W ludzkiej i leśnej kniei/Część czwarta/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część czwarta
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
CZARNY MNICH.

Po spotkaniu się z Bołotowem, owym tragicznym „Mścicielem“ za krew syna, bez szczególnych przygód dotarłem do przylądku Marji, położonego na morzu Ochockiem. Cała północna część wyspy była zupełnie niezaludniona, gdyż dwie drobne osady: Motnar i Pilwo, znajdujące się na zachodnim brzegu wyspy, leżały w bok od mojej stogi.
Wszędzie w lasach spotykałem niedźwiedzie, przeważnie nieduże, prawie zupełnie czarne, t. zw. „mrówczaki“, gdyż żywią się mrówkami i ich poczwarkami, które wygrzebują z mrowisk. Ten pokarm tak pobudzająco działa na niedźwiedzie, że nie podlegają one śpiączce zimowej i barłogów dla siebie nie urządzają. Niektórzy z myśliwych syberyjskich dowodzą, że „mrówczaki“ nie są specjalną odmianą niedźwiedzi, tylko okazami chorobliwemi psychicznie, które zatrzymują się w rozwoju i nabierają barwy ciemniejszej od zwyczajnego brunatnego niedźwiedzia, oraz większej złośliwości.
Myśliwi Oroczoni i Goldowie, wytrenowani w polowaniu na niedźwiedzie, uważają „mrówczaka“ za złego ducha, którego trzeba czasem przebłagać i uczynić z niego potężnego sprzymierzeńca. Wobec tego tylko z konieczności strzelają do niego, gdy tymczasem na zwykłego niedźwiedzia chętnie polują, chodząc w pojedynkę. Nie widziałem polowania Oroczonów na władcę lasów północnych, lecz byłem świadkiem jakiejś ceremonii religijnej, gdy odbywa się śmiertelny pojedynek pomiędzy człowiekiem, a niedźwiedziem.
Było to wpobliżu Nikołajewska na Amurze, w koczowisku Oroczonów. Na polanę, porośniętą trawą, przyciągnięto złapanego i oplątanego rzemieniami niedźwiedzia, który ważył około 300 funtów.
Umieszczono go pośrodku małego placyku, ogrodzonego niewysokiemi palami, z przeciągniętemi pomiędzy niemi mocnemi rzemieniami. Szaman zaczął ciągnąć losy dla obecnych, aby wskazać, kto powinien walczyć z niedźwiedziem.
Los padł na młodego chłopca, mającego nie więcej od lat 16-tu. Ucieszony, wziął on nóż, zatknął za pas, poprawił na sobie skórzaną bluzę i ruszył za ogrodzenie. Rozciąwszy więzy, krępujące zwierza, odbiegł na przeciwległy koniec placyku, trzymając nóż w pogotowiu. Niedźwiedź małemi oczkami krwawymi rozglądał się; potem, podniósłszy się na tylne łapy, ruszył do ataku na chłopca. Ten schylony rzucił się na zwierza, w mgnieniu oka wsunął mu pod pachę swoją głowę, mocno objął go lewą ręką, prawą zaś uzbrojoną w nóż, uczynił szybki ruch z dołu do góry. Niedźwiedź ryknął przeraźliwie i padł natychmiast. Lunęła struga krwi i na trawę wypadły wnętrzności zwierza. Myśliwy nie doznał najmniejszego obrażenia. W ten sposób tubylcy polują na niedźwiedzie w tajdze, tylko nikt z nich nie odważy się napaść tak na mrówczaka. Jeżeli ten zacznie zanadto grasować i czynić szkody, Oroczoni zabijają go z karabinu, serce zaś zjadają, czem się kończą wszystkie porachunki z mrówczakiem, który nie był dostatecznie gentlemanem względem ludzi.
Widziałem tam niewielkie stada zdziczałych reniferów, które w zimie przebrnęły przez lody cieśniny Tatarskiej i dostały się na wyspę; za niemi włóczyło się kilka wilków o skórze prawie białej.
Zastrzeliłem pewnego razu wygrzewającego się na słońcu białego lisa, ale, że to było jeszcze lato, więc futerko miał bardzo pożółkłe.
Wreszcie zobaczyliśmy morze i woddali daleko wysunięty piaszczysty przylądek Marji. Chmury ptactwa unosiły się nad brzegiem i napełniały powietrze przeróżnemi krzykami.
Gdy wyszliśmy z lasu na brzeg morski, ujrzałem wysoki krzyż, z ociosanych belek brzozowych z takim napisem, nieodpowiednim w stosunku do trwożnego nastroju tego kraju:
— Chwała na wysokości Bogu, a pokój ludziom na ziemi i na morzu życia!
Zadziwiła mię obecność godła chrześcijańskiego na tem pustkowiu, więc spytałem przewodnika, kto ten krzyż postawił.
Z wielkiem rozczuleniem w głosie odpowiedział:
— Czarny mnich!
Wjeżdżaliśmy właśnie na dość wysoki pagórek piaszczysty. Konie z trudem wyciągały nogi z piasku; musieliśmy zsiąść i przekładać pakunki, aby ulżyć jucznym. Wszystko to przeszkodziło mi dopytać się o owego Czarnego mnicha. Gdy przebrnęliśmy sypkie piaski, pofałdowane przez wichry w długie łańcuchy pagórków, ujrzałem stary dom piętrowy, zbudowany z czarnych belek modrzewiowych. Od strony północnej miał on coś nakształt wieżyczki, uwieńczonej krzyżem złoconym.
— Tu mieszka „Czarny Mnich!“ — zawołał przewodnik. — Nie wiem tylko, czy jest w domu, gdyż coraz częściej teraz przebywa na morzu.
Podjechaliśmy do domu. Nikt nie wyszedł na nasze spotkanie i dopiero, gdy zaczęliśmy wołać, zjawiło się kilku Ajnosów-tubylców. Łamaną mową objaśnili nas, że mnich jest na morzu, że sami oni przybyli do niego zdaleka po radę i oczekują.
Spędziliśmy tam dwa dni. Nazajutrz o świcie obudziło nas szczekanie psów ajnoskich. Wyszedłem z domu, w którym rozlokowaliśmy się, gdyż przewodnik upewnił mię, że gospodarz będzie z tego bardzo zadowolony. Zobaczyłem dużą łódź żaglową, która przybijała już do brzegu.
Na łodzi zwijano żagle i, gdy opadły, dostrzegłem na niej trzech ludzi. Umocowawszy linami łódź do pniów, skierowali się ku domowi. Podążyłem na ich spotkanie.
Na przedzie szedł wysoki mnich, siwy, jak gołąb, a tak chudy, że zdawało się, iż pod grubą czarną sutanną mniszą tkwił tylko szkielet.
Ujrzawszy mię, pogładził długą, siwą brodę i wąsy i szybkim ruchem zarzucił na głowę czarny kaptur od sutanny.
Na kapturze, nad czołem zobaczyłem duży krzyż biały; drugi czarny wisiał mu na piersi na grubym łańcuchu żelaznym. Na nogach miał wysokie buty ze skóry foczej, okute żelazem na podeszwach i obcasach. Przepasany był mocnym sznurem, na lewem ręku niósł różaniec z dużych paciorków kościanych.
Kaptur nasunął mu się prawie na same oczy, lecz dojrzałem ich niezwykle żywe i badawcze spojrzenie, krzaczaste siwe brwi, orli, cienki nos i usta, prześlicznie wykrojone, zdradzające żelazną siłę woli.
Gdy się zbliżał, uderzył mię dźwięk kajdan, tak dobrze znany z więzień syberyjskich.
— Czyżby ten był także aresztantem? — przemknęło mi przez mózg pytanie.
Lecz w tej chwili „Czarny mnich“ podniósł wychudzoną rękę i uczynił w moją stronę znak Krzyża Świętego, po chwili zaś rozległ się jego starczy głos:
— Niech Przedwieczny Bóg błogosławi przybycie twoje, Synu, do naszego pustkowia!
Przedstawiłem mu się i razem dążyliśmy do domu. Przewodnik i Ajnosi spotkali mnicha przy progu domu, uklękli i pokłonili mu się do ziemi. Gdy, położywszy im ręce na głowy, pobłogosławił ich, podnieśli się i z pokorą i miłością ucałowali ręce starca.
Mnich znikł potem na chwilę i powrócił już umyty, w lekkiej, czarnej sutannie z kapturem, który jednak był odrzucony na plecy. Miał zupełnie siwe, długie włosy, spadające mu na ramiona.
Z „Czarnym Mnichem“ spędziłem cały dzień i całą noc. Rozpytywał mię o życie polityczne w Rosji i zagranicą, o ruch umysłowy i religijny, o niektóre znane w Rosji osobistości ze sfer rządowych i naukowych. Wreszcie zupełnie niespodziewanie przemówił doskonałą francuszczyzną. Oświadczył, że wnet załatwi interesy z moim przewodnikiem, który mu przywiózł zapasy żywności, i z Ajnosami, przybyłymi po pomoc lekarską, poczem zostaniemy we dwóch i porozmawiamy obszerniej.
Udało nam się to jednak dopiero po kolacji, składającej się ze świeżych ryb, gdyż Mnich już od 50 lat nie używał mięsa.
Jadł bardzo mało i jakby odniechcenia, z konieczności. Wypił mały kubek herbaty bez cukru, odmówił krótką modlitwę dziękczynną i wygodniej usiadł na tapczanie, pokrytym skórą plamistej foki.
Długi czas musiałem opowiadać mu o Petersburgu i o Moskwie; dowiedziawszy się, że byłem przez czas dłuższy w Paryżu, rozpytywał mię o takich uczonych, jak Lichtenberger, Réclus, Roux, Boussinesque, Flammarion i Poincaré; bardzo się interesował Leonem Tołstojem, Włodzimierzem Sołowjewem i literatem Korolenko. Wszystkich ich kiedyś znał osobiście, gdyż dużo niegdyś podróżował po całej Europie.
Był doskonale oczytany w literaturze z różnych dziedzin, zdradzając głęboką wiedzę i krytycyzm; lecz z tego, co mówił, mogłem wywnioskować, że jego stosunek do życia współczesnego, musiał się zakończyć, co najmniej — przed 30 laty.
Jednak było w tym człowieku tyle powagi, rozumu i niezmąconego niczem spokoju, zrozumienia treści życia, taki majestat myśli i ruchów, że wprost nie śmiałem zadawać mu żadnych pytań, czekając, aż sam zacznie się wypowiadać, gdyż oddawna zauważyłem, że ludzie chętnie przede mną się wywnętrzają. Nadzieje moje i tym razem nie były płonne.
Zauważywszy, że parę razy ze zdziwieniem nasłuchiwałem, gdy przy najmniejszym ruchu mnicha, rozlegał się dźwięk łańcuchów żelaznych, podniósł na mnie swe żywe oczy niebieskie i rzekł głosem cichym:
— Noszę na ciele „werigi“, czyli łańcuchy, przechodzące przez plecy i zakończone w pasie ciężką kłódką; poza tem noszę koszulę z włosia końskiego. Czynię to dla udręczenia ciała; przyjąłem na siebie tę lekką karę dobrowolnie, gdyż jestem wielkim zbrodniarzem...
Nie przeczyłem, patrząc mu wprost w oczy.
— Zbrodniarzem jestem, czy pan słyszy? — rzucił mi niecierpliwe pytanie.
— Słyszałem! — odparłem.
— No, i cóż pan powie na to?
W głosie starca wyczułem podrażnienie i ciekawość.
Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem, spokojnie patrząc w niebieskie oczy mnicha.
— Wszyscy bywamy czasem największymi zbrodniarzami i każdy z nas, jeżeli zechce, może stać się dla siebie spowiednikiem i najsurowszym zarazem sędzią, Ojcze!
Starzec przymknął oczy i po chwili milczenia znowu rzucił pytanie, a jego oczy wpatrywały się we mnie ciekawie.
— Cóż dalej?
— Dalej? Straszne rzeczy mogą się stać, jeżeli człowiek znajdzie w sobie moc, aby uprzytomnić ukryte zbrodnie swoje! Może nastąpić okres obłąkania, straszliwej pokuty lub odrodzenia.
— Młody jesteś, synu, a mówisz jakbyś znał życie! — szepnął mnich, uśmiechając się.
— Ojcze! — odpowiedziałem. — Życie twarde i chytre, czyhające na ludzi, oddawna otacza mię ze wszystkich stron. Znam je dobrze i wiem, co jest warte. Wiem, że najcięższa pokusa krwi w niedoścignionem pragnieniu. Może ona uczynić z człowieka męczennika o jasnej lecz słabej duszy, pełnej łez, lub zbrodniarza o czarnej duszy, pełnej krwi i nienawiści. Tylko najsilniejsi potrafią wytrwać i życie ich, chociaż twarde i niewesołe, może być wzorem dla innych, ich praca zaś przynieść może plon obfity.
Mnich opuścił siwą głowę na piersi i zamyślił się głęboko... Milczenie trwało długo, a ja już wiedziałam, że usłyszę spowiedź duszy ludzkiej, pełnej troski i męki.
Starzec wstał, nalał mnie i sobie herbaty, potem usiadł i zaczął mówić, przerywając od czasu do czasu opowiadanie i wpadając chwilami w zadumę.
— To prawda, że tylko męka moralna może zgubić lub podnieść człowieka... Tak było i ze mną... Jaką zbrodnię popełniłem — to wszystko jedno! Czyż zmienia postać rzeczy morderstwo ciała czy duszy? Zbrodnia pozostaje zbrodnią. Zbrodnia rodzi mękę moralną, oddźwięk, wspomnienie, wstyd, zgryzotę. W mojem życiu przeszedłem wszystkie etapy męki: miałem duszę czystą, miałem i czarną, nie miałem wreszcie żadnej, gdyż nie czułem ani tęsknoty, ani radości... Ostatecznie wszystko się przekształca w coś innego... w coś, co powołało mię do życia dla innych. Szukałem drogi do takiego życia, lecz nie znajdowałem jej w miastach, w ośrodkach kulturalnych. Wysoka sfera, z której pochodzę, wytwarzała szereg przeszkód dla moich nowych upodobań... Wstąpiłem do klasztoru, najsurowszego w całej Rosji; szybko swoją gorliwością i pokorą doszedłem do wysokich godności, lecz zrozumiałem, że klasztor nie da mi ukojenia. Wtedy nałożyłem na siebie włosiennicę i „werigi“ i jeździłem z miejsca na miejsce, szukając pola dla swego popędu do służenia bliźnim. Zabrnąłem na Sachalin. Zobaczyłem tę otchłań męki niewysłowionej, to piekło, gdzie płoną ciała i dusze żywych ludzi; zrozumiałem, że łatwo na tem tle uczynić dowolny rysunek. Zacząłem pracować w tym kierunku, lecz poglądy władz uniemożliwiły moje zadanie. Porzuciłem więzienia i osady wygnańców i przeniosłem się tu, na północ, gdzie krzewiłem chrześcijaństwo śród tubylców i gdzie walczyłem długo z przywożoną tu przez Rosjan i cudzoziemców zarazą pijaństwa, rozpusty i hazardu, lecząc ciała i dusze.
Westchnął głęboko i głosem cichym dodał:
— Mówię, jakbym się chwalił... Ale to nie jest przechwałka. Mówię, jak na spowiedzi, gdyż dochodzę już do kresu swego życia. Czuję to wyraźnie. Powiem więcej: myślę, że teraz powróciłem z ostatniej podróży na morzu, które tak dawno widzi mię pośród swych fal.
Starałem się przeczyć, ale widząc, że to nie wywiera żadnego skutku, spytałem:
— Jakie podróże odbywacie, ojcze, po morzu?
Odpowiedział odrazu głosem bardzo ożywionym, z czego wywnioskowałem, iż to go bardzo obchodzi.
— Siedząc tu, na samym brzegu, przy końcu cieśniny Tatarskiej, często widziałem łodzie rybaków i zbiegów z Sachalinu, unoszone przez fale i wichry na otwarte morze, gdzie je niezawodnie czekała zguba.
Obowiązkiem chrześcijańskim jest ratowanie tonących, a nawet, jak mi opowiadano, sygnałem tonącego okrętu, wołającego o pomoc tajemniczym, niemym głosem telegrafu bez drutu, są trzy litery S. O. S., co znaczy „Sawe our souls“. Więc zacząłem ratować te „dusze tonące“. Wybudowałem z pomocą dwóch swych starych przyjaciół, Ajnosów — chrześcijan, dobrą łódź i z nimi wypływam podczas każdej burzy na pomoc ginącym. Na tym piaszczystym przylądku, gdzie uwiązujemy naszą łódź, palę po nocach latarnię morską dla zbłąkanych.
Mówiąc to, zcicha się zaśmiał i wskazał mi przez okno wysoki maszt z wiszącą na nim latarnią.
— Palimy w lampie tran, a gdy szaleje burza, zapalamy wielkie ognisko, do którego wrzucamy kir, aby żaden wicher i ulewa nie mogły zagasić ognia. Moi Ajnosi są bardzo wprawnymi i śmiałymi żeglarzami, zaraz ich panu pokażę.
Klasnął w dłonie. Weszli starsi Ajnosi, przybrani w skórzane kurty, spodnie i w długie, uwiązane do pasa buty. Mieli twarze straszliwe, gdyż byli bez nosów, powiek i warg i szczerzyli duże, żółte zęby kościotrupów! Nie wątpiłem co do rodzaju choroby, która w tak straszny sposób zeszpeciła te twarze spokojnych, wiernych Ajnosów.
— Trąd? — spytałem.
— Tak! — odparł mnich. — Ale bardzo powoli się rozwija, gdyż ci ludzie chorują nań przeszło trzydzieści lat. Jestem przekonany, że trąd jest zupełnie niezaraźliwy, gdyż obcuję z nimi tak dawno; obcują też z nimi moi przyjaciele, którzy co roku zjeżdżają tu odwiedzić mnie, starego, a nikt z nas nigdy się nie zaraził, chociaż wcale nie unikamy obcowania z nimi!
— Pewno wielu ludzi zawdzięcza wam, Ojcze, ratunek? — pytałem.
— Przez czterdzieści lat nazbierało się tego dosyć, zwłaszcza dlatego, że nietylko oczekujemy, aż kogoś fale tu przyniosą, lecz sami płyniemy na południe i krążymy w północnej części cieśniny, ratując ginących. Znają nas na tych wodach dobrze! Kiedyś był tu, panie, jakiś poeta, który opisał mię pod nazwą „Latającego mnicha“. Ratuję zbiegów i władze mi w tem nie przeszkadzają...! Dlaczego — nie wiem!... Co do mnie, jestem przekonany, że taki zbieg wcześniej, czy później zginie lub dostanie się znowu do więzienia; wiem, że dla niego byłoby lepiej utonąć, lecz myślę, że, skoro buntuje się i ucieka, znaczy to, że nie przeszedł jeszcze całej męki, która dałaby mu rezygnację. Ratując go, chcę mu dać możność przejścia wszystkich tortur duchowych i wybawienia swej duszy z czarnego mroku, który ją opanował.
— Nie na radość i szczęście ratuję ginących zbiegów, lecz na nowe męki i tęsknotę!...
— Czy aresztant, zamierzając przebyć cieśninę, wie o waszem istnieniu?
— O tak! O tem głośno wszędzie w katordze; że zaś aresztanci są bardzo zabobonni i przesądni, więc, wybierając się na tę trudną wyprawę, robią z miękiego chleba, zmięszanego z proszkiem węgla, figurki małych czarnych mnichów i noszą je, jak talizmany, aby w razie ciężkiej przygody na morzu spotkać moją łódź! — mówił starzec z cichym śmiechem.
Była późna noc i niebo już zbielało przed świtem, gdyśmy skończyli pogadankę. „Czarny Mnich“ z brzękiem swych łańcuchów podniósł się z tapczanu i pożegnał mię krótkiem błogosławieństwem. Wyszedł do sąsiedniej izby, która była jego celą i długo jeszcze słyszałem dzwonienie żelaza i głuche uderzenia kolan o podłogę, gdyż mnich gorliwie modlił się do świtu.
Dochodziła zaledwie godzina szósta, gdy wstałem i wyszedłem z domu. Mnich był już na nogach i rozmawiał z moim przewodnikiem, dając mu jakieś rady i wskazówki.
— Wcześnie wstaliście — zauważyłem — nie znacie spoczynku!
— Stare ciało nie potrzebuje długiego snu — odpowiedział wesoło. — Tem bardziej, że wkrótce zasnę na zawsze...
W parę godzin później pożegnałem „Czarnego Mnicha“ przy krzyżu, do którego mię odprowadził. Długo stał, jak wysoki posąg czarny, z ręką wzniesiona do błogosławieństwa. I znowu odczułem pogodny majestat tej tajemniczej duszy, która za popełnioną, jej tylko znaną zbrodnię, przeszła ogniste męki sumienia i wspomnień, stopiwszy się nareszcie z wieczystym pokojem w jedną wspaniałą całość, czystą, jak kryształ, hartowną, jak stal, i wrażliwą, jak powierzchnia bezbrzeżnego morza.
W Due czekał już na mnie „Aleut“. Kapitan okrętu oznajmił mi, że musi przepłynąć cieśninę Tatarską i dotrzeć do przylądka Marji, ponieważ dostał rozkaz od jednego z wielkich książąt dostarczenia listów „Czarnemu Mnichowi“.
Zaproponował mi, bym oczekiwał powrotu „Aleuta“ w Due, lecz ja wolałem odbyć podróż cieśniną.
Po dwóch dniach późną nocą rzucono kotwicę w piaszczyste dno o dwa kilometry od przylądka.
— Dziwna rzecz! — zauważył kapitan. — Dziś morze dość burzliwe i mnich zawsze w takich razach zapala swą latarnię. Nie widziałem jednak ognia. Może jest na morzu, ale przecież nie spotkaliśmy go w cieśninie?... Coby to mogło znaczyć?
Tej nocy nie mogliśmy spuścić łodzi i wylądować.
Nazajutrz bardzo wcześnie byliśmy już w siedzibie Mnicha.
Nikt nas nie spotkał. Weszliśmy do domu. Wszystko tu pozostawało po dawnemu.
Otworzyliśmy drzwi od celi starca i mimowoli umilkliśmy.
Przed wysokim pulpitem z Biblją, pokrytym czarną aksamitną serwetą, z wyszytemi na niej srebrnemi krzyżami, w pozie skulonej leżał stary mnich. Widocznie śmierć go zaskoczyła w chwili, gdy, modląc się, ukląkł i czołem dotykał ziemi. Miał kaptur nasunięty na twarz, a kościste, już skrzepłe, palce mocno trzymały paciorki różańca.
Rozejrzeliśmy się po pokoju. Nic nie było tknięte, żaden sprzęt nie był ruszony z miejsca. Tylko na małym stoliczku przy oknie leżała biała zapieczętowana koperta z napisem:
— Położyć do mogiły razem z mojemi zwłokami...
Przez cienki papier koperty przeświecał portret kobiety w strojnej białej sukni ślubnej, z welonem na czarnych włosach. Na odwrotnej stronie portretu majaczyły ledwie dostrzegalne, już wypłowiałe, nieczytelne słowa jakiegoś napisu, uczynionego drobnym charakterem. Obok leżała ćwiartka żółtego papieru z takiemi słowami:
— Już odchodzę, uspokojony i pogodzony. Niech będą zbawieni tonący w morzu życia, błogosławię ich w Imię Boże!
Pogrzebaliśmy Czarnego Mnicha u stóp krzyża, wzniesionego przezeń i odpłynęliśmy...
Porzucając na zawsze ten kraj męki i tęsknoty, tę przeklętą wyspę, nad którą płynęła hańbiąca melodja kajdan, we wspomnieniach swoich przechowałem widma trzech tak niepodobnych do siebie męczenników.
Widzę tragiczną twarz i nie mrugające, trwożnie baczne oczy żony i matki mścicielki, którą spotkałem po raz ostatni w ponurej Pogibi; przypominam pełne nienawiści słowa Andrzeja Bołotowa, co ścigał morderców swego syna i sędziwe, majestatycznie mądre oblicze pogodzonego z życiem, tajemniczego Czarnego Mnicha.
A nad nimi, jak najszczytniejsze hasło ludzkości, miotającej się w walce życia, prosty krzyż z przylądku Marji i jeszcze prostszy napis.
„Chwała na wysokości Bogu, a pokój ludziom na ziemi i na morzu życia“...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.