W ludzkiej i leśnej kniei/Część czwarta/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część czwarta
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
MŚCICIEL.

Na północ od Pogibi, dokąd przyjechałem po zwiedzeniu miejscowości naftowych, leży w cieśninie Tatarskiej przylądek Marja, jeden z najbardziej północnych punktów wyspy.
Miałem wiadomości, że w okolicy tego przylądku jakiś myśliwy wykrył błoto z poważnemi śladami nafty i kiru. Ponieważ do chwili przyjścia statku po mnie miałem jeszcze dwa tygodnie do rozporządzenia, postanowiłem zwiedzić tę miejscowość.
Jechałem konno wraz z wynajętym przez siebie przewodnikiem. Zdziwiła mię okoliczność, że władze wojskowe nie chciały wydelegować ze mną żołnierza, na wszystkie moje prośby i nalegania dając odpowiedzi wymijające. Zmuszony więc byłem szukać dla siebie prywatnego przewodnika w Pogibi. Był to jakiś rybak, pół-Mongoł, pół-Rosjanin, jakich dość wielu spotyka się na Syberji. Znał doskonale wyspę, nieraz pływał na północ aż do wyspy Św. Jonasza, trudniąc się połowem ryb i fok.
Gdy mu powiedziałem, że chcę zwiedzić okolice przylądku Marji i Elżbiety, ucieszył się, zażądał bardzo nieznacznej sumy, lecz wymówił sobie prawo zabrania dwóch koni jucznych.
Wyruszyliśmy następnego dnia o świcie. Droga szła lasem, przez który prowadziła wąska ścieżka, wydeptana przez konie. Była ona jednak bardzo zarośnięta trawą i krzakami, co świadczyło, iż rzadko jej używano.
Mój przewodnik, Gustow, był człowiekiem milczącym; jechał naprzód, prowadząc za sobą gęsiego powiązane juczne konie i wcale się na mnie nie oglądając. Ja zamykałem pochód. Często schodziłem z konia i polowałem, gdyż wszędzie spotykałem liczne stada białych kuropatw i cietrzewi. Spędziłem całą dobę na małem jeziorku, gdzie roiło się od wodnego ptactwa, wśród którego przeważały północne gatunki morskie, co się dawało wytłumaczyć bliskością morza i niezwykłą wprost obfitością ryb. Wyskakiwały one nad wodę, pływały na samej powierzchni jeziora i pluskały w nadbrzeżnem sitowiu. Tu po raz pierwszy w życiu widziałem emigrację ryb. O jakie trzysta kroków od jeziora leżało jeszcze mniejsze jeziorko, prawie kałuża, niemal całe zarośnięte trawą i sitowiem. Gdym się zbliżył do niego, doznałem wrażenia, że jest to jakiś skład żywych ryb, basen sztucznie urządzony. Powierzchnia tego jeziorka ani na chwilę nie pozostawała gładka; stałe kręgi i fale marszczyły wodę, którą poruszały ryby, przepełniające jeziorko po brzegi.
O świcie szedłem pomiędzy większem a mniejszem jeziorkiem, i dostrzegłem, że w wysokiej trawie coś się rusza. Krzyknąłem głośno, aby spłoszyć zwierza, czy ptaka, lecz — bez skutku. Zacząłem się tedy zbliżać uważnie rozglądając się w trawie. Długo nie mogłem nic dojrzeć, wreszcie zobaczyłem dużego szczupaka, który się czołgał w wysokiej, obficie zroszonej trawie, kierując się w stronę małego jeziorka dokąd widocznie pociągały go ryby. Tego samego dnia po zachodzie słońca widziałem innego szczupaka, który powracał do dużego jeziora, a był tak przerażająco najedzony, że ostatniej ryby nie mógł nawet przełknął i ogon jej wystawał mu z paszczy.
Słyszałem o wędrówce ryb lądem, lecz na północnym Sachalinie osobiście przekonałem się o istnieniu tego zjawiska.
Wkrótce po opuszczeniu brzegów jeziora, w lesie, spotkałem jeźdźca. Był to człowiek w sile wieku o figurze prawie kwadratowej i ponurej twarzy, mocno zarośniętej jasną brodą. Podjechał do nas i zagrodził nam ścieżkę, ustawiwszy swego konia wpoprzek. Widziałem, że jadący na przedzie przewodnik zamienił z nim kilka słów, wskazując oczami na mnie. Nieznajomy skręcił w krzaki i przepuścił moją małą karawanę. Gdy podjechałem do niego, zbliżył się do mnie, bardzo grzecznie mi się ukłonił i zagaił rozmowę:
— Pewnie nasza wyspa wydaje się panu dziwna?
Odpowiedziałem mu z całą szczerością, co myślę o wyspie i o jej ludności.
— O tak! — wykrzyknął nieznajomy — w innych, nie w naszych, rosyjskich rękach, ta wyspa niezawodnie stałaby się najbogatszą kolonją. Wszystko tu jest: węgiel, nafta, żelazo, złoto, ryby, drogie futra, foki i wieloryby. To jakiś raj wymarzony! Tymczasem trzymają tu zbrodniarzy — więźniów, używając ich tylko do psucia naturalnych bogactw i zarażając oddechem i trupami tych potworów ziemię i powietrze Sachalinu!
— Jednakże niebardzo przychylnie patrzycie na mieszkańców katorgi! — zawołałem ze zdziwieniem, gdyż byłem przekonany, że widzę przed sobą jednego z osadników, byłego więźnia.
— Trzeba ich tak znać, jak ja!.. znać do głębi ich czarnych spodlonych dusz! — odparł, groźnie zaciskając pięści. — Rząd robi głupstwo, zostawiając życie tym ludziom-zwierzętom. Amerykanie są mądrzy, ci zapraszają takich panów na fotel elektryczny i dają im możność łatwego uwolnienia społeczeństwa od swej zaraźliwej i niebezpiecznej obecności.
— Czyż nie wierzycie w możliwość poprawy sachalińskich wygnańców? — spytałem.
— Nie! — odparł głosem twardym. — Czyż mogą poprawić się ludzie, którzy, nim się tu dostali, przeszli kilkakrotnie więzienie, za każdym razem odsiadując karę, za coraz to cięższe występki i zbrodnie? Są to ludzie tylko z wyglądu zewnętrznego, lecz ludzie... bez duszy, bez iskry Bożej... Stwierdzałem to na dzieciach i wnukach tych bestji... Zrodzeni przez rodziców, nie posiadających duszy, sami jej nie mieli, a nie mając jej, przy pierwszej sposobności zostawali zbrodniarzami, często gorszymi od swych rodziców.
Mówił z głębokiem przekonaniem. Gubiłem się w domysłach, ktoby to mógł być. Niezwykle spostrzegawczy i oczytany, człowiek ów niezawodnie bardzo dużo myślał nad znaczeniem Sachalinu i nad charakterami tych, którzy stanowili jego tragiczną ludność, co przeszła chłostę na skrwawionych ławach, nosiła hańbiące łańcuchy i znaki, wypalone na ciele, i była na zawsze pozbawiona praw ludzkich, tając głęboko w mózgu i w sercu wspomnienia i echa najstraszliwszych i najohydniejszych zbrodni.
Nic jednak nie mogłem wykombinować, więc zapytałem wprost.
— Widzę, że pan tu jest niedawno! — roześmiał się nieznajomy. — W przeciwnym razie musiałby pan wiedzieć o mnie. Jestem Andrzej Bołotow.
Nazwiska tego nigdy nie słyszałem, więc zapytałem znowu, czy dawno przebywa na wyspie, skąd i poco tu przyjechał.
Odpowiedział, że mieszka już około siedmiu lat, przybył tu z gubernji Tomskiej; potem zamyślił się na chwilę i ciągnął dalej:
— Przyjechałem tu w sprawach religijnych, gdyż sądziłem, że ci ludzie potrzebują czemś uciszyć wyrzuty sumienia, zagłuszyć echa swojej winy. Sprzedawałem książki religijne, Biblję świętą, obrazki i krucyfiksy, a także zbierałem ofiary na budowę kościołów...
— Dobrze wam się powodziło? — zapytałem.
Umilkł, a twarz mu nagle spochmurniała.
— Bardzo dobrze! — zaśmiał się szyderczo. — Widzi pan siwiznę na moich włosach? To są skutki powodzenia mojej misji chrześcijańskiej.
— Nie rozumiem!...
— O tak! — wybuchnął. — Trudne to jest do zrozumienia, bardzo trudne...
Poczęstował mię tytoniem do fajki i, podając mi zapałkę, rzekł:
— Kawałek drogi mam do zrobienia w tym samym kierunku, co pan, więc może pan pozwoli, że razem z nim pojadę?
— Bardzo proszę — odparłem.
Bołotow jechał obok, pykając fajkę. Wypaliwszy ją do końca, wytrząsł o strzemię i schowawszy za cholewę, zaczął znowu opowiadać:
— Wielkie nieszczęście spotkało mię na tej przeklętej ziemi! O, tak wielkie, że tego językiem ludzkim nie da się wypowiedzieć! Gdy to mówię, dusza moja płacze krwawemi łzami. Miałem w rodzinnych stronach, panie, kochaną żonę — umarła, pozostawiając dziesięcioletniego synka, bardzo mądre dziecko, ciche i dobre. Umierającej przysiągłem, że ochronię go od wszelkiej biedy i na człowieka wykieruję... Rozumiałem, że Bóg zesłał mi śmierć żony za karę, więc postanowiłem zmyć swe grzechy czynem pobożnym: zacząłem krzewić uczucia religijne, sprzedając na rzecz budowy kościołów książki i obrazki, zbierać ofiary pieniężne. Obchodziłem całą Syberję razem z synkiem, który po wsiach zapadłych i nieoświeconych tak ślicznie czytał Św. Biblję i mówił o Bogu, — Twórcy i Zbawicielu Świata. Byłem przekonany, że zostanie on duchownym. Wreszcie postanowiłem zakończyć włóczęgę i osiąść tam, gdzie mój chłopak będzie się uczył. Swoją działalność, którą bardzo szanowali biskupi: Mikołaj, Sylwester i Makary, chciałem zakończyć odwiedzeniem wyspy Sachalinu, aby uczynić coś dla biednych więźniów, na zawsze pozbawionych wolności i praw ludzkich. Przybyliśmy tu, jak zawsze, razem z synkiem. Trochę pieniędzy uzbieraliśmy; spotkaliśmy ludzi, którzy zdawali się słuchać ze skupieniem ducha słów Pisma Świętego, które czytał im swoim dźwięcznym głosem mój chłopak, pełen natchnienia i gorliwości chrześcijańskiej. A ileż to dzieci aresztantów nauczył on czytać i pisać! Po pewnym czasie postanowiłem wszystkie zebrane pieniądze odesłać na Syberję do biskupa Makarego.
Byliśmy wtedy w Onorze. Lecz nagle zachorowałem i musiałem posłać syna z pieniędzmi na pocztę do Due. Wyjechał i więcej już nie powrócił. Szukałem go cały miesiąc i wreszcie znalazłem w lesie z głową roztrzaskaną siekierą. Był zupełnie obdarty, a wraz z ubraniem i obuwiem znikły pieniądze, z takim trudem zebrane przez nas na dom Boży. Długo poszukiwałem sprawców zbrodni... Odnalazłem ich. Byli to ci sami, którzy nieraz słuchali słów, czytanych przez mego zabitego syna! Byli to oni...
Zamilkł, ciężko oddychając. Raz nawet usłyszałem gwałtowny zgrzyt zębów Bołotowa.
— Teraz rozumiem, dlaczego tak źle myślicie o mieszkańcach wyspy — zauważyłem, ze współczuciem patrząc na nieszczęśliwego ojca. — Lecz dlaczego tu zostaliście?
— Czyż pan myśli, że ja mogę spokojnie żyć, nie dotrzymawszy słowa żonie, iż uchowam syna?
Powiedział to ze straszliwym, choć hamowanym wybuchem.
Milczałem. On zaś tym samym głosem zaczął szybko, gorączkowo mówić:
— Wykryłem morderców. Byli to Koszka, Sokół, Seliwanow, Dormidontow i Grenich. Gdy się dowiedzieli, że jestem na ich tropie, zbiegli z Onoru i podążyli w stronę Pogibi. Udała się za nimi pogoń, lecz napróżno. Wszystkich pochwyciłem sam, w pojedynkę, i zarąbałem siekierą. Wtedy szumowiny więzienne wydały na mnie wyrok śmierci i o tem mię zawiadomiły. Odpowiedziałem im, że każdy, kogo zdybię — zginie! I, widzi Bóg, spełniłem obietnicę! Wtedy więzienie onorskie zaczęło czyhać na mnie! Kilka razy byłem w ich ręku. Mam w plecach dwie rany od noża i złamane żebra, ale krzywdy swoje okupiłem sowicie ich śmiercią. Nie! Nikt z onorskiego więzienia mi się nie wymknie. Władze wiedzą, że innych więźniów nie ścigam, ale, gdy który ucieknie z Onoru, zawiadamiają mię o tem i wtedy moja mściwa ręka dosięga ich. Żaden nie ucieknie, żaden!
Takim mścicielem był Andrzej Bołotow.
Opowiadał mi później w Due dowódca bataljonu karnego, pułk. Żurawskij, że Bołotow mieszkał w różnych miejscach wyspy, błąkając się wszędzie i żyjąc z polowania; ale dość było puścić w obieg pogłoskę, że uciekł aresztant z Onoru, a Bołotow zjawiał się natychmiast, wypytywał o zbiega, zbierał wszystkie potrzebne o nim informacje i znowu znikał bez śladu. Władze w takich wypadkach nawet pościgu za zbiegiem nie wysyłały, wiedząc, że „mściciel“ wytropi go i zabije. Za każdą głowę Bołotow dostawał premjum rządowe, które całkowicie ofiarowywał na budowę kościołów i na modły za duszę zabitego syna.
Gdy Bołotow skończył swe opowiadanie, długo nie mogłem się otrząsnąć z ciężkiego, przygniatającego wrażenia.
Pojmowałem, że zemsta jest złym doradcą, ale nie mogłem nie odczuć całej głębi rozpaczy i nienawiści tego człowieka. Żegnając go, podałem mu rękę i powiedziałem.
— Niech Bóg ześle ukojenie waszemu sercu!
Bołotow przeżegnał się nabożnie, poczem szepnął:
— Ja też tylko o to Go proszę, ale zapewne, to już nigdy nie nastąpi, nigdy!
Dziwny traf zrządził, że po kilku latach jeszcze raz spotkałem „mściciela“. Było to w styczniu r. 1920, gdy z Tomska przekradałem się do Krasnojarska, aby stamtąd rozpocząć ucieczkę od bolszewików zagranicę, do Mongolji i Chin. Na mojej drodze leżało sioło Bogotol, około którego grasował jakiś okrutny partyzant, jednocześnie rabując i zabijając „burżujów“ i sowieckich komisarzy, urzędników i żołnierzy. Wszyscy omijali tę miejscowość, jadąc nie wzdłuż linji kolejowej lecz szosą północną. Ja zaś, nie mając żadnej potrzeby ukrywania się, gdyż byłem przekonany, że w ten lub inny sposób zginę, jechałem drogą prawie bezludną, mając po prawej stronie nasyp kolejowy, zastawiony nieprzerwanym łańcuchem pociągów, porzuconych przez armje i instytucje rządu adm. Kołczaka, a uprzątnięty przez bolszewików dopiero w trzy miesiące później.
Na jednej z małych stacyj kolejowych przed Bogotolem zatrzymałem się, aby wypocząć i posilić się, gdyż byłem zziębnięty, zmęczony i głodny. Na stacji zastałem tylko jakiegoś podrzędnego urzędnika i paru robotników kolejowych. W kącie siedział jeszcze jakiś człowiek, który, gdy wszedłem, podniósł się raptownie, lecz wnet znowu usiadł, zasłoniwszy twarz dużym kołnierzem futrzanym.
Dostrzegłem tylko długą siwą brodę i takież włosy, wysuwające się z pod barankowej czapki-papachy.
Poprosiłem urzędnika i robotników, aby mi sprzedali coś do zjedzenia, lecz odmówili mi w bardzo ordynarnej formie, poczem nie chciano nawet ze mną rozmawiać. Jechałem lekkiemi sankami, zaprzężonemi w dwa konie. Wyszedłem ze stacji i zacząłem oglądać swe szkapy, czy mogłyby zrobić jeszcze jakieś 20 kilometrów do następnej stacji, gdzie, może, znalazłbym lepsze przyjęcie. Niestety, konie były zupełnie wyczerpane i stały z głowami smutnie opuszczonemi, drżąc całem ciałem.
Gdy skrzypnęły drzwi od dworca, obejrzałem się.
Niewysoki chłop, barczysty, zupełnie siwy, w barankowej czapce i w półkożuszku z dużym kołnierzem, stał na peronie i przyglądał mi się uważnie. Wreszcie potarł czoło dłonią i, zwracając się ku mnie, zapytał:
— Cóż to? Nie macie nic do jedzenia?
— Nie mam — odparłem — i nie wiem, co mam zrobić, bo temi końmi nie dojadę do następnej stacji. Może mi poradzicie, gdzie mógłbym nabyć chociaż chleba dla siebie, a dla koni owsa albo siana?
Zaśmiał się cicho i odpowiedział:
— Trudno będzie! Tu wszystko już zrabowali najpierw żołnierze Kołczaka, a potem bolszewicy. Ale skoro tak z wami źle, poczęstuję was.
Mówiąc to, klasnął w dłonie.
Z lasu, który tylko plantem kolejowym był przedzielony od stacji, wynurzył się jeździec. Starzec coś mu szepnął, potem zaprosił mię do wnętrza dworca. Usiedliśmy przy stole. Po chwili zjawił się jeździec i, zsiadłszy z konia, wniósł worek, z którego wydobył butelkę wódki, szklankę, chleb, jaja i kawałek słoniny, i rozłożył to wszystko na stole.
— Jedzcie! — rzekł starzec, bacznie mnie się przypatrując. — A ty, chłopcze, wyprząż i nakarm konie tego podróżnego, bo to mój znajomy. Słyszysz?
Nie dałem się prosić i jadłem tak, jak tylko może jeść głodny człowiek, który ma czyste sumienie, niczego się nie boi i niczego nie oczekuje.
— Że też nie boicie się przejeżdżać tędy? — podnosząc ramiona i uśmiechając się, rzekł starzec.
— Kogo i czego miałbym się bać? — odpowiedziałem. — Pieniędzy nie mam, krzywdy nikomu nie wyrządziłem. A jeżeli zginę, no, to i dobrze, bo już mi zbrzydło takie życie!... Pomyślcie sami! Przez całe życie pracowałem, jak wół, od nikogo nic w spadku nie dostałem, nikogo nie ograbiłem, wszystko zawdzięczam własnej głowie i rękom: a panowie bolszewicy zapewniają mię, że byłem wyzyskiwaczem ludu pracującego, burżujem i wampirem, który żłopał ich krew. Takie głupie położenie mi zbrzydło. Niechby już prędzej przyszedł jaki koniec!
Nieznajomy parsknął głośnym śmiechem i zawołał:
— Tak! Bolszewicy są idjoci i dlatego powinni narobić głupstw, które ich zgubią. Ale co do was, to mogło wam grozić niebezpieczeństwo, gdyż tu w okolicach Bogotoła kręci się partyzant, Bołotow. Słyszeliście pewno, że wyciął on całe miasto Kuźnieck?
Istotnie, wieści o strasznej rzezi, uczynionej przez jakiegoś partyzanta w Kuźniecku, gdzie ścięte głowy inżynierów: Perwowa, Sadowa i innych, wbite na pal, wystawiono na placu; gdzie znęcano się w najohydniejszy sposób nad kobietami; gdzie w pień wyrżnięto całą inteligencję i spalono gmachy szkół, szpitali i kościołów, ponurem echem rozniosły się po całej Syberji, a imię Bołotowa grozą przejmowało serca mieszkańców.
— Słyszałem! — odpowiedziałem. — Lecz na to nic poradzić nie mogę. Jadę tą drogą i — basta! Czy dojadę — nie wiem, ale co mam sobie nad tem łamać głowę? Wkrótce się przecież dowiem.
Nieznajomy znów się roześmiał, gdyż widocznie ubawiła go moja lekkomyślność co do życia i śmierci, ale wkrótce spoważniał i zapytał, pochylając się ku mnie:
— Czy pan był kiedy na Sachalinie?
— Byłem i objeżdżałem całą wyspę... Ale to już było dawno!...
Starzec podniósł się i wyciągnął do mnie dłoń.
— Pamięta pan — Bołotowa — zawołał — Andrzeja Bołotowa, „Mściciela“, którego spotkaliście w drodze z Pogibi do przylądka Marji?
Urwał, a po chwili dodał:
— Tego, który wam opowiadał o zabitym w Onorze synku... Pamiętacie?...
— Czyżbyście to wy byli? — zapytałem zdziwiony. — Bardzoście się zmienili?
— Dużo czasu i wody upłynęło od tego dnia! — rzekł w zamyśleniu. — Teraz wszystko się zmieniło i ja się zmieniłem. Byłem kwestarzem na kościoły, a teraz karabin wziąłem i krew ludzką leję, jak wodę!
— To wy jesteście tym Bołotowem, partyzantem... z Kuźniecka? — zadałem pytanie.
— A ja! — zawołał, wesoło potrząsając siwą grzywą włosów. — Hulam teraz i wszędzie mi droga wolna!
— Jakże się to stało? — ze zdumieniem wypytywałem, zupełnie zapominając, jaką straszliwą „znakomitość“ mam przed sobą. — Na Sachalinie ścigaliście aresztantów z Onoru, a teraz napadacie na urzędników rządu, który niebardzo był dla tych aresztantów względny?
— To prosta rzecz! — odparł. — Po pierwszej rewolucji rząd udzielił amnestji „sachalińcom“ i pierwsi zaczęli wyjeżdżać aresztanci z Onoru. Naturalnie, zacząłem ich tępić wszędzie i przy każdej sposobności. Wtedy urzędnicy mię aresztowali i skazali na pięć lat więzienia. Uciekłem, dotarłem do Kuźniecka, skąd pochodzę, zawołałem bandę zbójów i zacząłem ścigać urzędników rządu, który zmiłował się nad moimi wrogami. Dałem się im we znaki! Oho! A później bolszewicy pozabijali wszystkich tych urzędników. Myślałem, że przyszli nareszcie do władzy ludzie, uczciwi i sprawiedliwi, i poszedłem z nimi. Ale wkrótce przekonałem się, że ci, co byli aresztantami w Onorze, są teraz komisarzami; wtedy zacząłem się bić z bolszewikami. To — cała moja historja! Inaczej nie mogę, ponieważ dopóty, dopóki pozostanie przy życiu chociaż jeden z dawnych aresztantów więzienia w Onorze, nie zaznam spokoju. Nie zaznam!
Mówiąc to, z rozmachem uderzył pięścią w stół.
Dzięki Bołotowowi spokojnie przejechałem przez strefę jego wpływów i byłem z pewnością jedynym podróżnikiem, który bez żadnego szwanku przebył tę miejscowość.
Tak niespodziewanie przydało mi się spotkanie z „Mścicielem“ w tajdze Sachalińskiej, na ścieżce pomiędzy Pogibi a brzegiem morza Ochockiego.
Dziwne bywają spotkania na kuli ziemskiej i tajemnicze ich skutki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.