Zaklęta księżniczka/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zaklęta księżniczka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Pięknego jesiennego wieczora, już o zmierzchu mieszkańcy Długiej ulicy, których jakoś w tej chwili nie wielu się przechadzało — zaciekawieni zostali niezmiernie dziwnym orszakiem, który się z bramy jednego domu wytoczył. Było to dosyć liczne towarzystwo, postrojonych jak do wesela osób, z bukietami u sukien i fraków, wiodących w pośrodku piękną, młodziuchną, w wianku i zasłonie białej dzieweczkę.
Szła ze spuszczonemi w dół oczyma, zbladła trochę, przelękła chwiejąc się i postępując krok za krokiem, stawała spotykając przechodniów prosząc ich o błogosławieństwo.
Pierwszym, którego niedaleko od bramy spotkała był staruszek o kiju z głową siwą, ubogi znać mieszczanin w kapocie. Ten zdjął czapkę, niezrozumiał zrazu o co chodziło, a potem, mocno poruszony, bo mu to stracone przypomniało dziecię, drżąc i płacząc — błogosławił.
Orszak już dalej wyruszył, a mieszczanin, ocierając łzy stał długo, nie mogąc się uspokoić. Los zdawał się czynić igraszkę z biednej panny młodej, nastręczając jej osoby wszelkich stanów. Zaraz po staruszku, niosąca wodę kucharka, dosyć brudna musiała też błogosławić. Dalej nadchodząca wytwornie ubrana pani, już uciekała z trotuaru, gdy ją zmuszono do szybkiego i niezrozumiałego przestrachem niemal rzuconego życzenia szczęścia.
Od mieszkania do kościoła nie było tak bardzo daleko, ale orszak, co chwila się zatrzymujący, postępował powoli, a tymczasem zjawiały się figury coraz nowe, z których jednak wiele pierzchało. Bliżej już Dominikanów, średniego wieku pani idącej z kamerdynerem, zastąpiono też... w początku nie mogła zrozumieć o co chodziło, potem cicho jakoś, i ze wzruszeniem wielkiem dała pannie Tekli swe błogosławieństwo i uścisk w dodatku. Oczy Marysi ze szczególną bacznością zwróciły się na piękną, arystokratyczną postać nieznajomej, która z widocznem uczuciem odeszła od Tekli.
U samych prawie wrót kościoła znalazł się dziwacznie ubrany jegomość w popielatym staroświeckim fraku i jasnym kapeluszu, który zamiast błogosławieństwa zaczął prawić komplementa.
Był to emeryt artysta teatralny, człek wesoły, który korzystając z okoliczności, przyłączył się do ślubnego orszaku.
Najsmutniejszy jednak obowiązek czekał pannę młodą we drzwiach kościelnych, w których mnóstwo siedziało żebraków zabrukanych i odrażających. Panna Tekla byłaby może zapomniała o danem słowie i pominęła ich nie licząc za ludzi, gdyby Mecenas idący obok nie przypomniał jej, że ci mieli prawo błogosławienia sierocie. Zarazem też w rękę jej wcisnął Borusławski kilkanaście przygotowanych złotówek, aby niemi tych błogosławiących obdarzyć mogła. W orszaku panny młodej osoby niektóre szczególniej pani z Villamarinich i sam Filipowicz, oponować chciały przeciwko temu kłanianiu się dziadom ale Mecenas wstrzymał zapędy... i panna Tekla poszła po kolei babkom i żebrakom uchylić czoło. Zapewne nie po raz pierwszy musiało się to trafiać biedakom (bo i do chrztu częstokroć u nas używano dziadów), babki też bardzo ochotnie i z łatwą wymową wywiązały się z benedykcyi... Dziadowie do których zwróciła się na ostatku, mruczeli coś niewyraźnie tylko, z wyjątkiem owego obrzydliwego na czółenkach, który, jak utrzymywała Żywaczyńska, znajomy był z Borusławskim. Ten podniósł wysoko ręce, oczy mu jakoś dziwnie słupem stanęły... ale słowa nie mogąc wymówić — rozpłakał się.
Przytomny Mecenas wytłomaczył to zaraz, po części chorobą a w części wspomnieniami kaleki, który niegdyś miał rodzinę.
Głos jego, gdy chciał kilka słów potem wymówić, tak był łkania i wzruszenia pełnym, że mimowolnie panna Tekla zadrżała, zabolała, resztę złotówek rzuciła mu w miseczkę i zwróciła się do kościoła...
Tu już słychać było brzmiące organy i ksiądz u wielkiego ołtarza oczekiwał na nowożeńców. Marysia szła nieco roztargniona razem z innemi, zajęta więcej może niż Tekla, odgadywaniem tego kogoś nieznajomego, dla którego panna Tekla musiała przebyć tak przykrą drogę od domu. Niestety — żadna z osób spotkanych wyjąwszy panią z kamerdynerem, rysów i postawy arystokratycznej, nie mogła posądzić. Mniemanie było tak powszechne, iż Teklunia pochodziła z jakiejś znakomitej rodziny, z tą myślą tak długo żyli wszyscy, że ona i teraz służyła Marysi nawet za kryteryum. Wielka ta pani była mocno poruszoną, ale był nim też i ów stary mieszczanin, spotkany w progu domu, który się aż rozpłakał.
Ciekawa Rzepczakówna, zważywszy wszystko, musiała sobie przyznać po cichu, że przypuszczenie jej było fałszywe. Jakoś i ta nieznajoma nie bardzo jej przypadała do smaku.
W kościele było ciekawością ściągnionych kilkanaście osób — między nimi więc oczyma szukała jeszcze Marysia tajemniczych istot opiekuńczych — a i tu ich wyszukać nie mogła. Choć sama uroczysta przysięga u ołtarza na życie całe, najzimniejszego przejąć musi człowieka, najobojętniejszą kobietę porusza i przeraża — Tekla przebywszy ten ciężki pochód — uczuła się jakby wyswobodzoną gdy stanęła z Emilem przed staruszkiem, który miał im błogosławić.
Łzy jej jeszcze płynęły po twarzy, drżała pod wrażeniem tej myśli, którą jej podrzuciła przyjaciółka.. czuła, że może się przesunął gdzieś przed nią cień tej istoty tajemniczej, która czuwała nad nią od kolebki... Lecz, nie probowała nawet odgadnąć, serce jej od wyjścia z domu, aż do zatrzymania się przy ołtarzu, biło ciągle równą trwogą i czuciem...
Mecenas, który się nieco cofnął i stanął jakby przypadkiem obok panny Maryanny, szepnął jej także nie bez oznaki pewnego wzruszenia.
— A nie strach pannie Maryannie, myśląc, że za kilka miesięcy przyjdzie jej tak stanąć z tą peruką u tego ołtarza?
Rzepczakówna schyliła się ku niemu.
— Choćby i dzisiaj — rzekła głosem drżącym.
Borusławski rękę jej ścisnął.
Ślub odbył się jakoś bardzo prędko, państwo młodzi pomodlili się i tym razem już na nich powozy czekały, mające zawieść wprost do domu pana młodego.
Uproszona dla przygotowania przyjęcia gości, stara Żywaczyńska musiała się nawet wyrzec bardzo zawsze dla niej ciekawego obrzędu... i krzątała się około nowego gospodarstwa, strojna w nowy czepeczek i suknię jedwabną.
U wyjścia jeszcze chór dziadów i babek nowemi życzeniami i błogosławieństwy obsypał państwa młodych... którzy go teraz prędzej pominąć mogli. Mecenas tylko ze swojemi znajomemi uśmiechem i dobrem słowem się witał — czemu się nikt nie dziwił. Zwrócił się szczególniej do swojego przyjaciela na czółenkach, który znać z wdzięczności, pochwycił go za połę od fraka i zaczął ją całować, tak że ledwie mu się mógł wyrwać.
Radzca Hustakiewicz w wice-mundurze z orderami, profesor Dygalski w białej kamizelce, pani z Villamarinich w przepysznej sukni cytrynowej, Filipowicz z ogromnym pierścieniem na palcu, który kładł tylko na wielkie uroczystości, wszystko się to potoczyło za Jerozolimską rogatkę. W pochodzie i powrocie naturalnie na widzach ulicznych nie zbywało, jest ich zawsze podostatkiem na każdem weselu i pogrzebie. Stosunkowo ludzie najmniej są może chrzcin ciekawi. Nowy obywatel przybywający na świat, aby drugich objadał, obudza bardzo niemiłe uczucie — jest to niepotrzebna nikomu konkurencya... nabawiająca strachem. Jedni rodzice się cieszą — i to, nie zawsze.
Emil nie myślał wcale występować wspaniale, zawczasu się umówili z Teklą, że nie będą się starali fałszywym blaskiem świecić w oczach ludzi obojętnych. Przyjęcie więc było dostatnie ale skromne, i pani z Villamarinich a nawet administrator, praktykujący oszczędność w domu, znajdowali — że można było w dzień wesela zebrać się na wspanialszą wieczerzę i cukry.
Marysia tego dnia rozstając się z przyjaciółką gdyż miała do ojca powrócić i zamieszkać u niego do wesela — była bardzo smutną, choć Borusławski nie opuszczał jej na chwilę.
Filipowicz jedną rękę tylko tego dnia trzymający pod frakiem, gdyż na drugiej błyszczał pierścień z którym czuł potrzebę się popisać — pocichu szepnął dostojnej małżonce, że w ulicy przed kościołem dostrzegł Ciocię Baronowę i jej siostrzeńca pana Rabsztyńskiego, przypatrujących się zdala złośliwemi oczyma, państwu młodym.
Nieszczęśliwemu Rabsztyńskiemu tak się nie wiodło, że już od chwili jak go odprawiła panna Tekla, dwie inne panny posażne, wyzuły się z nadziei opłacenia długów i utrzymania się przy ziemi przodków... przyszłość na bruku coraz dobitniej ukazywała się na horyzoncie.
Pięć lat upłynęło od opisanych wypadków, w mieszkaniu za rogatką Jerozolimską, śmiały się dwie rumiane tłuściuchne twarzyczki Edzia i Misi.
Emil miał już znaczniejszą daleko pensyę i wyższe stanowisko, Tekla była szczęśliwszą — a zawsze jednak owa tajemnica nie przebita osłaniała jej pochodzenie. Nie wspominała już o niej, aby chmurą nie powlekać czoła mężowskiego, bo i Emil, dla żony szczególniej, bolał nad tem. Starali się nieraz oboje wymódz na Mecenasie aby im odkrył sekret który on wiedział tylko jeden. Borusławski z wielką powagą, odpowiadał:
— Nie mogę związany jestem przysięgą.
Co kwartał przynosił regularnie naznaczoną dla Tekli sumę, wypłacał ją, brał pokwitowanie, przynosił dla dzieci podarki z tego samego płynące źródła, ale uparcie milczał.
Tak jak było umówiono, i w dniu naznaczonym, Marysia z panem Mecenasem stanęła przed ołtarzem. Ślub odbył się przy drzwiach zamkniętych, przy uproszonych tylko kilku świadkach, a niemal wprost z kościoła państwo młodzi wyjechali na parę miesięcy za granicę. Maryś powróciła z tej podróży wesoła zachwycona tem co widziała, uszczęśliwiona Borusławskim, na którego gderała i rozrządzała nim, jakby nie wiem wiele lat żyli z sobą, trochę na twarzy postarzała, lecz na umyśle odmłodzona. Mecenas zmienił się na najczulszy w świecie pantofel. Był nim dobrowolnie, a kochał się w żonie ze śmiesznym czasem entuzyazmem. Małżeństwo wesołe było, raźne i daleko lepiej dobrane niżby się zdawało komu. W niespełna dwa lata pani Mecenasowa cieszyła się córeczką, którą psuła i pieściła tak, że przyszłość jej okrutnie dawała do myślenia — co to z tego wyrośnie. Mecenas pomagał, a mała Teklunia, despotycznie rozporządzała domem całym. Pani Emilowa obawiała się nawet przykładu jej dla swych dzieci, które wychowywała z miłością wielką, ale nie rozpieszczając ich do zbytku.
Pani Żywaczyńska zajmowała u państwa Borusławskich teraz nader ważne stanowisko, vice-gospodyni, bo Maryś albo była zajęta Teklunią, albo mężem lub książką, i nie pracowała bardzo. Mówiła śmiejąc się przy mężu, głaszcząc go pod brodę, że chce sobie wynagrodzić te lata, kiedy brała szturchańce i tłukła talerze.
Ze starym Rzepczakiem, jakkolwiek nie złym człowiekiem, Mecenasowa biedy dosyć miała. Naprzód o włos że się nie ożenił z dziewczyną, która w szynku służyła, a wcale nie zasługiwała na wyniesienie jej do dostojności pani Restauratorowej. Potem jakoś z rozpaczy począł się napijać, a pijąc lubił kłócić, a kłócąc zaraz rwał do popierania słów argumentami pięściowemi, co często interwencyę policyi sprowadzało. Musiano go więc wyprawić na świeże powietrze, między spokojniejszych ludzi i Rzepczak trzymał restauracyę i hotel w Siedlcach. Tam stanąwszy odrazu na nieco wyższym stanowisku, zmuszony był się szanować. Marysia jednak nie jedną łzę z jego przyczyny wylać musiała.
Był to wieczór jesienny właśnie i Tekla zajęta swojemi dziećmi, w saloniku z nimi siedziała o szarej godzinie, gdy około okna w przechodzącej dorożce na którą spojrzała — poznała wychylonego Mecenasa. Bywał on u nich dosyć często — ale zwykle z żoną sam rzadziej. W dorożce nie dojrzawszy Marysi, Tekla wybiegła do przedpokoju niespokojna trochę, aby się o nią zapytać. Emila nie było w domu, pilna robota wstrzymywała go tego dnia w kancelaryi, tak że nawet na herbatę nie obiecywał powrócić.
Wchodzący Borusławski miał tak smutną twarz, że Tekla nań spojrzawszy, tem więcej się o przyjaciołkę zaniepokoiła.
— A Marysia? odezwała się od progu.
— Zdrowa, dziękuję pani — została w domu... Przybyłem za interesem. Jest pan Emil?
— Emila nie ma wróci chyba późno — mają jakąś rewizyę kas i rachunków...
— Czy interes do Emila? dołożyła po chwili zdziwiona nieco Tekla...
— Interes — a! zaraz powiem... (to mówiąc niespokojnie spojrzał Mecenas na zegarek), odpraw pani dzieci — mamy do pomówienia z sobą.
Borusławskiego postać i mowa mogły prawie przestraszyć, tak był poruszony. Wszedłszy do saloniku siadł na kanapie, ujął za rękę panią Emilową, spojrzał czule na nią... i odezwał się z pewnem wahaniem.
— Przybyłem do pani! Racz mnie posłuchać z uwagą, mam jej do opowiedzenia wiele, a czas jest bardzo krótki.
— Mów pan, proszę — cicho odezwała się Tekla.
— Miej pani męztwo — dodał Mecenas — a słuchaj mnie z uwagą.
Chwilę podparłszy się milczał, namyślając i rozpoczął powoli, jakby długo ważone i układane opowiadanie.
— Słyszałaś pani zapewne, że młodość moja nie zbiegła mi na pracy prawniczej, że żyłem długo na wsi, miałem znaczny majątek, straciłem go wesoło, i gdy mi tak jak nic nie zostawało, wróciłem na drogę lepszą, na którą żem wpadł dziękuję Opatrzności, co mnie na nią przez manowce zaprowadziła.
W tych to czasach, sąsiadem moim o miedzę był pan Cześnikowicz Zaleski, wielki mój przyjaciel, u którego niemal codziennie bywałem. Najznaczniejszy z ludzi płochym był jak ja. Polowaliśmy, grali, pili i hulali razem. Cześnikowicz miał przy sobie ubogiego szlachetkę, z którym razem chodzili do szkół, poczciwe chłopię, ale gorączkę i dziwaka. Ten uczyć się nigdy nie chciał, ale przy Zaleskim pełnił dziwną funkcyę kamerdynera, leśniczego, przyjaciela... faktotum... Kochaliśmy wszyscy tego Wojciecha, a choć nam na trzpiotowstwie nie zbywało, on nas wszystkich przechodził w szałach... Zuchwały był i niepomiarkowany... zapalczywy... a niepodobna się było nie przywiązać do niego. Pełen wad miał razem tyle przymiotów, i tak coś w sobie sympatycznego, że wcale oprzeć się mu nie było można. Robił z nami co chciał — ale kierował panem i przyjacielem jego po swojemu. Szaloną był pałką. Szliśmy wszyscy pędom do ruiny. Ja pierwszy straciłem majątek i musiałem myśleć o sobie, Zaleski się trzymał niedługo, a gdy godzina wybiła, zgryzł się tak że zachorował i umarł. Nie mógł przeżyć ruiny, którą dawno przewidywać był powinien. Wojciech do ostatniej godziny został przy nim, zaraził się gorączką, przeleżał bez nadziei wyzdrowienia długo, a gdy wstał z łoża... nie miał tylko to co na grzbiecie i żadnego do życia sposobu przy nawyknieniu do zbytku.
Wszystko to działo się na wsi, gdy ja wyrwawszy się ztamtąd, z wielkiego pana zmieniłem się na skromnego aplikanta. Nie wiedziałem prawie co się dzieje z przyjacielem, nierychło dowiedziałem się o jego śmierci. Wojciech ów znikł mi z oczów. W kilka lat, gdym już praktykę prawną rozpoczynał, jednego dnia odbieram kartkę od Wojciecha, zaklinającego mnie bym nieszczęśliwego, chorego odwiedził. Przyszły mi na myśl lepsze czasy, a raczej gorsze chyba, i pospieszyłem na wezwanie.
W lichej chacie na Pradze, w izbie brudnej i ciemnej, na barłogu, dopytałem ledwie biednego Wojciecha, a gdyby nie głos dawny, nie poznałbym go, tak straszliwie się zmienił. Co się z nim działo po śmierci pana i przyjaciela, powiedzieć mi się wzbraniał, odsłonił tylko kołdrę którą był przykryty i pokazał mi dwie swoje nogi po kolana ucięte.
— Patrzaj pan jak mnie Bóg ukarał — patrz...
Oniemiałem z wrażenia.
— A! panie, zawołał do mnie, wyciągając ręce — panie, to by niczem było.. cierpiałbym nie pisnąwszy. Bóg zesłał... ale ja mam dziecię... które matki nie ma, a na to dziecię zarobić — wychować go... nie mogę... a ja to dziecko kocham, i wszystką krew i życie dałbym za nie.
Zachodził się biedny z płaczu.
Chciałem natychmiast radzić obmyślając dziecięciu jakieś wychowanie, jemu schronienie w szpitalu, ale na samo wspomnienie rzucił się jak oszalały.
— Za nic w świecie do szpitala... po żebraninie, ale nie do tej niewoli. Za nic — za nic!
Zacząłem się go dopytywać o dziecię, i dowiedziałem się że je tymczasowo wzięła kobieta uboga a dobra, u której do czasu było bezpiecznem.
W tem miejscu opowiadania, Tekla słuchając zbladła i obu dłoniami oczy sobie zakryła.
Borusławski zamilkł.
— Mów pan — odezwała się energicznie po chwili — mów pan.
— Ten nieszczęśliwy żebrak od ust sobie odejmując, cierpiąc głód, chłód i nędzę dla dziecięcia — dokazał cudu. Jałmużny płynęły hojne, żył suchym chleba kawałkiem, składając je u mnie. W lat kilka do tego grosza wyżebranego, los dał mu spadek po bracie bezdzietnym. Wojciech go nie tknął — wszystko zostawił dla dziecięcia... Jam był jego opiekunem...
Tekla osunęła się zemdlona... lecz mdłość trwała chwilę, podniosła się wnet, chwyciła wodę, wypiła — i rzuciła się do Mecenasa ze złożonemi rękami.
— Panie, zaklinam cię, ani słowa przed mężem moim... Córka żebraka... a! któż wie!
I gorzko płakać zaczęła — Borusławski się obruszył.
— Wstydzić się ojca nie potrzebujesz — chlubić się nim możesz, zawołał, był to bohater poświęcenia. Kochał dziecię i wyrzekł się go, aby mu sobą życia nie zatruć, cierpiał nędzę, aby mu dać wychowanie i dostatek... Możeż być piękniejsze, większe, straszniejsze poświęcenie! A ofiara ta trwała nie krótką chwilę, ale lata długie. Czuł ukochane dziecię blizko, a nie śmiał mu się odkryć z sercem i sobą... dopiero dziś... Ojciec twój jest bez nadziei życia... powołuje cię ku sobie... dodał Mecenas — nie ma chwili do stracenia — należy mu łza córki przy zgonie...
Chodź, pani — jedźmy...
Tekla z załamanemi rękami pobiegła narzucić chustkę tylko, uspokoić dzieci — za chwilę siedzieli już w dorożce, która z rozkazu Borusławskiego jak szalona pędziła ku Staremu Miastu. Przez drogę Tekla milczała i płakała.
Przed jednym z najnędzniejszych domów starych zatrzymały się wreszcie zdyszane konie. Borusławski podał rękę drżącej Tekli, której sił i tchu brakło... Przed niemi były drzwi wązkie i korytarz ciemny wiodący w głąb kamienicy. Przeszli nim aż na maleńki dziedzińczyk, pełen brudów i śmiecia, który, mijając kałuże i stężałe błoto, przebywać musieli aż do wnijścia na tyły kamienicy, gdzie połamane drzwi znowu ich w ciemną sień wprowadziły. Trzeba i ją było przejść całą, szukając omackiem wchodu do małej ciemnej izdebki, w której mało co więcej było światła niż w korytarzach, zewsząd murami opasanego domostwa.
Ciężkie powietrze pełne stęchlizny i wilgoci, wyziewów cuchnących i woni jakichś leków obwiało wchodzących... których oczy nic zrazu dojrzeć nie mogły.
Mecenas uczuł się pochwyconym za rękę, i głos cichy szepnął mu do ucha:
— Śpi!
Stali więc nie poruszając się z miejsca, gdy zaszeleściło, i po chwilce błysnęło małe światełko... Zapalano małą świeczkę którą stara żebraczka łachmanami obwieszona, starała się drżącą ręką osłonić.
Teraz dopiero mogła Tekla, podniosłszy oczy przypatrzyć się temu schronieniu, w którem jej ojciec długie przebył lata. Izba była niemal na pół lochem, małe w grubym murze okienko, ledwie szarego światła trochę wpuszczało. Po nad nim zwieszało się nizkie sklepienie zczerniałe, zbrukane, miejscami do cegieł z tynku obnażone. Tak samo wyglądały, wilgotne, gdzieniegdzie pleśnią okryte ściany, dziwnemi plamy podrapane. Parę tarciczek na nich, na których stały garnki — w głębi obity piec nieforemny bez drzwiczek okopcony od dymu... podłoga z cegieł powybijanych, na niej garść słomy, ława złamana... łachmanów kupy... więcej dojrzeć nie mogła przestraszona kobieta.
W kącie na kupie przegniłego barłogu zarzuconej podartą siermięgą, można się raczej domyśleć było niż dojrzeć człowieka.
Dwa czy trzy podobne łoża puste, zmięte, brudne walały się przy ścianach.
O takiej nędzy biedna kobieta wyobrażenia mieć nie mogła — zdało się jej że życie ludzkie w niej było niepodobieństwem, że chyba umierać tu przyjść mógł człowiek.
Tu jednak kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ten biedak przychodził dobrowolnie męczyć się otoczony nędzą straszniejszą jeszcze, bo pijaną i rozpustną, aby za grosz wymodlony w progu kościoła dziecięciu dał wychowanie i przyszłość. Tekla pomyślała to i łzy polały się po jej twarzy.
Okropnie wyglądająca stara baba, pomarszczona, czarna, trzymała świeczkę w ręku i stała oczyma ciekawemi wpatrując się w przybyłych. Mecenas ruszyć się nie śmiał.
— Był doktór? spytał cicho.
— A jakże.
— Był ksiądz?
— A był, spowiadał go i namaścił... potem zaraz zasnął...
Niespokojny Borusławski dał znak Tekli, aby została, a sam zbliżył się ku barłogowi, pochylił, aby się przekonać czy żebrak żył jeszcze. Słychać było oddech ciężki i w piersiach chrapanie.
Jak gdyby poczuł zbliżenie się czyje ku sobie, Wojciech westchnął i poruszył się... oczy otworzył... i potoczywszy niemi po izbie, jęknął boleśnie wyciągając ręce.
— To ja! odezwał się Borusławski... Tekla poruszona chwiejąc się podbiegła i uklękła u łóżka.
— Córka twoja! rzekła chwytając rękę zimną — dziecko twoje — ojcze mój...
Zbliżyła się i baba ze światłem... i rozeznać było można bladą, wychudłą twarz umierającego, którego oczy iskrzyły się jeszcze jakby podbudzonem życiem... wlepione w klęczącą nad niem córkę... Na zbladłych ustach... coś jakby uśmiech się błąkał...
Z całych sił rękę Tekli pociągnął do nich... jęknął — i dłoń zimniejąca opadła.
Żebrak nie żył już.
W milczeniu, nieporuszeni zostali nad nim — Mecenas i córka, którą płacz wezbrany w piersiach dusił. Babka trzymająca świecę w ręku, poczęła w tejże chwili półgłosem;
— Anioł Pański...
Na kolanach została przy zwłokach długo Tekla, patrząc na tego człowieka, którego sercu już zastygłemu winna była wszystko.
Łzy płynęły ciągle... zimna dłoń zmarłego spadła na pierś... Rękę przyłożyła do czoła, ostygłe już było... na wargach tylko stężały został ów uśmiech ostatni, z którym skonał biedny Wojciech.
Borusławski prawie gwałtem musiał ją odciągnąć od ciała — i wyprowadził z izby, w której oddychać nie można było dłużej.
Wyszedłszy na dziedziniec płakała jeszcze Tekla... z zapewnieniem że wszystko co potrzebnem będzie do pogrzebu, Mecenas obmyśli.
Nie mogąc ją opuścić samą, Borusławski siadł z nią do powozu. Widok ojca, śmierć jego, pojęcie ofiary jaką dla niej czynił — zmieniło usposobienie Tekli. Z odwagą zapatrywała się na tę tajemnicę którą wprzódy ukrywać chciała.
Borusławski prosił ją aby spoczęła u Marysi, odmówiła mu dziękując:
— Jedźmy do domu rzekła — Emil musiał już powrócić — nie mogę, nie powinnam tego taić przed nim. Mam ufność w jego charakterze, sekretów dla niego mieć nie chcę i nie mogę. Powinniśmy oboje, z dziećmi iść za jego trumną.
To mówiąc złożyła ręce.
— Mecenasie, opiekunie mój drogi, ty coś mu był jedyną w życiu pociechą... uczyń to dla mnie... niech pogrzeb nie będzie żebraczy, niech będzie bogaty, niech będzie wspaniały. On zasłużył na to...
Borusławski zgadzał się na wszystko.
Z niecierpliwością wyglądała Tekla przybycia do domu, gdzie spodziewała się zastać męża — pilno jej było powiedzieć mu wszystko.
W istocie Emil od półgodziny wrócił był z biura i zdziwiony tem że żony nie zastał, dowiedziawszy się że z Mecenasem pojechała, tłomaczył to sobie jakimś kaprysikiem Marysi.
Bawił się z dziećmi, gdy drzwi się otworzyły, i Tekla rozgorączkowana łzami i żalem, wbiegła rzucając mu się na szyję, z nowym płaczu wybuchem.
Emil osłupiały stał i patrzał, nie pojmując jeszcze co się stało, gdy Borusławski zlekka ująwszy za rękę Teklę, odprowadził ją ku kanapie i dzieci do niej posławszy skinieniem, sam z Emilem wyszedł do drugiego pokoju.
Rozmowa nie trwała kwadransa, i Drażak biegł niespokojny ściskać i uspakajać żonę.
Trzeciego dnia potem z nędznego domu na Starem Mieście, wynoszono wspaniałą trumnę na czterokonny karawan. Tłumy ciekawych napełniły ciasny rynek. Duchowieństwo liczne długim szeregiem stojąc, czekało na złożenie zwłok na wozie. Za nim pieszo w czerni szła zakwefiona kobieta, wiodąc małych dzieciaków dwoje, przy niej, podpierając ją, postępował młody mężczyzna. W jednym rzędzie z niemi Borusławski z żoną... a dalej tłum żebraków. W oknach pełno było widzów milczących, w ulicach stały ściśniętemi kolumnami tysiące ludzi, których zwabiała ciekawość. Szepcząc opowiadano sobie jakieś niebywałe dzieje, osobliwsze przygody... i wskazywano palcami na towarzyszących pogrzebowi żebraka.
Wojciech jak się okazało ze złożonych przez Mecenasa rachunków i spisanego przed śmiercią testamentu — chociaż córce płacił tylko rocznie trzy tysiące aby ją do zbytku nie wdrażać i od pracy nie odrywać, zostawił z żebraniny, ze spadku po bracie i oszczędności przeszło dwakroć sto tysięcy złotych.
Mogłoby się to wydawać niepodobnem do prawdy, gdyby nie było — prawdziwem.
Pani Emilowa i jej mąż nie czynili wcale tajemnicy z historyi biednego Wojciecha — rozeszła się ona z ust do ust po mieście i — jednego czasu — obiadowego, Filipowicz wpadł do domu tak poruszony, a do gabinetu pani z Villamarinich z takim trzaskiem nieprzyzwoitym, że słusznie oburzona niewiasta, powitała go piorunującem — A już!
— Otóż nie! nie! krzyknął Filipowicz — nie i nie — ale coś takiego dowiedziałem się — jak się zowie — że oszaleć!! no! oszaleć! sfiksować, zwaryować!
— Co ci jest! spokojnie odparła majestatyczna z Villamarinich.
— Wystaw sobie — no! panna Tekla, owa zaklęta księżniczka, cośmy to ją mieli za coś tak nadzwyczajnego... krwi wielkiej, pamiętasz, ty sama, admirowałaś zawsze jej arystokratyczne rączki i nóżki, dystynkcyę!!
Filipowicz uderzył się po biodrach.
— Wiesz, kto była panna Tekla? wiesz? wiesz?
— No — nie nudź że — mów...
— Córka żebraka Wojciecha, co bez nóg siedział pod Dominikanami.
Pani z Villamarinich zerwała się przerażona z fotelu... książka, którą czytała, spadła na ziemię.
Filipowicz ją zaraz podniósł.
Załamała białe dłonie.
— Nie może być!
— Tak jest — tak!... tak! się zowie. Powiedzieli mi to w cukierni.
— A! widzisz, byłeś w cukierni.
— Chcę mówić w aptece — gdzież w cukierni! nie bywam nigdy po cukierniach, chodziłem z receptą Malcza do apteki po lekarstwo dla panny Gertrudy. Słowo daję, jak się zowie.
Powiedzieli mi w aptece — nie uwierzyłem. Myślę sobie, toć nas przecie obchodzi, tyle lat u nas była... lecę do Borusławskiego, dobijam się... gwałtem... Nie puszczają... biegnę do samej. Prawda to? córka żebraka? A ta, bez ogródki powiada — A prawda! żebrak ten wart był książęcej mitry.
Et, zwyczajnie córka szynkarza! dodał Filipowicz.
Pani z Villamarinich stała zadumana.
— O to Rabsztyński miał nos! o to miał nos... odezwała się — a nużby się z nią był ożenił...
W tem zadzwoniono — wpadła jak kamień z procy ciśnięty Ciocia Baronowa zdyszana, spocona, osłabła, a mimo to z nieodstępną czkawką.
— Droga moja! krzyczała od progu — droga moja — słyszałaś... ty o tej Tekli...
— Właśnie Filipowicz mi to przynosi, ale on...
— Ale tak jest! tak jest! Wystaw sobie... szlachcic był autentyczny... i przeszło dwakroć sto tysięcy gotówką w listach jej zostawił... Przeszło dwakroć.
— A! tego to ja nie słyszałem — jak się zowie — odezwał się Filipowicz — jakimże sposobem? E!
— Autentyczna rzecz... Drażak dobra kupuje... targuje wieś... Słowo daję...
Wszyscy stali w niemem osłupieniu... pani z Villamarinich ozwała się z westchnieniem.
— O gdyby się pan Maks ożenił z nią... proszę pani, drżę na samą myśl...
— E! e! kiedy szlachcianka! odparła Baronowa — oczywista rzecz że ta żebranina to musiała być jakaś pokuta... Może mu spowiednik ją nakazał, kto to może wiedzieć? Żeby się Maksio był ożenił, słowo daję, nie pisnęłabym słowa, byłby Rabsztyński oczyścił, panna niczego... a tak!
Filipowiczowie spojrzeli po sobie.
— Historya z tysiąca nocy! odezwała się pani z Villamarinich — i proszę pani Baronowej, że to u mnie na pensyi musiało się stać! u mnie!
— Historya z tysiąca nocy! słowo daję — westchnęła Baronowa.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.