Za Sasów/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Za Sasów
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1891
Drukarz Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
VII.

Czasu znowu upłynęło niemało...
Szwedzi i Sasi uganiali się za sobą po nieszczęśliwej Rzeczpospolitej; Karol nareszcie elekcją Leszczyńskiego przyprowadził do skutku i generał Horn dopilnował, aby się wszystko odbyło bez oporu. Zrzucony z tronu August czekał na posiłki od Cara Piotra i ścigany, nękany, ponosząc klęski i straty upierał się jeszcze. Tymczasem Karol zmierzał już ku dziedzicznym krajom Saskim. Kurfirst, który dotąd znosił z pozorną przynajmniej pogardą na czole wszystkie ciosy, jakie mu zadawał straszny przeciwnik jego, stawał się zadumanym i posępnym. Dwór jego szeptał, że w izbach, które zajmował w pochodach, znajdowano często w drzazgi połamane sprzęty, porwane żelazne łańcuchy, jak gdyby na czemś potrzebował wywrzeć gniew swój i złość, tak pracowicie skrywaną.
Fleming nawet z obawą przestępował próg jego sypialni, z której dwakroć wyniesiono tak pobitą i zgniecioną czeladź, że się jej już dotrzeźwić nie było podobna. Dla obcych wszakże August miał zawsze na zawołanie uśmiech i jasne oblicze, o wojnie oprócz z Flemingiem i kilku generałami nie mówił nigdy, o politycznych swych planach tylko z jednym Patkulem.
Oczekiwano znowu na posiłki z Moskwy obiecane. August niecierpliwy sam się udał na przyjęcie ich do wojska swego i od dni kilku stał za Piotrkowem we wsi Barszczewie, dziedzictwie pana stolnika Barszczewskiego.
Oprócz posiłków, wyglądał tu także swego nieodstępnego, jedynego powiernika Fleminga, tak rozdrażniony, niespokojny, poruszony, że Constantini wet, zwykle zuchwale się stawiający królowi, teraz, gdy miał wnijść do jego sypialni, żegnał się pobożnie.
Wiedział dobrze, iż ważył tu życie, jeżeli słowo jakie niepodobałoby się do najwyższego stopnia w duszy rozjątrzonemu, pragnącemu pomsty Augustowi.
Obawiano się tembardziej jakiegoś wybuchu, że do uszów J. K. Mości dochodziły ciągle, acz niezrozumiałe, ale wściekle gniewne łajania pod oknami chodzącej stolnikowej Barszczewskiej, która króla od ostatnich słów bezcześciła.
Żadna siła ludzka zuchwałej pani nie mogła powstrzymać.
Stolnikostwo dla króla naturalnie wyrzucono ze dworu i zmuszeni zostali w jednej izbie ścisnąć się na folwarku, oprócz tego sasi pozabierali siano, owies, chleb, mąkę, porznęli bydło, zjedli stado owiec, wyłapali drób, a skarżącej się gospodyni odpowiadał chudy jakiś pachołek, polak, stajenny króla, jeden co mówił po polsku.
— Wojenne czasy, jejmościuniu. Trudna rada, kiedy konie i ludzie głodni.
Sam pan stolnik, starszy daleko od żony, chudy, słusznego wzrostu, spokojny i zrezygnowany człowiek, w długim kontuszu paradnym, przy karabeli, stał we drzwiach folwarku i próżno swą połowicę usiłował uspokoić.
— Na rany Chrystusa — mówił ręce łamiąc — Tereniu, serce moje, dajże ty pokój temu. Toż król... a twoje łajanie nie może nic, tylko się gorzej pogniewa, jeszcze gotów, odchodząc, kazać na cztery rogi podpalić. Zlituj się Tereniu!!
Stolnikowa ani chciała słuchać męża.
W boki się wziąwszy, w czepcu na bakier, którego szlarki niezwiązane powiewały około zarumienionej jej twarzy, na złość pod samemi oknami króla powtarzała swoje:
— Bodajeś żyw ztąd nie wyszedł, zbóju ty przeklęty... bodaj cię pioruny niebieskie, ciebie i twoich niemców wytłukły... Z tobą wszystkie nieszczęścia na nas spłynęły... Bodajeś...
Okno, pod którem stolnikowa przechadzając się tak piorunowała, wprawdzie wychodziło od królewskiej sypialni, ale okiennicą było zamknięte, a wewnątrz dywanami zabite tak, że wątpliwem było nawet, czy króla uszu dochodziły wrzaski, którym służba napróżno starała się zapobiegać.
Tymczasem saskie gospodarstwo w Barszczewie szło swym porządkiem i co było jeszcze do zjedzenia, wypicia i zniszczenia, niemcy bez miłosierdzia zabierali.
Stolnik, który o żonę się obawiał, a argumentów mu już do upamiętania jej brakowało, w końcu płaczliwym głosem dorzucił:
— Tereniu! Chrystus Pan więcej cierpiał, a nieprzyjaciołom swym przebaczał.
Stolnikowa nieprzekonana podnosiła coraz głos jeszcze, gdy zdala na gościńcu ukazał się tuman kurzu, poczet jezdnych, i pędem wpadli w dziedziniec konwojujący powóz lekki, wojskowi wprost pod dwór przez króla zajęty.
Z wozu wyskoczył średnich lat mężczyzna i nie zatrzymując się, jak stał, kurzem okryty, w płaszczu, wbiegł do sypialni króla.
August siedział na łóżku, nieubrany jeszcze, okryty tylko długim jedwabnym płaszczem, a przed nim w nieładzie stało podane mu śniadanie... Trzymał już w ustach świeżo nałożoną fajkę i puszczał z niej kłęby dymu ogromne.
Na zmarszczonem czole, w zaciśniętych ustach malowała się złość hamowana od wybuchu, lecz nie skrywana, bo dla Constantiniego, który stał w progu i dla Fleminga, który wchodził, usposobienie króla nie mogło być tajemnicą...
Przybywającego też przyjaciela oblicze tak było straszliwie zmienione bólem i trwogą, że na niem król nie pytając, wyrok mógł swój wyczytać.
Wlepił oczy we Fleminga.
— Co ty mi przynosisz? — zagrzmiało z piersi — mów...
Zawahał się minister, ujął drżącą rękę Augusta, schylił się do niej, nie miał siły odpowiedzieć...
— Mów — gwałtownie krzyknął król — mów! cóż mnie już spotkać może straszniejszego nad zrzucenie z tego tronu, przegrana pod Wschową... zbeszczeszczone wojsko, ja sromem okryty... Polska stracona... Schulenburg...
I niedokończywszy, padł król na łóżko, a fajka, którą trzymał w palcach, skruszona w kawałki padła u nóg jego...
Fleming pot z czoła ocierał.
— Szwed — począł niecierpliwie August.
— Królu mój — przerwał Fleming równie gwałtownie. — Szwed zajmuje kraj twój dziedziczny... niech djabli wezmą Polskę... trzeba Saksonją ratować.
— Tak!! — ryknął król z boleścią — ty, ty mnie to radzisz teraz, ty, Fleming, a któż, jeśli nie ty i twoja Przebędowska zagnaliście mnie do przeklętej Polski, która miljony kosztowała i okryła mnie sromem... kto? Tyś winien! Jabym ciebie powinien kazać obwiesić.
Fleming ramionami poruszył.
— Jeżeli ci to ma pomódz do odzyskania Polski i miljonów — rzekł — wieszaj, a prędko. Ale ja ci mówię, ani Polska, ani Saksonja stracone nie są. Szwedowi musi się noga ośliznąć, nadto długo mu szczęście służy. W tej chwili tylko potrzeba mu uledz...
August dyszał słuchając... trząsł się cały gniewem i bólem...
Fleming stał i zdawał się czekać chwili, w której by mógł chłodniej się z nim rozmówić, lepiej położenie określić. Król tymczasem pełen kielich stojący pod ręką wychylił i tchnął, a raczej ryknął, uderzając się w piersi. Straszliwe przekleństwo z ust mu się wyrwało... bezbożne...
— Pierwszego tego miesiąca — począł patrząc na niego Fleming — Szwedzi weszli do nas...
— I powinni byli tylko pustkę tu znaleźć — zawołał król — rozkazałem, aby lud wszystek z dobytkiem, z mieniem... co żyło szło w lasy nad Sprewę i kryło się w niedostępnych moczarach.
— Tak — odparł Fleming — lecz czasu już nie było na to... Szwed pośpieszył i drugiego września pod Steinem Odrę przeszedłszy, kraj zalał szeroko... wydawszy najostrzejsze rozkazy. Ministerjum widząc, że obrona i nieposłuszeństwo ściągnęłoby klęski większe jeszcze, nakazało się ludności zachować spokojnie... Nie można było postąpić inaczej.
August zerwał się z łóżka, okrył płaszczem i chodzić zaczął po izbie ciasnej, ale tu mu duszno było... Podszedł do drzwi, rozparł je, rzucił niemi tak, że w sztuki rozpadły i wyszedł do drugiej komnaty, pełnej jeszcze czeladzi i wojskowych, którzy na widok króla natychmiast pierzchnęli.
Wszystko, co po drodze mu stało, przechodząc August chwytał, nie mówiąc słowa, Fleming też przerwawszy opowiadanie, czekał...
On jeden w tej chwili okazywał najmniej trwogi, choć może się miał powód najwięcej lękać Augusta, ale bez niego też jednego król obejść się nie mógł.
Przechadzka ta skończyła się wnijściem napowrót do sypialni. Zwolna twarz się królowi zaczęła wypogadzać. Należał on do tych ludzi, których wrażenie zabija czasem, ale nigdy nie trwa długo... bo by z niem żyć nie było podobna... On i Fleming stanęli naprzeciw siebie.
August zcicha mówić począł, ale zwolna głos podnosił i widać było, jak go wewnętrzna jakaś otucha poczęła ożywiać.
A charge de revanche! — odezwał się ponuro. — Potrzeba uledz, uledz, aby Saksonją ocalić. Bądź co bądź, pod jakiemikolwiek warunkami... dać mu co zechce... podpisać przymierze jakie podyktuje... Saksonją ratować muszę... o Polskę się rozprawię później... oddać ją jestem gotów temu faworytowi jego, który jej utrzymać nie potrafi... Pokój muszę mieć i niech mi precz z mojego dziedzictwa ustąpi.
Nic nie odpowiedział Fleming.
— Bić się z nim, nawet gdyby nadciągnęły posiłki Cara — począł król — niemam kim... Działa nowe ledwie lać poczęto... broni brak, pieniędzy niema, Schulenburg do niczego... inni tyle co on warci. Bądź co bądź, Saksonją ocalić muszę, rozumiesz!
— Rozumiem — rzekł zimno Fleming — ale ja ani o ten pokój traktować z nim nie będę, ani go podpiszę...
Spojrzeli na siebie. W wejrzeniu Fleminga wypisanem było, że z góry przewidywał wszystkie następstwa tego przymierza, którego ofiarą paść musieli ludzie, co je zawierać mieli.
— Wszystko, bez wyjątku, wszystko gotów jestem poświęcić — dodał August — byle Saksonją oswobodzić, rozumiesz mnie, ludzi, związki moje, słowo dane... wszystko... wszystkich...
Powtórzył to po razy kilka, a że przyjaciel nie chciał odpowiadać, dodał po małym przestanku.
— Komu dasz pełnomocnictwo? Carte blanche! Carte blanche! — z przyciskiem powtórzył król — Carte blanche!
Zadumał się krótko Fleming.
— Ci, którzy pojadą — rzeki — zawczasu się za zgubionych mogą liczyć.
Ma foi! — zawołał król — to bardzo być może, ale ja dla nich ginąć nie mogę, wolę ażeby zginęli dla mnie.
Milczeli oba.
Wyznaczenie tych dwu ofiar, które miały paść dla ocalenia Augusta, przychodziło z trudnością.
Fleming, równie jak August, zimny i bezlitośny, gdy nie o niego samego chodziło, wahał się z wyznaczeniem tych ofiar na stracenie.
W tem królowi wyrwało się z ust imię, Imhofa, prezesa izb (Kammerpräsidenten), spojrzał na Fleminga, który się nie sprzeciwiał.
— Imhof — powtórzył August i zadumał się patrząc w podłogę. — No i Pfingsten.
Fleming nie stanął w obronie... nie miał przeciwko nim nic.
— Ani chwili czasu nie tracąc — rzekł August — natychmiast kurjera wypraw do nich, carte blanche! niech nie powracają nie podpisawszy przymierza... Gdzie jest ten Szwed przeklęty?
— Sądzę, że musi być w okolicach Lipska — odparł Fleming.
Królowi twarz pobladła usłyszawszy.... — A Schulenburg?
— Uchodzi — rzekł spokojnie Fleming — z resztą rossjan do Turyngji, sadzę...
August już pytać nie śmiał więcej.
— Ślij im natychmiast pełnomocnictwo.
Wtem jakby coś sobie przypomniał, zapytał:
— A królowa?
— Królowa być musi w Bayreuth — mruknął przybyły.
— Z matką?
— Nie... Anna Zofja z Kurfirstem aż do Danji odjechała.
Zmarszczył się August i westchnął.
— A Cosel? — rzekł ciszej.
— Pozostała dotąd w Dreźnie.
Rozjaśniło się lice królowi nieco.
Na tych zadawanych pytaniach i urywanych odpowiedziach, które długie przystanki dzieliły od siebie, upłynęło dużo czasu... król nagle się opamiętał i ochłonął; krzyknął na Mazotina, że się chce ubierać, zamknięto jako tako połamane drzwi. Fleming otrzymał rozkaz bez zwłoki umocowania dla zawarcia przymierza Imhofowi i Pfingstenowi wygotować. Spytał o ograniczenia.
— Niema żadnych, wszystko mają poświęcić dla ocalenia Saksonji... wszystko... carte blanche.
Fleming głową potrząsał. Szydersko się uśmiechnął August.
— Nie wielki z ciebie dyplomata — rzekł cicho. — Kto daje carte blanche, ten się najłatwiej potem nieograniczonego pełnomocnictwa zaprzeć może.
Prywatnie im napisz, że mnie czci mojej i całości Saksonji oszczędzać powinni, ale im granic nie kładź żadnych, sami je znaleźć powinni.
Fleming się już poruszał, gdy król dorzucił.
— Przymierze i pokój za wszelaką cenę stanąć muszą... niech mi inaczej nie powracają.
Mówiąc to król już stał przed zwierciadłem, a Constantini podawał mu jego allongé, perukę codzienną. Strój chciał tego dnia przywdziać na złość losowi jak najokazalszy, choć prawdopodobnie, oprócz pani stolnikowej i dworu, nikt go nie miał oglądać. Ale August lubił tak na przekorę gnębiącemu go losowi okazywać się jak najnieczulszym na ciosy jego.
Constantini, pomimo że już był ochłódł, z obawą się zbliżał do niego, widział, że jeszcze ręce mu drżały i oczy ciskały piorunami.
Od przybycia Fleminga, dwóch już po nim kurjerów przybiegło z Saksonji.
Fleming odebrał od nich papiery i starał się nieporuszony, zimny, naśladować pana, ale twarz go zdradzała, a mówiąc jąkał się i mylił.
Zaledwie czas miał w izbie naprzeciwko podyktować ową Carte blanche dla pełnomocników, gdy król wołać już kazał.
Wchodzącemu wyrwał ją z rąk, zaledwie okiem rzucił i pochwyciwszy pióro, zamaszyście podpisał, rzucając precz od siebie.
— Lipsk! — począł badać znowu król — zajęli Lipsk! a Pleissenburg?
— Komendant się w nim trzyma... Kupcy dawno wszystko co mieli, powywozili... Łupów Szwed nie weźmie.
— A jarmark? — podchwycił król niespokojnie — ja się spodziewam być tam jeszcze na jarmarku.
Fleming spojrzał wielkiemi oczyma.
— Tak jest — potwierdził król z dziwnym uśmiechem wyzywającym, jakby chciał się urągać nieszczęściu, które go dotknęło i straty korony wcale sobie nie ważył.
Z pod tej dumy przeglądała złość. Fleming popatrzał i nieodpowiadał.
— Listy, które odebrałem w tej chwili — odezwał się pomilczawszy — donoszą mi, że Karol główną kwaterę założył w Tauchau, ale ją przeniósł do Altranstadtu... Z Tauchau wydał manifest do kupców lipskich, poręczając bezpieczeństwo własności wszelkiej i wzywając, aby jarmark jak zwykle się odprawił.
August się uśmiechnął.
— Za to mu wdzięczen jestem — odparł prędko — bo ja, jak tylko pokój będzie zawarty, muszę natychmiast jechać się rozerwać do Lipska.
Oświadczenie to w takiej chwili nawet Flemingowi, który doskonale króla znał, tak się dziwnem wydało, że niedowierzająco ramionami poruszył, ale August żywo potwierdził swe oświadczenie.
— Śpieszno mi do Lipska...
— Ale Altrandstadt pod bokiem — odezwał się przyjaciel — a Karol...
— Będę musiał i do Altranstadtu dojechać, to nieuchronne — rzekł obojętnie August.
Fleming chciał coś dodać i wstrzymał się, król zdał się myśli jego odgadywać.
— Chcieliście może mnie przestrzedz, że się tam spotkać mogę z panem wojewodą poznańskim, a pseudo królem polskim szwedzkiej fabryki? he?
— Tak jest — wtrącił Fleming — Leszczyński nietylko sam, ale z żoną towarzyszy protektorowi i zajął kwaterę w Lesnig.
August zrobił minę pogardliwie szyderską.
— Patrzaj! — zawołał do Fleminga — ja tu jestem w jego królestwie, a on moje zajmuje... umyślnie... Karol go tam przytrzyma, aby mnie zmusił mu się potem pokłonić. Niepoczciwy braciszek!
Gdybym miał kiedy się doczekać odwetu... ha! ha! Strasznym by być musiał... a strasznym! Wszystka krew tego wyschłego draba nie starczyłaby na ugaszenie mojego pragnienia.
— Tst! — powstrzymał Fleming.
Lice królewskie zbladło jak ściana i lekkie drżenie poruszyło fibry twarzy.
— Sądzi, że tem mnie złamie? — zamruczał. — Nie! Będę mu się pod nosem bawił na Lipskim jarmarku.
Zdawał się namyślać nieco Fleming i chwilę małą poczekawszy, ujął poufale króla pod rękę, chociaż wcale nie znajdował go do przyjacielskiego zbliżenia się usposobionym...
— Schulenburg — rzekł pocichu poufnie. — Schulenburg zaręcza, że jeśli mu pozwolicie, on jednym zamachem wszystkiemu koniec położy.
Ze wzgardą brwi zmarszczywszy okrutnie August wykrzyknął tylko.
— Schulenburg! on... allons donc!
— Tak jest — dodał Fleming. — Wiadomo powszechnie, że na straży przy Karolu nigdy więcej nie stoi nad trzydziestu trabantów, on sam nieopatrznym jest i zuchwałym. Schulenburg zaręcza, że go pochwyci i uwięzi w Tauchau czy w Altranstacie.
Król posłyszawszy to, głową poruszył gwałtownie.
— Niech się nie waży na to — zawołał — takich środków nie mogę użyć, ani ich dopuścić. Nie umiał go pokonać, a chce odwetu zdradą. Wstyd by mi tem uczynił tylko. Schulenburgowi to przystało może, ale nie Augustowi.
Przeszedł się po izbie ostygając.
Otruć go, z za węgła mu w łeb strzelić... to co innego — mówił dalej. — Sprawa pozostałaby ciemną, niktby mi nie dowiódł, żem się do niej przyłożył... wszystko zrobić pozwalam, ale ja muszę pozostać nietknięty.
Nie! nie! Karol sobie sam gotuje zgubę... Wszystko to są chwilowe ofiary... zwycięztwo pozostanie przy mnie.
Fleming zaczynał głową potrząsać, ale August już zmienił przedmiot rozmowy.
— Wyssie mi Saksonją kontrybucjami — zawołał. — Jestem pewnym, że jarmark Lipski opłacić się musiał.
— Dali dobrowolnie sto tysięcy talarów — zamruczał przyjaciel. — Zwołał też Karol, jak mi donoszą, szlachty zjazd do Lipska.
— Cóż panowie szlachta moja? — uśmiechając się zapytał król.
Flemingowi tak przykrem było zdać sprawę z tego, iż papier świeżo odebrany podsunął milcząc królowi i palcem na nim wskazał miejsce podkreślone. Stało tam, iż szlachta się przywilejami składa, jako do niczego obowiązaną nie była, krom służby osobistej i dawania koni. Na to szwedzki król odpowiedział:
— Gdzieżcież panowie szlachta byli ze swemi końmi pod te czasy. Gdybyście obowiązki swe spełniali, mnieby dziś w Saksonji nie było! Gdy na dworze ucztować trzeba i pić, żadnego z was tam nie braknie, ale za ojczyznę pójść się bić?... nie ma ochoty... wolicie siedzieć w domu.
I głośno dodał Fleming.
— Szlachta miesięcznie płacić będzie musiała 200 do 250,000 talarów.
Rozśmiał się August.
— Brat mi wziął moich kochanych poddanych na edukacją — rzekł — wdzięczen mu jestem. Obrachujemy się z nim kiedyś.
Rozmowa przeciągnęła się dalej. Dwa czy trzy razy spytał król o ukochaną Cosel, o której sucho coś tylko przebąknął przyjaciel. Zagadnął potem o Patkula i otrzymał odpowiedź, że blizkim był ożenienia z wdową Einsiedel.
Król zadumał się wymówiwszy jego nazwisko.
— Wyznać potrzeba, Fleming — rzekł poufnie — iż Patkul rozumnym jest, dyplomatą znakomitym, człowiekiem niepospolitej rzutkości, przebiegłości i nie przebierającym w środkach. Zdradza Piotra dla mnie, mnie pewno dla Piotra, gotów nas obu, gdyby mu to było na rękę, sprzedać Prusom. Ale o sobie pono najlepiej pamięta. Einsiedlowa mu przyniesie, oprócz białej rączki, jakie czterykroć sto tysięcy talarów. Piotr mu płaci, ja płacę, nie ręczę ażeby nie brał od innych, a i szlachta inflancka...
Tu przerwał sobie nagle.
— Ale Patkul wart jest tego, nieopłacona głowa i on jeden to rozumie, iż w polityce żadnemi względami kierować się nie można, oprócz zasady, że zwyciężyć potrzeba, kto przebiera w środkach, nie zrobi nigdy nic. Trucizna, sztylet, więzienie, tak są dobre, jak inne lekarstwa gdy skutkują.
— Przyjacielu — przerwał Fleming — dla czegoż Schulenburgowi nie dopuszczacie użyć tego środka, jaki on proponuje.
— Dla tego, że świat jest głupi — zawołał August — i że Machjawelowska polityka dopiero może za lat sto znajdzie uznanie powszechne. My się nią posługiwać możemy, ale taić umiemy.
My — dodał ze śmiechem — my jeszcze jesteśmy rycerze... i musimy sadzić się, aby wyglądać szlachetnie. My chwalimy się jeszcze męczeństwami, a niema nic głupszego nad dobrowolne męczeństwo...
Wszystko to August szybko tak jakoś, poplątanemi wyrazami wyrzucił do ucha powiernika, iż Fleming nie dobrze zrozumiał go nawet. Zaledwie dokończywszy król się zwrócił. Dochodziły go głosy polskich panów, nielicznych, którzy przychodzili pokłonić mu się i przynosili wiadomości na pozór pomyślne.
Teraz, gdy Karol XII wtargnął był już do Saksonii, gdy August wysłał pełnomocników, aby pokój zawrzeć pod jakimikolwiek, choćby najcięższemi warunkami, byle wyswobodzić kraj dziedziczny, w Polsce nieliczni pozostali szwedzi, mogli się z trudnością utrzymywać — posiłki Cara Piotra nadciągały, zebrane wojska króla, który już się w myśli swej zrzekł korony, kilkakroć przewyższały siłą szwedów i ich partyzantów.
Teraz, gdy zwycięztwo na nic się przydać nie mogło, August prawie na pewno rachować na nie, zdaniem wszystkich był mocen... Była to nowa ironia losu.
— Choćby traktat i przymierze było podpisane, choćbym ja je ratyfikował — szepnął Flemingowi — nic głosić nie potrzeba, przyjmiemy, wywołamy nawet starcie, a jeżeli wygramy bitwę, ocalimy honor.
Palec położył na ustach.
Po śniadaniu, wydano rozkaz nagle wyciągania z Barszczewa. Wprawiony nim w ruch obóz królewski, dwór, czeladź, natychmiast poczęli się sposobić do wyciągania.
Flegmatyczny stolnik Barszczewski, którego żona nie przestała kląć i wyklinać króla JMości, rzucała się w ciemnej izbie na folwarku, wymyślając, gdy mąż jej wszedł.
— A widzisz asińdźka, kochana Tereniu — począł od progu — że wszystkiemu temu utrapieniu koniec przychodzi, a co się do lasu udało pochować, zostanie całe... Król wyciąga... już mu konia siodłają. Sam widziałem, na własne oczy.
Zerwała się stolnikowa piorunem.
— Wyciąga! — krzyknęła biegnąc do drzwi — nie puszczę go tak na sucho... odprowadzę kułakami do wrót... i przekleństwy...
Stolnik z przestrachu, złożywszy ręce, chciał przed nią przyklęknąć, odepchnęła go aż się zachwiał.
— A! ty! stary grzybie!
W sam czas się znalazła w dziedzińcu.
August w paradnym stroju podróżnym dosiadł był konia, gdy stolnikowa, w czepcu na bakier, z obiema pięściami ściśniętemi i podniesionemi do góry, poskoczyła prawie pod kopyta jego wierzchowca.
— Jedź! jedź! — poczęła wołać — jedź na złamanie karku, jedź, rozbójniku, szczęśliwej drogi na dno piekła... bodajcie pioruny ścigały, bodaj cię...
Król nie rozumiał ani słowa, ale mimika pani stolnikowej była tak wyrazistą, twarz, oczy zaognione, usta niemal zapienione nie dozwalały powątpiewać, że go nie błogosławiła... Mnóstwo osób, pełen dziedziniec ciekawych przypatrywało się tej scenie.
Cóż król miał począć z kobietą??
Znalazł się z niepospolitym dowcipem, usta mu się uśmiechnęły, zdjął kapelusz i począł się jej kłaniać jak najuniżeniej. Im wścieklej napastowała go pani Barszczewska, tem król kłaniał się jej niżej, uśmiechał wdzięczniej, a towarzysze jego, widząc królu tak dobrze usposobionym, wszyscy, idąc za jego przykładem, zdejmowali kapelusze i kłaniali się stolnikowej.
Mało się tam komu pewnie śmiać chciało, ale uśmiech króla był zaraźliwym i jakżeby go dworacy nie mieli naśladować.
Stolnikowa rozdrażniona mocniej jeszcze tem urągowiskiem, którego czeladź jej własna była świadkiem, aż do wyłamanych wrót, ostatniej nocy porąbanych i spalonych przez straże króla, przeprowadziła podskakując i klnąc Augusta. Tu dopiero siły jej nie stało i gdy mąż nadbiegł aby ją odciągnąć i wyzwolić, obawiając się żołdactwa, padła w objęcia jego z krzykiem i śmiechem szyderczym.
Było to jedno z ostatnich pożegnań Polski, którą pani stolnikowa Barszczewska uosabiała. Król, którego twarz uśmiechnięta doprowadziła go aż do wrót, kapelusz włożył na głowę i wydał rozkaz jakiś przybocznej straży.
Sasi już wyciągnęli wszyscy z szop, obór i budynków, które zajmowali, gdy nagle pożar się wszczął ze czterech rogów zabudowań, płomię podniosło do góry i Barszczów do wieczora wygorzał do szczętu.
Król ciągnął pod Kalisz, przeciwko szwedom, mając w pomoc kniazia Mężykowa, przysłanego przez Cara Piotra.
Za Prosną stało siedem tysięcy szwedów z generałem Mardenfeldem, przy którym byli wojewoda kijowski, Lubomirscy, podkomorzy i oboźny i Potocki, pisarz koronny. Byłby się może nie ważył August na tę rozprawę, choć siły miał potemu, gdyby go chciwy boju i łupów Szmigielski, najdzielniejszy z jego partyzantów nie pociągnął gwałtem z sobą.
Tak król, w chwili gdy już traktat sromotny pełnomocnicy jego podpisali, poraz pierwszy znakomite odniósł zwycięztwo, a sasi wzięli ogromne łupy na placu boju...
Trzeciego dnia po bitwie, na pobojowisko, usłane trupami, ranami, konającemi, wyjechał August w przepysznym stroju rycerskim, otoczony dworem, lśniącym od złota, przeprowadzony przez promieniejącego tryumfem Brandta.
Tu tragicznie się powtórzyła scena poczęta w Barszczewie... która na królu, równie jak pierwsza, najmniejszego nieuczyniła wrażenia... Konający zrywali się na widok jego, okrwawionemi pięściami mu grożąc i bełkocąc przekleństwa, które śmierć na ich ustach drżących ścinała...
„To dziwna — pisze świadek współczesny — że gdzie król przyjechał, tam się owi niedobici, choć okrutnie postrzelani, niektórzy bez rąk, inni mając do połowy poodcinane głowy, na przyjazd królewski porywali, jedni stawali, drudzy siadali, i znaki jakieś mowy ustami dawali, łając go... Zaprawdę straszny to był widok, ale król August bynajmniej się nim nie konsternował.“
Co za obraz, co za dzieje!!
Niesłychane okrucieństwo sasów pozostało w pamięci na długo...
„...Bezbożnie obchodzili się sasi z polakami, obdzierając ich, pisze tenże współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czyli też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie... a jednak sygnet musiał dać.“
Drudzy dali życie...
Z tego to czasu, który się w dziejach zapisał smutnem a niezrozumiałem później przysłowiem, od Sasa i do Lasa, pozostał ów żarcik wieśniaczy, który przytacza Otwinowski:
Szedł podjazd kwarcianych nad jeziorem Gopłem, a chłopa wziętego za przewodnika pytali ichmość, która strona mu się lepszą zdała, Saska czy Szwedzka? Chłopek w strachu, nie wiedząc z kim kwarciani trzymali, zakłopotał się odpowiedzią. Lękał się obrazić...
Im dłużej milczał, a ociągał się, tem kwarciani mocniej nalegali, przewodnik zaś wzdychając szeptał tylko: Zgadnij Jezu kto Cię bije? Poczęli żołnierze zmuszać do odpowiedzi... Wziął więc biedota na rozum.
— A, panowie mili... człowiek by życzył, aby szwedzka siła wszystka przemieniła się w takie oto jezioro mleka, jak Gopło nasze, zaś Sascy ichmość niech by się stali chlebem... i niech by potem dyabeł sobie chleb ten w mleko wdrobił i wyjadł do kropli...
Imhof i Pfingsten nim z Drezna do Altrandstatu dojechali, gdy o pełnomocnictwie ich wieść się rozeszła, oblężeni zostali przez całą szlachtę saską znękaną, pokutującą za swego kurfirsta, przeklinającą Polskę i domagającą się od swoich, aby kraj ratowali bez względu na Augusta...
Czas było, wołali, aby pokutował kto był winien, gdy dotąd Saksonia płaciła za grzechy swego kurfirsta...
Stan kraju, błaganie wszystkich, nalegania, naostatek rozkazy samego króla, który wydawszy nieograniczone pełnomocnictwo, kazał Flemingowi dopisać, aby nie powracali bez zawarcia pokoju i oswobodzenia Saksonii, sprawiły to, że dwaj posłowie na najsromotniejsze wymagania i warunki Karola XII przystali, a August traktat ten ratyfikował.
Wprawdzie później wykłamywał się wstydząc, a Imhof i Pfingsten przypłacili za swą powolność życiem niemal, ale w pierwszej chwili August gotów był na wszelką ofiarę, byle Saksonią odzyskać.
Sumienie miał dość swobodne i otwarte naoścież, by potem zobowiązania łamać, tłumaczyć i niweczyć nie czując najmniejszej zgryzoty.
Brat, król szwedzki, który tak długo czekał napróżno na zupełne przygnębienie Augusta, którym pogardzał i nienawidził, gdy przybyli dla traktowania z nim posłowie sascy, okazał się nielitościwym, okrutnym... Warunki narzucone były oburzające.
Każdy inny śmierć i ból wolałby był nad nie: August je lekceważył. Wielkość swą pokładał on właśnie na tem ostygnięciu, obojętności, umyśle nie dającym się schmurzyć, serca nie mogącem poruszyć...
Stracił wszystko i z wydaniem Patkula nawet honor. Jednym okrzykiem oburzenia cały świat powitał pakta Altranstackie, August ruszył ramionami i zabawiwszy się w pijanem kółku przyjaciół, gotował na jarmark Lipski.
Równie dziki i nienasycony w swem pragnieniu zemsty Karol, jak i August na srom był obojętny, narzuciwszy zwyciężonemu najcięższe warunki, zażądał i wydania Patkula... którego za podżegacza głównego uważał... Patkula broniło prawo ogólne, posłom przysługujące, bo on, choć pensyonowany przez Augusta, był przy nim rezydentem Cara Piotra, dodanym Dołhorukiemu, ale król gotów był na połamanie praw i przywilejów wszelkich dla zaspokojenia Karola, dla wyswobodzenia się od niego.
Wiedział bardzo dobrze, iż z nim skończywszy, Karol rozpocznie walkę zaciętą z Piotrem, a znał Piotra i przeczuwał, że wytrwałość jego żelazna przemoże impet namiętny Szweda.
— Naówczas!! — myślał Sas uśmiechając się — naówczas Altranstackim traktatem ja sobie fajkę zapalę...
A kości Patkula?? nikt o nim już nie pamiętał. Wszystko teraz z niezmiernym pośpiechem jak obalona budowa, waliło się, biegło ku końcowi i zamknięciu dramatu... Imhof i Pfingsten nieśmiejąc nawet z Piperem o punkta się spierać, stękając, ręce łamiąc, przyjmowali jedne po drugich... Jeżeli zacięli się na którym z nich, Szwed tem mocniej naciskał właśnie, na to, co najwięcej dokuczyć mogło.
W kilka tygodni potem August z zagryzionemi usty, blady, podpisywał ratyfikacyą tajemnic. Zdawało mu się, że Szwed natychmiast wyjdzie z Saksonii, ale brat chciał się swą zemstą nasycić... Przywiódł z sobą Leszczyńskiego i spodziewał się zmusić Augusta, aby się kłaniał i komplementa prawił temu, który go korony pozbawiał.
Leszczyński próżno się od honorów tych wypraszał, Karol choć go kochał, ale i jego nie oszczędzał... W Saksonii rządził się, jeździł, rozkazywał, pieniądze brał i ludzi, gospodarował jak w domu.
W dziewięć dni po ratyfikacyi traktatu wygrał Sas bitwę pod Kaliszem, ale tem na nowo sobie Karola naraził, który dozwolił mu się wytłumaczyć, lecz wywdzięczył tysiącznemi drobnemi upokorzeniami.
August w ostatku wybrał się z Warszawy... Nie obchodziło go to, że się miał spotkać z wrogiem... Czekała nań za to śliczna Cosel i ten niezrównany, pocieszny jarmark lipski, ówczesne Saturnalia książąt niemieckich.
Piękna Urszula patrzyła na to wszystko zdaleka, stojąc na uboczu, cichutko i bałamucąc dopóty ks. Aleksandra, dopóki się on jej dawał czarować i więzić... Jedno pono wspomnienie, ożenienia, podszepnięte naostatek, spłoszyło młodzieńca...
Ona, chciała być dla niego wdową po królu, on znał w niej tylko ulubienicę nienawistnego człowieka...
Jednego dnia... nie stało Sobieskiego we Wrocławiu; a potem miało wkrótce i Augusta zabraknąć w Polsce.
Aurorze Königsmark tak dobrze było w Dreznie i w przyjaźni z Augustem?... Cicho wciągnęła Lubomirska do swego domu w Dreznie i dnia jednego ukazały się kolebki księżnej Cieszyńskiej w ulicach. Z Königsmarkową padły sobie w objęcia i rozpłakały się.
— A! co za okropne czasy!! — cicho szepnęła Urszula.
Ten biedny król! — dodała Aurora...
I siadły biadać wspólnie, dopóki nie zaczęły mówić o Coseli.
Cosel na żadną z nich patrzeć, żadnej ze swych poprzedniczek znać nie chciała... głosiła się żoną króla... Cuda prawiono o jej przepychu, samowoli, i obejściu się z Augustem i ze wszystkiemi... Ten jeden przedmiot starczył na długie, niewyczerpane rozmowy, a potem ks. Cieszyńska oczyma już szukała kogoś, aby się za mąż wydała...
Potrzebowała księcia... reszta była już prawie obojętną... August nieodebrał dotąd nic, była więc dość bogatą, aby sobie kupić mitrę książęcą, i była jeszcze dość ładną, dość umiejętnie zalotną aby ją ku sobie przywabić. Otwarły się świetne salony, rozpoczęły wykwintne obiady; nie brakło pięknej czarodziejce gości.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.