Z sonetów (Shakespeare, 1907)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Z sonetów
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Z SONETÓW
 
I.
(Sonet 60).

Jak szumne fale do morskiego brzegu,
Tak do swych kresów płyną nasze chwile;
Niema przystanku w tym mknącym szeregu:
Jedna przed drugą w równej dąży sile.

Wszystko, co wyszło ze światłości łona,
Dojrzewa, w blaskach coraz większych rośnie,
Aż ich promienie ciemna noc pokona:
Czas swoje dary niszczy bezlitośnie.

Czas kosą swoją młode ścina kwiaty,
Czas bruzdy ryje na piękności czole,

Cuda przyrody zmienia w swe objaty,
Żadne się przed nim nie ostoi pole:
Mych pieśni jednak, które sławią ciebie,
Dłoń jego krwawa w mrokach nie pogrzebie.


II.
(Sonet 67).

Znużon tem wszystkiem, tęsknię li do skonu!
Widzę, jak cnocie dają kij żebraczy
I jak się nicość dmie na wyżach tronu,
Jak zdrada wszędzie swoje ślady znaczy —

I jak się bezwstyd czci koroną mieni
I jak zdeptano niewinność dziewiczą
I w jakiej hańbie żyją zasłużeni,
Jak moc prawdziwą między słabość liczą,

Jak władza sztukę poniża do błota
I jak nad wiedzą pieczę mają błaźni
I jak za głupstwo uchodzi prostota,
Jak zło zamyka wszelkie dobro w kaźni:
Znużon tem wszystkiem, chciałbym odejść w ciemnię,
Tylko że miłość zmarłaby bezemnie.


III.
(Sonet 154).

Pewnego razu zasnął bożek mały
Z swoją płomienną pochodnią u boku:
Nadbiegły nimfy, które ślubowały
Czystość, i oto najpiękniejsza w tłoku


Tych pięknych dziewic, wyciągnie mu z dłoni
Żagwię, od której świat się wokrąg pali —
Wódz żądz gorących pozostał bez broni!
A nimfa, ogień zanurzywszy w fali,

Wraz ją rozgrzewa i w kąpiele zmienia
Uzdrawiające zimny zdrój: Przez wieki
Zdążają k’niemu chore pokolenia,
Lecz ja tu darmo przyszedłem po leki,
Bo miłość wodę do waru pobudzi,
Ale miłości woda nie ostudzi.


IV.
(Sonet 123).

Nie ujrzysz, Czasie, we mnie zmian! Budowy
Twoich piramid, choć je z taką mocą
Wznosisz, to dla mnie widok już nie nowy:
Świeże się tylko bielidła migocą

Na dawnych kształtach... Drogę my nie długą
Mamy, tak wielbim świeżość w tem, co stare,
I chcąc, by było naszej żądzy sługą,
Że nie jest nowe, któżby z nas dał wiarę!

Lecz twe świadectwa wraz z tobą są niczem
Dla mnie, nie dziwi mnie twe dziś ni wczora,
Albowiem wszystko lichem i zwodniczem,
Co stwarza dłoń twa, do pospiechu skora.
Jedno ślubuję: forytuj odmianę,
Ja wbrew twej kosie wiernym pozostanę.


V.
(Sonet 15).

Jeśli pomyślę, że dni doskonałość
Trwa nazbyt krótko we wszystkiem, co żywie,
Że złudą globu olbrzymiego całość,
W gwiazd tajemniczym pogrążona wpływie —

Jeśli rozważę, iż ludzi i zioła
To samo niebo stroi w swe ozdoby,
By wraz je zabrać, że młodość, wesoła
Sokami życia, kroczy tam, gdzie groby,

Odarte z wspomnień, wówczas to, bogata
W promienną młodość, stajesz przed mem okiem,
Patrzącem właśnie, jak Czas i Zatrata
Walczą, by ciemnym ogarnąć cię mrokiem.
I wówczas w tobie miłość ma ocala
To, co Czas w innych w sypki gruz rozwala.


VI.
(Sonet 18).

Mam cię li równać z letnim dniem? Twe wdzięki
Wzdyć nadobniejsze i mniej jesteś zmienna.
Majowe burze niszczą rozkwit miękki
I krócej trwają lata błogie lenna.

Czasem źrenice niebios zbyt jaskrawe,
Nieraz je całkiem zaćmi mgła ponura,
Zniszczenie z piękna czyni sobie strawę,
Kras je pozbawia niestała Natura.


Twe nieśmiertelne lato się nie zmienia
I twa uroda to nie płonne wiano,
Śmierć się nie może chełpić z swego cienia,
Gdy pójść ci w wieczność będzie rozkazano:
Dopóki jeszcze dech się w ludziach kryje,
Ty w mojej pieśni, pieśń ma w tobie żyje.


VII.
(Sonet 55).

Marmur ni złote książąt monumenty
Mojej potężnej nie przeżyją pieśni;
Blask twój promienny, w jej zwrotkach zaklęty,
Lśnistszy od głazów, które czas opleśni.

Gdy statuy straszna podruzgoce wojna,
Gdy się rozpadną w gruz dzieła rzeźbiarzy,
Ni Mars swym mieczem, ni waśń niespokojna
Nie stłumią ognia, co się w tobie jarzy.

Na przekór śmierci i wbrew niepamięci
Żyć będziesz dalej; cześć twą uwydatni
Oko potomnych, w których świat ten święci
Tryumf zniszczenia aż po Dzień Ostatni.
Tak aż do Sądu, co wskrzesi twe kości,
Stawić cię będą czciciele miłości.


VIII.
(Sonet 130).

Nie są jak słońce oczy mojej damy,
Od ust jej żywsza jest czerwień korali,

Jest-li śnieg biały, piersi jej dwie plamy,
Jest-li włos z drutu, włos jej z czarnej stali.

Widziałem róże białe i czerwone,
Lecz na jej licach niema takiej róży,
Milszą są wonią kwiaty nasycone,
Niżeli zapach, który w tchu jej płuży...

Lubię, gdy mówi, lecz muzyka słodziej
Łechce mi serce melodjami swemi,
Nigdym nie widział, jak bogini chodzi,
Ona gdy stąpa, to stąpa po ziemi.
Jednak, niż wszystkich złych porównań próba,
Stokroć wybrańszą będzie moja luba.


IX.
(Sonet 29).

Gdy, pastwa ludzkich ócz i wrogich losów,
Płaczę samotny nad nieszczęsną dolą,
Gdy krzyk daremny szlę pod strop niebiosów,
Złorzecząc klęskom, które mnie tak bolą;

Kiedy, zazdroszcząc bogatszym w otuchę,
W piękniejsze kształty, w dobór przyjacieli,
W sztukę i sławę, czekam, czy mnie kruche
Szczęście choć cząstką dóbr swych nie obdzieli,

Sam ja pogardę czuję dla swej żądzy!
Lecz gdy pomyślę o tobie, w skowronka
Zmieniam się wówczas, który u wrzeciądzy
Śpiewa niebieskich hymn o wschodzie słonka:

Takiem bogactwem twa miłość mnie darzy,
Że niczem skarby największych mocarzy.


X.
(Sonet 22).

Że jestem stary, lustro mi nie powie,
Dopóki młodość moja równa twojej;
Lecz gdy siwiznę ujrzę na twej głowie,
Niech się przed śmiercią dzień mój nie ostoi.

Wszystka twa piękność jest li szatą drogą
Mojego serca, które mieszka w tobie,
Jak twoje we mnie. Czyż starsze być mogą
Dni me od twoich? Czyż się złożę w grobie,

Kiedy ty żyjesz?... Przeto ci polecę:
Czuwaj nad sobą, jak ja! W takiej mierze
Zamknąłem serce twoje w swej opiece,
Jak czuła niańka niemowlęcia strzeże.
Nie chełp się swojem, gdy mego nie stanie,
Wszak mi je dałaś nie na odebranie.


XI.
(Sonet 100).

Gdzie jesteś, Muzo, że już tak oddawna
Przemilczasz o tem, w czem twa moc się mieści?
Czyż, w opieśnianiu rzeczy lichych sprawna,
Chcesz im swym blaskiem większej dodać cześci?


Wróć się, o Muzo, wróć i jak najwcześniej
Daj okup za to, coś tak roztrwoniła!
Zaśpiewaj uszom, chętnym twojej pieśni,
Niech się w niej ozwie dobitność i siła.

W lica mej lubej spojrzyj, niebios córo,
Czy ich nie zmarszczył wrogi Czas, a jeśli
Znać jego ślady, skarć go, niech twe pióro
Zabójczą wzgardę Czasowi nakreśli.
Sławy mej lubej niezmarłe odgłosy
Niechaj przeżyją ostrze jego kosy.


XII.
(Sonet 71).

O nie płacz po mnie, gdy umrę, gdy dzwony
Będą dla świata posępnym wyrazem,
Że już zeszedłem z niego umęczony,
Aby zamieszkać z najnędzniejszym płazem.

Czytając pieśń tę, zapomnij o ręce,
Co ją pisała; wolę w twej pamięci
Zgasnąć, niż myśleć, że utoniesz w męce,
Że się w łzach twoich me wspomnienie święci.

O tak, na rym ten patrząc, niech twa dusza,
Kiedy już będę porównany glinie,
Mego imienia z grobu nie porusza,
Niech miłość twoja wraz z mem życiem zginie.
Nie chcę, by świat ten, słysząc twoje skargi,
Szydem i drwiną wypełniał swe wargi.


XIII.
(Sonet 98).

Nie byłem z tobą, gdy hojna dłoń kwietnia,
W pysznej, wiosennej kroczącego krasie,
Duchem młodości wszelki twór uświetnia,
Którym się Saturn w dniach zimowych pasie.

Lecz ani ptasząt śpiew, brzmiący po świecie,
Ni ziół przeróżnych kolory i wonie
Nie przynosiły mi wieści o lecie,
Co się tak dumnie rozsiadło w ich łonie.

Nie podziwiałem purpurowej róży,
Anim uwielbiał białą lilji szatę:
Za wzór im wszystkim twoja piękność służy,
Wątłem odbiciem są, choć tak bogate.
Lecz choć bez ciebie są mi zbyt zimnemi,
Jak z twoim cieniem, tak pogwarzę z niemi.


XIV.
(Sonet 99).

A więc, fijołku — rzeknę, — ty mój miły,
Słodki złodzieju, swe zapachy świeże
Skradłeś oddechom mej lubej; — jej żyły
Źrodłem, skąd lico twe purpurę bierze.

Lilije zganię za twej ręki jaśnię,
A majeranek za twój włos; rumieni
Jedna się róża z wstydu, druga gaśnie,
Biednie z rozpaczy; trzecia, ni w czerwieni


Ani białości, obie je okradła
I twojem tchnieniem zwiększa swe zdobycze.
Za to w jej pąku szuka sobie jadła
Mściwy robaczek. Snać wszystkich nie zliczę
Kwiatów, lecz każdy zbyt jest — widzę — skory
Kraść ci twe wonie i twoje kolory.


XV.
(Sonet 106).

Czytając czasów zapomnianych księgi,
Gdzie rzeczy dwornych opisanie mamy,
Gdzie rym świetniejszej nabiera potęgi,
Wielbiąc rycerzy i pomarłe damy,

Widzę, że pióro kronik, sławiąc lica,
Ręce czy stopy, skronie czy też oczy,
Chciało dać obraz, który mnie zachwyca
W tobie, gdzie urok z czarem się jednoczy:

Wieszczbą li było tej dzisiejszej chwili;
Lecz przeczuwając ciebie, na pochwały
Próżno się sztuka najprzedniejsza sili:
Nam, co możemy widzieć wdzięk twój cały,
Z wielkich podziwów oko się zamyka;
By godnie sławić, braknie nam języka.


XVI.
(Sonet 109).

Nie mów, że fałsz mam w sercu, choć inaczej
Ma nieobecność świadczy o miłości —:

Odszedłbym siebie, to albowiem znaczy
Odejść swą duszę, co w piersi twej gości.

Choćbym żeglował najmylniejszą drogą,
Do tej przystani wracać będę zawsze,
Przypadki czasu zmienić mnie nie mogą,
Zdrój chowam w sobie, aby choć najkrwawsze

Zmazać przewiny!.. Grzechów lik, prawdziwie,
Oblega dzisiaj moje żyły wrzące,
Ale błąd taki w wnętrzu mem nie żywie,
Bym dla niczego rzucił dóbr tysiące.
Wszystko, co spotkam, jest dla mnie bez treści,
W tobie, ma różo, mój wszechświat się mieści.


XVII.
(Sonet 97).

Od ciebie zdala żyłem w ciągłej zimie,
O ty słoneczne zmiennych pór wesele!
Śniegi i lody i mroki olbrzymie
Nagi mi grudzień naokoło ściele!

A kiedy czar ten przed latem się chowa,
Kiedy, ciężarna posiewami wiosny,
Ni to po zmarłym mężu piękna wdowa,
Dojrzała jesień rodzi, bezradosny

Zda mi się płód jej; wszystkie jej owoce
Są jak bez ojca; letnich dni ponęta
Jest li przez ciebie; wszak nawet sieroce,
Gdyś nieobecna, milkną mi ptaszęta,

A jeśli nucą, pieśni ich ponure,
Że liść aż więdnie: zimy widzą chmurę.


XVIII.
(Sonet 96).

Błąd twój młodością jest, tak mówią jedni,
Że rani wdziękiem młodość twa, chcą inni,
A to i tamto rzecz miłości przedniej,
Gdyż wdzięk twój każdą z przywar uniewinni.

Jak choć najlichszy klejnot na królowej
Palcu na czestne zasługuje względy,
Tak, patrząc w ciebie, rzecze widz surowy,
Ile się w cnotę zmieniają twe błędy.

Gdy wilk krwiożerczy zwiódł niejedno jagnię,
Choć wzrok jagnięcy łatwo przybrać umie:
Któż się przed twymi powaby nie nagnie,
Gdy przed nim staniesz w całej swojej dumie?
Lecz ty tak nie czyń — na mą miłość prawą!
Twa dobra sława jest mą dobrą sławą!


XIX.
(Sonet 80).

Pisząc o tobie, jakżeż jestem słaby!
Wiem, że duch inny, silniejszy odemnie,
Godniej opieśni cześć twą i powaby,
Gdy ja się na to wytężam daremnie.


Lecz gdy na sławy twojej oceanie
Płyną najlichsze i największe żagle,
I moja barka na twem morzu stanie,
I ją, choć wątłą, do tych gonów znaglę.

Gdy tamten dumny pomknie z fal powodzią,
I mnie utrzymasz na głębi: jeżeli
Wraz się rozbiję, lichą byłem łodzią,
On zaś był wielkim statkiem na topieli.
Gdy ja utonę, a on zmógł się z próbą,
Najgorsza w tem jest, iż miłość mą zgubą!


XX.
(Sonet 81).

Albo żyć będę, by wznieść pomnik tobie,
Albo ty przetrwasz, gdy ja legnę, zmarły.
Pamięć twej sławy nie zginie w mym grobie,
Choć wszystkie ślady po mnie się zatarły.

Imię twe zyszcze nieśmiertelną siłę,
Choć mnie dla świata nikt już nie obudzi;
Dla mnie li ziemia wspólną da mogiłę,
Ty zasię spoczniesz na widoku ludzi.

Nagrobkiem twoim będzie pieśń ma wzniosła;
Ród nie dzisiejszy powtarza jej hasła;
Cześć twa na ludzkich językach wyrosła:
Póki ostatnia iskra tchu nie zgasła.
Tak już na wieki — potęgą mej pieśni —
Imię się twoje z ludzkim tchem zrówieśni...


Poeci angielscy - Grafika na koniec utworu.png



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Jan Kasprowicz.