Czarny Mustang/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Czarny Mustang
Podtytuł Powieść podróżnicza z illustracyami
Data wydania 1910
Wydawnictwo Wyd. ilust. tyg. "Przez Lądy i Morza"
Druk Druk. A. Rippera w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów, Kraków
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der schwarze Mustang
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.
W Firwood-Camp.

Gwałtowny wicher smagał lejącym jak z cebra deszczem o gnące się pod nim jodły starego lasu, grube na palec strugi wody spływały po olbrzymich pniach, łącząc się u korzeni z początku w małe, ale zwiększające się z każdą chwilą strumienie, które spadały potem w niezliczonych kaskadach od skały do skały na dolinę, gdzie pochłaniała je wezbrana rzeka. Noc już była zapadła, co minuty waliły gromy nad głębią, ale mimo jaskrawości błyskawic gęstość deszczu nie pozwalała nic widzieć na odległość prawie pięciu kroków.
Szalona burza dawała się we znaki lasowi na wyżynach i czubom skalistym, ale potęga jej nie sięgała do głębi doliny, gdzie olbrzymie jodły stały nieruchome w ciemnościach nocy. Cicho tu jednak nie było, gdyż rozhukane nurty rzeki tak głośno szumiały pomiędzy brzegami, że tylko niezmiernie bystre ucho mogło dosłyszeć, iż w dół rzeki jechało dwu samotnych jeźdźców, widać ich bowiem nie było.
Przy świetle dziennem byliby obydwaj niezawodnie zwrócili na siebie uwagę każdego, ktoby ich spotkał, a to nie tyle z powodu ubrania i uzbrojenia, ile dlatego, że obaj byli zatrważająco dłudzy. Możnaby dziesiątki lat szukać po wszystkich krajach, zanim znalazłoby się dwu ludzi, tak samo długich i chudych.
Jeden z nich miał włosy jasne jak len i w stosunku do swej wielkości śmiesznie małą głowę. Pomiędzy parą dobrodusznych mysich oczek tkwił malutki, do góry zadarty, nosek, który, pomijając już to, że byłby przystawał lepiej do twarzy dziecka czteroletniego, zupełnie nie zgadzał się z szerokiemi ustami od ucha do ucha. Twarz tego człowieka była bez zarostu, który to brak był prawdopodobnie wrodzony, gdyż nie widać było, aby się kiedy przesunęły po niej brzytwa, albo nożyce. Ubranie jego składało się ze skórzanej bluzy, pofałdowanej na jego wątłych barkach jak krótki płaszcz, z wązkich skórzanych spodni, przylegających do nóg bocianich, pół wysokich butów z cholewami i słomianego kapelusza, ze smętnie obwisłemi kresami, z których deszcz spływał nieustannie strugami. Na jego plecach wisiała zwrócona wylotem na dół dwururka. Jechał na silnym, kościstym, przynajmniej piętnastoletnim człapaku, który jednak miał widocznie zamiar dożyć tak rzeźko jeszcze drugich lat piętnastu.
Drugi jeździec miał włosy ciemne, na nich odwieczną czapkę futrzaną, z pod której wyglądała wązka i długa twarz z tak samo wązkim i długim nosem i ustami, oraz z cienkim wąsem, którego końce mógł śmiało zawiązywać za uszyma. Jego postać, wysoka więcej niż na dwa metry, ubrana była, w przeciwieństwie do towarzysza, ciasno od góry, a swobodnie od dołu, nosił bowiem bardzo szerokie, fałdziste, spodnie z końcami, wsuniętymi w nizkie buty z cholewami, a górna część ciała tkwiła w bluzie sukiennej, tak wązkiej, że przylegała jak ulana. Ten uzbrojony był również w dwururkę i niewątpliwie, jak jego towarzysz, także w nóż i rewolwer. Siedział na godnym zaufania mustangu, który z pewnością obchodził urodziny swoje tyle razy, co koń towarzysza.
Jeźdźcy nie troszczyli się ani o drogę, ani o deszcz. Szukanie drogi pozostawili sprytnym i doświadczonym koniom, a o deszcz dlatego nie dbali, że przecież nie mógł się im dostać dalej jak do skóry, poczem musiał spłynąć.
Pomimo nieustannych grzmotów i błyskawic i pomimo niebezpiecznego sąsiedztwa podmywającej brzegi rzeki rozmawiali z sobą tak swobodnie, jak gdyby w słoneczny dzień jechali przez preryę. Gdyby kto mógł był ich wtedy zobaczyć, byłby dostrzegł, że przypatrywali się sobie uważnie pomimo ciemności, gdyż znali się dopiero od godziny, a na dzikim Zachodzie zawsze jest dobrze z początku nie ufać. Spotkali się na krótko przed zapadnięciem nocy nad rzeką i dowiedzieli się, że obydwaj udają się do Firwood-Camp[1], a wobec tego zbiegu okoliczności nie pojechali oczywiście osobno, lecz razem.
Nie pytali się wzajem o nazwiska i stosunki, a rozmowę prowadzili dotychczas tak ogólnej natury, że nie dotknęli rzeczy osobistych. Naraz zahuczał grzmot kilkakrotny i tyleż błyskawic mignęło oślepiająco ponad wązką doliną. Na to zauważył blondynek z zadartym nosem:
— Bless my soul! A to burza! Zupełnie jak u nas u spadkobierców Timpego!
Drugi jeździec mimowolnie zatrzymał konia na te słowa i otworzył już usta, aby szybko zadać pytanie, lecz się rozmyślił i popędził konia dalej. Przypomniał sobie, że na zachód od Missisipi nie wolno być nieostrożnym.
Rozmowa potoczyła się dalej, oczywiście półgębkiem jak tego wymagały okolica i położenie. Minął jeden kwadrans i drugi, a tymczasem znaleźli się jeźdźcy na zakręcie rzeki, a nadto w miejscu, znacznie podmytem przez wodę. Koń blondyna nie mógł się zwrócić dość szybko dostał się na grudę, wiszącą w powietrzu i zapadł się, nie głęboko na szczęście. Jeździec poderwał go, szarpnął nim w bok, ścisnął ostrogami i jednym skokiem stanął na silnym gruncie.
— Good god! — zawołał. — Dość jestem mokry od deszczu, kąpiel już zbyteczna! Omal się nie utopiłem! Prawie tak, jak ongiś u spadkobierców Timpego!
Odtąd trzymał się już nieco zdala od rzeki. Towarzysz jego jechał za nim przez chwilę w milczeniu, poczem zapytał:
— Spadkobierców Timpego? Co to za nazwisko, sir?
— Nie wiecie o tem? — brzmiała odpowiedź.
— Nie.
— Hm! To szczególne! Wszyscy moi znajomi i przyjaciele to wiedzą!
— Zapominacie, że zobaczyliśmy się po raz pierwszy dopiero przed godziną.
— Słusznie! W takim razie trudno, żebyście wiedzieli, kto są spadkobiercy Timpego. Ale może o tem usłyszycie jeszcze kiedyś.
— Może?
— Tak.
— Kiedy?
— Gdy dłużej będziemy razem.
— Czy nie mógłbym teraz o tem się dowiedzieć, sir?
— Teraz? Czemu?
— Bo nazywam się Timpe.
— Co? Jak? Wy nazywacie się Timpe? Timpe wam na nazwisko?
— Tak.
— Naprawdę? Rzeczywiście?
— Pocóż miałbym przybierać cudze nazwisko?
— Wonderful! Ja szukam Timpego od wielu lat, wszędzie po wszystkich dolinach i górach, na wschodzie i na zachodzie, we dnie i w nocy, w słońcu i w deszczu, a teraz kiedy wyrzekłem się już odszukania go, jedzie on w taką pogodę u mego boku i prawie obojętnie patrzy, gdy ja omal się nie utopiłem w rzece, a do tego nie mówi mi, kto on!
— Szukacie mnie? — spytał towarzysz zdziwiony.
— Tak, tak i po raz trzeci: tak!
— Dlaczego?
— No, z powodu spadku!
— Spadku? Hm! Kto wy jesteście właściwie, sir?
— Jestem także Timpe.
— Także? A skąd?
— Z tamtej strony oceanu.
— Z Niemiec?
— Naturalnie! To się przecież samo przez się rozumie! Czy mógł jaki Timpe gdzieindziej się urodzić?
— I owszem, ja naprzykład urodziłem się tutaj w Stanach.
— Ale z rodziców Niemców!
— Ojciec był Niemiec. A wy z których okolic pochodzicie?
— Z Hofu w Bawaryi.
— W takim razie dalecy sobie jesteśmy, gdyż ja pochodzę z Plauen w Voigtland.
— Oho! Dalecy? Mój ojciec pochodzi także z Plauen i przeniósł się stamtąd do Hofu.
Ciemnowłosy zatrzymał konia. Deszcz ustał nagle po silnym grzmocie, a wicher rozegnał chmury. W kilku miejscach wyjrzało jaśniejsze niebo i obydwaj jeźdźcy mogli twarze swoje rozpoznać.
— Z Plauen przeniósł się do Hofu? — zapytał ciemnowłosy. — W takim razie nie tylko nie jesteśmy sobie dalecy, lecz może nawet krewnymi. Nasze szczególnie brzmiące nazwisko nie trafia się tak często, żeby je miały nosić tysiące ludzi. Czem był wasz ojciec?
— Rusznikarzem, a ja także nauczyłem się tego rzemiosła.
— To się zgadza, to się zgadza! To przypadek, jakich mało! Ale tutaj się nie zatrzymujmy, bo burza mogłaby jeszcze wrócić, a teraz mamy przed sobą najgorszą część doliny, dlatego skorzystajmy z tej znośniejszej pogody. Lepiej będzie pomówić, kiedy staniemy na miejscu. Ruszajmy więc, sir, albo kuzynie, jeśli się wam to bardziej podoba!
— Kuzynie, albo bracie stryjeczny, to wszystko jedno. A zatem naprzód!
Pojechali dalej doliną, w tej części tak wązką, że zostało bardzo mało przestrzeni między rzeką a wznoszącą się prawie pionowo skałą. Miejsce to porosłe było mnóstwem krzaków tak, że konie musiały się nieraz poprostu przeciskać. Gdyby burza była nie ustała i było tak ciemno jak przedtem, trudno byłoby wprost tamtędy przejechać.
Taka droga prowadziła przez jakiś czas, poczem dolina się rozszerzyła, ale w pół godziny znowu zwęziła się tak dalece, że tworzyła przesmyk nie długi, który uchodził na plac, zwany Firwood-Camp, ponieważ sterczały tu tylko niebotyczne jodły.
Dwie doliny krzyżowały się tutaj pod prostym kątem, a to dolina rzeki, którą przybyli obaj Timpowie, oraz druga, przez którą budowano właśnie kolej. Camp znaczy obóz, a że się tu obóz znajdował, to dostrzegli jeźdźcy pomimo nocnej ciemności, kiedy wjeżdżali w przesmyk.
Leżało tam mnóstwo olbrzymów ze świata roślinnego, które ścięto w tym celu, żeby z pni porobić deski, a z grubszych konarów progi do szyn, odpadki zaś przeznaczyć na paliwo. Most nad rzeką był już prawie gotowy, a w pobliżu stał przenośny tartak, którego piły miały pokonać te masy drzewa. Nieco dalej czerniała otchłań kamieniołomu, który dostarczał kamieni do murowanych części kolei, a na lewo ciągnęło się kilka z belek i desek wystawionych budynków, służących do pomieszczenia ludzi, narzędzi i zapasów.
Jedna z tych bud, zwanych tutaj shops, była nadzwyczajnie długa i głęboka. Cztery czuwające nad dachem kominy i oświetlone teraz okna kazały się domyślać, że mieszkają w niej zatrudnieni przy kolei robotnicy. Z tego powodu zwrócili się tam obydwaj przybysze.
Już zdaleka powitał ich dość wyraźny zgiełk ludzkich głosów, co świadczyło o obecności wielu ludzi, a im bardziej się zbliżali, tem silniej czuć było w powietrzu opary wódki. Zsiedli z koni, przywiązali je do wbitych prawdopodobnie w tym celu pali i chcieli już właśnie wejść, kiedy ukazał się w drzwiach człowiek, który odwróciwszy się jeszcze do środka, zawołał:
— Zaraz nadejdzie pociąg budowlany. Wyprawię go i wrócę. Może przywiezie listy i gazety.
Po tych słowach puścił się od progu, wtem ujrzał przybyłych, cofnął się na bok, aby się dostali w padające przez drzwi światło i przypatrzył im się uważnie.
— Good evening, sir — pozdrowił go blondyn. — Przemokliśmy do nitki. Czy można się tu gdzie wysuszyć?
— Tak — odpowiedział. — Jest nawet gdzie się przespać, jeżeli nie należycie do ludzi, których lepiej nie wpuszczać.
— Bez obawy, sir! Jesteśmy rzetelnymi westmanami, gentlemanami, którzy nie wyrządzą wam szkody i zapłacą za wszystko.
— Jeżeli wasza uczciwość jest tak wielka, jak długość ciała, to jesteście zaiste największymi gentlemanami na świecie. No, idźcie do środka, na lewo do mniejszej izby i powiedzcie shopmanowi[2], że engineer[3] pozwolił wam zostać.
Nieznajomy odszedł, przybysze zaś usłuchali jego wezwania.
Wnętrze budy tworzyło jedną wielką izbę, z której po lewej stronie oddzielono mniejszą tylko ścianą z desek wysokości człowieka. Było tam mnóstwo prymitywnych stołów i ławek, poprzybijanych do podłogi, a pomiędzy niemi i wzdłuż ścian znajdowały się gromadne łoża, zaścielone przeważnie tylko słomą i sianem. Na czterech kominach płonęły ognie i oświetlały izbę od biedy w braku lamp i świec, wskutek czego wyglądali ludzie i przedmioty w tem migotliwem świetle jak widma.
Około dwustu robotników kolejowych siedziało przy stołach, lub na łożach. Byli to ludzie mali, żółtej cery, z długimi warkoczami, wystającemi kośćmi policzkowemi i skośnie wykrojonemi oczyma. Ze zdziwieniem popatrzyli wszyscy na obie długie postaci.
— Tfu, do dyabła! Chińczycy! Można było tego się domyślić, gdyż zapachy rozchodziły się już na dworze! — rzekł ciemnowłosy. — Chodźcie prędko do małej izby! Może tam będzie znośniejsze powietrze.
W tym przedziale spotkali także przy fajce i szklance wielu robotników, ale białych. Były to szorstkie, ogorzałe, postaci, z których niejeden miał lepszą przeszłość za sobą, ale niejeden przybył tu tylko dla tego, że nie mógł się już pokazywać w krajach cywilizowanych. Ich zbyt głośna rozmowa zamilkła natychmiast na widok gości, za którymi poszły ich zdziwione spojrzenia aż tam, gdzie stał shopman, oparty o stół, zastawiony flaszkami i szklankami.
— Rail roaders?[4] — spytał, odpowiadając na ich powitanie.
— Nie, sir — rzekł blondyn. — Nie mamy zamiaru zabierać zarobku siedzącym tu gentlemanom. Jesteśmy westmanami i szukamy ognia, żeby się wysuszyć. Engineer nas do was przysyła.
— Czy możecie zapłacić? — zapytał, mierząc oceniającem spojrzeniem ich długie postaci.
— Tak.
— W takim razie dostaniecie wszystko, czego wam narazie trzeba, a potem wygodne, oddzielone łóżko tam za skrzyniami i beczkami. Usiądźcie przy ciepłym kominie! Ten drugi stół przeznaczony jest dla urzędników i wyższych gentlemanów.
— Well! Zaliczacie nas zatem do niższych gentlemanów. Byłbym się tego po was nie spodziewał, choćby ze względu na to, że jesteśmy tak dłudzy. Ale to nic. Podajcie nam gorącej wody, rumu i cukru! Chcielibyśmy rozegrzać się także wewnętrznie.

Usiedli przy wskazanym stole tak blizko ognia, że wysuszyli niebawem swe przemokłe ubrania. Z podanych składników sporządzili sobie grog. Biali robotnicy usłyszawszy, że nie grozi im współzawodnictwo, uspokoili
Metys rzucał ku nim często niedostrzegalne spojrzenia i nachylił głowę w ich stronę, aby słyszeć, o czem będą mówili.
się i z zadowoleniem zaczęli nanowo swą hałaśliwą rozmowę.

Przy stole, przeznaczonym dla urzędników i wyższych gentlemanów, siedział młody człowiek lat niespełna trzydziestu, ubrany jak biały myśliwiec, ale barwa jego skóry i układ twarzy nie wskazywały na członka rasy kaukaskiej. Był to metys, jeden z owych mieszańców, którzy dziedziczą wprawdzie zalety, ale niestety i wady swych różnobarwnych rodziców. Członki miał silne i gibkie jak u pantery, ale ciemne jego oczy czyhały z pod nizko spadających powiek i rzęs, jak para kotów, zaczajonych na zdobycz. Zdawało się, że nie uważał na obcych, rzucał jednak ku nim często niedostrzegalne spojrzenia i nachylił głowę w ich stronę, aby słyszeć, o czem będą mówili. Chciał się dowiedzieć, co ich sprowadziło w te strony, czy tu zostaną, czy też nie. Niestety, nie rozumiał ani słowa, pomimo że rozmawiali dość głośno, ponieważ posługiwali się językiem niemieckim, którego on nie umiał.
Napełniwszy szklanki, wypili je do dna, poczem ciemnowłosy odstawił swoją i powiedział:
— To było powitanie, któreśmy sobie byli winni, a teraz znowu do rzeczy! A więc pan jest rusznikarzem, jak pański ojciec. Z tego, powiedziawszy nawiasem, można wnosić, że jest pan dobrym strzelcem. Choćbyśmy się nawet zgodzili na pokrewieństwo między sobą, to mimo to ja wyznam szczerze, że nie wiem, czy mam się względem pana zachować jak krewny.
— Czemużby nie?
— Z powodu spadku.
— Jakto?
— Oszukano mnie i nic nie dostałem.
— I ja także!
— Ach! Naprawdę? Nic pan nie otrzymał?
— Ani feniga, ani grosza!
— Ale spadkobiercom w starym kraju wypłacono znaczną sumę!
— Tak, spadkobiercom Timpego w Plauen, ale nie mnie, chociaż jestem tak samo prawdziwym Timpem, jak oni.
— Pozwól pan, że zbadam nieco tę prawdziwość! Jak się pan nazywa na imię?
— Kazimierz Obadja Timpe.
— A ojciec?
— Rehabeam Zacharjasz Timpe.
— Ilu braci miał pański ojciec?
— Pięciu. Trzej młodsi wyjechali do Ameryki w nadziei, że się prędko wzbogacą, gdyż potrzebowano tu wówczas dużo strzelb. Wszyscy bracia byli rusznikarzami.
— Jak się nazywał drugi z braci, pozostałych w Plauen?
— Jan Daniel. Umierając, zostawił dwu synów, Piotra Michę i Marka Absalona, którzy odziedziczyli sto tysięcy talarów i otrzymali je z miasta Fayette w Alabamie.
— To się zgadza, to się znów zgadza! Pańska znajomość miejsc i osób dowodzi, że istotnie jest pan moim bratem stryjecznym.
— O, ja potrafię panu jeszcze lepiej tego dowieść! Mam papiery i legitymacye, które przechowuję jak świętość i noszę je zawsze na sercu. Mogę je panu natychmiast...
— Nie teraz, nie teraz, chyba później — przerwał mu Hazael Benjamin Timpe, tak bowiem nazywał się ciemnowłosy. — Wierzę panu. Wszak pan wie, dlaczego wszyscy bracia mają biblijne imiona?
— To był prastary zwyczaj w tej rodzinie, od którego nikt nie chciał odstąpić.
— To prawda! Tego zwyczaju można było dochować tu w Stanach, gdyż Amerykanin lubi także takie imiona. Mój ojciec był trzecim z braci, nazywał się Dawid Machabeusz i został w Nowym Yorku. Mnie na imię Hazael Benjamin. Dwaj młodsi udali się w głąb kraju i osiedlili się w Fayette w stanie Alabam. Najmłodszy nazywał się Józef Habakuk, zeszedł ze świata bezdzietnie i zostawił ten wielki spadek. Czwarty brat, Tobiasz Holofernes, umarł w tem samem mieście, a jego jedyny syn, Nahum Samuel, jest oszustem.
— Jakto?
— Czy pan tego nie widzi? Ja nie przeczuwałem niczego. Ojciec pisywał jakiś czas do obydwu braci w Fayette, ale to potem ustało i zapomniano wzajemnie o sobie. Oddalenia w Stanach są tak wielkie, że wkońcu nawet bracia znikają sobie z oczu. Po śmierci ojca prowadziłem interes z różnem powodzeniem, a z zyskiem tak małym, że ledwie wystarczało mi na życie. Wtem spotkałem się w Hoboken z Niemcem, który świeżo przyjechał był z Plauen. Zapytałem go oczywiście o swoich tamecznych krewnych i dowiedziałem się ku memu zdziwieniu, że odziedziczyli po stryju Habakuku gotówką sto tysięcy talarów. A ja nic! Myślałem, że mnie szlak trafi! Miałem prawo żądać swego udziału i napisałem do Fayette z dziesięć, a może więcej listów, lecz nie dostałem odpowiedzi. Wobec tego sprzedałem w krótkiej drodze interes i udałem się tam.
— Całkiem słusznie, całkiem słusznie, kochany bracie! A skutek?
— Nie było żadnego skutku, ponieważ ten ptaszek zrobił się niewidzialnym. Wyleciał.
— Jaki ptaszek?
— Szczególne pytanie! Może się pan domyślić! W Fayette przypuszczano, że stary Józef Habakuk zmarł w dobrych stosunkach, ale nie przeczuwano, żeby był aż taki bogaty. Prawdopodobnie nie okazywał tego ze sknerstwa. Brat jego, Tobiasz Holofernes, był bardzo ubogi i umarł przed nim, Habakuk więc wziął do siebie jego syna, a swego bratanka, Nahuma Samuela. Ten właśnie jest oszust. Nie mógł on wprawdzie tych stu tysięcy talarów nie posłać do Plauen, ale z resztą pieniędzy zabrał się gdzieś w świat. Tak przepadło drugich sto tysięcy talarów, które ja powinienem był dostać.
— On prawdopodobnie i moje pieniądze zabrał.
— Pewnie!
— Łajdak! Ojciec wyprowadził się z Plauen, poróżniwszy się bardzo z bratem na tle konkurencyi. Nieprzyjaźń wzrastała mimo oddalenia, wkońcu doszło do tego, że jeden o drugim nic nie chciał wiedzieć. Tymczasem umarł mój ojciec i brat jego w Plauen. Później napisali mi synowie tego stryja, że po stryju Habakuku odziedziczyli sto tysięcy talarów. Pojechałem natychmiast do Plauen, by się czegoś dowiedzieć. Tam było wszystko na wielką stopę urządzone. Obudwu braci stryjecznych nie nazywano inaczej, jak spadkobiercami Timpego. Oni porzucili swój zawód i żyli jak książęta. Przyjęli mnie bardzo dobrze, zatrzymując u siebie kilka tygodni. O dawnej nieprzyjaźni nie wspominano ani słowem, nie mogłem się jednak niczego bliższego dowiedzieć, ani o stryju, Józefie Habakuku, ani o jego puściźnie. Bracia stryjeczni dali mi skosztować swego bogactwa, ale o moim udziale mowy nie było. Zrobiłem więc krótko tak jak pan. Sprzedałem interes, pojechałem do Ameryki i udałem się z Nowego Yorku natychmiast prosto do Fayette.
— Ach, więc także! Cóż pan tam znalazł?
— To, co i pan, tylko że mnie w dodatku wyśmiano. Powiedziano mi, że tameczni Timpowie nie byli nigdy zamożni.
— Nonsens! Czy umiał pan podówczas po angielsku?
— Nie.
— Więc wodzili pana za nos jako Niemca. Cóżeś pan począł?
— Pojechałem do St. Louis, gdzie przyjąłem pracę u mr. Henry’ego, wynalazcy słynnego sztućca na dwadzieścia pięć strzałów. Starałem się jak najwięcej z jego sztuki skorzystać. Tymczasem znalazłem się w mieście Napoleon nad Arkanzas i Mississippi w towarzystwie kilku myśliwych z preryi, którym mogłem się przydać jako rusznikarz. Ci nie puścili mnie już od siebie i nakłonili, żebym się udał w Góry Skaliste. Tak zostałem westmanem.
— A czy pan zadowolony z tej zamiany?
— Tak. Byłoby mi oczywiście przyjemniej, gdybym był schwycił moich sto tysięcy talarów i mógł żyć in dulci jubilo, jak spadkobiercy Timpego.
— Hm! To może jeszcze nastąpić.
— Trudno! Mnie także przyszło później na myśl, że stary Józef Habakuk był bardzo bogaty i że jego bratanek, Nahum Samuel, uciekł z pieniędzmi. Szukałem tego drugiego przez kilka lat, ale, jak już powiedziałem, napróżno.
— Ja także go szukałem z tym samym skutkiem, lecz tylko do niedawna, gdyż mam już ślad jego.
— Ślad... je... go. Jak... co... naprawdę? — zawołał Kazimierz, zrywając się tak nagle z miejsca, że wszyscy obecni zwrócili na to uwagę i skierowali ku niemu spojrzenia.
— Cicho, spokojnie! — upomniał Hazael. — Nie trzeba tak prędko się rozdrażniać. Słyszałem z ust niezawodnych, że niejaki Nahum Samuel Timpe, dawniej rusznikarz, stał się teraz bardzo bogatym i mieszka w Santa Fé.
— W Santa Fé? Musimy się tam udać bezzwłocznie, obydwaj, ja i pan!
— Zgadzam się na to, bracie! Miałem właśnie zamiar odszukać go i zmusić do wydania całej kwoty wraz z procentami. Wiedziałem, że będzie to trudne zadanie, dlatego cieszę się, że pana spotkałem, gdyż dwom przyjdzie to z większą łatwością. Wystąpimy wobec niego w ten sposób, że ze strachu przyzna się do swego czynu niecnego i wypłaci nam pieniądze natychmiast. Jesteśmy westmanami i zagrozimy mu prawem preryi. Prawda?
— Samo się przez się rozumie! — potwierdził Kazimierz skwapliwie. — Co za szczęście, że pana spotkałem, pana, pana, pana? Czy to nie głupota, że jako bracia stryjeczni nazywamy siebie panami; my, tacy blizcy krewni i towarzysze niedoli?
— Mnie także się tak wydaje.
— A więc zawrzemy braterstwo i będziemy mówili do siebie: ty. Dobrze?
— Zgoda. Oto moja ręka. Uderz w nią! Napełnijmy szklanki nanowo i wypijmy za nasze zdrowie i pomyślność przedsięwzięcia. No, trąć się ze mną!
— Na zdrowie, bracie, albo raczej, kochany Hazaelu!
— Na zdrowie! Ale ho, Hazaelu? Czy wiesz, że w Stanach załatwiają się ludzie jak najkrócej ze wszystkiem, osobliwie z imionami. Mówi się Jim, Tim, Ben i Bob, opuszczając resztę zgłosek, skoro jedna wystarczy. Mój ojciec mówił do mnie Haz zamiast Hazael i przyzwyczaiłem się do tego. Ty nazywaj mnie tak samo!
— Haz? Hm! W takim razie ty musiałbyś mnie wołać: Kaz zamiast Kazimierz.
— Owszem.
— Czy to nie brzmi zbyt głupio?
— Głupio? Nonsens! To brzmi ładnie, powiadam ci; mnie się podoba, a jakie wrażenie to na innych robi, to mi obojętne. A więc jeszcze raz na zdrowie, kochany Kaz!
— Na zdrowie, kochany Haz! Na zdrowie Kaza i Haza, najnowszych spadkobierców Timpego! Trącili się cicho, ale z zapałem, aby nie zwracać na się uwagi reszty pijących. Potem rzekł ciemnowłosy Haz:
— A więc do Santa Fé! Ale tego nie tak łatwo dokonać, gdyż trzeba będzie daleko objeżdżać.
— Czemu? — zapytał jasnowłosy Kaz.
— Bo udając się drogą najkrótszą, musielibyśmy przejeżdżać przez terytoryum Komanczów.
— Nie słyszałem, żeby czerwonoskórzy wykopali teraz topór wojenny.
— Ja także nie, ale te kanalie zachowują się zdradziecko nawet w czasie pokoju, a zawsze są względem bladych twarzy wrogo usposobieni. Spotkałem się wczoraj z pedlarem,[5] który wracał od nich. Wiesz o tem, że Indsmani nie czynią nic złego pedlarom, bo ci im są niezbędni. Ten powiedział im, że wielki wódz, Tokwi Kawa[6], oddalił się teraz z kilku najlepszymi wojownikami ze swego szczepu, nie mówiąc nikomu dokąd.
— Tokwi Kawa, „Czarny Mustang“, niszczyciel strzelców? Z najlepszymi wojownikami? Nie mówiąc, dokąd? Z tego można istotnie wnosić, że znów myśli o jakiemś okrucieństwie. Nie boję się żadnego czerwonoskórca, ale byłoby zawsze lepiej nie spotkać się wcale z takim hultajem. Wolimy objechać dokoła i przybyć do Santa Fé o dzień później. Nasz Nahum Samuel nie ucieknie nam chyba po raz wtóry.
— A gdyby nawet uciekł, to mamy już ślad, a dzięki temu złowilibyśmy go pewnie, gdyż...
Wtem przerwano mu, bo powrócił inżynier i przyprowadził jeszcze dwu mężczyzn. Kaz i Haz niedosłyszeli w zapale rozmowy dwukrotnego świstu lokomotywy. Pociąg roboczy nadszedł, inżynier wyprawił go i wracał teraz w towarzystwie jednego z dozorców i zarządcy magazynu. Skłonił się obydwu westmanom, poczem wszyscy trzej usiedli obok metysa przy stole, przeznaczonym dla „urzędników i wyższych gentlemanów“. Kazali sobie także podać grogu, poczem mieszaniec zapytał:
— No, cóż, sir, czy gazety nadeszły?
— Nie — odrzekł inżynier, — nadejdą jutro, ale wiadomości otrzymałem.
— A dobre?
— Niestety, nie. Będziemy musieli odtąd bardzo się pilnować.
— Dlaczego?
— Niedaleko od stacyi powrotnej widziano ślady Indyan.
W tej chwili oczy mieszańca, schowane do połowy pod powiekami, zabłysnęły gniewem. Zapytał jednak głosem zupełnie spokojnym:
— W tem niema jeszcze powodu do niezwykłej czujności!
— Ja sądzę przeciwnie!
— Pshaw! Żadne plemię nie wykopało wojennego tomahawka, a gdyby nawet tak było, to z kilku śladów nie można jeszcze spodziewać się nieprzyjaciół.
— Przyjaciele się pokazują, a kto się kryje, ten nie żywi dobrych zamiarów. Ja tak twierdzę, pomimo że nie jestem skutem[7], ani westmanem.
— Twierdzicie tak właśnie dlatego, że nim nie jesteście. Doświadczony westman wiedziałby, że czerwonoskórcy przeszli koło stacyi kolejowej, bo nie mieli czasu się pokazywać.
— Nie mieli czasu? Czerwonym nie brak czasu do włóczenia się za białymi i żebrania od nich. Skoro się kryją, to nie w dobrych zamiarach. Jesteś tęgim i znanym w tych stronach wyszukiwaczem ścieżek; nająłem cię na to, żebyś od jutra zaczął dokładnie badać nasze otoczenie.
Lekkie drgnienie przebiegło postać i twarz metysa, jak gdyby chciał się z gniewem poderwać. Zapanował jednak znowu nad sobą i powiedział spokojnie:
— Zrobię to, sir, chociaż wiem, że to nie potrzebne, ślady Indyan oznaczają tylko w czasach wojennych coś złego. I jeszcze jedno: Czerwoni są często lepsi i wierniejsi od białych.
— To zapatrywanie przynosi zaszczyt twej powszechnej miłości dla ludzi, ale mógłbym ci dowieść na wielu przykładach, że jesteś w błędzie.
— A ja potrafię jeszcze więcej podać dowodów, że mam słuszność. Czy był kto kiedy tak wierny jak Winnetou względem Old Shatterhanda?
— Winnetou jest wyjątkiem. Czy znasz go?
— Nie widziałem go jeszcze.
— A Old Shatterhanda?
— Także nie, ale słyszałem o ich czynach.
— To pewnie słyszałeś także o Tangui, wodzu Keiowejów.
— Tak.

— Cóż to był za zdrajca z tego łajdaka! Jeszcze wówczas, kiedy Old Shatterhand był surveyorem[8], narzucił mu się na opiekuna, a mimo to nieustannie godził na jego życie. I byłby go pewnie zdmuchnął, gdyby ten
„Istnieją podobno ludzie, którzy nie potrafią znieść kuli w swojej głupiej głowie, ani tego przeżyć, a ja przypuszczam, zdaje się, słusznie, że ty właśnie do takich należysz.“
słynny biały nie był takim mądrym i rozważnym, a zarazem mężnym i silnym człowiekiem. Gdzie tu wierność o której mówisz? A co do tego, że ślady Indyan tylko podczas wojny oznaczają niebezpieczeństwo, to czy Siouksi Ogallala nie napadali na pociągi podczas pokoju? Czy nie zabijali mężczyzn i kobiet nie porywali? Spotkała ich za to kara nie od wielkich gromad strzelców i wojska, lecz od dwu ludzi, od Winnetou i Old Shatterhanda, którym nikt nie dorówna. Gdyby się ci dwaj tu znajdowali, spokojny byłbym, nawet gdybym sto śladów indyjskich zobaczył.

— Pshaw! Przesadzacie, sir! Ci ludzie mieli szczęście. Znaleźliby się inni tacy sami jak oni, a nawet lepsi
— Gdzie?
Metys spojrzał mu wyzywająco w oczy i odrzekł:
— Nie pytajcie, lecz rozglądnijcie się tylko!
— Czy masz może siebie na myśli?
— A kogoż?
Inżynier chciał mu właśnie odpowiedzieć karcąco lecz przeszkodzono mu. Oto Kaz zbliżył się w dwu krokach na swych długich nogach, stanął przed metysem i rzekł:
— Jesteś największą baranią głową na świecie mój synu!
Mieszaniec powstał w tej chwili i wyrwał nóż z za pasa, lecz jeszcze prędzej odwiódł Kaz swój rewolwer, wyciągnął go ku niemu i upomniał:
— Bez pośpiechu, my boy! Istnieją podobno ludzie, którzy nie potrafią znieść kuli w swojej głupiej głowie, ani tego przeżyć, a ja przypuszczam, zdaje się, słusznie, ze ty właśnie do takich należysz.
Wymierzona ku metysowi lufa rewolweru nie pozwoliła mu użyć broni, bo kula jest zawsze szybsza od najlepszej klingi. Wściekły z tego powodu syknął do długosza.
— Nie znam was. Jakiem prawem wtrącacie się do naszej rozmowy?
— Z własnej woli, mój chłopcze, z własnej. Gdy sobie lub komukolwiek na coś pozwalam, ciekaw byłbym widzieć takiego, któryby usiłował do tego nie dopuścić!
— Jesteście gburem, sir!
— Well. Przyjmuję tę odpowiedź, gdyż widzę, że zaczynam ci się podobać. Staraj się, żebyś i ty mnie się trochę spodobał, gdyż tak z tobą będzie, jak u spadkobierców Timpego!
— Spadkobierców Timpego? Któż wy właściwie jesteście, sir?
— Ktoś, kto nie ścierpi, by uchybiano Winnetou, lub Old Shatterhandowi. Więcej ci wiedzieć nie potrzeba. Bywaj zdrów, my boy, i schowaj swoje szydełko, ażebyś przypadkiem nie ukłuł siebie samego!
Kaz wrócił do swego stołu i usiadł wygodnie. Metys śledził jego ruchy płonącemi oczyma, gotował się już do skoku za tym, który go obraził, w celu przebicia go nożem, ale nie zdołał tego dokonać. Było coś w postawie tego długiego, cienkiego człowieka, co krępowało mu nogi. Schował nóż, zajął miejsce napowrót przy towarzyszach i mruknął na swoje usprawiedliwienie:
— To błazen widocznie, niezdolny obrazić rozsądnego człowieka. Niech sobie papla!
— Papla? — odrzekł engineer. — Przeciwnie, mnie się zdaje, że to człowiek niebezpieczny. Cieszy mnie to, że się ujął za Old Shatterhandem i Winnetou, ponieważ ich czyny i zdarzenia z ich życia są dla mnie najulubieńszym tematem rozmowy. Zobaczę, czy ich zna rzeczywiście. A zwróciwszy się do drugiego stołu, zapytał:
— Przedstawiacie się jako westmani, sir. Czy zetknęliście się kiedy z Old Shatterhandem, albo z Winnetou?
— Ile razy! — odrzekł Kaz, a jego mysie oczka zaiskrzyły się z zadowolenia. — Widziałem obydwu.
— Czy przez czas dłuższy?
— Jeździłem z nimi przez dwa tygodnie.
— Co? Ty? — zawołał zdumiony Haz. — Ty przebywałeś w towarzystwie dwu największych westmanów i nie wspomniałeś mi jeszcze o tem?
— Kiedyż miałem powiedzieć? Nie było jeszcze czasu pomówić o tem, cośmy przeżyli.
— O, znacie się dopiero odniedawna? — zapytał engineer.
— Zobaczyliśmy się dziś przed wieczorem po raz pierwszy — odrzekł Kaz.
— Czy mieliście jakie przygody z Winnetou i z Old Shatterhandem?
— To szczególne pytanie, sir. Kto tylko jest z tymi ludźmi, przeżywa coś zawsze, a często w jednym dniu więcej, niż kiedyindziej w miesiącu lub nawet w roku!
— Do pioruna! Czy nie przyszlibyście tu nam to opowiedzieć?
— Nie.
— Nie? Czemuż?
— Bo brak mi zdolności do opowiadania, a do tego trzeba właśnie zdolności wrodzonej. Próbowałem już nieraz, ale mi się nie udawało. Zaczynam z reguły od środka lub od końca i utykam w połowie. Wspomnę tylko krótko, że było nas wówczas ośmiu białych i że dostaliśmy się do niewoli Upsaroków, którzy przeznaczyli dla nas pal. Old Shatterhand i Winnetou, dowiedziawszy się o tem, odszukali nasz trop, poszli za nim, zakradli się do Upsaroków i sami zabrali nas w nocy. Było to arcydzieło, jakiego nie dokonałby najsławniejszy człowiek, nawet wasz halfbreed[9], który obok was siedzi i przedtem tak się chełpił straszliwie.
Metys chciał znów wybuchnąć, lecz inżynier uprzedził go pytaniem, zwróconem szybko do Kaza:
— Czy nie wiecie, gdzie oni się teraz znajdują?
— Nie mam pojęcia. Mówiono, że Old Shatterhand wyjechał do jednego z krajów staromodnych, do Egiptu czy Persyi, ale że tu powróci.
— Jakże chciałbym ich kiedyś zobaczyć! Czy wyglądają istotnie tak, jak ich opisują? Czy Old Shatterhand posiada rzeczywiście taką siłę w pięści? Powiedziano mi, że ma mimo to ręce tak małe jak lady.
— To prawda. Mimo to potrafi jednem uderzeniem grzmotnąć najcięższego człowieka o ziemię. Nie jest nadmiernie długi, ani szeroki, ale mięśnie jego są jak żelazo, a ścięgna jak stal. Taki sam jest Winnetou.
— Czy są dumni?
— Ani im się śni! Prawdziwe dzieci! Mili, łagodni, serdeczni. Największe niebezpieczeństwo nawet nie wytrąci ich z równowagi, warto ich widzieć, gdy się co komu od nich należy! Te oczy, te kroki i ruchy, to siedzenie w siodle, to zimne obliczanie każdej korzyści, to zawsze niezawodne przewidywanie wszystkich, ale to wszystkich skutków tego, co czynią! Nie było jeszcze czerwonego, ani białego człowieka, któremu udałoby się złudzić ich na dłużej, aniżeli na chwilę!
— Opisujecie ich rzeczywiście jak półbogów, sir. Dałbym nie wiem co za to, żeby ich zobaczyć. Może nawet spotkałem już kiedy któregoś z nich, nic o tem nie wiedząc.
— To nie może być, sir. Kto ich zna, ten wie, że gdyby tu wszedł teraz jeden z nich, całkiem dla was obcy, przeczulibyście natychmiast, że to Old Shatterhand, albo Winnetou.
— A ich broń? Czy istotnie taka znakomita, jak mówią?
— Tak myślę, sir! Ze srebrnej strzelby Winnetou nie chybił jeszcze ani jeden strzał. Coś podobnego nigdzie się nie zdarza. Rusznica Old Shatterhanda jest lwem ryczącym, któremu zdobycz nie ujdzie, chociażby jak najchyżej umykała. A jego sztuciec Henry’ego! Byłem rusznikarzem i znam się na tem. Henry zrobił tylko dziesięć, czy dwanaście takich sztućców, ale kto je ma i gdzie one? Znany jest tylko ten, który ma Old Shatterhand. Ten sztuciec, pierwotnie martwe arcydzieło, stał się w jego ręku żywem stworzeniem, nauczył się myśleć, obliczać i słuchać. Old Shatterhand zakłada się, że dosięgnie celu z każdej cudzej strzelby po trzech strzałach na próbą, ale gdy ma sztuciec swój w ręce, ubiłby was gdybyście chcieli z nim się założyć. On czuje, jak kula wbija się w cel, już wówczas, kiedy ją ma jeszcze w kieszeni. On i sztuciec to jedna dusza, jedna myśl i jedna wola! Pojmujecie to?
— Nie.
— Bo nie jesteście myśliwym, namiętnym strzelcem. Te trzy strzelby posiadają nieocenioną wartość. Niepodobna osądzić, której z nich należałoby się pierwszeństwo, ale ja wybrałbym sztuciec Henry’ego. Jestem pewien, że właściciel gdyby mu dawano dziesięć, dwanaście a nawet więcej tysięcy dolarów, odszedłby z uśmiechem! Przed jego śmiercią nikt nie dostanie tej strzelby, nikomu nawet nie będzie wolno jej zbadać, gdyż w innym ręku utraciłaby całą swą wartość i byłaby zwykłą martwą, bronią bez duszy i posłuszeństwa. Popełnionoby na mej morderstwo.
— Lackaday! Robicie się poetycznym, sir! Nie słyszałem jeszcze, żeby kto tak mówił o broni. A jednak twierdziliście, że nie umiecie opowiadać!
— Tak też jest. Jak już zauważyłem, trudniłem się dawniej rusznikarstwem, a teraz myśliwstwem. Ja utrzymuję, że każda strzelba posiada, pozwólcie, że się tak wyrażę, posiada duszę, którą strzelec powinien zbadać, zrozumieć i pokochać. Wówczas oboje mają jedną wolę! Kto nie jest fachowcem i nie złościł się nigdy na nic niewarte pukawki, ten tego nie rozumie i śmieje się z tego. Jeżeli wy chcecie się także śmiać, to się śmiejcie. Ja się nie sprzeciwiam...
— Ani myślę! Wasz pogląd jest wprawdzie bardzo niezwykły, ale mi się podoba, zarówno jak wy mi się podobacie
— Tak, podobam się wam, sir? Well, to zróbcie mi tę grzeczność i powiedzcie, gdzie możemy konie zaprowadzić. Chciałbym je umieścić pod dachem, bo wspomnieliście dopiero co o śladach Indyan.
— Czy was także niepokoją te ślady?
— Naturalnie. Ten mądry halfbreed może sobie myśleć, co chce, ja wiem, co o tem sądzić.
— W takim razie polecam wam naszą budę z narzędziami, bo zaopatrzona jest w mocny zamek. Zarządca wam ją wskaże i postara się o paszę dla koni.
Wymieniony wstał z gotowością, a Kaz i Haz wyszli za nim — do koni.
Biali robotnicy kolejowi uważali pilnie na rozmowę, gdyż treść jej zajmowała ich tak samo, jak ich przełożonego, który teraz skorzystał z nieobecności obydwu myśliwych, aby wytknąć metysowi jego postępek, a skarcony przyjął to z pozornym spokojem, chociaż w duchu z pewnością się wściekał. Tak minął jakiś czas, aż naraz dał się za drzwiami słyszeć odgłos kroków końskich.
— A to co? — zapytał zdziwiony engineer. — Prowadzą konie napowrót, a przecież w budzie jest dość miejsca.
Spojrzawszy ku wejściu, zobaczył nie owe trzy osoby, które były odeszły, lecz dwu innych mężczyzn. Jeden był biały, drugi Indyanin.
Pierwszy miał postać niezbyt długą, ani szeroką. Pełna, trochę jasna broda okalała mu twarz ogorzałą. Ubranie jego składało się z wystrzępionych spodni i wystrzępionej w szwach bluzy myśliwskiej, długich butów aż po kolana i kapelusza z szerokiemi kresami, ozdobionego dookoła sznurem z końcami uszu niedźwiedzich. Za szerokim, z jednego rzemienia wyplecionym, jego pasem, tkwił długi nóż bowie.[10] i rewolwery. Oprócz tego był on jakby nadziany nabojami. Kilka woreczków zapewne z rozmaitymi potrzebnymi westmanowi rekwizytami wisiało u pasa. Od lewego ramienia do prawego biodra przechodziło zwinięte z wielu rzemieni lasso[11], a na szyi wisiała na jedwabnym sznurku fajka pokoju, ozdobiona podgarlami kolibrów. Na głowie fajki widać było wyryte indyańskie znaki. Szeroki rzemień trzymał na plecach tego męża niezwykle długą i ciężką dwururkę, a w jego lewej ręce spoczywała lżejsza jednorurka z jakimś niezwykłym zamkiem. Widać to było, pomimo że teraz pokrywał ją skórzany futerał.
Indyanin ubrany był zupełnie tak samo, jak biały, tylko zamiast butów z cholewami nosił lekkie mokassyny[12], ozdobione kolcami jeżatki. Nie miał okrycia na głowie, a granatowo-czarne włosy związane były w węzeł, podobny do hełmu i poprzeplatany skórą grzechotnika. Na szyi miał woreczek z lekami[13], bardzo cenną fajkę pokoju i trzy sznurki pazurów szarego niedźwiedzia, jako wspaniały dowód swego męstwa, gdyż Indyaninowi nie wolno pokazywać niezdobytych przez siebie trofeów. Nie miał on także lassa, pasa z rewolwerami, nożem i skórzanymi workami, a w prawej ręce trzymał dwururkę, której części drewniane obite były gęsto srebrnymi gwoździami. Rysy jego poważnej, pięknej, męskiej twarzy można było nazwać niemal rzymskimi. Mimo aksamitnej ciemni oczu świecił w nich teraz spokojny, przyjemny blask, kości policzkowe wystawały ledwie dostrzegalnie, a barwa twarzy była matowo jasno brunatna z lekkim odcieniem bronzu.
Obaj przybysze nie byli olbrzymami z postaci. Weszli spokojniej i skromniej niż niejeden z najniższych robotników obozu. Wcale a wcale nie można było po nich poznać, żeby mieli zamiar wywoływać powszechne poruszenie, a jednak wejście ich podziałało tak, jak ukazanie się udzielnych książąt między poddanymi. Zamilkła szalona paplanina Chińczyków, biali robotnicy w małej izbie powstali mimowolnie, engineer, dozorca i mieszaniec zrobili to samo, a shopman usiłował się ukłonić, co poszło mu bardzo niezgrabnie.
Zdawało się, że obydwaj nie zauważyli wrażenia, które wywołali. Indsman pozdrowił obecnych lekkiem, lecz bynajmniej nie dumnem, skinieniem głowy, a biały rzekł po przyjacielsku:
— Good evening, panowie!
Potem zwracając się do gospodarza, dodał:
— Czy macie jaki dobry środek przeciwko głodowi i pragnieniu, sir?
— Readily, with pleasure, sir! — odpowiedział. — Najpierw welcome, gentlemen! Wszystko jest na wasze usługi. Zasiądźcie tu przy ognisku, panowie! Zajęli tu już wprawdzie miejsce dwaj westmani, którzy narazie wyszli, ale jeśliby wam to przeszkadzało, to się ustąpią.
— Tego nie chcemy bynajmniej. Oni byli tutaj przed nami, mają więc tu większe prawo. Skoro powrócą, zapytamy ich, czy zgodzą się na nasze towarzystwo. Dajcie nam najpierw ciepłego piwa z imbierem, a potem coś do jedzenia!
Po zostawionych strzelbach poznali, gdzie siedzieli Kaz i Haz i umieścili się po drugiej stronie stołu.
— Pyszni! — szepnął engineer do swoich dwóch sąsiadów. — Czerwony spoziera jak król, a biały podobnie.
— A strzelba Indsmana! — odrzekł tak samo cicho dozorca. — Tyle srebrnych gwoździ! Czyżby to...
— Thounder storm! Srebrna strzelba! Winnetou! Przypatrzcie się ciężkiej dwururce białego! Czy to nie sławna rusznica na niedźwiedzie? A ta mała, lekka strzelba! Może to sztuciec Henry’ego?
— W takim razie byłby to Old Shatterhand.
— Old Shatterhand i Winnetou! Moje życzenie, moje serdeczne życzenie się spełnia!
Wtem dał się za drzwiami słyszeć głos Kazimierza:
— All devils! Co to za konie? Kto przyjechał?
— Nie wiem — zabrzmiał głos zarządcy, wracającego z obydwoma braćmi stryjecznymi z budy.
— Dwa kare ogiery z czerwonemi nozdrzami i z pękiem w grzywie, co świadczy, że są pełnej krwi! Znam je, znam, oraz jeźdźców, do których należą. Osiodłane po indyańsku! To się pięknie składa! Co za radość! Całkiem jak u spadkobierców Timpego! Chodźcie do środka, prędzej do środka! Zobaczycie dwu największych mężów Zachodu!

Wszedł do wnętrza wielkimi krokami, które zasłu
Kazimierz rzucił się poprostu ku nim, wyciągnął do nich obie ręce na powitanie i zawołał: „Tak, to oni, to oni!“
giwały raczej na nazwą skoków, a Haz i zarządca za nim. Twarz promieniała mu radosnem podnieceniem. Ujrzawszy Apacza i jego białego przyjaciela, rzucił się poprostu ku nim, wyciągnął do nich obie ręce na powitanie i zawołał:

— Tak, to oni, to oni! Nie pomyliłem się! Co to za radość dla mnie, co za radość! Podajcie ręce, panowie, niech je uścisnę i...
Utknął w połowie zdania, opuścił ręce, cofnął się o krok i mówił dalej ciszej i tonem usprawiedliwienia:
— Proszę o przebaczenie, mister Shatterhand i mister Winnetou! Radość mnie oszołomiła. Do takich ludzi, jak wy, nie krzyczy się w ten sposób, lecz czeka się spokojnie, dopóki oni nie raczą zauważyć mówiącego.
Na to wyciągnął doń Old Shatterhand prawicę i odrzekł z przyjacielskim uśmiechem:
— Nie mamy co raczyć, mister Timpe. Tu na Zachodzie wszyscy uczciwi ludzi są sobie równi. Oto moja ręka. Skoro ją chcecie uścisnąć, to uczyńcie to swobodnie.
Kaz pochwycił rękę Old Shatterhanda, potrząsnął nią z całej siły i zawołał w zachwycie:
— Mister Timpe, mister Timpe mnie nazywacie? Więc jeszcze mnie znacie? Nie zapomnieliście o mnie, sir?
— Nie zapomina się tak łatwo o człowieku, z którym się tyle przeżyło, co podówczas my obaj z wami i towarzyszami.
— Tak, tkwiliśmy wtedy w strasznie gęstem błocie. Mieli nas zdmuchnąć do szczętu, a wyście nas wyciągnęli. Nie zapomnę wam tego nigdy, nigdy! Wierzcie mi! Przed chwilą dopiero mówiliśmy o tej przygodzie. Czy Winnetou, wielki wódz Apaczów, pozwoli, że go także powitam?
Zapytany podał mu rękę i rzekł swym poważnym a łagodnym zarazem, głosem:
— Winnetou pozdrawia swojego białego brata i prosi go, żeby usiadł tu z nami.
Na to wstał engineer, przystąpił bliżej, skłonił się bardzo grzecznie i rzekł:
— Wybaczcie mi moją śmiałość, gentlemani! Nie będziecie tu nadal siedzieć, bo ja zapraszam was do mojego stołu, przeznaczonego dla urzędników i wybitnych osobistości.
— Urzędników i wybitnych osobistości? — odrzekł Old Shatterhand. — Nie jesteśmy ani urzędnikami, ani sobie nie wyobrażamy, jakobyśmy się wybijali ponad innych. Słyszeliście właśnie, że tu na Zachodzie wszyscy są sobie równi. Dziękujemy za uprzejmość, ale wolelibyśmy jednak tu zostać.
— Wobec tego nie nalegam, sir. Pragnęliśmy bardzo dostąpić tego zaszczytu i wypić coś dobrego i porozmawiać z tak sławnymi westmanami.
— Od rozmowy się nie usuwamy. Przypuszczam, że jesteście urzędnikiem tej linii kolejowej.
— Jestem engineer, a to mój dozorca i zarządca, tam siedzi skut, wynajęty po to, by strzegł naszego bezpieczeństwa.
Wskazał przytem po kolei ręką na wymienione osoby. Old Shatterhand rzucił bardzo krótkie, lecz bystre, spojrzenie na mieszańca i zapytał:
— Skut dla bezpieczeństwa? Jak on się nazywa?
— Yato Inda[14]. Ma imię indyańskie, ponieważ pochodzi od matki czerwonoskórej.
Biały myśliwiec zmierzył metysa długiem, ostrem spojrzeniem i odwrócił się potem z tak cichem „hm“, na ustach, że to tylko Apacz usłyszał. Co sobie przytem pomyślał, tego nie można mu było wyczytać z twarzy. Winnetou jednak dla jakiegoś ważnego powodu nie zachował się tak milcząco, bo zwrócił się wprost do skuta:
— Mój brat pozwoli, że go zagadnę! Każdy powinien tu być ostrożnym, a skoro do bezpieczeństwa obozu potrzeba skuta, to są tu zapewne jacyś wrogowie, zagrażający obozowi. Co to za ludzie?
Metys odrzekł wprawdzie grzecznie, ale nie tak, jak należało wobec tak sławnego człowieka:
— Zdaje mi się, że Komanczom nie można zaufać.
Winnetou zrobił głową ruch ku mówiącemu, jak gdyby chciał każde słowo jego dobrze usłyszeć i rozważyć zosobna. Otrzymawszy nawet odpowiedź, zaczekał jeszcze kilka sekund, jak gdyby sam sobie się przysłuchiwał, a potem rzekł:
— Czy mój brat znalazł powód do takiego podejrzenia?
— Właściwego, rzeczywistego, powodu nie widzę, to tylko przypuszczenie.
— Mój brat nazywa się Yato Inda. Wyraz Yato znaczy „dobry“ i pochodzi z języka Nawajów, Inda odpowiada słowu: „mąż“ i należy do języka Apaczów. Nawajowie są także Apaczami, wnioskuję więc z tego, że czerwona matka mego półbarwnego brata była Apaczką.
Mieszańcowi nie podobało się widocznie to pytanie, bo usiłował nie dać odpowiedzi, mówiąc odpychająco:
— Nie słyszałem jeszcze o tem, żeby wielki Winnetou był ciekawy. Dlaczego dzisiaj zajmuje się tak bardzo nieznaną indyańską kobietą?
— Bo jest twoją matką, — zabrzmiało pewnie i ostro z ust Winnetou. — Ponieważ zaś znajduję się tutaj, chcę wiedzieć, jaki to człowiek dba o bezpieczeństwo tego miejsca. Do jakiego szczepu należała twoja matka?
Wobec tego tonu i blasku wielkich, szeroko rozwartych, oczu Winnetou nie mógł skut milczeć i odrzekł:
— Do plemienia Apaczów Pinal.
— I od niej nauczyłeś się mówić?
— Oczywiście.
— Ja znam wszystkie języki i narzecza Apaczów. Oni wymawiają wiele dźwięków równocześnie językiem i gardłem, tymczasem ty używasz do tego tylko języka, jak Komancze.
Na to wybuchnął metys:
— Czy chcesz przez to powiedzieć, że jestem synem Komanczki?
— A gdybym tak twierdził?
— Twierdzenie, to jeszcze nie dowód, a gdyby nawet matka moja była Komanczką, z tego nie wynikałoby jeszcze bynajmniej, że jestem stronnikiem Komanczów.
— Pewnie, że nie, ale ty znasz Tokwi Kawę, „Czarnego Mustanga“, najsroższego wodza Komanczów.
— Słyszałem o nim.
— Ten miał córkę, która została żoną bladej twarzy. Ci oboje pomarli i osierocili chłopca półkrwi, którego potem wychował Czarny Mustang w największej nienawiści do białych. Jeden z towarzyszy zabawy zranił tego chłopca nożem w prawe ucho. Skąd to pochodzi, że mówisz jak Komancz i masz bliznę na tem samem uchu?
Na to podskoczył skut i krzyknął gniewnie:
— Cięcie to zawdzięczam właśnie nieprzyjaźni Komanczów, z którymi musiałem walczyć. Jeśli o tem powątpiewasz, to wyzywam cię do walki.
— Pshaw!
To jedno słowo tylko wyrzekł Winnetou tonem nadzwyczaj lekceważącym. Potem zaś odwrócił się i wziął do rąk przyniesioną właśnie przez gospodarza szklankę piwa z imbierem. Jak się to zwykle dzieje po takich niemiłych scenach, nastała teraz głęboka cisza, zanim przy obydwu stołach wszczęto na nowo rozmowę. Inżynier zapytał uprzejmie, czy Old Shatterhand i Winnetou zamierzają przenocować w obozie, a gdy otrzymał odpowiedź potakującą, ofiarował im swe mieszkanie, popierając ten dowód gościnności następującą uwagą:
— Obaj gentlemani, którzy przyjechali przed wami, znajdą nocleg u shopmana, a u niego niema miejsca więcej. W tej wilgoci nie będziecie spali na dworze, a tutaj w szopie, obok chrapiących i brudnych Chińczyków, także byłoby niewygodnie i nieprzyjemnie. Zamówiliśmy sobie Chińczyków, nie mogąc dostać białych robotników, oraz dlatego, że są tańsi i łatwiej ich utrzymać w rygorze niż tę zgraję, na którą zwykle jesteśmy skazani. Czy przyjmiecie moje zaproszenie?
Old Shatterhand spytał Winnetou wzrokiem, a widząc, że ten skinął mu lekko głową potakująco, odpowiedział:
— Skorzystamy z niego z tem, że i konie nasze znajdą tutaj dobre i bezpieczne schronienie.
— Znajdą je z pewnością. Pomieściliśmy już także konie obu tamtych gentlemanów. Może zechcecie zobaczyć moje mieszkanie?
— Owszem, pokażcie je. Dobrze jest zawsze znać miejsce, w którem się ma przenocować.
Winnetou i Old Shatterhand zabrali broń i poszli za inżynierem do położonego opodal nizkiego zabudowania z kamiennemi ścianami, ponieważ nie było przeznaczone tylko dla celów tymczasowych, lecz na stałe mieszkanie dla straży mostowej. Urzędnik otworzył drzwi i wchodząc, zapalił świecę. Był tam kominek, stół, kilka krzeseł, rozmaite inne narzędzia i naczynia, a w kącie szerokie łoże. Obydwaj goście wyrazili swoje zadowolenie i chcieli wyjść, ażeby także konie umieścić. Na to zauważył inżynier:
— Może zostawicie zaraz tutaj rzeczy. Poco nosić z sobą koce i strzelby?
Należało mu przyznać słuszność. Mury były grube, a okienka tak małe, że nikt nie mógł przez nie się przedostać, drzwi zaś, zbudowane z silnego drzewa, opatrzone były dobrym zamkiem, wobec czego zostawione tam przedmioty znajdowały się w przechowaniu bezpiecznem. Old Shatterhand i Winnetou złożyli więc swoje rzeczy, a potem zaprowadzili swoje rumaki do szopy, gdzie stały już konie obydwu Timpów. Koniom dano wody i paszy, potem spytał Old Shatterhand, czy na wszelki wypadek nie mógłby ich pilnować któryś z robotników, były to bowiem konie wielkiej wartości, a strata ich byłaby niepowetowana. Inżynier obiecał postarać się o dozorcę, a wracając ze swymi gośćmi do gospody, oświadczył, że zaprasza ich także na kolacyę.
— Będę — rzekł — dzisiaj wieczerzał z wami, nie z moimi ludźmi, zwłaszcza że jeden z nich, to jest skut, nie podobał wam się widocznie. Powiedzcieno, mister Winnetou, czy skłania was co do nieufności względem niego?
— Winnetou nie czyni, ani nie twierdzi niczego bez powodu — odrzekł wódz.
— Ależ on był zawsze wierny i godny zaufania.
— Winnetou nie wierzy w te jego zalety. Mój brat przekona się, jak długo to potrwa. Nazywa siebie Yato Inda „Dobrym Człowiekiem“, ale rzeczywiste jego imię zapewne brzmi Ik Senanda, co w języku Komanczów oznacza „Złego Węża“.
— Czy istnieje Komancz tego imienia?
— Tak się nazywa mieszaniec, o którym Winnetou mówił poprzednio, wnuk Czarnego Mustanga.
— Podziwiam waszą bystrość i wasz sąd, mister Winnetou, ale tym razem chyba się mylicie. Skut złożył mi tyle dowodów wierności, że muszę mu ufać.
— Mój biały brat może czynić, co mu się podoba, ale gdy Old Shatterhand i Winnetou będą potem coś mówili w obecności skuta, to będzie wszystko udane! Howgh!
Tymi słowy zaznaczył, że nie chciałby już nic więcej mówić, ani słyszeć o tym przedmiocie. Przybywszy do gospody, zamówił inżynier dobrą wieczerzę na pięć osób, ponieważ uważał także obu Timpów za swoich gości, i przysiadł się do nich do stołu. Old Shatterhand spytał długiego jasnowłosego Kaza, co go sprowadziło w te strony i dokąd zamierza się stąd udać. Zapytany opowiedział w krótkich słowach historyę swego dziedzictwa, oraz szczególne okoliczności, w których spotkał się ze swoim bratem stryjecznym i współdziedzicem zarazem.
— Musimy pojechać do Santa Fé — ciągnął dalej — nie możemy jednak niestety obrać najkrótszej drogi.
— Czemu?
— Z powodu Komanczów. Zwrócimy się stąd na wschód i skręcimy potem ku południowi.
— Hm! A znacie drogę?
— Nie, ale westman wszędzie się wyzna. Może udzielicie nam łaskawie swej rady.
— Owszem, wiecie, co wam poradzę?
— No?
— Zabierzcie nas z sobą!
— All devils. My mielibyśmy wziąć z sobą, was, sir, i Winnetou?
— Tak.
— Czy nie żartujecie?
— Nie wiem, dlaczego miałbym towarzystwo nasze ofiarować wam na żarty.
— Czy wypada wam ta sama droga?
— Właśnie. Zmierzamy także do Santa Fé, chociaż nie z powodu dziedzictwa,
Na to klasnął Kaz w ręce i zawołał z wielkim zachwytem:
— Toż to szczęście, Haz! Haz, czy słyszysz? Możemy jechać z Old Shatterhandem i z Winnetou! Dobrze, teraz pal licho całe hałastrę Komanczów. Nie potrzebujemy okrążać; pojedziemy przez sam środek, a potem w Santa Fé sprawę wygramy. Niechno ten Nahum Samuel Timpe nie próbuje oszukać nas, albo nam umknąć! Mamy z sobą mężów, którzy mu dadzą bobu!
— Nie krzyczcie tak! — rzekł z uśmiechem Old Shatterhand. — Do zbytniej radości niema jeszcze żadnego powodu. My także nie myślimy jechać przez środek obszaru Komanczów, lecz tak samo jak wy skręcić na wschód. Godzicie się wiec na wspólną jazdę?
— Oczywiście! Czyż mogło nas coś lepszego i korzystniejszego spotkać jak to, że wolno nam będzie z wami jechać. Jak sądzicie, kiedy możemy stąd wyruszyć, sir?
— Skoro się tylko wyśpimy. Dojedziemy wieczorem do Alder-Spring[15], gdzie zatrzymamy się do rana.
Na tę nazwę położył Old Shatterhand szczególny nacisk, spostrzegł bowiem podczas rozmowy, że mieszaniec z nadzwyczajną uwagą przysłuchiwał się rozmawiającym, pomimo że usiłował nadać sobie pozoru człowieka, nie biorącego w tem najmniejszego udziału. Nie był on też jedynym, zajmującym się tak gorąco, a skrycie, obydwoma sławnymi przyjaciółmi.
Tuż pod ścianą, dzielącą wielką, przez Chińczyków zajętą, izbę od małej siedzieli jeszcze przed wejściem obu Timpów dwaj „synowie nieba“[16], których jedynem zajęciem było, zdaje się, picie i palenie tytoniu. Byli oni zapewne starszymi robotnikami, lub piastowali jakąś inną godność, gdyż żaden z ziomków nie ważył się do nich przysiąść. Mogli oni słyszeć i zrozumieć wszystko, co mówiono tuż obok, gdyż przebywając już od kilku lat w Stanach Zjednoczonych, zapoznali się z językiem angielskim w San Francisco.
Na wejście Haza i Kaza nie zwrócili większej uwagi niż inni obecni. Kiedy jednak wspomniano w wielkiej izbie o strzelbach Old Shatterhanda i Winnetou, oraz o ich nieocenionej wartości, zaczęli nadsłuchiwać gorliwie. Potem weszli niespodzianie obaj właściciele strzelb i Chińczycy zaczęli im się przypatrywać z ciekawością, a wkońcu nie mogli oderwać oczu od ich strzelb. Gdy w jakiś czas potem goście inżyniera powrócili bez strzelb, przepadł gdzieś spokój Chińczyków. Cienkie ich brwi podnosiły się i opadały, usta im drgały, a palce zginały się kurczowo, przyczem obaj suwali się na swoich miejscach, poruszani tem samem uczuciem, tą samą myślą, której jednak żaden z nich pierwszy nie chciał wypowiedzieć. Wreszcie jeden nie potrafił dłużej wytrzymać i spytał zcicha:
— Słyszałeś wszystko?
— Tak — odrzekł drugi.
— I widziałeś?
— Widziałem!
— A strzelby?
— Także!
— Prawda, jakie kosztowne?

— Warte dużo, dużo tysięcy dolarów!
Indyanin rzucił badawcze spojrzenie na Old Shatterhanda i oświadczył: „Juwaruwa jest walecznym wojownikiem; jada tylko z mężami, znanymi sobie i równie jak on dzielnymi.“
— Gdybyśmy je mogli dostać!

— Jakże musimy pracować, męczyć się teraz, aby kości nasze mogły spocząć w ojczyźnie obok naszych przodków!
Nastąpiła przerwa. Chińczycy namyślali się przez jakiś czas. Po chwili pociągnął jeden sporo dymu z fajki i, mrugając chytrze skośnemi oczyma, zapytał:
— Czy domyślasz się, gdzie leżą strzelby?
— Ja to wiem — brzmiała odpowiedź.
— No, gdzie?
— W domu inżyniera. Gdybyśmy je stamtąd jakoś wydostali, moglibyśmy je zakopać, a wtedy nikt nie wiedziałby, kto je zabrał.
— A potem sprzedalibyśmy je we Frisco[17] za wielkie pieniądze i bylibyśmy wówczas bogatymi, bardzo bogatymi panami. Potem wrócilibyśmy do Państwa Środka i jedlibyśmy codziennie jaskółcze gniazda.
— Toby się dało uskutecznić, gdybyśmy tylko chcieli!
Po nowej przerwie w rozmowie, podczas której porozumiewali się wzajemnie minami i spojrzeniami, zauważył pierwszy z nich:
— Dom inżyniera jest z kamienia, a przez okno nie można się doń dostać! Drzwi są za mocne i mają silny żelazny zamek!
— Ale dach! To przecież shingles[18].
— Wiem o tem. Po drabinie można się tam wydostać, zrobić otwór i wleźć do środka.
— Drabin jest tu podostatkiem!
— Tak, ale gdzie zakopalibyśmy te strzelby? W ziemi popsułyby się z pewnością.
— Trzebaby je dobrze owinąć. W szopie, w której śpimy, jest mnóstwo plecionek z łyka.
Chińczycy rozmawiali dotychczas szeptem, a teraz przysunęli się do siebie jeszcze bliżej i zaczęli do siebie mówić już niemal niedosłyszalnie. Potem opuścili gospodę nie razem, lecz w odstępach kilku minut. Właśnie w chwili, kiedy zniknął drugi z nich, wszedł nowy przybysz. Był to Indyanin, ubrany w niebieską koszulę kaliko, skórzane spodnie i takież mokassyny. Za pasem miał nóż jako jedyne uzbrojenie. Włosy spadały mu na plecy jak kobiecie, a na szyi jego wisiał na rzemieniu dość duży woreczek z lekami.
Stanął w drzwiach, aby przyzwyczaić oczy do światła, ponieważ przychodził z ciemności, przebiegł wzrokiem większą izbę i przeszedł wolno do mniejszej. Czerwonoskóry nie był tu oczywiście zbyt rządkiem zjawiskiem, dlatego Chińczycy zwrócili nań ledwie uwagę. W mniejszej izbie, zajętej przez białych, również nie wywołała jego osoba żadnego wrażenia. Ten i ów spojrzał nań tylko na chwilę i odwrócił się do towarzyszy. Indyanin przeszedł pomiędzy stołami w pokornej postawie, jak człowiek, który czuje, że obecność jego ledwie jest cierpiana, i przykucnął nieopodal kominka.
Na widok Indyanina drgnęła twarz skuta na chwilę, ale tak przemijająco, że prawie nikt tego nie spostrzegł. Obydwaj udawali, że nie istnieją dla siebie, ale od czasu do czasu wymykały się im z pod spuszczonych rzęs to w jedną, to w drugą stronę spojrzenia, które obaj rozumieli widocznie. Wtem podniósł się skut od stołu i poszedł ku drzwiom zwolna, leniwie, jak gdyby bezmyślnie i bez celu.
Dwóch jednak ludzi zastanowiła ta zbyt wyraźnie okazywana bezcelowość: byli to Winnetou i Old Shatterhand. Natychmiast odwrócili pozornie oczy od drzwi, ale właśnie tylko pozornie, gdyż kto zna wprawne oko westmana, ten wie, że umie ono dopuszczać z boku tyle promieni, ile potrzeba, aby dokładnie widzieć, co się dzieje tam, gdzie twarz nie jest skierowana.
Już koło drzwi odwrócił się skut na kilka sekund, a widząc, że żadne oko na niego nie patrzy, szybkim, krótkim ruchem ręki dał Indyaninowi znak, który mógł być zrozumiany tylko na podstawie poprzedniej umowy. Potem zwrócił się znowu do drzwi i wyszedł w noc ciemną.
Znak, dany przez niego Indyaninowi, dostrzegł zarówno Winnetou, jak Old Shatterhand. Spojrzeli na siebie wzajem i w milczeniu porozumieli się, jak mają teraz postąpić. Przez domysły doszli do następującego wyniku: Obcy Indyanin był w tajnem porozumieniu ze skutem, gdyż otrzymał od niego znak. Porozumienie to było tajne, ponieważ starali się nie okazać nikomu, że działają wspólnie jak dobrzy znajomi. Tajność świadczyła o tem, że idzie o zamiar zły, który należało bezwarunkowo udaremnić. Koniecznem było udać się za skutem, aby podpatrzyć, co zrobi. Ponieważ było pewnem, że główną rolę w tej sprawie grają Indyanie, przeto chciał Winnetou, jako Indyanin, wziąć na siebie obowiązek podejścia ich. Niestety, nie mógł wyjść drzwiami, gdyż światło przez nie padało, skut zaś niewątpliwie ustawił się w ten sposób, że mógł widzieć każdą, wychodzącą z gospody, osobę. Szczęściem zauważył już był Apacz poprzednio, że za beczkami, tłomokami i skrzyniami znajdowały się małe drzwi, przeznaczone do wnoszenia i wynoszenia tych przedmiotów bez użycia do tego wejścia głównego. Przez te drzwi postanowił wódz się wydostać. Ponieważ jednak musiało to stać się niepostrzeżenie, trzeba było zaczekać na chwilę, w której uwaga obecnych zwróci się na Old Shatterhanda, a to mogło nastąpić wtedy, gdyby ten przemówił do Indyanina.
Drugą niezbędną rzeczą było przesłuchanie czerwonoskórca, celem wydobycia zeń czegoś o jego zamiarach.
Old Shatterhand nie ociągał się też z rozpoczęciem badania. A kiedy wszyscy skierowali w tę stronę wzrok i słuch, by się przysłuchać, odsunął się Winnetou od stołu, zniknął za beczkami i dostał się do wspomnianych drzwi.
Indsman był silnie zbudowanym mężczyzną w średnim wieku. Okazało się wkrótce, że posiadał wcale nie przeciętną inteligencyę. Old Shatterhand przewidział to oczywiście, gdyż takie tajne, a może nawet niebezpieczne, polecenia otrzymuje zwykle tylko sprytny wojownik.
— Mój czerwony brat usiadł od nas za daleko. Czy nie zje nic, lub nie napije się czego? — brzmiało pierwsze pytanie Old Shatterhanda.
Czerwonoskóry odpowiedział przecząco tylko potrząśnięciem głowy.
— Czemu nie? Czy nie jesteś głodny, ani spragniony?
— Juwaruwie dokucza głód i pragnienie, zaspokoić jednak tego nie może, gdyż nie ma pieniędzy — dała się słyszeć odpowiedź czerwonoskórca.
— Juwaruwa? To jest twoje nazwisko?
— Tak mię nazywają.
— To oznacza wronę w języku Upsaroków[19]. Czy należysz do tego szczepu?
— Jestem jego wojownikiem.
— Gdzie on teraz wypasa swoje konie?
— W Wyomingu.
— A kto jest wodzem wojennym tego plemienia?
— Wielki wojownik, którego nazywają: „Mocny Bawół“.
Old Shatterhand był przypadkiem niedawno u Wronich Indyan, należących do ludów, które zamieszkują Dakotę, znał ich stosunki i mógł osądzić, czy go Indyanin okłamał. Odpowiedzi zawierały prawdę.
— Jeśli mój brat nie może zapłacić, to niech przysiądzie się do nas i je z nami — mówił dalej.
Indyanin rzucił nań badawcze spojrzenie i oświadczył:
— Juwaruwa jest walecznym wojownikiem; jada tylko z mężami, znanymi sobie i równie jak on dzielnymi. Czy masz nazwisko i jak ono brzmi?
— Nazywają mnie Old Shatterhand.
— Old... Shatt...!
To nazwisko uwięzło Indyaninowi w gardle. Tylko na krótką chwilę utracił spokój i panowanie nad sobą, zdradził tem jednak, że się zatrwożył. Opamiętał się rychło i mówił dalej z pozorną swobodą:
— Old Shatterhand? Uff! Owa bardzo sławna blada twarz!
— Z którą śmiało możesz jeść wspólnie. Zbliż się do nas, jedz i pij!
Zamiast posłuchać tego wezwania, powlókł Indyanin dokoła wzrokiem, jak gdyby kogoś szukał, a potem zapytał:
— Nie widzę męża czerwonego, który z tobą siedział. Gdzie on?
— Jest pewnie w drugiej izbie.
— Nie zauważyłem, kiedy wyszedł. Skoro ty jesteś Old Shatterhand, to on będzie chyba Winnetou, wódz Apaczów.
— Tak jest w istocie. A gdzie twój koń?
— Nie jeżdżę konno.
— Tak? Upsaroka, znajdujący się o tyle dni drogi od swego szczepu, nie ma konia! Czy utraciłeś go po drodze?
— Wcale nie wziąłem go z sobą.
— Ani broni, oprócz noża?
— Żadnej.
— To niewątpliwie dla ważnych powodów uczyniłeś?
— Złożyłem przysięgę, że wyruszę bez konia i tylko z nożem.
— Czemu?
— Bo Komancze także nie mieli koni, ani innej broni.
— Komancze? A gdzież oni byli?
— W pobliżu naszych ówczesnych pastwisk w Dakocie.
— Komancze? Tak daleko na północy? To szczególne!
Old Shatterhand od dłuższego czasu już nie wierzył czerwonoskóremu, ale nie dał tego poznać po brzmieniu swego głosu. Czerwonoskóry rzucił nań niemal pogardliwe spojrzenie i odparł:
— Czy Old Shatterhand nie wie, że każdy indyański wojownik musi być raz w życiu w Dakocie, by sobie przynieść świętej gliny na fajkę pokoju?
— Nie wszystkim to potrzebne i nie każdy to czyni.
— Ale Komancze to czynili. Spotkali mnie i mego brata; jego zakłuli, a mnie udało się umknąć. Potem przysiągłem sobie pójść za nimi bez konia i tylko z nożem. Nie spocznę, póki ich nie pozabijam!
— Ponieważ zwracasz moją uwagę na święte obyczaje, to będziesz wiedział, że nikomu z Indyan nie wolno na drodze do tych kamieniołomów zabić człowieka.
— A jednak Komancze dopuścili się morderstwa!
— Hm! Ale po co ta przysięga o wyprawie bez konia i tylko z nożem? Jak będziesz polował? Czem żyłeś dotąd w drodze?
— Mam ci to nawet powiedzieć? — spytał dumnie Indyanin, sądząc, że całkiem Old Shatterhanda oszukał.
— Nie — odrzekł zapytany spokojnie. — Nie mogłem tylko pojąć tego, że w czasie tak długiej podróży nie postarałeś się o konia.
— Przysiągłem i dochowałem przysięgi.
— Nie, ty ją złamałeś!
— Udowodnij to!
— Siedziałeś dzisiaj na siodle!
— Uff, uff!
— Tak, podczas deszczu.
— Uff, uff! — powtórzył rzekomy Upsaroka jakby ze strachu, czy też dla zaprzeczenia. On podniósł się był oczywiście, kiedy Old Shatterhand zaczął z nim mówić i stał teraz blizko niego. Biały myśliwiec schylił się, przesunął mu rękoma po nogach i rzekł:
— Twoje spodnie są z zewnątrz mokre, a od wewnątrz suche, tej bowiem strony, przylegającej do konia, deszcz nie dosięgnął.
Indyanin nie był przygotowany na ten dowód bystrości, ale rychło jeszcze znalazł chytrą wymówkę:
— Powiadają, że Old Shatterhand jest najrozumniejszy z bladych twarzy, a jednak nie potrafi sobie wytłumaczyć czegoś, co tak łatwo pojąć. Każde dziecko wie, że dośrodkowa strona spodni schnie prędzej od zewnętrznej. Old Shatterhand musi się jeszcze wielu rzeczy nauczyć!
Była to wielka bezczelność, lecz myśliwiec pozostał nadal spokojnym. Używał aż do tej chwili języka angielskiego, którym Indyanin władał dość znośnie, teraz jednak zadał mu pytanie w narzeczu Upsaroków i nie otrzymał odpowiedzi. Zapytał go jeszcze kilka razy o coś innego, ale z tym samym wynikiem. Wkońcu położył Indyaninowi ciężko rękę na ramieniu i rzekł:
— Dlaczego nie odpowiadasz? Czy nie znasz mowy własnego szczepu?
— Przysiągłem sobie nie mówić nią prędzej, dopóki nie pomszczę śmierci mego brata.
— Tak, twoje przysięgi wyglądają wszystkie bardzo osobliwie! Ale jeszcze osobliwszą jest twoja głupota, w której sobie wyobrażasz, że mnie zdołasz oszukać. Właśnie twój język cię zdradza. Ja wiem zupełnie dobrze, jak Upsaroka mówi językiem bladych twarzy, a jak inny szczep indyański. Ty nie jesteś Wronim Indyaninem, lecz Komanczem. Czy nie masz odwagi przyznać się do tego?
— Komancze są moimi wrogami; wszak już to przedtem zaznaczyłem!
— To właśnie, że ich swymi nieprzyjaciółmi nazywasz, jest dla mnie dowodem, iż jesteś jednym z nich!
— Robisz więc ze mnie kłamcę? Nic dziwnego! Biali mają zwyczaj obrażać swych czerwonych gości. Odchodzę wobec tego!
To rzekłszy, zwrócił się rzeczywiście ku drzwiom.
— Ty zostaniesz! — rozkazał Old Shatterhand, chwytając go za rękę.
Na to dobył Indyanin noża i zawołał:
— Kto ma prawo zatrzymywać mnie tutaj? Ty? Co ci złego zrobiłem? Nic! Pójdę, a ktoby mi chciał w tem przeszkodzić, dostanie w serce żelazem!
Old Shatterhand mimo to zatrzymał go silnie lewą ręką, a szybkim ruchem prawej wydarł mu nóż i powtórzył:
— Zostaniesz! Zaczekamy, dopóki nie wróci Winnetou. Potem się rostrzygnie, czy wolno ci będzie odejść, czy nie. Przykucnij tam znowu, gdzie przedtem siedziałeś. Za próbę ucieczki dostaniesz kulą w łeb!
Old Shatterhand rzucił nim na wymienione miejsce. Indyanin upadł, chciał się poderwać, lecz rozmyślił się i pozostał w postawie siedzącej.
Old Shatterhand usiadł znów, by jeść dalej i położył obok siebie odwiedziony rewolwer, by nadać większej wagi swej groźbie.
Przerwana wieczerza odbywała się w dalszym ciągu, ale rozmowa już utykała. Po jakimś czasie powrócił skut i usiadł na swojem miejscu. Ujrzawszy Indyanina w tej samej postawie, co przedtem, nie domyślił się, że tu coś zaszło tymczasem. Zarządca i dozorca, którzy siedzieli z nim razem, powiedzieli mu o tem, on zaś słuchał z pozornym spokojem, chociaż wewnętrznie z pewnością nie mało się obawiał. Jakkolwiek bowiem wątpił, czy go Winnetou zauważył, to jednak musiał liczyć się z tem, że go podsłuchał.
Wykradając się poprzednio przez tylne drzwi, powiedział sobie Apacz, że skuta trzeba szukać na przodzie. Zaczął więc w tym kierunku się skradać wielkim łukiem. Szerokie, otwarte drzwi gospody przepuszczały dużo światła. Jeśli więc idąc naprzód, miało się je ustawicznie na oku, musiało się widzieć każdego, ktoby się znalazł pomiędzy niemi a okiem.
Winnetou okrążał coraz dalej i dalej, ale napróżno. Zatrzymywał się często i nadsłuchiwał w ciemności nocnej, również bez skutku. Wrócił się i zaczął nanowo, lecz i tym razem niczego nie osiągnął. Na tem stracił sporo czasu, zanim ujrzał jakąś postać, zbliżającą się z boku do gospody. Skoro dostała się do drzwi i weszła, poznał Winnetou, kto to był.

— Uff! To był skut — rzekł do siebie Apacz. — Widocznie nie miał żadnego ukrytego zamiaru, dlatego da
Old Shatterhand mimo to zatrzymał silnie Indyanina lewą ręką, a szybkim ruchem prawej wydarł mu nóż i powtórzył: „Zostaniesz!“
remnie go tutaj szukałem. Winnetou się raz pomylił, a Old Shatterhand zdziwi się tem bardzo.

Nie starał się już teraz powracać ukradkiem, lecz wszedł przedniemi, jasno oświetlonemi drzwiami. Gdy go skut spostrzegł, poczuł, że tętno mu się przyśpiesza. Teraz musiało się pokazać, czy Apacz co podsłuchał, czy nie.Usiadł on obok Old Shatterhanda, który powiadomił go o wyniku przesłuchania, a na końcu zcicha zapytał:
— Czy memu czerwonemu bratu sprzyjało szczęście?
— Winnetou nie mogło ani szczęście sprzyjać, ani nieszczęście spotkać, ponieważ się pomylił. Nie było nic nadzwyczajnego.
— Cóż teraz należy myśleć o znaku, danym czerwonemu przez skuta?
— To nie był znak, lecz mimowolny ruch ręki.
— W takim razie i ja pomyliłbym się, a w to trudno mi uwierzyć. Ten Indsman nie jest Upsaroka, lecz Komancz.
— Czy zrobił co złego mnie, tobie, albo komuś innemu?
— Oczywiście, że dotąd jeszcze nie.
— Wobec tego nie można z nim postępować, jak z wrogiem. Niech mój brat Shatterhand puści go wolno
— Ha, dobrze, skoro sobie tak życzysz. Przyznaję jednak, że czynię to bardzo niechętnie.
Po tych słowach powiedział czerwonoskóremu, że może się oddalić. Indyanin powstał zwolna i zażądał zwrotu noża. Otrzymawszy go, wsunął go za pas i rzekł:
— Ten nóż dostał dziś nową robotę, gdyż złożyłem sobie drugą przysięgę. Old Shatterhand dowie się niebawem, czy będzie także tak osobliwa, jak poprzednia.
Po tej groźbie oddalił się szybkim krokiem. Twarz skuta przybrała była w ostatniej chwili wyraz wielkiego zaniepokojenia i trwożnego oczekiwania, teraz jednak zmieniła się tak dalece, że w rysach jej wyczytać było można wyraźne, niepohamowane szyderstwo. Old Shatterhand zauważył to równie jak Winnetou, który szepnął:
— Niech się mój brat przypatrzy metysowi!
— Widzę go.
— On się z nas śmieje!
— Widocznie ma do tego przyczynę.
— Tak. Jego ruch ręką był przedtem znakiem dla Indyanina, którego uważałeś za Komancza. Nie pomyliliśmy się zatem.
— Ty go nie znalazłeś na dworze. Kto wie, jaki szatański powzięli zamiar. Od teraz musimy go dobrze śledzić, gdyż jestem przekonany, że to człowiek niebezpieczny.
Old Shatterhand słusznie nazwał metysa człowiekiem niebezpiecznym, bo na dworze umówiono istotnie szatański zamiar.
Gdy skut opuścił poprzednio gospodę, usunął się ostrożnie z obrębu światła, rzucanego na zewnątrz przez płonące w środku ognisko. Idąc potem dalej, prostopadle do szopy, zrobił około trzystu kroków, gdy wtem usłyszał cichy głos, wołający go po imieniu. Nie było to jednak imię, które nosił w campie, lecz zupełnie inne, gdyż głos ów zabrzmiał tak;
— Chodź do nas Ik Senando[20]! Stoimy tutaj.
Był więc istotnie tym, za kogo uważał go Winnetou, to jest pół krwi wnukiem „Czarnego Mustanga“, „najsroższego“ wodza Komanczów.
Udawszy się za tym głosem, spostrzegł niebawem trzech Indyan, z których jeden odznaczał się bardzo wysoką, silnie zbudowaną postacią. Był to sam wódz, który zaraz tak pozdrowił przybyłego:
— Witam cię, synu mej córki! Posłałem ci najchytrzejszego z moich wojowników, Kita Homaszę[21], ażeby ci dać znać, że jestem już tu i czekam na ciebie. Czy z nim mówiłeś?
— Ani słowa. Samo zjawienie się jego wystarczyło mi zupełnie.
— Postąpiłeś rozsądnie, gdyż może byliby powzięli podejrzenie. Mamy tutaj dobre miejsce, niepodobna nas zaskoczyć, ponieważ dzięki jasności, bijącej z otwartych drzwi, widzimy każdego, wychodzącego z domu. Zresztą mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie rozumieją się wcale na życiu dzikiego Zachodu.
— Mylisz się bardzo. Są to ludzie, którzy je znają lepiej od ciebie i odemnie.
— To nie może być! Któż to taki? Powiedz!
— Najpierw przybyli dwaj bardzo dłudzy i chudzi jeźdźcy, którzy tutaj zabawią do jutra. Jeden z nich nazwał się Timpe, a drugiego nazwisko brzmi, jak się zdaje, tak samo.
— Timpe? Pshaw! Nikt z walecznych wojowników nie słyszał o takiem lub podobnem imieniu.
— Potem nadeszli dwaj, których imiona napełniły mię strachem.
— Uff! Nie wiedziałem dotychczas, że syn mej córki może się lękać. Czy ci dwaj przybysze nie są ludźmi, lecz złymi duchami Sawanny i Gór Skalistych?
— To ludzie, ale jacy! Jeden czerwony, a jeden biały, najsławniejszy wojownik Indyan i najsławniejszy z bladych twarzy.
— Uff, uff! Czy chcesz przez to powiedzieć, że to Winnetou z Old Shatterhandem?
— Zaiste, to oni są!
— Jak ich tu zły Manitou sprowadził?
— Nie zły, lecz dobry. Z początku przestraszyłem się oczywiście, potem jednak usłyszawszy ich rozmowę, ucieszyłem się tem bardziej.
— Powiesz mi, co usłyszałeś, ale nie tutaj. Musimy stąd odejść!
— Odejść? Czemu?
— Ponieważ wiem, jak tacy mężowie, jak ci dwaj wojownicy, myślą i postępują. Czy mówili co do ciebie?
— Winnetou mnie wypytywał, nie wierzył, że jestem Yato Inda i uważał mię za syna twej córki. Już ja potrafię za to się zemścić!
— Apacz ma jednak tak przenikliwy nos, jak nikt inny. Powziął więc podejrzenie i będzie cię teraz śledził.
— Wątpię, ponieważ nie widzę do tego powodu.
— On zawsze ma powód do ostrożności i przebiegłości, ten najgorszy wróg Komanczów, którego nigdy nie mogliśmy zaatakować, ani pochwycić. Ale biada mu, jeśli nareszcie wpadnie nam w ręce!
— Otwórz więc te ręce, ponieważ teraz w nie wpadnie! Powiem ci, że...
— Nie teraz i nie tutaj — przerwał mu wódz. — Musimy znaleźć inne miejsce, gdyż Winnetou zechce ciebie podsłuchać.
— Zobaczymy go, gdy będzie wychodził z drzwi oświetlonych.
— Ty go nie znasz. On wszystko oblicza i wie, że nieprzyjaciel, podchodzący ten obóz, ustawi się zawsze naprzeciwko tych drzwi, ponieważ może tu wszystko widzieć. Winnetou przyjdzie zatem wprost tutaj i to nie przez drzwi oświetlone. Czy są tam jeszcze inne drzwi? —
Są małe za składem.
— Tamtędy on wyjdzie i zakradnie się potem tutaj w ciemności. Trzeba wobec tego udać się na drugą stronę. Chodź!
Pomknęli szerokim łukiem na prawo dokoła budynku, gdy tymczasem Winnetou okrążył go na lewo i z tego powodu nie zastał ich już na miejscu. Tam zatrzymali się pod drzewem, a skut opowiedział, co słyszał. Wódz słuchał go z najwyższem zaciekawieniem i rzekł potem niemal głośno z radości:
— Do Alder - Spring jadą? Jutro tam będą? Pochwycimy ich tam, pochwycimy. Tym razem nam nie ujdą! Jakaż radość zapanuje u nas, gdy przywleczemy tę cenną zdobycz, gdy będziemy ich męczyć, że wyć będą jak kujoty, odzierane ze skóry! Te dwa skalpy więcej są warte, niż warkocze, o które nam właściwie chodzi!
Wódz jeszcze przez jakiś czas dalej dawał wyraz swojej uciesze, dopóki mu wnuk nie przerwał:
— Tak, my ich pochwycimy z pewnością i zamęczymy na śmierć, ale czy dlatego masz się wyrzec Chińczyków, których chciałem wam oddać w ręce?
— Nie, wszak po to zmieniłeś imię i wstąpiłeś do służby u ludzi ognistego konia, a my przybyliśmy dziś tutaj, żeby cię spytać, czy to się stanie już niebawem.
— Ja jestem gotów każdego dnia. Spodziewam się jednak, że dotrzymacie danego mi słowa!
— Dotrzymamy. A może ty sądzisz, że oszukam syna mej córki? Pieniądze, oraz wszelkie złoto i srebro są twoją własnością, a wszystko inne: suknie, narzędzia, zapasy, a szczególnie długie warkocze żółtych ludzi należą do nas. Przywykliśmy już do tego, że blade twarze zagrabiają nam wszystko, że musimy ustępować przed nimi, gdyż są od nas silniejsi. Ale tu przybywają te żółte skóry i budują mosty i drogi żelazne na ziemi, która do nas należy. Oni przepłacą to wszyscy życiem, a wojownicy Komanczów okryją się sławą, że pierwsi z pomiędzy czerwonych mężów zdobyli skalpy długich warkoczy. Nie wyrzekamy się tego, a ty teraz powiadomisz nas, co do walki będzie potrzebne.
Nastąpiło obszerne omówienie miejscowości, poszczególnych części obozu, sposobu, w jaki należy dokonać napadu, jeśli się ma udać, i zdobyczy, jakiej się można było spodziewać. Potem dał Czarny Mustang znak swym towarzyszom, żeby znów doń wrócili, gdyż oddalili się byli na boki, by zapobiec podejściu go i odkryciu.
Postanowiono więc na tem tajnem zebraniu pojmać nad Alder - Spring Old Shatterhanda, Winnetou, Kaza i Haza. O terminie napadu Komanczów na Firwood-Camp miał donieść później skutowi posłaniec. Po naradzie pożegnał się skut z trzema sprzymierzeńcami i wrócił do gospody.
Czarny Mustang udał się z obydwoma Komanczami na miejsce, gdzie według umowy miał czekać na powrót posłanego do gospody wysłańca. Ten stawił się tam niebawem i oznajmił pełen złości, jak z nim postąpił Old Shatterhand.
Usłyszawszy, że uchwalono uderzyć na niego i na Winnetou, syknął z radością przez zęby:
— Pożałuje tego, że się na mnie porwał, bo ja mu zgotuję najokropniejsze męczarnie!
Czerwonoskórzy zamierzali właśnie zejść z tego miejsca i udać się do koni, ukrytych opodal, kiedy usłyszeli odgłos zbliżających się kroków. W tej chwili rzucili się na ziemię, pomimo że była wilgotna i błotnista, ale przez to właśnie zatarasowali sobą drogę nadchodzącym, wskutek czego jeden Chińczyk potknął się o wodza i pociągnął za sobą swego towarzysza. Pochwycono ich w mgnieniu oka i przytrzymano.
— Nie krzyczcie tak, bo to życiem przypłacicie! — nakazał wódz. — Kto jesteście?
— Robotnicy — odrzekł ten, który posiadał na tyle odwagi, żeby odpowiedzieć na to groźne pytanie.
— Powstańcie, ale nie ruszcie się stąd krokiem jeśli wam życie miłe! Dlaczego włóczycie się tu pokryjomu? Jeśli jesteście robotnikami, należącymi do tego campu, to ciekaw jestem, w jakim celu to czynicie!
— Myśmy się nie skradali!
— Owszem! Tak cicho i pochyło nie chodzi nikt, kto się może pokazać. Co macie tutaj w rękach?
— Strzelby.
— Strzelby? Na co strzelby robotnikom? Pokażcie je zaraz!
Wydarł im strzelby, obmacał je, podniósł jedną po drugiej do góry, by im się lepiej przypatrzyć.
— Uff, uff, uff! — odezwał się cicho wprawdzie, ale tonem radosnego zdumienia. — Te trzy strzelby znam nie tylko ja, lecz każdy czerwony i biały na Zachodzie. Ta strzelba z wielu gwoździami jest niewątpliwie srebrną rusznicą Winnetou, naszego wroga. A jeśli to jest prawda, to tamte dwie należą do Old Shatterhanda. To sztuciec Henry’ego i rusznica na niedźwiedzie. Czy się dobrze domyślam?
Chińczycy nie odpowiedzieli na to pytanie. Widząc przed sobą Indyan, zlękli się, drżeli poprostu ze strachu, że nawet nie próbowali uciekać.
— Mówcie! — ofuknął ich wódz Komanczów. — Czy te strzelby należały do Old Shatterhanda i Winnetou?
— Tak — wyszeptał ten, który odpowiadał dotychczas.
— A więc wyście je skradli?
Zapytany znów milczał.
— Widzę, że jesteście wagare sariczes[22], którym tacy ludzie nie powierzyliby nigdy swoich strzelb. Jeśli się nie przyznasz, dostaniesz w tej chwili nożem w brzuch! Mów!
Na to pośpieszył Chińczyk z odpowiedzią:
— Zabraliśmy je pokryjomu.
— Uff! A więc przecież! Winnetou i Old Shatterhand są tu widocznie bardzo pewni siebie, skoro rozstali się ze strzelbami. Wy jesteście złodzieje. Czy wiecie, co wam zrobię? Zasłużyliście na śmierć!
Na to rzucił się Chińczyk na kolana, wzniósł ręce do góry i zaczął błagać:
— Nie zabijaj nas!
— Powinniśmy wam, co prawda, odebrać życie, ale wy jesteście żółtymi, parszywymi, szakalami, na których waleczni wojownicy nie będą plamić swoich noży. Puścimy was zatem wolno, jeśli uczynicie to, co wam rozkażę.
— Powiedz, o powiedz! Będziemy ci posłuszni!
— Dobrze! Dlaczego ukradliście strzelby? Przecież ich nie potrzebujecie, gdyż nie jesteście myśliwymi.
— Chcieliśmy je sprzedać, gdyż słyszeliśmy, że warte są dużo, bardzo dużo pieniędzy.
— My kupimy je od was.
— Rzeczywiście? Rzeczywiście? Czy to prawda?
— Ja jestem wódz Komanczów. Imię moje brzmi Tokwi Kawa, co w języku bladych twarzy znaczy Czarny Mustang. Czy słyszeliście o mnie?
Oczywiście, że słyszeli o nim i to nic dobrego; przeciwnie, tak wiele złego, że Chińczyk odrzekł przerażony do głębi:
— Czarny Mustang? My cię znamy!
— Wiesz tedy zapewne, jak wielkim i sławnym jestem wodzem, oraz że wszystkie moje słowa polegają zawsze na prawdzie. Kupię od ciebie strzelby.
— Ile dasz za nie?
— Więcej niżby dał każdy inny.
— A co?
— Wasze życie. Taką kradzież karze się śmiercią, ja wam jednak za strzelby darowuję życie.
— Życie? Tylko życie? — zapytał Chińczyk rozczarowany.
— Czy to nie dość? — syknął czerwonoskóry. — Czy takich nicponiów, jak was, można czem więcej obdarzyć niż życiem? Czego jeszcze pragniecie?
— Pieniędzy.
— Pieniędzy! A więc kruszcu! Możecie go także dostać, a mianowicie żelazo naszych noży. Są one takie spiczaste i ostre, że będziecie go mieli dość. Chcecie?
— Nie! Nie! Daruj nam! — jęczał Chińczyk. — My chcemy żyć; zatrzymaj sobie strzelby!
— To twoje szczęście, ty żółta ropucho! A teraz słuchaj, co ci nakażę! Old Shatterhand i Winnetou zauważą niebawem brak strzelb, zrobi się wielki zgiełk, zaczną szukać i dopytywać się. Co wy wtedy zrobicie?
— Będziemy milczeli.
— Mądrze postąpicie. Nie wolno wam powiedzieć ani słowa, inaczej odbierzemy wam życie, bo jesteście złodzieje. Tak samo o nas nie wolno wam nic wspominać, gdyż, jeśli się dowiedzą, żeście nas spotkali i mówili z nami, odgadną wszystko, a wy mimo to będziecie zgubieni. Czy zastosujecie się do mego rozkazu?
— Będziemy milczeli jak martwi!

— Tego od was wymagam, gdyż, jeślibyście zdradzili, że byliśmy tutaj, to wrócilibyśmy, żeby się zemścić. Zginęlibyście w męczarniach pod palem. A teraz jeszcze jedno pytanie: Czy znacie imiona Ilczi i Hatatitla[23]?
Czerwoni przez to właśnie zatarasowali sobą drogę nadchodzącym, wskutek czego jeden Chińczyk potknął się o wodza i pociągnął za sobą swego towarzysza.
— Nie.

— Tak się nazywają konie Winnetou i Old Shatterhanda. Czy te szlachetne zwierzęta są także tutaj?
— Tego nie wiemy. Czy to może kare ogiery pełnej krwi z czerwonemi nozdrzami i kędziorkami?
— Tak. Czy je widziałeś?
— Nie. Mówił o tem pewien myśliwy, który widział je przy drzwiach.
— To one. Gdzie stoją teraz?
— W szopie, leżącej za nami. Słyszeliśmy, że je tam zaprowadzono.
— W takim razie skończyliśmy już. Nie mówcie więc o niczem, co się stało, coście widzieli i słyszeli, bo wszelką zdradę przypłacilibyście śmiercią, tak jak my zapłaciliśmy wam życiem za strzelby! Teraz możecie odejść!
Kopnął jednego i drugiego, poczem oni zniknęli czemprędzej w ciemnościach nocy, uradowani tem, że zostało im życie, chociaż im łup odebrano.
— Uff! Bardziej poszczęścić się nam nie mogło! — rzekł wódz z wielkiem zadowoleniem do swoich ludzi. — Zdobyliśmy czarodziejską strzelbę, rusznicę na niedźwiedzie i strzelbę srebrzystą. Teraz zabierzemy jeszcze ogiery, które, z wyjątkiem mojego mustanga, nie mają równych sobie.
— Czy Tokwi Kawa chce się udać do szopy? — spytał ten, który pod nazwiskiem Juwaruwy był w gospodzie jako szpieg.
— Czy mój brat sądzi, że powinienbym zostawić te konie? Gdyby nie było mojego mustanga, one byłyby najlepszymi rumakami od jednej Wielkiej Wody do drugiej. Zabierzemy je, gdyż posiadają taką samą wartość, jak strzelby, odebrane przez nas żółtym nicponiom z długimi warkoczami.
Niechaj Tokwi Kawa zważy, że prawdopodobnie krew przy tem popłynie.
— Dlaczego?
— Winnetou i Old Shatterhand niewątpliwie postawili kogoś przy koniach na straży.
— Zakradniemy się pocichu i zakłujemy strażników. A może nawet ich nie będzie, ponieważ konie nie stoją na wolnem powietrzu, lecz w szopie.
Niestety miał Tokwi Kawa słuszność, gdyż inżynier obiecał wprawdzie postarać się o dozorcę, lecz nie dotrzymał tego przyrzeczenia. Czerwonoskórzy podeszli w ciszy pod szopę, której drzwi nie miały prawdziwego zamku, lecz tylko zasuwę, i zaczęli nadsłuchiwać. Z wnętrza dolatywały ich uderzenia kopyt, jak gdyby koń tupał jedną nogą. W środku było zupełnie ciemno, co świadczyło w pewnym stopniu o tem, że dozorcy nie było, gdyż nie zamkniętoby go pewnie w całkiem ciemnem miejscu. Wódz odsunął zasuwę, otworzył trochę drzwi, stanął tak, że go ze środka nie można było widzieć i zawołał po angielsku, niby jako znajomy dozorcy. Odpowiedź nie nastąpiła, wobec czego czterej Indyanie weszli do wnętrza.
Konie braci Timpów zaprowadzono całkiem w tył, a oba kare ogiery umieszczono na samym przodzie. Wódz poznał rychło mimo ciemności, że to były rumaki, o które mu chodziło.
— Są tutaj — rzekł. — Miejcie się na baczności! Nie możemy ich dosiąść, bo nas nie znają. Musimy je wyprowadzić, a i na dworze będziemy mieli jeszcze z nimi dużo do czynienia, skoro tylko nie zauważą przy sobie swoich panów.
Komancze odwiązali ostrożnie karosze i wyprowadzili powoli z szopy. Zwierzęta poszły wprawdzie bez oporu, jednak już tak, jak gdyby poczuły, że dzieje się z niemi coś nieprawidłowego. Indyanie zamknęli drzwi napowrót i oddalili się z kosztownym łupem. Miękkie, głębokie błoto, utworzone przez deszcz, stłumiło odgłos kroków koni i ludzi.
Tokwi Kawa był nadzwyczajnie zadowolony z figla, wypłatanego obu sławnym, a przez niego tak bardzo znienawidzonym ludziom. Był swego zupełnie pewny i przekonany, że tego wieczora postąpił sobie chytrze, bez zarzutu. Mylił się jednak. W obliczeniu swojem bowiem nie uwzględnił dostatecznie najważniejszych właśnie czynników, a to bystrości umysłu obu okradzionych, oraz nadzwyczajnych zalet i równie dobrej tresury koni, nienawykłych do słuchania obcych bez pozwolenia własnych panów. Ale największy błąd jego polegał na tem, że powiedział Chińczykom, kim jest. Nie wątpił wprawdzie, że nie zdradzą niczego, ale wobec Winnetou i jego białego przyjaciela było to nierozwagą, nie do darowania.

Przypisy

  1. Obóz w lesie jodłowym.
  2. Utrzymujący gospodę.
  3. Inżynier.
  4. Kolejarze.
  5. Kramarz, handlarz.
  6. Czarny Mustang.
  7. Wyszukiwacz śladów.
  8. Inżynier.
  9. Mieszaniec, półindyanin.
  10. Tak nazwany od wynalazcy pułkownika Bowie.
  11. Długi rzemień z pętlicą do chwytania zwierząt.
  12. Sandały.
  13. Rodzaj amuletu.
  14. Dobry Człowiek.
  15. Źródło olchowe.
  16. Chińczycy.
  17. San Francisco.
  18. Gonty.
  19. Wroni Indyanie.
  20. Zły Wąż.
  21. Dwa Pióra.
  22. Żółte psy — Chińczycy.
  23. „Wiatr“ i „Błyskawica“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.