Cmentarna lilja/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

Nastąpiły szczęśliwe czasy. Gunnar był na najlepszej drodze do wyzdrowienia.
Dziwnym wydawał się stan jego otaczającym. Nie czytał nic, nie pisał. Tak ukochanych dawniej skrzypiec nie dotykał się wcale.
W każdym razie zaszła w nim olbrzymia zmiana. Wyrażał się poprawnie i maniery miał człowieka cywilizowanego.
Długie lata choroby jakby dla niego nie istniały, zupełnie o nich nie wiedział. Całe dnie przepędzał w towarzystwie matki i Ingrydy, rozmawiał o rzeczach potocznych, łatwych, nie wymagających natężenia umysłu. Używał też dużo ruchu. Wraz z Ingrydą odbywał dalekie przechadzki, ślizgali się godzinami po jeziorze. Dla swej towarzyszki był bardzo uprzejmy, ale bynajmniej nie wyglądał na zakochanego. Pewnego dnia przypomniał sobie swą narzeczoną i zapytał matki, czy nie ma od niej listu.
Brakiem wiadomości jednak się nie zmartwił, nieświadomie odsuwał od siebie przykrości.
Ingryda przeczuwała, że stan podobny nie może zawsze trwać, i że nadejdzie chwila, gdy zmuszony będzie zdać sobie sprawę co do swego stanu. Tymczasem niech wypoczywa, niech nabiera sił. Jeżeli ją pokocha, może uczucie to przyczyni się do jego odrodzenia. Po tylu latach smutku, trochę szczęścia spłynęło na dom w Münkshütte, ach, jakże ono było potrzebne.!




W tym czasie zdarzyło się, że w domu pastora, gdzie wychowywała się Ingryda, umarło dziecko. Stróż cmentarny kopał mu grób, obok mogiły, gdzie w roku zeszłym pochowano Ingrydę.
Gdy wykopał już kilka stóp ziemi, natrafił na róg sosnowej trumny Ingrydy. Przypomniał sobie gadki, które krążyły o zjawieniu się dziewczyny w domu pastora, w sam dzień pogrzebu. Żona pastora nie cieszyła się sympatją, zapewnie ktoś z parafian przez zemstę ją nastraszył.
— Trzeba będzie opowiedzieć ludziom, jak nieboszczka mocno śpi, pomyślał sobie stróż uderzając łopatą w róg trumny.
Wieko trumny było nieco usunięte, brakowało jednej śrubki. Stróż przestał kopać, i zaczął gwizdać marsza pułku wermlandskiego, w którym niegdyś służył. Dodawszy sobie w ten sposób odwagi postanowił zbadać rzecz gruntownie. Grabarzowi nie wolno mieć wątpliwości co do śmierci nieboszczyka. A nuż zjawi się taki w ciemną noc jesienną! Odkopał pośpiesznie większą część trumny i uderzył w nią łopatą. Trumna dała wyraźną odpowiedź, że jest pustą.
Stróż rzucił łopatę i pobiegł do pastora.
Zaczęto snuć domysły i przypuszczenia.
A więc dziewczyna naprawdę wyszła z trumny i zjawiła się w kuchni pastora? lecz dokąd poszła, gdzie się podziała?
Anna Stine stała przy piecu w kuchni i pilnowała wypieku chleba.
Przysłuchiwała się rozmowie, nie biorąc w niej udziału.
Pilnowała pieca, sadzała i wyjmowała bochenki, nawet dojść do niej było niebezpiecznie, z powodu długiej łopaty.
Dopiero, gdy skończyła swą pracę, zdjęła fartuch, wytarła twarz z sadzy, znalazła się w pokoju pana pastora wpierw, nim sobie z tego zdała sprawę.
Nic więc dziwnego, że pewnego pogodnego dnia marcowego, przed gankiem dworu w Münkshüte zatrzymały się piękne sanie pana pastora, malowane w zielone tulipany.
Ingryda naturalnie musiała z nim pojechać do przybranej matki skoro pan pastor po nią przyjechał.
Nie mówił dużo, jednak znać po nim było, że rad jest wielce, widząc dziewczynę żywą i źle obchodzono się z sierotą i zadowolony był, że będzie jej to mógł obecnie wynagrodzić.
Młoda dziewczyna rozumiała, że powinna wracać do domu pastora i tem dać dowód, że nie ma żalu do swych przybranych rodziców.
Była to rzecz tak naturalna, że nie stawiono jej przeszkód.
Ona zaś z całej duszy pragnęła zostać.
Siadając do sań wciąż jeszcze spodziewała się, że pani radczyni, lub Stawa podejdą do niej, każą wysiąść i zaprowadzą z powrotem do miłej bawialni. Zapewnie przez życzliwość nie zatrzymują jej. Sądzą, że jej młodość pożąda zmiany, może znudzona jest czuwaniem nad warjatem? Wyciągnęła ręce ku lejcom, pragnęła zawrócić konie. Zdawało się, że błąka się pośród wielkiego lasu, śród martwej ciszy, w około niema nikogo, nie poradzi jej nikt, ani wiewiórki skaczące po sośnie, ani puszczyk, hukający ponury swój refren.




Ingrydzie obecnie nie robiło różnicy, jak się z nią obchodzono w domu pastora. Traktowano ją bardzo dobrze, lecz gdyby znalazła się w złotym zamku wśród zaczarowanego ogrodu, byłoby to jej również obojętnem. Żadne łóżko nie jest wygodne, gdy się jest chorym.
Po dwóch tygodniach pobytu, gdy przycichła radość przybranej matki i rodzeństwa, Ingryda prosiła o odesłanie jej do Münkshütte. Wywołała tem ogólny protest. Czy jej tu źle? a przytem drogi się popsuły, ani myśleć o podróży, nim ziemia dobrze odtaje.
Chęć wyjazdu wywołała gniew ojca, matki i wszystkich parafjan.
Nie wolno dążyć w świat, gdy się żyje w Roklandzie!
Zrozumiała, że najlepiej będzie nie mówić o wyjeździe.
Zachowywała się więc cicho, szyjąc, haftując i snując bez końca nić swych marzeń.
Czyż można wyjechać przed chrzcinami nowonarodzonej córeczki pastorowej? a czy godzi się nie zaczekać na wesele Kariny Landsberg, swej najlepszej przyjaciółki? Trzeba więc czekać i wyciągać błagalnie ręce do wiosennego słonka: pełnij jasne słonko swoją powinność, rzuć swe złote strzały w głąb mrocznego lasu, top śnieg pomiędzy ponurymi świerkami i osuszaj drogi. Kochane, dobre słonko! mniejsza już o śniegi w dolinie, osuszaj stoki gór i wąskie ścieżyny leśne. Gdy pastuchy wrócą do swoich szałasów, wskażą leśne przejścia dwa razy bliższe od bitej drogi. Ingryda zna kogoś, komu nie trzeba koni, ni powozu, kogoś, co nie poprosi o pieniądze na drogę, a czeka tylko z upragnieniem, aż nieco przeschną leśne ścieżyny.
Wiedziała, kto wówczas wyjdzie z domu pastora w jasną noc księżycową, nie pytając o pozwolenie.
Ingryda zawsze z upragnieniem wyglądała wiosny. Któż jej nie czeka? obecnie poznała co znaczy oczekiwać z tęsknotą.
Dawniej czekała pierwszych pączków na krzewach, pierwiosnków, śpiewu skowronka, i kukania kukułki.
Takie tęsknoty dziecinne.
Nie ten tęskni za wiosną, kto widzi tylko jej piękno. Inna rzecz, gdy całować pragniesz ziemię oswobodzoną z pod śniegu, — sparzyć rękę pierwszą zerwaną pokrzywą, tylko dla przekonania się, że to już wiosna, wiosna przyszła!
Myśl powrotu do Münkshütte nie opuszczała Ingrydy.
— Nie mogę zrozumieć, rzekła jej pewnego razu Karina Landsberg, dlaczego pragniesz wyjechać, czy chcesz być nadal pielęgniarką warjata?
— Ona już nie myśli o wyjeździe, odpowiedziała za nią pani pastorowa.
Ingryda milczała, nie podnosząc oczu z nad kołnierzyka, który haftowała.
— Mówią, paplała Karina, że ty się w nim zakochałaś, skoro tylko trochę oprzytomniał...
— Nie, nie wtedy, Karino, — Ingryda tłumi śmiech, — jakie zabawne są domysły przyjaciółki!
— W każdym razie Gede nie należy do tych, którzy się mogą żenić. Mówiliśmy o tem z ojcem, i on jest zdania, że najlepiej dla ciebie, gdy zostaniesz u nas.
— Bardzo to ładnie z waszej strony, że chcecie mnie zatrzymać. Ingryda rozczulona jest dobrocią swych opiekunów.
— A zresztą, gdyby ktoś za tobą tęsknił, to napisanoby po ciebie, — dowodziła przybrana matka.
Dziewczyna znów uczula ochotę do śmiechu. Z zaczarowanego zamku ma przyjść list? Czy królewicz będzie prosił o powrót swą poddankę? A wieści od niego jej nie brak. Nocą, gdy uśnie, zjawia się, wyciąga błagalnie ręce i prosi:
— Wróć do mnie, ginę bez ciebie, znów jestem chory!
Wiedziała, że ponownie był bliski utraty rozumu, że powinna być przy nim.
Promienne jej oczy — gwiazdy coraz dłużej spoglądały w dal, coraz uporczywiej starały się przebić zasłonę przestrzeni.
Tęskniła dusza dziewczyny i pełna była lęku.
Radość błyszczała w jej oczach tylko wówczas, gdy patrzyła na strumyki wybiegające z lasu, bystre wody wiosenne, kochane wody, które jej drogę oczyszczą.
Gwarzy Ingryda z Kariną — opowiada jej w jaki sposób upływały jej dnie w Münkshütte.
Karina się przeraża. Jak można tak żyć samotnie?
Współczucie Kariny szybko mija; zmienia; temat rozmowy, wogóle jest obecnie w stanie nowie tylko o sobie i o swoim Olafie.
Przypomina sobie, że jej narzeczony kiedyś opowiedział jej śmieszną historję o „koźle“. Może to Ingrydę przekona?
Na ostatnim jesiennym jarmarku, ktoś utrzymywał, że „kozioł“ jest zdrowy, tylko udaje wariata, bo przez to ludzie więcej u niego kupują.
Olaf był przeciwnego zdania i podjął się dowieść, że ma słuszność.
Wyszedł na targ, kupił koźlątko, ukrył je pod płaszczem i wrócił do sklepu, gdzie przekupień właśnie rozłożył swoje kosy i inne towary.
Niespodzianie postawił przed Gunnarem koźlę, dalekarlijczyk uciekł, pozostawiając w sklepie swój worek i towary.
Śmiano się bardzo z ucieczki i strachu przekupnia.
Czy Ingryda może kochać człowieka tak dalece pozbawionego rozumu, że boi się małego koźlątka?
— A ty możesz iść za mąż za człowieka tak złego, który mógł tak okrutnie postąpić z biedakiem? — odparła Ingryda z groźną zmarszczką pomiędzy brwiami. Lepiej stokrotnie wyjść za samego „kozła“.
Wygłosiła swoje zdanie tak stanowczo, że Karina zdrętwiała ze strachu.
Jeszcze przez kilka następnych dni Karyna wciąż się zastanawiała nad tem, czy jej Olaf jest takim doskonałym człowiekiem, za jakiego go dotąd uważała.
Zatrute życie miała, tak się tem dręczyła, aż wreszcie postanowiła zwierzyć się narzeczonemu.
Olaf był taki miły, nic dziwnego, że szybko rozproszył jej obawy.




Niełatwo w Wermlandzie doczekać się wiosny.

Niekiedy pod wieczór można rozkoszować się słońcem i ciepłem, a nazajutrz ujrzeć znów ziemię, pokrytą śnieżnym obrusem. Krzewy agrestowe i łąki już się zielenią, a lasy brzozowe ani myślą jeszcze o pączkowaniu.
Nareszcie wiosna zjawiła się w dolinie, lecz modły Ingrydy jeszcze nie zostały wysłuchane. Ani jedna kałuża, ani jedna bajora w lesie nie wyschły.
W Zielone Świątki Ingryda z matką wybrały się do kościoła. Z powodu tak uroczystego święta wybrano się powozem.
Dawniej Ingryda bardzo lubiła zajechać na plac przed kościołem, stojący pod murem cmentarnym, parafjanie zdejmowali czapki, kobiety kłaniały się.
Obecnie to jej nie bawiło, „Troska pozbawia różę zapachu, a księżyc blasku“ — powiada przysłowie.
Modlitwa wlała otuchę w serce dziewczyny.
Z ufnością słuchała kazania na temat, jak Jezus pamiętał o tych, którzy zapominali o sobie w żalu po Nim.
W czasie nabożeństwa na plac przed kościołem zaszedł ubrany w kożuch, wysoki dalekarlijczyk, dźwigając na plecach ciężki tłomok.
Nie wszedł do kościoła; ominął przesuwając się bojaźliwie zaprzęgi, stojące na placu, i wszedł na cmentarz.
Lud niebawem zaczął wychodzić z kościoła. Jednym z pierwszych był Olaf, narzeczony Karyny Landsberg.
Szukając swej narzeczonej Olaf zaszedł na cmentarz, i spotkał przekupnia.
Powodowany ciekawością, a może i innem uczuciem, zagadnął go.
Pragnął się przekonać, czy prawdą jest, co opowiadano, że człowiek ten wyzdrowiał, a następnie znów rozum stracił.
Niestety było to prawdą.
Bez wstępu dalekarlijczyk opowiedział Olafowi, że czeka tu na swą narzeczoną. Nazywa się „Lilja Cmentarna“. Obiecała mi przyjść i zagrać na skrzypcach. Gdy ona gra, gwiazdy zawodzą chórem, a słońce tańczy.
Olaf go zapewnił, że ta, na którą czeka, jest na placyku przed kościołem. Radzi mu tam iść na spotkanie jej.
Pani pastorowa wraz z Ingrydą zamierzały wsiąść do powozu, gdy je spostrzegł wysoki dalekarlijczyk. Biegł ile mu sił starczyło, nie zwracając uwagi na szkapy, ani ludzi.
Śmiał się z radości i kłaniał już zdaleka młodej dziewczynie.
Ingryda, jakby w ziemię wrosła od wrażenia. Nie wiedziała, czy cieszy ją jego widok, czy smuci zaszła w nim zmiana. Nie wstydziła się obecnych, widziała tylko nieszczęśliwego, którego piękną duszę tak ukochała.
Tłum przyglądał się im w uroczystem milczeniu.
Oczy Ingrydy rozpromieniały, jakby ku niej zbliżał się królewicz z bajki, a nie nieszczęśliwy warjat.
Ciągnęły ku sobie dwie dusze, złączone niewidzialną dla oczu ludzkich — nicią.
Już tylko dwa kroki rozdzielały Gunnara od Ingrydy, gdy pani pastorowa, chcąc uniknąć spotkania, objęła dziewczynę wpół i wraz z nią padła na poduszki powozu.
Konie ruszyły żywo z miejsca przynaglone biczem woźnicy.
Za niemi rozległ się krzyk rozpaczliwy, — a pani pastorowa dziękowała Bogu, że udało jej się uciec.
Po obiedzie, do pana pastora przyszło dwóch parafjan na naradę. Opowiedzieli, że po odjeździe Ingrydy warjat, zwykle tak spokojny, wpadł w szał, zmuszeni byli go związać. Obecnie jest zamknięty pod dobrą strażą, u jednego z włościan.
Jak pan pastor radzi z nim postąpić?
Pan pastor radził odesłać warjata pod dobrą strażą do matki, powiedział parafjanom jego nazwisko i miejsce zamieszkania.
Wieczorem tegoż dnia pan pastor opowiedział Ingrydzie co się stało, i radził jej zawsze kierować się rozumem.
Gdy nastąpiła noc, Ingryda zrozumiała, że nie pora czekać wiosny. Trzeba się wybrać w drogę.
Biedactwo poszło główną drogą, pomimo, że ta była dwa razy dłuższą, niż przejścia leśne.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.