Świt (Mirandola)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Mirandola
Tytuł Świt
Pochodzenie Tropy
Wydawca Czasopismo „Maski“
Data wydania 1919
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


ŚWIT.

Ciemno. Wysoko, na gankach, nad przepaścią podwórza miejskiego zawieszonych jedne nad drugimi, za dnia snują się codzienności, dudniąc obcasami, szmer spodnic dolata stamtąd... Teraz cicho. Deski tylko tu i ówdzie rozsunięte, tak, iż z dołu widzisz przez szpary niebo, a w dzień, idąc gankiem, patrzysz ze strachem wprost w kałużę, nisko pod tobą na ziemi.
Ciemno. Nie głosi życia ruch ni szmer ciągły, który jest za dnia bytu znamieniem... ciemno, czerń zaś ta zda się, leży wpost na piersiach twoich, jak ziemia na rzuconym w dół i zasypanym psie bezpańskim.
Ciemno. Nie wybiła godzina wstawania nowych radości, a czarność leczy rany wczorajsze... chowa pomarłe stworzenia... dobra jest bowiem dla tych, co już wyrośli z pod opieki słońca... dojrzeli do WIELKIEJ PODRÓŻY.
Ciemno. Ale choć oczom, co mają po ziemi szukać swych pożytków... uciech... i miłości, światła za mało, patrzmy, czy na bezjawej postaci nie zalśni tu kędyś ślad PRZEWODNIKA, odbicie JEGO stóp, jedna kropla tej fali, co płynie tajemnie, pod jaśnią doczesną skryta w JUTRA niewiadomo jak bliskie dziedziny.

Nad miastem wysoko Bóg-Orzeł przed świtem, Bóg-Orzeł mocny, dalekowidz nad dalekowidze wisi na rozpostartych skrzydłach i patrzy.
Nim świat się z nicości wychyli, idzie z dołu niby oddech śpiącego, gorąca fala, mdła, niemiła.
Linie zaczną nabierać znaczenia, staną się znakami, z plamy wstanie kształt, rzecz żywa, stwora śpiąca albo rzecz, co kryje w sobie żywe.
On, patrzący z góry, wie dobrze, że to wszystko jeno symbol. Kontur, światłem określony, plam parę. Tajemnica naprzykład słońca, przez to, że na nią patrzymy co dnia, nie staje się dzięki temu jasną... my jeno, my patrzący kujemy słowa i stajemy się dewotkami, co skutkiem częstego sypiania po kościołach mniemają, iż mogą z familiarnym uśmiechem patrzyć, jak się w rękach kapłana dokonywuje przemiana prochu ziemi w BOGA żywego...
On też patrzy, chcenie swe twórcze odsunąwszy ręką od działania, jak się odsuwa natrętne dziecko. Patrzy na zjawę błędną, co dziwną, zygzakowatą drogę zakreśliwszy, od wczoraj spadła ot tu... po wiekach, czy sekundach, nie wiadomo... pod bramę kamienicy dotąd zamknioną i drżąc ze zimna, przytulona u proga czeka... czeka smutnie, by wpaść co żywo... co żywo... i nie płacąc ODŹWIERNEMU-LOSOWI, który otworzy skrzypliwe wrota, coprędzej wbiedz na schody... po dwa... po... trzy... skacząc do siebie do łóżka... do codzienności, watowanej cichością półmroczną, do spokoju, odrętwienia.
On się nie złudzi niczem, choć w net się „życie“ wynurzy, to jest to, co ja, ty, on, my, wy, oni... zwiemy znanem i bliskiem... my kiepscy astronomowie, co nie świadomi pokrewieństwa gwiazd, tworzymy konstelacyę pozorów, fakty, majaki, nicość na nicości, głuszę w milczeniu, ciemń na czerni... słowa.

Coś leci pustemi ulicami. Coś tętni donośnie, a pogłos wzrasta... przybliża się.
Jakiż to wczesny znak życia?
Nie jest to pewnie wóz-śmietnik, bo dzwoni inaczej, sunie powoli... wiedząc, że co krok zatrzymać mu się trzeba, by nowe brzemię nabrać na się.
Nie pora mu zresztą jeszcze. Jeszcze ciemno i wóz śpi cicho, czyściuteńko wymieciony z wczorajszych obrzydliwości...
Coraz to głośniejszy tętent. To podkowy. Koń leci po nierównym bruku... rzuca się naprzód jak ryba we wodzie... pędzi wśród nocy.
Mignął w kopcącem świetle latam i dalekiej cień i poszła od zaułka do zaułka pogłoska:
Na rozpędzonym koniu, jeździec... do ciała przywiązany duch... duch jeszcze przed chwilą promienny, teraz poczerniały, jak ośniedziałe złoto.
Lecą. W omdlałem ręku ducha nad ranem zwolniały wodze, czy chciał może doświadczyć siły swej... i uległ? Niewiadomo. Koń niesie jeźdźca. Ratunku niema... Noc... ciemno.., pusto... ni żywego człeka...
Pędzą... tam... ku... rzece... czy dokądś...
Może w ostatnią przed świtem kałużę użycia, świadomi, iż powstydzić się przyjdzie słońca...
Nie. Pędzą w dół, ku rzece... Niechby się wreszcie bestya i zatopiła... rzeka się dziwnie szybko sama oczyszcza..., ale duch... duch... kto odwiąże ducha?
Łomocą po bruku podkowy, odbłysk skier krzesanych dolata... zniszczała cała cisza przedświtowa. Błędny tułacz pod progiem, który śnił o domu, nie mając czem doń wejścia opłacić, zbudził się i uczuł, że zimno, że bardzo zimno... Huczy po ulicach przeraźnie, a echa echom podają gryzące, pilne pytanie:
Ale duch... duch... kto odwiąże ducha?

Z za węgła domu, ze szpary pomiędzy murem, a parkanem ogrodu wypełzło coś. Leciuteńkie, szarawe tony przylgnęły już do ścian, choć na niebie zmian nie widać wyraźnych ku jasności. Zda mi się, widać łeb. Wieczysty, pretensyonalny żal, jaszczur zielony powraca z łowów nocnych.
Rusza się, miele żuchwami jaskry, stokrocie... Jada wszystko, mówią... wszystko, co się zjeść daje, tylko baczy, by nikt nie widział... przecież on „żal“.
Widzę go. Napęczniały, opity wodą, lśniący stoi w niepewnej, rodzącej się poświacie, u okienka piwnicznego i czeka na coś.
Jeszcze noc... jeszcze się liczy noc, jeszcze nikt nie widzi, że oto nażarł się znowu, że syty i dlatego to nie ginie... żyje ciągle, ciągle...
Syty? Wstyd... wstyd... Spaliłby się ze wstydu, okryłby się płomieniem przed oczyma człowieka, któryby dostrzegł, że jada po nocy... do... sytości... Skandal!
Podniósł łeb... miele gębą, a z paszczy zwisają mu pęki ziela rozmaitego, nasiąknione wodą.
Wszyscy wiedzą, iż on... on... to tak zwana: „potrzeba duszy“...No, tego by jeszcze brakło.
Łypie oczami i spoziera w górę... Patrzy w górę. No, Boga nie wstyd mu chyba... któż się tam Boga wstydzi... to się nie liczy... to się nie liczy...
Spojrzał raz... drugi... i postąpił krok jeden, drugi i wsunął się do piwnicy.
Ale Bóg-Orzeł nie patrzył na niego.
Rozmawiał właśnie z wiatrem, który zerwawszy płachtę jakąś ze szczytu wieży ratuszowej, rzucił ją na plecy czekającemu pod progiem, zmarzłemu na poły.

Już świta, świta. Czuję, że kędyś hymny płyną, trąby grają. Modlitwa poważna, zamyślona. Jakie to JUTRO, to wstające... niewiadomo wcale... może to wielkie...
Wznoszę się na fali modłów, jak dym pod obłoki.
Tu cicho jeszcze i pusto, nic nie gra... przywidziało się.
Jasność tylko rozlewa się zwolna, prostuje, kładzie na ziemi i patrzy z niska, skośnie po samej powierzchni ziemi.
W dole, słychać skrzyp. Otwarto drzwi starej wieży. Idzie stary dzwonnik ogłaszać dzień nowy.
Ptaka zaśnionego na ramieniu nie zbudził. Jak spał w fotelu, wstał i idzie. Idą razem głosić dzień nowy, ach... jaki dzień... jaki... czyli nie ów... ów, o którym się potem śpiewa dzieciom w kołyskach leżącym... dzień-baśń szczęścia...
Wstawaj ze snu dzwonie.
Zwieszony kielich dzwonu jest jak kwiat o stulonych płatkach korony, w ten szary przebrzask.
Śpi. Szemrze wiatr słabo coś na rąbku spiżowym wygrywając. Szarpnięcia trzeba.
Drżąca ręka starca spoczęła na ramie okiennej, dzwonnicy, siwa głowa zwrócona ku wschodowi. Stoi.
Serce uprzedziło dzień, przymusiło stare nogi, ręce... Serce bywa czasem dokuczliwe.
Szarość się srebrna rozpłynęła wokół, a z tej topieli wynurzać się powoli zaczęły zębate szczyty, ostre igle, długie grzbiety nasiekane i spuściste garby dachów.
Jako prawda uznane i dlatego natrętne, co dnia się narzucające panowanie złudy pocznie się niebawem.
Chociaż kto wie... nie powiedziano wyraźnie, po czem to poznamy ów świt inny, upragniony.
Ostatnie momenty skupienia w ciszy i bezkształcie, kiedy dusza nie rwie się jeszcze w stu sprzecznych kierunkach.
Słyszę pacierz poranny obłoków poważnie sunących, ledwo zarysowanych na niebie.
Dzwonnik czeka z ptakiem zaśnionym na ramieniu.

Bóg-Orzeł posłyszał oddech przyspieszony, gorączkowy. Tam w dole pracował człowiek, śpieszył się...
Z wysiłkiem, z napięciem całej woli pracował ów człowiek łopatą. Wbijał ją w twardy, kamienisty grunt i wyrzucał w powietrze czarne, rozlatujące się gruzły.
Padały z ciężkim łoskotem, podobnym do westchnienia.
Tak, tak, pomyślał, spieszy się... a wiedząc, iż mu ulży i sił doda, pytając (bo człekowi pomaga rozmowa o wielkim celu), zagadnął:
— Hej! Jakże tam robota?
Gruzły przestały padać, łopata szczękła o bruk, a z dołu doszły wyrazy wyrzucone ze zdyszanych piersi:
— Idzie... idzie... bo ja wiem zresztą... Może ...gdyby noce dłuższe... gdyby długo, długo pożyć...
— Albo mieć komu zostawić łopatę...
— Hm... to trudno... trudno... Wolałbym dożyć...
— Nie bój się! Nie bój! Dożyjesz... myślę, że dożyjesz...
— Tak myślisz... ano to i dobrze...
Znowu rozległo się pośpieszne kopanie. Człowiek pracował, by nagrodzić czas paru sekund na rozmowie zmarnowany ...Tętniło o kamienie żelazo, padały z ciężkim postękiem wielkie gruzły ziemi... a nad pracującym coraz to się robiło jaśniej i jaśniej.
— Co on robi? — spytałem wszystkowidza zawieszonego wysoko.
I usłyszałem werset, znany, ach znany...ale zapomniany werset z pieśni „O krzyżowaniu Tęsknoty“.
„I dam im moc wytrwania, iż ze świata ducha uczynią przekop w życie codzienne, a wody niebiańskie spłyną i omyją i użyźnią je... i pięknem się stanie“.
Zawieszony na skrzydłach wysoko Bóg-Orzeł patrzył na wznoszący się, to znów chylący grzbiet pracującego z wysiłkiem i przytakiwał głową jego ruchom.
On, zdało mi się, on jeden jedyny na całym świecie przytakiwał mu... Chociaż może... Może gdzieś w ciemności skryty... zadyszany, z sercem głośno tętniącem, któż wie jakiemi przestrzeniami i czasami odległy mozolnie pracuje jeszcze ktoś inny, spiesząc się nim wzejdzie słońce i przywiedzie przechodniów...brat po duchu i tęsknocie nieznany... od wieków i na zawsze niepoznawalny... daleki, a bliski jak druga gwiazda jednej konstelacyi...
Grzbiet ruszał się, wybłyskiwał z ciemni i tonął w niej znowu, ostrze łopaty migało w powietrzu, rozjaśnionem już teraz bardziej.
I tak pracowali obaj, ten na ziemi i ten w górze, a posłaniec jutra, anioł skrzydlaty stał opodal i czekał.
Wiedziałem... gdy odejdzie pracownik Boga, anioł usiędzie na wale świeżej ziemi i nakryje przekop skrzydłami.
Wiedziałem... czuwa tak co dnia... co dnia... rękami odsuwając różnych ludzi... różne zamiary... strzeże roboty świętej przed pysznym bezrozumem jawy.

Posłyszałem westchnienie. Ledwo zadrgały odeń szyby, ledwo się ujawniło, ale któż wie, jak silnem było w miejscu swego poczęcia, jak wielkiego bólu było znakiem...
Zbudził się ten tęskniący, który czeka odpowiedzi ziemi i waży w ręku każdą zjawę.
Zbudził się. Ciemno było wokół, nic nie widział, czuł jeno, że leży na wonnej, cieniuchnej pościeli, a w powietrzu nad nim wisi nieruchoma fala zapachu.
Paliłem wczoraj, myślał, kadzidło, leżałem krzyżem przed obliczem wyśnionej pierwszej litery imienia nowego Boga... ot tam leżałem z jękiem wielkim:
Zjaw się! Zjaw!... błagałem... i wszystko nadaremnie.
Tak było: ...W cudnej, kamieniami zbieranymi po całej ziemi, siedmiobarwnymi, najdroższymi klejnotami sadzonej kadzielnicy ze złota, palił się on sam w męce nieopisanej miast kadzidła, ku czci Boga.
Zjaw się! Zjaw!... błagała jego dusza.
Jawiły się twarze przerozmaite, ale wołał do każdej zjawionej:
— Nie ty! Nie ty! Nie ty!
Zdawało się jakby tęsknota jego bezskrzydłą była i odziewała się jeno w szaty szarej barwy, podjęte z pyłu dróg publicznych ziemi.
— Nie ty! Nie ty!... — wołał. — Zdejmijcie maski o bogowie, albowiem znam was wszystkich i bibliotekę posiadam świętych ksiąg ogromną.
Przestali mu się tedy zjawiać.
Owinęły się chmury jak u szczytu jedli o jego duszę i dumał skryty, odpędziwszy kształt wszelaki.
Dumał w ciszy o promieniu siły bezformej, bezdźwiękiej, o przelewaniu się jej w próżnię od wieków... w próźń straszną, gdzie wyzbywszy się wszystkiego prócz bycia, tkwiła zawieszona, bezojczyźniana... serce ludzkie... on sam.
Marzyło mu się dalej pochłanianie owej siły, ekstaza sytości wiecznością... niewysławialne obcowanie z Niewysłowionym.
Zbudził się... ciemno...
— To nic, myślał — wszak odpędziłem kształty, uczyniłem się naczyniem próżnem, w które spływa napój widzenia.
Ciemno... to dobrze... to jest światłu żywemu uczyniona droga, by przyszło, przez mrok się ścieląc...
Objąć ją, tę ciemność silnie w ramiona, by nie pierzchła, by nie odeszła jak odchodzi wszystko...
Zerwał się, ukląkł, wyciągnął przed się ręce chciwe...
Nagle tuż obok usłyszał lekkie westchnienie, jakby kogoś budzącego się.
Zdrętwiał nagie, nie śmiejąc głowy zwrócić ku stronie, skąd głos doleciał.
Myśl jego szeptała bezgłośnie, błagalnie:
— Zjaw się! Zjaw się!
Ale cisza znów zaległa głęboka, więc oprzytomniawszy nieco począł szukać wokoło siebie, a jednocześnie, zwolna zaczęło wracać wspomnienie dnia ubiegłego... z cieniów świadomości, niby konary z mgieł pod wiatru wiewem, mgliste zrazu, potem coraz to jaskrawsze, wyłaniały się kształty.
Za każdem takiem uświadomieniem, jęcząc boleśnie, jakby go biczowano u słupa, szeptał:
— Ona... tak... ona... ona... włosy jej, ramiona... tak... oczy... to... ona... tylko... ona...
Kilka łez gorących spadło z wysoka na twarz zaśnionej, więc ocknęła się i wyciągając w ciemną dał ręce, spytała pośpiesznym, cichym szeptem:
— Co ci to ukochany? Co ci to?...

Dzwon! Dzwon! Dzwon! Bije dzwon!
Strzał armatni wstrząsnął szarą, ciężką oponą co niebo słoniła.
Pękła.
Drugi strzał.
Siecią srebrnych pęknięć pokryły się niebiosy, a tam, gdzie, zda się, padł pocisk tonu, na wschodnim skłonie firmamentu, złota rozlała się krew.
Ścichło znów.
Bije dzwon. Kręgi się podnoszą wirujące szybko. Wichr je podtrzymuje w locie. Płoszą rozpędem czarniawe zbite, kry-chmury.
Uciekają, tłoczą się, jak z owczarni wypędzane przez psa czarne barany. Zbijają się we wał na zachodzie, potem toną w jakiemś przepastnem, dalekiem morzu.
Wtem, nagle człek pod progiem czekający, okryty od zimna sztandarem z wieży... podniósł na światło coś błyszczącego, a Bóg-Orzeł spojrzał z góry. Pochylił się na potężnych nieruchomych skrzydłach i spytał:
— Cóż to masz?
Człek drgnął. Trwożnie obejrzał się wokoło i schował w zanadrze rzecz trzymaną w ręku.
— Nie bój się! To ja — krzyknął mu z pod gwiazd wszystkowiedzący.
Obłędnik spojrzał w górę i kiwnął Orłowi na dzień dobry głową. Znali się...dobrze się znali...
Wyjął, co skrywał i podnosząc rzecz błyszczącą, zawołał:
— To... z samego... dna... z sa-me-go dna...
— Skarb?
— Nienazwany żadnem imieniem... przeto nie będą wierzyć, ale skarb. Ja wiem.
— Więc im go nazwij!
Ruszył ramionami i uśmiechnął się wzgardliwie...
— NAZYWAJĄCY jeszcze śpi... ty sam wiesz... SĘDZIA WARTOŚCI NOWYCH jeszcze się nie narodził... nazywać nie można, bo w szkło się zmieni każda perła, z samego dna dobyta...
Patrzył na rzecz trzymaną w ręku i kiwał smutnie głową. Potem westchnąwszy, rzekł:
— Ot i koniec.. rzekłem szkło... i stało się szkło... Nie pora spoczywać...
Ruszył z pod progu, w dalszą tułaczkę, a Bóg-Orzeł nie namawiał go, by spoczął... Daremne... jakby daremnem było prosić czas, by stanął, choćby to miało przyczynić życia komuś, kogo się bardzo, bardzo kocha...
Szedł prosto przed siebie drogi nie pytając, a z pleców zwisał mu sztandar wypełzły, płaszcz darowany przez wiatr.

LOS-ODŹWIERNY sapnął głośno i kopnąwszy kołdrę spuścił na ziemię długie, kosmate swe nogi.
Przeciągał się stojąc nad pustą miednicą.
Zadumał się... Jakiż to u licha dzisiaj dzień... ...ha?... Spojrzał w okno, posłuchał przez chwilę... nic.
I po rozwadze, zważywszy, że dzień to bardzo sobie zwyczajny, a do onego JUTRA pewnie jeszcze dość daleko i czasu dość... uznał, że myć się nie warto.
W otwartej bramie stał dobrą chwilę.
Pusto było. Nie czekał nikt... ale to nikt dosłownie, jeśli mowa o ludziach. Kot jeno wraz z odźwiernym wyszedł z podwórza znużony nocnymi łowy, a nie napasiony nimi i wyprężywszy grzbiet machał ogonem z rezygnacyą.
ODŹWIERNY-LOS pomyślał: Nie czekał nikt... znowu dziś nie czekał nikt... hmmm... to dziwne... niema tego, ktoby plon nocy dniowi przynosił... Przepaść... istna przepaść... bez mostu... bez najwątlejszej kładeczki... Zresztą... djabli mi tam do tego... Nie moja w tem głowa! Niech ich tam siarczyste pioruny...
Klął, ale nie był pewny. Przeciwnie, gdzieś w głębi świadomości czuł, że oto mogło się stać, iż wielu, wielu odeszło znudziwszy się staniem... dzwonieniem nawet... dzwonieniem... Odeszli zrzekłszy się schrony, przyjaciół miłości... bóstw mających tu swą świątynię... bóstw, o które spytać zawsze warto, bo niewiadomo, które zostanie ukoronowane na Pana nad Pany, skoro nadejdzie on dzień, ...on wielki... oczekiwany...
Przez chwilę stał zapatrzony w niebo, jakby śledził drogę dusz, co ostatniej nocy odeszły do OJCZYZNY, ...potem powiódł po ziemi oczyma, jakby stóp śladów szukając w złe i dobre drogi idących o ciemku, za niewyraźnym głosem... dumał też o tem, co mu i czy mu cośkolwiek INNEGO robić wypadnie dzisiaj.
Stał nie rad wracać do zwyczajnej pracy, stęskniony za odmiennym bodaj ruchem rąk...
Nagle tupnął.
— Psiakrew, sto tysięcy djabłów!! — i splunął z pasyą.
Złości było dość powodów... wreszcie i do siebie się zwracał, do ogarniającej go ociężałości, i... do... owych, do owych, co... pono myśleć mieli o jakiemś ponagleniu, o jakiemś sposobie, by nareszcie się stało coś... coś... co przepowiedziane...
— Zatracona ich mać! — mruczał idąc w głąb podwórza, ku swej izdebce, gdzie głośno chrapiąc spała wśród pierzyn żona jego, tuląc do siebie dzieci... jedno... drugie... trzecie... czwarte...
Stał chwilę z rękami w kieszeniach spodni i patrzył na śpiących, potem splunąwszy niechętnie, wziął z kąta miotłę przytartą już porządnie i wyszedł.
Idąc, mamrotał końcami warg pacierz codzienny. Czasem przymieszała się do słów nabożnych, jakowaś lżejsza klątwa, czasem je rozdzieliło splunięcie...
Zamiatał sień, podnosząc tumany kurzu.

Zadudniły ganki, skrzypnęły drzwi, ukazały się wnętrza straszne, nieposłane łoża rozpusty, stoły ciekące winem, twarze się wychyliły pijane, żółte, blade, o podkrążonych oczach... a wszystko to spozierało tam, skąd szedł dzień... a wszystko pytało niemo dnia co szedł:

— Coś ty zacz?... kiedyż nadejdzie ów... wielki?
Zajęczały deski pod stopami, biedne deski ganków spiętrzonych jedne nad drugimi... Kobieta z wielkim koszem na ramieniu pobiegła do miasta po sprawunki...
Bóg-Orzeł z wysoka rzucił pióro z swych skrzydeł do zabawy dziecku, co zadumane na kupie przygotowanego do wywózki śmiecia patrzyło na swe ręce bezczynne.
Podniosłem ku niemu oczyma. Wisiał na błękicie nieruchomy, maleńki, teraz niedostrzegalny tym, którzy zajęci są zawsze rzeczami położonemi nisko.
Wpatrzyłem się we wszystko widza, przed którego okiem, mówią, nic złego ni dobrego utaić się nie może ...i zdawało mi się, że bystrooki, zwany latarnią morską świata, patrzył za czemś z wytężeniem, a dojrzeć nie mógł.
Wisiał na zawrotnej wyży i zwarty w sobie, skupiony, cichy wypatrywał na wielkiej, niezmierzonej rozchwiei zjawisk, tropów onego marzonego, idącego z bezmiarów przestrzeni, wielkiego świtu ziemi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Mirandola.