Baśń o dobrej wróżce (Korotyńska, 1939)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Baśń o dobrej wróżce
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 23
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wydania 1939
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY
EWA REŃSKA
Baśń o dobrej wróżce
Z ilustracjami
WARSZAWA
NOWE WYDAWNICTWO
ZAKŁADY GRAFICZNE „FENIKS“, WARSZAWA






Za gęstym lasem, za modrą rzeką leżały dobra dwóch wielkich panów. Jeden z nich wybudował sobie zamek z białego kamienia, zwano go więc Panem Białym. Zamek drugiego, zrobiony był z czarnego granitu, toteż właścicielowi jego ludność nadała miano Pana Czarnego. Każdy z nich miał dobrze uprawne pola, ciągnące się daleko, śliczne ogrody, otaczające zamek, i liczną a wierną służbę. Obaj panowie żyli w wielkiej przyjaźni, kazali też przebić przejście w niskim murku, dzielącym ich ogrody. Biały Pan miał małą córeczkę, Almę, Czarny Pan zaś nieco starszego synka, Janka. Dzieci kochały się bardzo i cały dzień spędzały razem, tylko na noc udawało się każde do zamku swego ojca. Tak się dziwnie złożyło, że obaj panowie wcześnie utracili swe żony. Wtedy przyjaźń ich jeszcze się zacieśniła. Alma miała starą piastunkę, kobietę mądrą i dobrą, toteż Czarny Pan chętnie powierzał synka jej opiece.
— Drogi przyjacielu — powiedział raz Biały Pan — nasze dzieci tak się kochają, że nie chciałbym ich rozdzielać, może więc weźmiemy jednego nauczyciela dla obojga. Niech się razem uczą.
Pan Czamy zgodził się chętnie i po paru tygodniach na zamek jego przybył uczony z dalekiego miasta. Od tej pory pół dnia spędzały dzieci w zamku Pana Czarnego na nauce, po lekcjach zaś bawiły się w ogrodach Pana Białego pod okiem piastunki. Janko otaczał czułą opieką młodszą nieco Almę i przykładał się pilnie do nauki, żeby móc jej wyjaśnić to, czego na lekcji nie pojęła. Dziewczynka też uczyła się z zapałem, chcąc zrobić przyjemność przyjacielowi.
Obaj panowie czuliby się zupełnie szczęśliwi, gdyby nie wspomnienie wcześnie zmarłych małżonek. Ale czas goi szybko ból serca, toteż wesoło i pogodnie płynęło życie w sąsiadujących ze sobą zamkach.
Pewnego dnia powiedział Pan Biały do swego przyjaciela:
— Wiem, że dbasz o ludność twych wiosek, tak samo jak ja. Ja mam las, a przez twoje ziemie płynie szeroka rzeka. Ty pozwalasz okolicznym mieszkańcom łowić ryby w rzece, ja moim dostarczam co roku opału na zimę. Twoi nie mają jednak drzewa, a moim brak ryb.
Jeszcze nie skończył, a już Pan Czarny domyślił się, o co chodzi, i wyciągnął do niego rękę:
— Zgoda, przyjacielu, pozwolę twoim ludziom łowić ryby, a moim powiem, że dostaną opał na zimę z twoich lasów.
Tak się też stało. Mieszkańcy wiosek przybyli do swych panów dziękować im za ryby i drzewo. Panowie byli bardzo radzi, że mogą ulżyć doli niezamożnych sąsiadów. Czuli się teraz zupełnie szczęśliwi. Często wyjeżdżali konno oglądać plony na swych polach. Doradzali sobie nawzajem i pomagali we wszystkim. Marzyli też o tym, że kiedyś te dwa majątki zostaną złączone.
— Nasze dzieci rosną zdrowo i kochają się gorąco. Może kiedyś ta dziecięca miłość przerodzi się w bardziej gorącą i twój Janko poślubi moją Almę — powiedział raz Pan Biały.
— Ach, przyjacielu, jest to moim gorącym pragnieniem — odparł Czarny.

— Byłbym wtedy zupełnie spokojny o przyszłość mojej córeczki. Nie znajdę dla niej lepszego opiekuna niż Janko, a połączone nasze dobra stanowić będą pokaźną fortunę. Ludność nas kocha i nie mamy żadnych wrogów. Starość spędzimy przy boku ukochanych dzieci w szczęściu i spokoju — mówił Biały Pan.
Baśń o dobrej wróżce (1939) 1.jpg

Ale mylił się sądząc, że nie mają wrogów. Nie wiedział, że ogromne lasy dębowe, zarastające jego dobra, są siedzibą Króla Wróżek i Dębów. Czarownik ów zapłonął wielkim gniewem, gdy się dowiedział, że Biały Pan postanowił wycinać jeszcze więcej drzew niż dotychczas.
— Wytnie mi całą dąbrowę! A chłopi przestaną już przychodzić po chrust do lasu i nie będę mógł ich porywać na niewolników — krzyczał w złości, a z krzyku tego wiatr się zrobił ogromny i powiał borem łamiąc zeschłe gałęzie i wyrzucając ptaszki z gniazd.
Na szczęście po lesie chodziła Dobra Wróżka, podnosiła pisklątka i wkładała je do gniazdek.
— Nie bójcie się, malutkie — uspokajała je — zaraz wiatr ustanie, gdy nasz rozgniewany król zaśnie.
Król Wróżek przestał krzyczeć, ale przez długi czas obmyślał zemstę.
— Zwabię ich do lasu i rzucę czar. Zapomną o swych majątkach i o dzieciach, a tylko od świtu do nocy sadzić będą żołędzie. Naprawią mi szkody, które przez tyle lat wyrządzali w lesie — postanowił wreszcie.
Przybrał na siebie postać wędrowca i zjawił się pewnego dnia w zamku Pana Białego. Właśnie tego dnia Biały Pan zaprosił na kolację swego przyjaciela z synkiem. Siedzieli we czwórkę przy dużym stole, panowie w jednym końcu, dzieci w drugim, gdy służący oznajmił podróżnego.
— Podaj nam więc jeszcze jedno nakrycie i proś go do stołu. Skoro to podróżny, musi być zmęczony i głodny.
Król Wróżek wszedł i skłonił się obecnym. Potem zajął wskazane miejsce. W czasie posiłku rozmawiano o dalekich krajach, które nieznajomy już zwiedził.
— Teraz idę zobaczyć pewną starą kobietę. Przędzie ona srebrne nici ze swych siwych włosów, a włosy te odrastają ciągle. Utkała już podobno srebrną tkaninę, ale tak dużo za nią żąda, że nikt jeszcze nie zdołał jej nabyć. Może sprzeda mi choć jedną niteczkę — powiedział nieznajomy.
— A gdzie mieszka ta prządka dziwna? — spytał Biały Pan.
— Mieszka za twoim lasem, panie, w małej chatce przy porębie. Odwiedzać ją można o zachodzie słońca — powiedział nieznajomy.
Podziękował za poczęstunek i poszedł w dalszą drogę.
Biały Pan zdziwił się bardzo, bo nie widział nigdy żadnej chatki przy porębie.
— Pojadę jutro i odszukam tę prządkę. Jeśli tkanina ta rzeczywiście posiada takie własności, że kto włoży szatę z niej uszytą, żadna choroba go nie nawiedzi, to nabędę ją dla Almy.
— Chętnie będę ci towarzyszyć, przyjacielu — powiedział Pan Czarny. — Uszyję memu synowi koszulkę z tego materiału.
Na próżno stara niańka odradzała im tę podróż mówiąc, że to musi być jakaś siła nieczysta. Panowie zbyli ją śmiechem, polecili czuwać nad dziećmi w czasie ich nieobecności i skoro świt ruszyli w drogę. Odtąd przez wiele miesięcy nikt o nich nie słyszał. Piastunka, jak mogła, uspokajała płaczące dzieci, które na próżno wybiegały ciągle na drogę wypatrując swych ojców. Wreszcie w obu zamkach zaczęto przypuszczać, że musieli zginąć w lesie. Rządcy ich majątków postanowili zabrać dobra dla siebie. Niańkę zamknięto w wieży, taki sam los spotkał nauczyciela. Rządcy zagarnęli zamki, dzieci swoje ubierać zaczęli w suknie Janka i Almy, a pańskim dzieciom dali jakieś stare łachmany i kazali im paść owce. Nie pomogły łzy ani gniewy.
— Jeśli nie będziecie nas słuchać — wołali źli rządcy — zamkniemy was w lochu.
Chodził więc Janko z Almą co dnia na pastwisko za stadem owieczek. Jako pożywienie na cały dzień dostawali flaszkę zwarzonego mleka i po kawałku chleba. Sypiać musieli w małej komórce na wiązce siana, a za najmniejsze przewinienie bito ich bez miłosierdzia. Rządcy zaczęli też gnębić ludność żądając płacenia podatków i zabierając plony.
— Janku, kiedy już wrócą nasi ojcowie? — pytała często Alma.
— Nie wiem, ale wrócą na pewno — pocieszał ją chłopczyk.
— A może pójdziemy ich szukać?
— Poczekajmy jeszcze trochę — mówił chłopczyk, bo bał się dla swej przyjaciółki dalekiej drogi przez gęsty las.
Ale pewnego dnia, gdy już pędzili owce do domu, zauważyli brak dwóch jagniątek.
— Janku, oni nas zabiją — zawołała przerażona Alma. — Za nic nie wrócę do domu bez jagniątek.
— Zapędzimy więc owce na podwórze i wrócimy prędko po jagniątka. Może uda się nam je odnaleźć — powiedział Janko.
Tak też zrobili. Ale jagniątek nie było nigdzie. Na próżno szukali ich aż do zapadnięcia nocy.
— Może orzeł je porwał, gdy się oddaliły od stada. Nie wracajmy więc już do domu. Może znajdziemy naszych tatusiów.
Janko zgodził się i poszli leśną ścieżynką przed siebie.
— Mrok już zapada — powiedział chłopczyk. — Prześpimy się pod tym drzewem, a rano pójdziemy dalej.
Wędrowali tak przez wiele dni, żywiąc się jagodami i sypiając na mchu. Ale nigdzie nie natrafili na ślad ojców.
— Janku, co z nami będzie? Zgubiliśmy drogę, zresztą do domu i tak nie mamy po co wracać. A jagody już się kończą i umrzemy chyba z głodu — powiedziała raz Alma i rozpłakała się rzewnie.
W tej chwili przed zdumionymi dziećmi stanęła jakaś wysoka, wysmukła pani. Ubrana była w zieloną suknię, jasne, długie warkocze spadały jej aż do kolan, a wianek kwiatów leśnych zdobił głowę.
— Nie płacz, dziecinko — odezwała się słodkim głosem — opowiedz mi lepiej swe zmartwienie, a może znajdę na nie jakąś radę.

Dzieci opowiedziały jej o swych losach. Wróżka zamyśliła się głęboko, a potem kazała im iść za sobą. Alma i Janek poszli za nią trzymając się za ręce. Pani zatrzymała się przed wielkim dębem i dotknęła go gałązką, trzymaną w ręku. W tej chwili otworzyły się małe drzwiczki i pani wprowadziła dzieci do małego, czyściutkiego pokoiku.
Baśń o dobrej wróżce (1939) 2.jpg

— Jestem Leśną Wróżką — powiedziała. — Mieszkam tu już przeszło sto lat. Jestem wciąż sama. Tylko przez zimę mieszka u mnie karzełek, imieniem Kornel. Miele on przez całą zimę zboże i piecze ciasteczka, rąbie drzewo i obiera orzechy. Gdy tylko powieje pierwszy wiosenny wiatr, wraca na północ do Lodowej Krainy. Może chcecie zostać u mnie?
Dzieci zgodziły się chętnie. W tym lesie przecież zaginęli ich ojcowie, może coś o nich usłyszą.
Wróżka dała im herbaty z kwiatu lipowego i postawiła na stole talerz ciasteczek z orzechami. Dzieci posiliły się, a potem poszły spać. Wróżka przygotowała dla nich posłanie z mchu i wonnego siana.
Spokojnie płynęło teraz życie biednych sierotek. Przez cały dzień pomagały wróżce zbierać jagody i grzyby, naprawiać uszkodzone gniazdka ptasie, odprowadzać zbłąkane sarniątka do płaczących matek.
Tak minęło lato. Gdy liście z drzew zaczęły opadać, wróżka powiedziała dzieciom, że wkrótce zjawią się jej znajomi, którzy co roku przychodzą do niej z nowinami.
I rzeczywiście pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, ktoś zapukał do drzwi. Zbudzona Alma wysunęła głowę spod kołderki i ujrzała wielkiego, burego niedźwiedzia.
— Dobry wieczór, wróżko — powiedziało zwierzę. — Niewiele mam ci do opowiedzenia. Dzikich barci w lesie coraz mniej, bo pszczoły przenoszą się gdzieś w dalsze strony. Ale przyniosłem ci w podarku trzy plastry miodu.
— Dziękuję, misiu — odparła wróżka. — A gdzie zamierzasz urządzić sobie legowisko na zimę?
— Tam gdzie zwykle, pod zwalonym dębem koło strugi.
Po niedźwiedziu zjawił się kruk. W różka przywitała go bardzo serdecznie.
— Cóż mi powiesz ciekawego? — zagadnęła.
— Niebawem bór ten stanie się tak gęsty, że żaden człowiek przez niego się nie przedostanie. Król Wróżek rzucił czar na dwóch możnych panów. Zły był na nich, bo co roku kazali wyrąbywać wielką ilość dębów na opał dla ubogiej ludności. Zwabił ich do siebie opowiastką o babce, co przędzie czarodziejskie nici z własnych włosów. Gdy przybyli na polanę, zaczarował ich i kazał im sadzić żołędzie. Pracują tak od świtu do nocy, niepomni swego dawnego życia. Nie przestaną, dopóki ktoś nie zdoła ich powstrzymać przed zachodem słońca. Jeśli rzucą motyki, zanim słońce skryje się za horyzontem, czar pryśnie.
— Nikt nie odważy się tego zrobić. Król Wróżek jest bardzo srogi i budzi postrach wśród swych poddanych. Nie ma władzy tylko nad dziećmi, ale przecież żadne dziecko nie zawędruje aż na Polanę Czarów — powiedziała Wróżka.
Nazajutrz rano opowiedziała Alma Jankowi, co mówił kruk. Postanowili nie zwlekając udać się na Polanę Czarów. Wróżka bardzo się zmartwiła, że odchodzą. Przyznała z żalem, że niewiele może im pomóc, bo Król Wróżek mściłby się na niej. I tak dokucza jej często za to, że się opiekuje zwierzątkami leśnymi, które powinny, jego zdaniem, wyginąć. Chciałby, żeby na świecie były tylko same dęby.
— Ale mogę wam służyć radą — dodała. — Idźcie przed siebie tą dróżką, aż dojdziecie do wielkiej polany. Ukryjecie się w krzakach aż do zachodu słońca. Gdy już niebo zrobi się czerwone, a słońce zniży się prawie do horyzontu, wyjdźcie z ukrycia i starajcie się przerwać pracę swych ojców. Opowiadajcie im o swym losie, ale mówcie tylko szczerą prawdę. Nie pijcie też przez cały czas nic innego, jak tylko czystą wodę.
Dzieci pożegnały wróżkę i poszły przed siebie. Przed zachodem słońca ujrzały dużą polanę. Pracowało na niej dwóch mężczyzn. Alma i Janek z trudem poznali w nich swoich ojców, gdyż brody urosły im aż do pasa, a włosy sięgały ramion. Z wielkim pośpiechem robili motyką dołki i wsadzali w nie żołędzie. Sierotki ukryły się w gąszczu, a gdy niebo przybrało kolor czerwony, wyszły z ukrycia i rzuciły się na szyje swym tatusiom. Ale oni nie poznali swych dzieci i odsunęli je gniewnie.
— Nie przeszkadzajcie nam w pracy — zawołali. — Jeszcze dużo żołędzi zasadzimy, zanim noc zapadnie.
Dzieci jednak nie dały się odpędzić i zaczęły opowiadać swe dzieje. Ale zajęci pracą mężczyźni nie słuchali. Słońce zaszło i urok nie został zdjęty. Dzieci położyły się spać na mchu, o świcie zaś, gdy się zbudziły, zastały już swych ojców przy pracy. Gdy siedziały nad strugą, zbliżył się do nich duży kruk, a widząc ich smutne twarzyczki powiedział:
— Nie traćcie cierpliwości, zaczekajcie do wieczora. Może dziś uda się wam oderwać ich od pracy.
Ledwie wymówił te słowa, padł strzał i biedny ptak legł martwy. Dzieci ujrzały myśliwca ze strzelbą w ręku. Uśmiechnął się do dzieci i podniósł dzbanek stojący na trawie.
— Pewnie jesteście głodni i chętnie napijecie się mleka — powiedział.
Alma już chciała wyciągnąć rękę, ale Janek przypomniał sobie słowa wróżki.
— Nie, dziękujemy! — zawołał. — Wystarczy nam woda.
Myśliwiec z gniewem rzucił dzbanek o ziemię i odszedł w głąb lasu.
— Przecież to był ten podróżny, co opowiadał nam o prządce — powiedziała Alma.
Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, zbliżyły się dzieci do ojców i zaczęły opowiadać, jak źle były traktowane przez rządców. Janko opowiadał, jak bito Almę, Alma mówiła o katowaniu Janka. Dwaj mężczyźni pracowali coraz wolniej i wolniej. Widocznie słowa dzieci docierały do ich świadomości. Wreszcie ojciec Almy rzucił motykę, a za nim uczynił to samo ojciec Janka. W tej chwili właśnie słońce chowało się za horyzontem. Janko z okrzykiem radości złapał obie motyki i rzucił je do głębokiego strumienia. Alma zawisła na szyi swego ojca, który poznał ją nareszcie.
Czar został zdjęty. Obaj panowie odzyskali pamięć. Zaraz też wyruszyli z dziećmi w powrotną drogę. Jakaż była ich radość, gdy na małej polance odnaleźli swe rumaki. Każdy z nich wziął swe dziecko na siodło przed siebie i popędzili cwałem do domu. Rządcy, zobaczywszy swych panów, uciekli boczną bramą i już nikt ich więcej nie widział. Obaj przyjaciele zabrali się do naprawy szkód, jakie nieuczciwi rządcy porobili. Uwolniono zaraz zamkniętą w wieży niańkę, a nieszczęsnego nauczyciela wydobyto z lochu.
Po wielu latach Janko jako dorosły rycerz poślubił Almę. Zamieszkali w białym zamku. Ojciec Almy przeniósł się do czarnego. Całymi dniami gawędzą dwaj przyjaciele o przeszłości. Cieszą się też ze swych dzieci.
Alma i Janko są zupełnie szczęśliwi. I oni chętnie wspominają przygody, jakie ich spotkały w dzieciństwie. Często też odwiedzają dobrą Leśną Wróżkę. Częstuje ich ona zawsze lipową herbatą i orzechowymi ciasteczkami. Nie boi się już swego władcy, bo znikł on gdzieś bez wieści. Może pękł ze złości, że nie udało mu się zatrzymać w niewoli Białego i Czarnego Pana?

Koniec



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.