówię podpisać się! Jużci potrza, bo to nieraz człowiek w radzie, albo i w zarządzie siedząc, rękę przyłożyć musi. Ale czytać. Phi! Będę chciał — to se najmę literata i zapłacę. Ady mam tu takiego jednego... Et, moczygęba! Mówią doktór filozof, czy jakoś...
Uśmiechnął się znacząco.
— Hm, hm. Jako to między mężczyznami, wstydu niema... Powiem prosto: Wziąłem se ja jedną panienkę... niby na... No, wiadomo: krew nie woda, a głównie — stać mnie na to. Jak po pańsku, to po pańsku. Prezes ma, dyrektor ma, jakże mnie, który i prezesa i dyrektora letko za pas zatknę, nie postawić się w takiej rzeczy, jak się patrzy. A dziewczynka jest, powiem panom, cymes, delikatna, wykształcona, bo i klasy, mówią, posiada ukończone i po francusku potrafi, ano więc dalejże go zaraz z wiosny wybierać mi się za granicę.
„Prezes, powiada, wyprawił swoją do Ostendy; dyrektor, powiada, dał swojej monety, jak lodu, na podróż po Włochach, wszystkie jadą na lato, to tu, to tam, jakże mię, powiada, będziesz we skwar w mieście trzymać“?
I w płacz.
Roześmiał się szeroko.
— He, he, nie bardzo ja tam — ciągnął dalej — na beki łechczywy, a ot, po prawdzie, dla honoru miałem jej wynająć willę w Konstancinie, ale jakem się rozpytał dobrze, gdzie, co i jak, zmiarkowałem, że mi się zagranica taniej obleci. Zatem, nie długo gadać, sakum, pakum i wysłałem dziewuchę do Zoppot. No, tam... do prusaków. Ale ba... przychodzi list... Żeby cię pokręciło — pismo, jak makiem siał. Cóż, swoim ludziom go pokazać, nie pokażę, jeszcze w takiej kwestji... Dziś, panie, choć mu płacisz czystem złotem, nikomu zawierzyć nie sporo. Jeszczeby tym ładem i żona wiatr nosem poczuła... Poco? Nie głupim! Co robiąc, łapię ja mojego literata i... do baru. A no, przeczytał wszystko ładnie, pięknie, odpisał, co kazałem i dobra. I mam teraz na każdy raz wygodę. A co mnie to kosztuje? No, wódeczka jedna i druga, porcja flaków, jak we czwartek, albo co innego, w inny dzień, no, piwko większe jedno i drugie...
Hi, hi, — zachichotał — drugim razem, powiem panom, to się i gołem piwem oblezie. Co takiemu łątkowi trzeba? Frajer! Człowiek znający wie, panie: gdzie, kiedy, komu, co, ile i jak... Mało to mam interesów...
I znowu toczył po nas wzrokiem pełnym bezgranicznego, rozpierającego go uwielbienia dla siebie.
Nie bój się, cwaniak jestem!
Pociąg zatrzymał się na stacji. Pan od bobrów porwał się z miejsca i wyjrzał przez okno.
— A niech panów djabli... zagadałem się i byłbym swoją stancję przejechał.
Zarzucił futro na ramiona, chwycił walizkę i wychodził z wagonu. Zdążył jednak jeszcze rzucić:
— Ja tu mam majątek jeden oglądnąć... do kupienia. Mówią — czyste śrebło!
Zniknął.
Kandyd siedział, jak zahypnotyzowany, z okiem utkwionem w drzwi, któremi wyszedł tamten człowiek.
— Do kroćset! — zawołał wreszcie. To ciekawe, to doprawdy ciekawe! Co zacz jest ów dygnitarz osobliwy, który czytać nie umie?
— Ex-szynkarz z Kociogłów...
Wyjaśnienie to padło z ust młodzieńca, siedzącego dotychczas cicho w rogu przedziału. Zdało się nawet, że drzemał wygodnie, oparłszy głowę o poduszki wagonu. Miał on nadto kołnierz od palta podniesiony, a na oczy nasunięte ronda szerokiego, artystycznie wymiętoszonego, kapelusza, tak, że oblicza jego dojrzeć nie było podobna. Teraz kołnierz odwinął i poprawił kapelusza na głowie. Ukazała się twarz blada o smętnem marzącem wejrzeniu.
— Szanowny pan go zna? — zwrócił się doń Kandyd namiętnie. — To bajeczne — wołał — to istotnie przedziwne! Ten analfabetyzm absolutny, przy niezrównanej pewności siebie, przy owej tęgiej, naiwnej, prostej wierze we własne siły, we własną wartość... to doprawdy zachwycające! Człowiek ten nie zadraśnięty kulturą, człowiek tak doskonale uodporniony przeciw wszelkim niemocom wieku, zachował w całej pełni potężny instynkt życia i świeżą, zdrową intuicję, a ztąd bezmierną przewagę nad pokoleniem shamletyzowanych niedołęgów dzisiejszych. Czemże jest obecnie pański ex-szynkarz?
— Ho, ho!
— Ho, ho? Prawda? Cudownie? Jakiż to dla mnie niewysłowienie dosadny argument! Postawiłem tu właśnie tezę... Ale szanowny pan, zdaje się, trochę drzemał i zapewne nie słyszał, co mówiłem...
— Owszem, przerwał młodzieniec z nieco pogardliwym wzruszeniem ramion, słyszałem — wróbledachizmy!
Wstał leniwie i wyszedł na kurytarz.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.