Cmentarna lilja/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Na drugi dzień, w samo południe, Ingryda szła po błotnistej drodze. Brzozowe gaje, kwitnące czeremchy i kaliny przerywały monotonję rozległych pól. W rowach przydrożnych płynęła ze szmerem przezroczysta woda, po przez którą błyszczały czysto wymyte krzemienie.
Dziewczyna szła powoli, buciki jej przemokły, głodną była i znużoną śmiertelnie; zdawało się jej, że nigdy nie dojdzie do celu swej podróży. Münksbütte usuwała się w zamgloną, niewidoczną dal, brała ją pokusa zawrócić.
Obecnie, gdy Gunnar ponownie rozum stracił, co ona może dla niego uczynić?
Gdy chęć powrotu ją opanowała, w tej samej chwili uczuła posuwającego się obok niej Gunnara. Chodził obok niej, krok w krok, a oczy jego wołały jej pomocy. Wówczas wstępowała w nią znów energja i pewność, że może mu być użyteczną.
W jednej z takich chwil Ingryda podniosła opuszczone zwykle oczy i ujrzała zbliżający się ku niej dziwny zaprzęg. Maleńki konik ciągnął mały wózek. Na wózku siedziała pełna, przystojna kobiecina, a obok wózka szedł chudy, wysoki staruch.
Malutki wózek był starannie osłonięty i nikt nie przypuszczał zapewnie, że ukryty w nim był teatr marionetek, przybory do sztuk magicznych, akrobatycznych i t. p.
Któżby odgadł, że tłuściocha siedząca na wózku, z pozoru zamożna mieszczka, nazywała się niegdyś Viola i skakała przez obręcze w cyrku? I że mężczyzna, o wyglądzie wysłużonego żołnierza, był tym samym Blomgrenem, który dawniej urozmaicał sobie podróż, fikając od czasu do czasu koziołki przez grzbiet małego konika?
Konik miał swoje kaprysy. Służył niegdyś do kręcenia karuzeli i nie ruszał się z miejsca, nim nie rozległa się muzyka.
W tym celu siedząca na wózku pani Blomgren przez cały czas zmuszoną była grać na harmonijce.
Gdy spotykano miejscowego wieśniaka, chowała harmonijkę. W tej okolicy artyści nie cieszyli się uznaniem.
W ten sposób artystyczna para posuwała się naprzód nie zbyt śpiesznie, a zresztą, co prawda, nie było dokąd się śpieszyć.
Do towarzystwa należał jeszcze ślepy grajek, prowadzony przez psiaka, którego trzymał na sznurku.
Obecnie towarzystwo wybrało się na zwykły objazd wiosenny. Blomgrenowie zarabiali nieźle i mogli ze swych dochodów żyć w mieście, lecz z nastąpieniem wiosny tęsknota ciągnęła ich na wieś, na łono natury.
Nic dziwnego, wszakże byli artystami duszą i ciałem: nęciła ich swobodna włóczęga, nęciła zmiana miejsca.
Nie poznali Ingrydy, gdy ta się zrównała z nimi, ona zaś minęła ich w obawie, że będzie zatrzymaną. Lecz gdy uszła kilka kroków, wstyd ogarnął ją za brak serca i wdzięczności dla swoich byłych opiekunów i zwróciła się do nich z powitaniem.
Zachwyt staruszków był bez granic. Zawiązała się żywa rozmowa, tak, że mały konik raz po raz odwracał głowę, aby zobaczyć, co też tak ożywiło karuzelę.
Najwięcej materiału do opowiadania miała Ingryda.
Starzy spostrzegli odrazu jej zapłakane oczy i zmusili ją do wyznania przyczyny jej łez, a tem samem do opowiedzenia historji lat ostatnich.
Opowiadała chętnie. Staruszkowie tak żywo się przejmowali jej losem, klaskali w dłonie, gdy była mowa o wyjściu z grobu i nastraszeniu pani pastorowej, całowali i pieścili za ucieczkę z jej domu.
Nie lubili smutnych stron życia, starali się zawsze znaleźć powód do radości i nigdy nie tracili nadziei.
Surowych stron życia nie odczuwali, nie widzieli smutnych barw rzeczywistości.
Z przeżyć własnych i cudzych układano pantominy, sztuki dla marionetek. Włączono także dla większego efektu epizody tragiczne, ale kończyło się wszystko zawsze bardzo dobrze.
Blomgrenowie nakarmili Ingrydę, pocieszali ją, każąc wierzyć w pomyślny obrót jej losu. Wiara ich podziałała kojąco na dziewczynę i nabrała nieco otuchy.
Okazali jej też starzy akrobaci istotną przysługę.
Dowiedziała się od nich, że w gospodzie w Torsöker, gdzie godzinę temu jedli obiad zatrzymało się kilku włościan, którzy wieźli skrępowanego sznurami warjata. Pani Blomgren ogromnie się boi warjatów, więc opuściła czemprędzej gospodę, a jej mąż podążył za nią.
Prawdopodobnie był to Gunnar.
A gdy Ingryda chciała czemprędzej biedź do tej gospody, pan Blomgren zapytał swą żonę ze zwykłym sobie patosem, czy jej to nie zrobi różnicy, że zmienią kierunek podróży.
A pani Blomgren z niemniejszym patosem odpowiedziała, czy jej mąż naprawdę sądzi, że ona porzuci wśród drogi swą ukochaną dzieweczkę, zamiast pomódz jej dostać się do zaczarowanego ogrodu, gdzie kwitnie jej szczęście?
Karuzelowego konika zawrócono więc nazad. Rozmowa uległa pewnym utrudnieniom, bo pani Blomgrenowa musiała dmuchać w harmonijkę, a gdy miała ochotę porozmawiać z Ingrydą, harmonijka przechodziła do ust jej męża, który znów wracał jej instrument, gdy miał coś do powiedzenia. A mądry konik stawał za każdym razem, gdy harmonijka przechodziła z ust do ust. W ten sposób podróżowano kilka godzin.
Blomgrenowie starali się w rozmaity sposób pocieszyć Ingrydę. Opowiadali jej bajki o „Śpiącej i Królewnie“ i „Kopciuszku“, o różnych szczęśliwych rozwiązaniach smutnych losów dziewczęcych.
A gdy dzięki ich staraniom iskry nadziei zaświeciły w oczach dziewczyny, artystyczne małżeństwo wołało z zachwytem:
Ach, co za oczy, czy możliwe nie być artystką z takiemi oczami!
Posuwano się bardzo wolno naprzód. Ingryda obawiała się, czy jeszcze zastaną Gunnara w gospodzie.
Obawy jej okazały się płonne.
Po przyjeździe do gospody, chłopi roklandscy związali Gunnarowi mocniej ręce na plecach i zamknęli w oddzielnym pokoju. Wyprzągnięto konie, należało się posilić i koniom również dać odpocząć.
Gunnarowi udało się wyswobodzić ręce z więzów, i gdy uchylono drzwi jego pokoju, aby mu zanieść posiłek, chwycił krzesło i groził zabiciem każdemu, kto się do niego zbliży. Biedak zapewnie sądził, że znów zamierzają go związać. Spiesznie zatrzaśnięto drzwi, zasunięto mocny rygiel. Wiozący go postanowili zaczekać na powrót właściciela gospody i jego parobka, aby z ich pomocą obezwładnić szaleńca.
Ingryda zastała roklanczyków spożywających obiad. Poprosiła ich, aby ją wpuszczono do pokoju Gunnara, była pewną, że jej nic złego nie zrobi, odmówiono jej, powtarzając groźby warjata. Nie było sposobu ich przekonać.
Ingryda odszukała Blomgrenów siedzących w ogródku za gospodą. Pani Blomgren nie chciała wejść do gospody, obawiając się warjata.
Biedne dziewczę zamyśliło się głęboko, szukając sposobu ukojenia szalejącego Gunnara, była pewna, że sposób jest, tylko jaki?
Spojrzała w około siebie, na Blomgrenów — i uśmiechnęła się radośnie. Tak, znalazła sposób niezawodny.
Gunnar poraz pierwszy odzyskał przytomność, dzięki zbudzonym wspomnieniom z lat studenckich, a gdyby tę próbę powtórzyć raz jeszcze?
Podeszła do pani Blomgren i całując ją tkliwie, prosiła o spełnienie jej życzenia.
Tak dawno nie widziała jej tańczącej, chciałaby mieć tę przyjemność, aby tylko dla niej dali jedno ze swych przedstawień. Przypomni jej to czasy dziecinne, gdy z niemi wędrowała.
Staruszkowie nie mogli niczego odmówić pieszczotce swej. Rozesłano więc dywanik, wyciągnięty z wózka, wyjęto kostjumy, ślepy grajek nastroił skrzypce, zagrał walca, stara para akrobatów zaczęła krążyć rytmicznie na małej przestrzeni dywanika. Miejsce na przedstawienie Ingryda wybrała pod oknem pokoju, w którym był zamknięty Gunnar.
Przeczucie nie zawiodło.
Po pierwszych dźwiękach skrzypiec okno gwałtownie otwarło się i stanął w niem Gunnar.
Ingryda podniosła głowę i całą siłą swych błyszczących oczu wpatrzyła się w niego. Gunnar bez namysłu stanął na parapecie okna i skoczył do ogrodu. Podszedł do ślepego grajka i wyciągnął rękę ku jego skrzypcom. Ingryda odebrała skrzypce ślepemu i jak przed laty podała je Gunnarowi, mówiąc:
— Zagraj walca „Brata Myśliwego“.
Pani Blomgren w pierwszej chwili chciała uciec, uspokoiła się jednak spojrzawszy na Gunnara.
Młody człowiek tak łagodnie wyglądał, uśmiechał się i białą ręką odgarniał włosy z czoła. Był bez tużurka, ale porządnie ubrany.
— Jaki traf szczęśliwy! więc dlatego Ingryda prosiła o przedstawienie! — domyśliła się pani Blomgren.




Gunnar szybkim krokiem przemierzał pokój, w którym został zamknięty.
Wzburzony był do tego stopnia, że rzuciłby się na każdego, ktoby odważył się wejść. W tem doszły go dźwięki skrzypiec. Wyjrzał oknem i zobaczył ślepego grajka i parę akrobatów. Obraz wydał mu się znany. Zapragnął grać, — i przypomniał sobie, że — Olin zabrał mu skrzypce.
Jaki niedorzeczny pomysł, taki jest wzburzony; muzyka przyniosłaby mu ulgę niezawodnie, ach, żeby to mieć smyczek w dłoni. Trzeba pożyczyć od tego grajka podwórzowego skrzypiec!
Zdaje mu się, że stoi pod oknem obrośniętem winogradem swego pokoju studenckiego w Upsali i gra do tańca akrobatom. Czemu akrobaci przestali tańczyć? Spojrzał pytająco na Ingrydę. Oczy dziewczyny jaśniały przejmującym blaskiem i tak wymownie o coś prosiły, że Gunnar zapatrzył się w nie długą chwilę, przestał grać i oddalił się w głąb ogrodu rozwiązać pytanie, o co proszą te świetliste oczy?
Obejrzał się, ogród wydał mu się nieznany, powoli budziła się w nim świadomość, że nie jest w Upsali i że to już wiele lat minęło od tego pamiętnego poranka, gdy Olin zabrał mu ukochane skrzypce. Zdawało mu się, że wiek cały nie miał smyczka w dłoni — dobrze, że teraz ma choć te nędzne skrzypce!
Usiadł na kamiennej ławie, oparł skrzypce o podbródek i zaczął grać. Uczuł pewną sztywność w palcach, mógł grać tylko utwory łatwe. Trzeba będzie zacząć naukę od abecadła, rzekł uśmiechając się, i zagrał stary menuecik — pierwszy utwór, który grał mając lat siedem. Ojciec zawsze grał dla niego ten menuet, a on dobrawszy się pewnego dnia do skrzypiec tatusia, zagrał go bez zarzutu, ze słuchu jedynie.
Jak żywa stanęła przed nim ta scena i postać ojca.
Po menuecie zagrał kilka łatwych tańców, grał je niegdyś znajomym panienkom podczas lekcji tańców.
Widział dziewczynki kręcące się w około wielkiej sali i nauczycielkę wybijającą takt nogą.
Sztywność palców ustępowała, szło mu już znacznie łatwiej. Zagrał partję pierwszych skrzypiec w kwartecie Mozarta.
Uczył się tego kwartetu, będąc w ostatniej klasie gimnazjalnej w Falunie.
Wraz z kilku amatorami miał odegrać ten utwór na koncercie dobroczynnym. Jakiż on był dumny z tego występu! Grając te łatwe rzeczy, miał jedynie na celu pozbycie się sztywności ręki, a podczas gry czuł wyraźnie, że jednocześnie dzieje się z nim coś niezwykłego. Ożyły w nim wspomnienia lat dziecinnych, młodzieńczych, a gdy chce sięgnąć pamięcią dalej, napotyka jakąś gęstą zasłonę, mrok nieprzenikniony.
Gdy gra — mrok, pokrywający jego myśli rozstępuje się, gdy chce się zastanowić, znów go otacza zasłoną. Będzie więc grał, a ukochana sztuka niechaj go wyprowadza z tego labiryntu.
I wyprowadziła.
Po każdym odegranym utworze ciemna zasłona staje się przezroczystą. Rok za rokiem przesuwa się w jego pamięci. Ożyły wspomnienia lat uniwersyteckich, wspólnych zabaw z kolegami. Mroczna ściana cofała się wstecz, gdy podchodził do niej zbrojny w swój smyczek. Nadeszła kolej na utwory skrzypcowe z towarzyszeniem fortepjanu. Zobaczył siebie grającego je razem ze swą narzeczoną.
Niedługo zatrzymywał się nad tym obrazem — tyle drogi jest przed nim.
Zabrzmiał śpiew kościelny. Słyszał ten śpiew w niedzielny poranek, siedząc na cmentarzu. Jakże ciężkie i smutne było życie jego, gdy chodził od wsi do wsi z workiem towarów na plecach.
Szybko przesuwał się smyczek po strunach i oderwał znów kawał mgły od mrocznej ściany.
Oto dziesięciomilowy las, — zawieja śnieżna, pełno mogiłek przyprószonych śniegiem, z pod których sterczą kopyta i rogi. A ten przejmujący bek setek zwierząt ginących, wzywających daremnie ratunku!
Podróż do narzeczonej — smutna droga!
Gunnar przyglądał się uważnie obrazom ze swego życia, nie smuciły go, ani radowały — on szukał mozolnie zgubionego związku pomiędzy dniem wczorajszym a dzisiejszym.
Wtem smyczek się zatrzymał, obrazy znikły, gęsta ściana mroku znów stanęła przed nim.
Gunnar próbował zmusić smyczek do uległości, — zabrzmiały struny prostą wiejską piosenką.
Skąd to? nie znał tej pieśni!
Mroczna ściana nie ustępowała.
Razem z temi piosnkami padł na Gunnara strach, niewymowny, niewypowiedziany lęk, prześladujący duszę człowieka, który utracił rozum.
Gunnar przestał grać.
Nad siły jego było to uczucie. Skąd się to wzięło w pieśniach?
Podczas gry Gunnar miał oczy zamknięte, teraz otworzył je i ujrzał dziewczynę, słuchającą go w milczeniu.
Trzeba przeniknąć ten otaczający go mrok, za wszelką cenę!
Bezwiednie zapytał nieznajomej:
— Powiedz, kiedy ja to grałem?
Ingryda, słuchając gry, odczuła stan jego duszy. Trzeba się zdecydować. Czas, aby się prawdy dowiedział.
— Grałeś to po raz ostatni w domu, w Münkshütte.
Znów nowa zagadka.
Dlaczego ta dziewczyna mówi mu ty? Kto ona? nie jest chłopką, uczesana jak pani, suknię zaś nosi z płótna, utkanego w domu, lecz na szyi ma koronkowy kołnierzyk. Ręce ma maleńkie i białe, gładką cerę.
Wiejskie dziewczęta nie mają tak delikatnych rysów twarzy i tak wymownych oczu!
Skąd ona mnie zna i wie, gdzie mój dom?
— Jak się nazywasz i kto ty jesteś? — zapytał.
— Jestem Ingryda, widziałeś mnie poraz pierwszy kilka lat temu w Upsali i pocieszałeś wtedy rozpaczające dziecko, mówiąc, ze można żyć, nie umiejąc chodzić po linie.
Tak, pamiętam to zdarzenie.
— Jak wyrosłaś od tego czasu, rzekł, wypiękniałaś, ładnie jesteś ubraną i śliczną masz broszkę!
Broszka emaljowana, wysadzana perełkami wydawała się Gunnarowi dobrze znaną, taką samą nosiła jego matka.
— Broszkę tę otrzymałam od twojej matki, odpowiedziała Ingryda.
Gunnar podszedł do niej zupełnie blizko i rzucił jej niecierpliwie pytanie:
— Dlaczego matka moja dała ci tę broszkę, i czemu ja nie wiem, że ona ciebie zna?
Ingryda zbladła.
Przeczuła nadchodzącą burzę.
— Odpowiedz! powiedz mi także, gdzie jestem i czemu ja nie wiem skąd tu przybyłem!
Powiedz!
Gunnar pochwycił Ingrydę za ręce, ścisnął je silnie i wołał na ociągającą się:
— Mów! dlaczego ja tego nie wiem?
Oczy jego dziko i groźnie patrzały.
Dziewczyna drżała ze wzruszenia. Jak powiedzieć człowiekowi, że był wariatem?
Trudne zadanie, trudniejsze, niż sobie wyobrażała! zupełnie niemożliwe do wykonania.
— Powiedz, nastawał Gunnar tak wzburzony, że gotów był ją zabić jeśli nie usłyszy od niej tego, czego już, niestety, zaczynał się domyślać.
Zbierając odwagę, i mając w oczach odblask swoich uczuć dla niego, Ingryda wpatrzyła się przeciągle w Gunnara i rzekła:
— Byłeś — przez jakiś czas, — niezupełnie przytomny.
— Jak długo?
Nie wiem dokładnie... trzy... może cztery lata.
Byłem zupełnym warjatem?
— Nie, nie, wszakże chodziłeś jako przekupień z towarem po wsiach!
— Z jakiej przyczyny straciłem rozum?
— Z obawy...
— Czego?
— Zwierząt...
— Kóz?
— Tak.
Przez cały czas tej rozmowy Gunnar stał obok Ingrydy i trzymał jej ręce w swoich. Teraz odtrącił ją, odwrócił się ze wstrętem od niej, jak gdyby ona go spotwarzyła.
To wrażenie ustąpiło wnet drugiemu, jeszcze boleśniejszemu. Ujrzał przed sobą, tak wyraźnie, jak na obrazie, wysokiego dalejkarlijczyka, zgiętego pod ciężarem dźwiganego worka.
Ma zamiar wejść do chłopskiej chaty. Wtem rzuca się na niego mała, nędzna psina, — a on staje przed nią pokorny, kłania się nizko, nie śmie przestąpić progu, dopóki nie wyjdzie kto z chaty i odpędzi psiaka.
Ten obraz nawiał na Gunnara uczucie strachu, bezmiernej obawy ludzi chorych na umyśle.
Widzenie znikło. Natomiast rozległ się gwar głosów różnych. Krzyki, śmiech, żartują sobie i kpią z niego.
Piskliwe głosy dziecięce trzymają prym i brzmi jeden wyraz, wciąż się powtarza, wyrzucony ze świstem, piskiem, drapieżne słowo, razi boleśnie jego duszę: „kozioł“ — „kozioł“!
Tak go przezywano, tak nim poniewierano, wyśmiewano jego, — jego Gunnara Gede!
Przeżywał ponownie tę mękę, i — znów ten okropny lęk! Tylko, że teraz bał się nie innych, a samego siebie.
— To ja, — to byłem ja, rzekł łamiąc ręce.
Rzucił się na ziemię, oparł głowę o kamienną ławkę, i gorzko zapłakał.
— To byłem ja, powtarzał szlochając — to byłem ja.
— Jak żyć teraz z tą świadomością, że ten nędzny warjat, pośmiewisko ogółu — to byłem ja? lepiej znów rozum stracić! rzekł bijąc głową o kamienie ławki, nie wytrzymam tego!
Odetchnął głęboko. Mrok zbliżał się ku niemu, jako oswobodziciel wzywany. Uczuł jak rysy jego twarzy nieruchomieją, stają się znów bezmyślne, a oczy — obłąkane.
Dobrze tak — nie może być inaczej.
Nie może być wytykany palcami i mieć świadomość swego stanu.
Po co wracać do życia? Każdy usunie się od niego ze wstrętem.
Pierwsze, lekkie ciemne płatki mroku, wirując padały na niego.
Ingryda stojąc obok niego, odczuwała i przeżywała wraz z nim stan jego duszy.
Przeczuła, że jeśli on się podda, za chwilę obłęd znów nim owładnie. Za chwilę wszystko będzie stracone.
Zgasło jej męstwo, — ma tylko jedno życzenie; pragnie się z nim pożegnać. Z nim, ze swoim szczęściem. Opuściła się na kolana obok niego. Objęła go ramionami i przycisnęła swój mokry od łez policzek do jego twarzy.
— Czy to możliwe! młoda, przystojna panna nie wstydzi się całować jego, śmiesznego warjata?
Gunnar podniósł opuszczoną głowę i otworzył oczy. W otaczającej go ciemności rozległ się lekki świst, rozsunęła się gęsta zasłona, ostatnie strzępy mgieł nakształt syczących żmij próbowały go kąsać.
— Nie poddawaj się, mój jedyny, nie poddawaj się — błagała go dziewczyna. Chciej być zdrowym, a wszyscy zapomną o tem co było.
— Nie mogę znieść myśli, jakim ja byłem przez te lata ubiegłe, nie wytrzymam!
— Wytrzymasz.
— Ty mnie całujesz z litości, chcesz, abym znów rozumu nie stracił?
— Nie z litości, ja ciebie kocham!
— Czy to możliwe! kto może kochać śmiesznego warjata! warjata, który się kłaniał psom i kotom. Słyszę jak wołają za mną i widzę siebie samego uciekającego tchórzliwie. Ohydne! wolę nie czuć tego, wolę niech mnie znów obłęd pochwyci.
Wyczerpała się cierpliwość dziewczyny.
— Tak, źle ci jest, to prawda, ale myślisz tylko o sobie. Trać rozum, będziesz miał spokój.
Nie myślisz ani o matce, ani o mnie.
Nie myślisz o tej, która całe życie poświęciła tobie i tonie we łzach, wyglądając ciebie. Gdybyś kochał kogo, oprócz siebie, starałbyś się walczyć i zwyciężyć swój ból. Ale ty nikogo nie kochasz. Umiesz tak rzewnie prosić o pomoc, gdy się zjawiasz komuś we śnie, a w rzeczywistości nie chcesz pomocy.
Myślisz o swoim bólu, a nie myślisz o cierpieniu innych.
Gunnar wciąż patrzał w oczy dziewczyny.
W tej chwil nie była wcale piękną.
Łzy spływały jej gradem po twarzy, usta drżały i krzywiły się bólem.
Gunnarowi jednakże wydawała się prześliczną w swej rozpaczy serdecznej.
Uczuł wdzięczność niezmierną dla jej starań.
W chwili poniżenia znalazł tę cudną podporę, uwierzył w szczerość jej uczuć. Tak przemawiać mogła tylko miłość prawdziwa.
Gdy on skarżył się na opuszczenie — miłość stała obok niego i pukała do serca jego, prosząc o wstęp. Może teraz wróci do życia, pomiędzy ludzi. Kto odważy się lżyć go, gdy zyskał miłość takiej dziewczyny?
Surowe były słowa Ingrydy, ale litość i miłość bezbrzeżna brzmiały w jej głosie. Zdawało mu się, że ona trony i królestwa kładzie u jego stóp.
Pocałunek dziewczyny jak lek cudowny wlał w chorą jego duszę odwagę do życia.
Uwierzył, że nietylko litość nią powodowała, uwierzył, że może być kochany.
Opowiedziała mu, jak to on obudził ją ze śmiertelnego snu i stał się jej obrońcą i przewodnikiem w ciężkich chwilach życia.
I przed tem wielkiem szczęściem upadły mu do stóp, rozwiały się ostatnie mgły mroku. Rozemknęły się jak ciężkie zasłony i Gunnar ujrzał to państwo mroku i lęku, w którym tak długo żył. Nie czuł już żalu. W tym smutnym świecie potrzebny był. Tam wyjął z trumny Ingrydę i siedząc na progu domku w lesie, grał jej, okrywał przed chłodem i dzielił się z nią czerstwą kromką chleba. W tym smutnym świecie ona go pokochała i uleczyła. Serce jego napełniło się gorącem uczuciem. Wyciągnął do niej ręce jak wówczas, gdy zobaczył ją na placyku przed kościołem.
W państwie lęku, w pustyni mrocznej wyrósł kwiat, potężny urokiem i wonią. Przenieść ten kwiat w ogród swego życia, pielęgnować i zachwycać się nim pragnie!
Uczuł się wyswobodzonym, wiedział, że czyhający na niego mrok znalazł teraz potężnego przeciwnika. Ingryda zamilkła. Ogarnęło ją wyczerpanie, jak po dokonaniu ciężkiego zadania, a zarazem i błogi spokój. Wierzyła w zwycięstwo.
Gunnar pierwszy przerwał milczenie.
— Kocham cię, Ingrydo i chcę żyć dla ciebie, — rzekł.
Gunnar Gede czuł, że miłości swojej nie zdoła wypowiedzieć słowami.
Dzień po dniu, przez długie lata, będzie się starał wykazać miłość i wdzięczność tej, która go wyswobodziła z państwa mroku i lęku, — swej uroczej „Lilji Cmentarnej“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.