Wieczór przed balem, czyli Lafirinda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Wieczór przed balem, czyli Lafirinda
Podtytuł Text światowy
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WIECZÓR PRZED BALEM.

CZYLI
LAFIRINDA.

TEXT ŚWIATOWY.



Bal, bal w zapustny wtorek,
Ostatnia już zabawa!
Po mieście ruch faktorek,
Po domach gwar i wrzawa.

Żony z mężami w zrzędzie:
Aż Ta w płacz — aż Ten fuknie.
Lecz co Ta chce, to będzie,
Ten musi kupić suknię.

Wprawdzie swar się ponowi,
Jak przyjdzie Święty Jerzy,
Jak wypadnie kupcowi
Zapłacić, co należy.

Nawet być może gorzéj,
Dojść aż do palpitacyi,
Jeśli się wieś położy
Na liście licytacyi.

Ale kiedy to będzie!
A bal tuż, w przyszły wtorek. —
Jak nie zasiąść w Pań rzędzie?
Jak nie pokazać córek?

Zwłaszcza gdy — choć szlachcianka
Z męża — z karty wizytnéj
Urodzona hrabianka
Znaczna z mitry wybitnéj,

Zwłaszcza, gdy z wychowania
Jest — (jak to rzecz ta sama
Różne miewa nazwania!) —
Świat mówi: „Wielka Dama,“

A my, my ludzie prości,
Od pióra albo grzędy,
Dajem takiéj Imości,
Nazwisko Lafirindy[1].

Lecz w tym jednym wyrazie
Jest jak zbiór zalet w treści,
Jak ideał w obrazie
Światowej płci niewieściéj.

Że zaś kto może nie wie
Co on właściwie znaczy,
To mu w tym prostym śpiewie
Samo się wytłómaczy.

Nie dość dla dostąpienia
Téj pięknéj nominacji,
Pańskiego urodzenia,
Lub pańskiéj edukacji.

Dopiéro jedno z drugiém
Złączone w amalgamę,
Tworzą, staraniem długiém,
Lafirindyczną Damę.

Bo Bóg dał, i nikomu
Sam nie skrzywił rozsądku:
A tylko w pańskim domu
Można wnet niemowlątku

Dać bonę–pedagoga,
By przez najpiérwsze lata
Dzieło w niém Pana Boga
Prostować wedle świata.

A tylko na nielada
Pensyą i podarek,
Dają się zwabiać stada
Francuzek i Szwajcarek.

Ach! a bez nich, niestety!
Przez żaden mus ni względy,
Z żadnéj naszéj kobiéty
Nie zrobić Lafirindy!

Bo krew przodków nie woda,
Bo nad świata przycinki,

Śmielsza Polki swoboda,
Szczersza tkliwość Litwinki.

A tu właśnie rzecz na tém,
Wypleć wszystko przyrodne,
By módz zasiać, jak kwiatem,
Wszystko cudze, a modne.

W czém jedynie się nadać
Możo metoda taka,
Jaką się uczy gadać
Papugę, albo szpaka.

Naprzód, trzeba im pióra
Póty strzydz i oplatać,
Aż nałóg, jak natura,
Oduczy je chcieć latać.

Potém wciąż trzymać w ręku,
Dzień i noc szeptać w uszy,
Aż w nich to pomaleńku
Głos natury zagłuszy,

Bo niechno raz, broń Boże!
Usłyszą gdzie gwar ptaszy.
Żadne się już nie może
Nauczyć mowy naszéj.

Znać, że gdy pamięć wznowi
Rodzinne, leśne śpiewy,
Wzgardy już ich nie wmówi
Nawet Mamzel z Genewy.

Tak trzeba i z panienką,
Nim się całkiem wychowa. —
Nic prócz książki pod ręką,
Po polsku ani słowa.

Bo w tém największa sztuka,
W tém sekret i rzecz cała,
By książkowa nauka
Duszy myśléć nie dała.

By umieć ustrzedz serce
Przed tém wszystkiém, co budzi
Wrodzoną w niém w iskierce
Miłość kraju i ludzi.

By w pierś uczucie żywe,
Tak jak żywa myśl w głowę,
Nie weszły — bo szkodliwe,
Jak pokarmy surowe.

I w tém talent Szwajcarek,
By serce i naturę,
Ususzyć na sucharek,
Przesmażyć w konfiturę,

I tak w tyglu nauki
Ulotnić duch i życie,
By nic prócz form i sztuki
Nie zostało w kobiecie.

Sposób na to jedyny,
Jak pączek kwiatu, główkę,

Opleść w metrów godziny,
Tak jak piersi w sznurówkę.

Wsadzić jak za klauzurę,
I usunąć z przed źrenic,
Tak jak żywą naturę,
Widok wolnych rowiennic.

Bo niech z niemi choć trocha,
U siebie, czy gdzie indziéj,
Zabawi się, pokocha —
To i po Lafirindzie!

Serduszko się wnet ruszać,
Główka zacznie wnet marzyć —
Próżno wtedy już zmuszać,
Upominać i swarzyć.

Bo duch to zaczął myśléć,
Gdy serce czuć zaczęło.
A jak ducha określić? —
I adieu całe dzieło!

To téż jeden z powodów,
Że tylko w nasze czasy
Mogą śród pańskich grodów
Dojrzeć te ananasy.

Bo tam się tylko godzi
Gościa nie przyjąć w domu;
Bo tam tylko uchodzi,
Nie dać poznać nikomu

Żony swojéj, lub dziecka;
Bo tam tylko nie wiąże
Z nikim przyjaźń sąsiedzka,
Chyba kto Graf lub Książe.

A u Grafa i Księcia,
Pewniéj niż u Sampanka,
Od kolebki, dziecięcia
Aniół–Stróż — Paryżanka.

Tak, że chociaż te dziatki
Wzajem się i odwiedzą,
Nie ujrzą nic, prócz klatki,
W jakiéj i same siedzą.

Drugie zadanie walne.
Jak przez środki nauczne,
Wszystko co naturalne,
Zmienić w pannie na sztuczne.

W kursie tego rodzaju,
Grunt praktyka, nie wykład;
Aż przymus, ze zwyczaju,
Przejdzie w nałóg. Naprzykład:

Zamiast barw łąk i borów,
Cudów w świata obszarze:
Niech patrzy na sztych wzorów,
I rysuje pejzaże.

Zamiast ptasząt śpiewania,
Lub w naturze ech Boskich:

Niech ma nóty do grania,
Arye z oper Włoskich.

Zamiast letniéj przechadzki
Śród niw lśniących od złota:
Niech po taflach posadzki
Powtarza krok gawota.

I to metod ten ścisły
Trzeba chować dopóty,
Aż już tylko jéj zmysły
Czuć będą: ucho nóty,

Oko tylko rysunek,
Nosek perfumy wonie,
Ach! a szczęścia warunek
Serce tylko w salonie.

Aż cała naostatek,
Z myśli, z serca, i z duszy,
Nie stanie się jak kwiatek,
Co się w książce zasuszy.

Tu już kurs jest skończony
Domowéj edukacyi. —
Teraz świat i salony
Szkoła mody i gracyi!

Dotąd myślano o tém,
Jak uczucie w niéj zabić,
By już przez nie nikt potém
Nie mógł serca jéj zwabić.

Teraz drugą nauką
Zdobią ją: — jak się zwabia,
Z przystojnością a sztuką,
Panicz, Książę, lub Hrabia.

Ale już te sekrety
Pójdźmy słyszeć z ust saméj
Doświadczonéj kobiéty,
Lafirindy i Mamy.



Nadszedł zapustny wtorek,
Zmrok, wieczór: — ona siadła,
Toalety dwóch córek
Wiszą z dwóch stron zwierciadła.

One stoją przy krześle,
Ona wzrokiem je mierzy,
Jak wódz biegły w rzemiośle
Swych przed bitwą żołnierzy.

Panienki jak jagódki,
Prócz cer trochę niezdrowych: —
I Matki uśmiech słodki
Błysł z Damy lic surowych.

„No, Mesdemoiselles! — rzekła,
„Macie już swych tancerzy.
„Hrabini mi przyrzekła.
„Twoim, Zosiu, Comte Jerzy,

„Twoim, Comte Jean, Emilko!
„Potém w kolej przeciwnie. —
„Pamiętajcież mi tylko,
„By się trzymać, nie sztywnie!

„Myślcie wciąż, kto jesteście,
„Jaki wasz ród i stan;
„I że ja patrzę wreście.“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Zaraz w dół spuścić oczy,
„Gdy tancerz co przemawia;
„Bo to effekt uroczy,
„Gdy się panna obawia.

„Pozwalam się uśmięchać
„Z bons mots Hrabiego Jean,
„I, broń Boże, nie wzdychać!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Z Hrabią Jerzym rzecz inna.
„On zawsze mówi górnie.
„Każda go z was powinna
„Słuchać skromnie, pokornie.

„Po tańcu dygnąć wdzięcznie,
„Lecz gdyby w tańcu stan
„Zbyt objął — umknąć zręcznie!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Gdy z was którą zawoła
„Sama Pani Hrabini,

„Twarz niech będzie wesoła,
„Z uśmiechem usiąść przy niéj.

„Nakłonić ku niéj ucha,
„A gdy przemówi sama,
„Niech każda ze czcią słucha,
„Bo to jest Wielka Dama.

„Synami jéj są oba,
Comte Jerzy i Comte Jean.
„Róbcie, niech was podoba!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Gdyby z niższéj młodzieży
„Zaczął do was kto gadać,
„Słuchać, już téż należy,
„Lecz nic nie odpowiadać!

„Ja wnet w pomoc przybędę,
„Skrócić wasz przykry stan,
„I przerwać tę gawędę.“
„Merci, ma chére Maman!“

— „Teraz, nie tracąc pory,
„Niech każda suknię mierzy,
„Bo zapowiadam z góry,
„Jak dwónasta uderzy,

„Tańca już ani kroku.
„Stryj Prałat tego żąda,
„I Hrabini, wiém z boku,
„Krzywo na tych spogląda,

„Co tańcują lub jedzą,
„Gdy post dzwonią już z wieży.
„A chcę, niech ludzie wiedzą,
„Że z was każda w post wierzy.

„Jutro musim téż rano
„Uwinąć się z kościołem.
„Prałat ma mszę czytaną,
,,I sam zawsze popiołem

„Chce posypać swe krewne;
„A od Ksieni Ireny
„Słyszałam, że to pewne
„Lekarstwo na migreny. —

„No! czekać mię w salonie!
„Idę ubierać głowę. —
„Basiu! na ósmą konie,
„Każ, niech będą gotowe!“ —

1847.





Przypisy

  1. W dobréj pronuncyacyi wyrazów z francuzka, in wymawia się jak się jak ę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.