W świątyni (Lagerlöf, tłum. Markowska, 1905)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł W świątyni
Pochodzenie Legendy o Chrystusie
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1905
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Markowska
Tytuł orygin. I templet
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
W świątyni.

Dawno już temu, bardzo dawno, dwoje biedaków — mąż i niewiasta — a z nimi synaczek ich mały, chodziło po wielkiej świątyni w Jeruzalem. Synaczek ów był dziwnie pięknem chłopięciem. Jedwabiste włosy spływały mu w bujnych pierścieniach na ramiona, a oczy jaśniały niby gwiazdy.
A nie postał on jeszcze w świątyni, odkąd był zaczął pojmować i rozumieć to, na co patrzył; oprowadzali go więc teraz rodzice, pokazując mu wszystkie cuda i wspaniałości. Widział tedy długie szeregi kolumn, i ołtarze złociste, i świętych mężów, co w kole uczniów siedzieli, rozjaśniając umysły ich mądrością własną; widział arcykapłana z iskrzącemi klejnotami na piersi, i zasłony z Babilonu, w złote róże tkane, i potężną bramę spiżową, której ciężar był tak wielki, że ledwie trzydziestu mężów z wielkim trudem zdołało ją w ruch wprowadzić.
Aliści chłopię owo, które wówczas dopiero dwanaście lat liczyło, niewiele zwracało uwagi na to wszystko. Mówiła mu matka, że to, co ogląda teraz, najgodniejszem jest widzenia na świecie. Powiadała mu też, że wiele wody upłynie, nim oczy jego znów wspaniałość taką oglądać będą mogły. Bowiem w ubogim Nazarecie, gdzie mieszkali, nie było nic, krom szarych smutnych uliczek.
Niewiele przecież miały posłuchu owe słowa matczyne. Zdawało się, że chłopię chętnie uciekłoby z murów świątyni, byle mu tylko miast oglądania ich pozwolono igrać śród ciasnych uliczek Nazaretu.
Najdziwniejszem przecież było to, że im bardziej obojętniało chłopię, tem większa była radość i zadowolenie rodziców. Dawali sobie znaki porozumienia nad jego główką i pełni byli uciechy.
Aż zmęczył się i wyczerpał chłopczyna, a matka pożałowała go i rzekła:
— Zadługo chodziliśmy z tobą. Pójdź, odpoczniemy.
Usiadła tedy u podnóża kolumny, mówiąc chłopięciu, by siadło na ziemi i głowę na jej kolanach złożyło. A dziecię wnet usnęło.
Ledwie przecież sen zamknął mu powieki, gdy niewiasta rzekła do męża:
— Niczego nie obawiałam się tak, jak godziny, w której w świątyni jerozolimskiej stanie. Mniemałam, że gdy ów dom Boży ujrzy, nazawsze w nim pozostać zechce.
— I mnie podróż ta napełniała lękiem — odparł mąż. — Różne bowiem okazywały się znaki czasu jego narodzin, wieszcząc, że stanie się potężnym władzcą. Aliści, cóż mogłoby mu dać dostojeństwo królewskie, krom trosk i niebezpieczeństw? Powiadałem zawsze, że najlepiej byłoby i dla niego i dla nas, gdyby został cieślą w Nazaret.
— Odkąd pięć lat ukończył — mówiła matka zamyślona, — nie ukazały się żadne znaki. A i on sam nic już nie pamięta z tego, co się za najmłodszych lat jego stało. I jest on teraz dzieckiem śród dzieci, takiem samem, jako i każde z nich. Wola Boża niech się dzieje, ale zaprawdę, budzi się we mnie nadzieja, że Bóg innego do owych wielkich losów przeznaczył, a mnie syna mego ostawi.
— Ja zaś pewnym jestem odpart mąż, — że wszystko będzie dobrze, byle tylko nie dowiedział się nic o cudach i znakach, które działy się w pierwszych leciech jego życia.
— Nie mówię z nim nigdy o tem — ciągnęła dalej niewiasta. — Aliści boję się, że i bez mego udziału stanie się coś, co mu powie, kim jest. Najwięcej zaś lękałam się zaprowadzić go tu, do świątyni.
— Bądźże tedy dobrej myśli, bo niebezpieczeństwo minęło — odpowiedział mąż. — Maluczko, a będzie znów z nami w Nazaret.
— Lękałam się wielce uczonych w piśmie w świątyni — mówiła niewiasta. — Lękałam się wieszczków, którzy tu na matach siedzą. Mniemałam, że gdy dziecię ukaże się między nimi, z miejsc swoich powstaną i oddadzą mu pokłon, jako królowi judzkiemu. I dziwne to zaiste, że jego dostojność ich nie uderzyła, bowiem takie dziecię nigdy jeszcze nie ukazało się ich oczom.
Zamilkła i długą chwilę poglądała na śpiące chłopię.
— Nie mogę tego pojąć — rzekła znowu. — Mniemałam, że gdy oczy jego ujrzą tych sędziów, co w świątyni siedzą i waśnie ludu godzą, tych nauczycieli, którzy do uczniów swoich przemawiają, tych kapłanów, którzy Panu służą tedy zbudzi się w nim coś i zawoła:
— Tu oto, śród tych sędziów, nauczycieli i kapłanów miejsce moje!
— A i cóżby to było za szczęście, przebywać tu w zamknięciu, śród tego lasu kolumn? — odezwał się mąż. — Toć lepiej dlań swobodnie wędrować po wzgórzach i pagórkach dokoła Nazaretu.
Matka westchnęła.
— Taki przecież szczęśliwy tam u nas w domu. Ileż to mu radości sprawia, gdy stadom owiec w ich samotnych wędrówkach towarzyszyć może, albo śród pól chodząc, na pracę rolników pogląda! Nie mogę uwierzyć, byśmy źle czynili, starając się zatrzymać go w domu.
— Oszczędzamy mu jeno największych cierpień — odparł mąż.
I trwali tak na rozmowie, aż dziecię obudziło się ze snu.
— Widzisz — mówiła matka — odpocząłeś, prawda? Wstawajże teraz, bo oto wieczór się zbliża i pora nam do obozowiska.
Znajdowali się właśnie w najbardziej oddalonej części świątyni, gdy trzeba było pomyśleć o powrocie.
Po kilku chwilach weszli pod stare sklepienie, istniejące pono od tych czasów, gdy po raz pierwszy na tem miejscu świątynię zbudowano. Oparty o jednę ze ścian, stał tam, niby kolumna, róg spiżowy, niesłychanie długi i ciężki, a przecież na to przeznaczony, by go do ust podnosić i dąć weń. Stał zapomniany, krzywy, wewnątrz i zewnątrz, pajęczyną i kurzem pokryty, otoczony ledwie widzialnym splotem staroświeckich liter. Bodaj że tysiąc lat minęło od chwili, gdy ktoś chciał zeń dźwięk jaki wydobyć.
Aliści, gdy chłopię ujrzało ów róg olbrzymi, stanęło zdumione wielce.
— Co to? — wyrwało mu się z ust.
— Jestto ów wielki róg, zwany Głosem Pana Światów — odpowiedziała matka. — W niego to dął Mojżesz, by zwołać dzieci Izraela, gdy się w pustyni rozproszyły. Po nim zaś nikt już nie zdołał wydobyć zeń ani jednego tonu. Ktoby zaś to potrafił, ten zapanuje nad wszystkiemi ludami świata.
I uśmiechnęła się, miała bowiem za báśń dawną to, o czem mówiła; aliści chłopię stało przy rogu owym tak długo, aż wołać nań musiała. Bowiem ze wszystkiego, co oglądał w świątyni, róg ów pierwszy był rzeczą, która mu się podobała. I chętnie byłby został przy nim, oglądał długo i dokładnie.
Poszli tedy dalej, a po chwili znaleźli się na jednym z obszernych dziedzińców świątyni. Ujrzeli tu w głębokościach góry przepaść, tak bezdenną i wielką, jaka od najdawniejszych czasów istniała. Gdy król Salomon świątynię wznosił, nie kazał przepaści tej zasypywać, ani pozwolił, by most przez nią przerzucić, ani też nie dał ogrodzić zawrotnej otchłani. Miast tego połączyła oba brzegi głownia stalowa, na kilka łokci długa, lśniąca, ostra i ostrzem ku górze zwrócona. Przeszła nieskończona mnogość lat i zmian przeróżnych, a głownia wciąż jeszcze wisiała nad przepaścią. Ale teraz rdza pokryła ja prawie zupełnie, końce jej straciły dawne pewne umocowanie, kołysała się też i drżała, gdy ktoś cięższym krokiem przez podwórzec przechodził.
Gdy matka prowadziła chłopca bocznem przejściem obok przepaści, ten zapytał:
— I cóż to jest za most?
— Przerzucił go król Salomon — odpowiedziała matka — my zaś nazywamy go Mostem do Raju. Jeśli bowiem zdołasz przejść nad otchłanią po owynm drżącym moście, którego ostrze cieńsze jest niż promień słoneczny, tedy możesz być pewien, że się do raju dostaniesz.
Uśmiechnęła się znowu i śpieszyła dalej, chłopiec zaś stanął i długo poglądał na ów most wązki, aż matka wołać go musiała.
Posłuchał jej, ale westchnął głęboko, bowiem tych dwóch najcudowniejszych rzeczy nie pokazała mu wcześniej, gdy miał dość czasu, by je dokładnie obejrzeć.
Szli już teraz śpiesznie, nie zatrzymując się, aż stanęli u wejścia w wielkim portyku o pięciu rzędach kolumn. Były tu w jednym. rogu dwie kolumny z czarnego marmuru, na jednej podstawie, tak do siebie zbliżone, że z trudem możnaby ledwie słomkę między niemi przeciągnąć. Stały wysokie i pełne majestatu, dźwigając bogate kapitele, otoczone łańcuchem szczególniejszych głów zwierzęcych. Aliści na pięknych tych kolumnach nie było ani jednego miejsca bez skaz i pęknięć, uszkodzone były i zużyte bardziej, niż wszystko inne w świątyni. Nawet podłoga dokoła nich starta była i wydeptana przez liczne kroki.
I znów zatrzymało chłopię matkę, pytając:
— Co znaczą te kolumny?
— Kolumny te rodzic nasz Abraham z dalekiej Chaldei do Palestyny sprowadził, a zwał je Wrotami Sprawiedliwości. Bowiem kto się między niemi przeciśnie, ten jest sprawiedliwy przed Panem i nigdy nie popełnił grzechu.
A dziecię stanęło i wpatrzyło się w kolumny.
— Nie będziesz chyba próbował, by się między niemi przecisnąć? — zapytała matka ze śmiechem. — Widzisz, jak dokoła wydeptały podłogę stopy tych, którzy próbowali przedostać się przez ciasną szczelinę, — wierz mi, nie udało się to nikomu. Śpiesz się, słyszę już łoskot spiżowej bramy, którą trzydziestu sług świątyni wysiłkiem swych ramion porusza.
Noc całą spędziło chłopię małe w namiocie bezsennie, myśląc wciąż o Wrotach sprawiedliwości, o Moście do Raju i Głosie Pana Światów. Nigdy bowiem jeszcze nie słyszał o tak zdumiewających rzeczach. I na chwilę jedną nie mógł się od nich oderwać.
Dzień się zbudził, a w nim żadna nie zaszła zmiana. Nie mógł myśleć o czem innem. Rankiem dnia tego mieli do domu powracać.
Rodzice wiele mieli do roboty: musieli zwinąć namiot, objuczyć wielkiego wielbłąda i wszystko uporządkować. Mieli też jechać nie sami, ale w gronie licznych krewnych i sąsiadów. Że zaś tyle ludzi razem wyruszyć miało, więc też pakowanie i juczenie odbywało się bardzo wolno.
Malec nie pomagał w robocie. Dokoła niego zamęt był i krzątanina, on zaś siedział cichutko, rozmyślając o owych trzech cudownych rzeczach.
Nagle przyszło mu do głowy, że dość ma czasu, by do świątyni pobiedz i przyjrzeć im się raz jeszcze. Dokoła tyle jeszcze juków czekało. Zdąży powrócić, nim w drogę ruszą.
Pobiegł więc śpiesznie, nie mówiąc nikomu, dokąd się udaje. Nie sądził, by to potrzebnem było: miał przecież zaraz wrócić.
Wkrótce stanął u progów świątyni i wszedł do przedsionka, gdzie wznosiły się dwie czarne bliźniacze kolumny.
Ledwie na nie spojrzał, a już głęboka radość rozpaliła mu się w oczach. Usiadł u ich podnóża i wciąż na nie poglądał. Gdy zaś przypominał sobie, że kto się między temi kolumnami przecisnąć zdoła, ten jest sprawiedliwy przed Panem i nigdy nie zgrzeszył, — myślał, że oto nigdy jeszcze nie widział nic równie cudownego.
Myślał też, jak wielkiem byłoby szczęściem módz przecisnąć się między niemi; kolumny przecież stały tak blizko siebie, że nawet próba wszelka była zupełnem niepodobieństwem. Z godzinę może przetrwał tak bez ruchu u podnóża kolumn, ale nie wiedział o tem wcale. Zdało mu się, że ledwie chwil kilka na nie pogląda.
Aliści stało się, że w owym wspaniałym przedsionku, w którym usiadł chłopczyna, zebrali się sędziowie Wielkiej Rady, by rozstrzygnąć i sądzić sprawy i spory ludu. W przedsionku pełno było ludzi, uskarżających się to na przesunięcie kopców granicznych, to na kradzież podstępną owiec, które fałszywemi znakami później cechowano, to na dłużników, którzy długów płacić nie chcieli.
Zjawił się też między innymi bogaty człek, odziany w długie purpurowe szaty, a wiódł on przed sędziów biedną wdowę, która mu jakoby kilka syklów srebra winną była. Biedna wdowa lamentowała głośno, mówiąc, że bogacz krzywdę jej wielką czyni. Zapłaciła mu ona już raz dług swój, on zaś zmusić ją chce teraz, by zrobiła to po raz drugi, lecz tego ona nie zdoła uczynić. Biedna bowiem jest bardzo i jeśli sędziowie skażą ją na oddanie pieniędzy, będzie musiała córki swoje zaprzedać w niewolę bogaczowi.
A ten z sędziów, który najwyższe miejsce zasiadał, zwrócił się do bogacza i rzekł:
— Zali możesz przysięgnąć na to, że owa biedna niewiasta nie wypłaciła ci długu?
Bogacz zaś odpowiedział:
— Panie, jestem bogatym człowiekiem. I pocóż miałbym się trudzić a domagać pieniędzy mych od tej biednej wdowy, gdybym prawa nie miał do tego? Przysięgam, jako prawdą jest, że nie przejdzie nikt przez Wrota Sprawiedliwości, tak prawdą jest, że winna mi niewiasta owa pieniądze, których od niej żądam.
A gdy sędziowie usłyszeli tę przysięgę, uwierzyli słowom jego i wydali na biedną wdowę wyrok, by córki swoje bogaczowi jako niewolnice oddała.
Mały chłopczyna siedział bardzo blizko i wszystko słyszał. Wnet też pomyślał:
— Jakżeby dobrze było, gdyby ktoś zdołał przecisnąć się przez Wrota Sprawiedliwości! Bogacz ów z pewnością nie mówił prawdy. Jakże mi żal starej niewiasty, która córki swoje w niewole oddać musi.
Wskoczył na podstawę, z której wyrastały obie kolumny, i spojrzał w szczelinę.
— Gdybyż to takiem niepodobieństwem nie było! — pomyślał.
Smucił się zaś tak bardzo, jedynie ze, względu na nieszczęsną niewiastę. I nie myślał o tem wcale, że ten, co zdołałby się przecisnąć przez owe Wrota, byłby sprawiedliwym i wolnym od wszelkiego grzechu. Pragnął przecisnąć się przez szczelinę, by dopomódz biednej niewieście.
Wparł ramiona w zagłębienie między kolumnami, jakby chciał sobie gwałtem drogę uczynić.
A w tejże chwili, wszyscy ludzie, znajdujący się w przedsionku, spojrzeli ku Wrotom Sprawiedliwości. Bowiem głuchy grzmot rozległ się pod sklepieniami, wstrząsnęły się stare kolumny i odchyliły się — jedna na prawo, druga na lewo zostawiając tyle wolnego miejsca, że smukłe ciało dziecięcia mogło się przesunąć między niemi.
I wielki podziw, i wielkie zdumienie ogarnęło wszystkich. Milczeli, nikt słowa nie zdołał przemówić. Stali wszyscy bez ruchu z okiem utkwionem w chłopczynę, który tak wielkiego cudu dokonał. Najstarszy z pomiędzy sędziów pierwszy przyszedł do siebie. Zaczął wnet wołać, by pojmano bogatego kupca i stawiono go przed sądem. A gdy się to stało, wydano wyrok, by całe mienie bogacza dostało się biednej wdowie, bowiem popełnił on krzywoprzysięztwo w świątyni.
Potem zaś sędzia począł dopytywać o chłopca, który przeszedł przez Wrota Sprawiedliwości Skoro jednak ludzie obejrzeli się za nim, znikł on już bez śladu. Bowiem tejże chwili, gdy rozstąpiły się kolumny, zdało mu się, że się ze snu głębokiego obudził i wnet przypomniał sobie rodziców i podróż do domu.
— Śpieszno mi teraz wracać trzeba pomyślał by rodzice nie czekali na mnie.
Nic przecież nie wiedział o tem, że godzinę całą strawił u Wrót Sprawiedliwości. Zdało mu się, że ledwie chwil parę tam spędził, mniemał więc, że dość ma jeszcze czasu, by spojrzeć na Most do Raju, zanim opuści świątynię.
Lekką stopą przemknął się między tłumem ludu i stanął przy Moście do Raju, który znajdował się w innej zupełnie części olbrzymiej świątyni.
Spojrzał na ostrą głownię stalową, łączącą brzegi przepaści, i pomyślał o tem, że ten, co zdołałby przejść po owym moście, miałby pewność, że się do raju dostanie. A wtedy zdało mu się, że oto jest przed nim najbardziej zdumiewająca rzecz, jaką kiedykolwiek oglądał. Siadł tedy na kraju przepaści, by się dobrze przyjrzeć głowni.
Siedział w milczeniu i rozmyślał, jak wielkiem szczęściem musi być pobyt w raju i jak bardzo pragnąłby przejść po tym moście. Ale widział zarazem, że nawet wszelka próba jest zupełnem niepodobieństwem.
Minęły dwie godziny, a on rozmyślał wciąż i ani wiedział, że już tyle czasu przeszło. Nie ruszał się z miejsca i dumał o raju.
Na tym zaś samym podwórcu, gdzie znajdowała się przepaść, stał wielki ołtarz ofiarny. Otaczali go kapłani w białych szatach, strzegli ognia na ołtarzu i przyjmowali ofiary. Wiele też było na podwórcu ludzi, którzy z ofiarami przybyli, dokoła zaś tłoczyła się ciżba tych, co się jeno przyglądali obrzędom świętym.
Wtem między tłumem ukazał się biedny stary człek. Niósł on jagnię chude bardzo i male, a na domiar złego pokąsane przez psa, tak, że wielka rana krwawiła się na boku zwierzęcia.
Człek z jagnięciem przystąpił do kapłanów i prosił, by mu pozwolili ofiarować je, ale ci nie chcieli się zgodzić. Powiadali, że nie mogą złożyć Panu tak nędznego daru. Starzec błagał o litość, mówiąc, że oto syn jego leży śmiertelnie chory, on zaś nie posiada nic innego, coby mógł złożyć Panu w ofierze z modłami o zdrowie syna.
— Musicie mi pozwolić, bym ofiarował to jagnię — powiedział — inaczej bowiem błagania mego nie usłyszy Pan i syn mój umrze.
— Wierz, że lituję się wielce nad tobą — rzekł kapłan — ale prawo zakazuje nam surowo składania ofiar ze zwierząt poranionych. Spełnienie twojej prośby jest tak samo niemożliwem, jak niemożliwem jest przejść po Moście do Raju.
Mały chłopczyna siedział tak blizko, że słyszał całą rozmowę. I wnet pomyślał, jaka wielka szkoda, że nikt nie zdoła przejść przez ów most. A może przecież wyzdrowiałby syn biedaka, gdyby mu pozwolono ofiarować jagnię.
Stary człek w smutku wielkim opuszczał podwórzec, chłopczyna zaś powstał z miejsca, zbliżył się do chwiejnego mostu i postawił na nim nogę.
Myślał zaś o przejściu nie dlatego wcale, by się upewnić, że go raj czeka. Zajęty był jedynie biedakiem, któremu ze wszystkich sił pragnął dopomódz.
Ale wnet cofnął nogę i pomyślał:
— Niepodobna. Most już tak stary i zjedzony przez rdzę, że nie zdoła mię utrzymać.
I znów myśli jego pobiegły za starcem, którego syn ze śmiercią walczył. Znów postawił nogę na głowni.
I wraz uczuł, że przestała drżeć, że jest dla nogi oparciem pewnem i szerokiem.
A gdy pierwszy krok na niej uczynił, zdało mu się, że powietrze dokoła podtrzymuje go i że spaść nie może. Niosło go ono tak, jakoby ptakiem był i na skrzydłach się ważył.
Dziecię szło, a wyprężona głownia wydała dźwięk drżący i dziwnie piękny, aż słysząc go, odwrócił się jeden z tych, którzy na podwórcu stali. I wnet wyrwał mu się z ust okrzyk głośny, aż obejrzeli się wszyscy na jego wolanie i oczy ich padły na chłopczynę, który szedł po głowni stalowej.
Zdumienie i podziw przykuły wszystkich do miejsca. Pierwsi opamiętali się kapłani. Posłali wnet sługę, by przy prowadził biednego człeka, a skoro ten się ukazał, rzekli doń:
— Pan uczynił cud, by nam ukazać, że chce przyjąć dar twój. Daj jagnię, ofiarujemy je.
A gdy skończyła się ofiara, pytać zaczęli o chłopczynę, który przeszedł ponad przepaścią. Aliści mimo szukania, już go znaleźć nie mogli.
Bowiem wtedy właśnie, gdy chłopiec na drugim brzegu stanął, przypomnieli mu się rodzice i podróż do domu. Nie wiedział on, że minął już ranek, a za nim przeszło południe i myślał:
— Teraz trzeba mi śpiesznie wracać do obozowiska, by nie czekali na mnie. Zdążę przecież jeszcze rzucić okiem na Głos Pana Światów.
Przesunął się tedy między ciżbą i lekką stopą zdążał do ginącej w mroku kolumnady, gdzie stał oparty o ścianę róg spiżowy.
A kiedy spojrzał nań i przypomniał sobie, że ten, kto w niego zadąć potrafi, nad wszystkiemi ludy świata zapanować może, zdało mu się, że nigdy jeszcze nic równie godnego uwagi nie oglądał. Siadł tedy obok rogu i oczu zeń nie spuszczał.
Myślał, jak wielką i potężną rzeczą jest zdobyć sobie wszystkich ludzi na ziemi; myślał, jak gorąco pragnie tego, by zadąć w róg odwieczny. Widział przecież dobrze, że jestto zupełnem niepodobieństwem i nie ośmielał się na żadne próby.
Mijały godziny, on zaś zupełnie nie wiedział, że czas upływa. Rozmyślał jeno wciąż nad tem, co może uczuwać człowiek, gdy pod władzą swoją połączy wszystkich ludzi na ziemi.
Aliści stało się, że w owym chłodnym krużganku siedział mąż święty i nauczał uczniów swoich. I oto obrócił się ku jednemu z młodzieńców, którzy u nóg jego siedzieli, i nazwał go oszustem. Duch boży odkrył mu oto, mówił maż święty, że młodzian ów jest cudzoziemcem, a nie izraelitą. Teraz więc pyta go mędrzec, czemu pod fałszywem mianem wślizgnął się między uczniów jego.
A wtedy powstał obcy młodzieniec i rzekł, że oto przewędrował pustynie i morza przebył, byle usłyszeć głos mądrości prawdziwej i naukę o Bogu jedynym.
— Dusza moja usychała z tęsknoty — mówił do świętego męża. — Wiedziałem przecież, że nie zechcesz mię nauczać, jeśli nie powiem, że i ja synem Izraela jestem. Skłamałem ci tedy, by uciszyć tęsknotę moją. I błagam cię, pozwól mi pozostać!
Aliści mąż święty porwał się z miejsca i wyciągnął ramiona ku niebu.
Jako nie powstanie nikt z martwych i nie zadmie w róg, który Głosem Pana Światów nazywamy, tak i ty nie ostaniesz przy mnie. Ani wolno ci nawet przebywać w onem miejscu świątyni, bowiem poganinem jesteś. Uchodź, albo uczniowie moi rzucą się na ciebie i rozerwą na sztuki; obecność twoja kala świątynie!
Aliści młodzian nie poruszył się wcale i rzekł:
— Nie odejdę stąd, bowiem nigdzie nie znajdzie pokarmu dusza moja. Raczej umrę tu przy nogach twoich!
Ledwie skończył, a już uczniowie świętego męża porwali się z miejsc, by go odpędzić. Gdy zaś chciał się bronić, obalili go na ziemię — chwila jeszcze, a ugodzi weń cios ostateczny.
Zaś mały chłopczyna siedział tak blizko, że widział i słyszał wszystko, pomyślał też:
— Oto zaprawdę wielka srogość. Jakżebym pragnął zadąć w róg spiżowy! Spełniłoby się wtedy życzenie cudzoziemca.
Powstał i dłoń swoją położył na rogu. A w chwili tej nie żądał go do ust podnieść dlatego, że ten, któryby to uczynić zdołał, stałby się władzcą potężnym. Myślał jedynie o tem, że uratować możnaby kogoś, czyje życie było w niebezpieczeństwie.
Oplótł mocno rączynami róg spiżowy i usiłował go dźwignąć.
I oto poczuł, że olbrzymi róg sam się podnosi ku jego ustom.
Odetchnął tylko, a już z rogu wydarł się ton mocny i dźwięczny i rozbrzmiał po całej świątyni.
Obrócili się wszyscy ku tej stronie i ujrzeli, że to chłopię małe stoi dzierżąc róg przy ustach, i dobywa z niego dźwięki, które wstrząsają lasem kolumn i potężnemi sklepieniami.
I wraz opadły pięści, grożące obcemu młodzieńcowi, a świętobliwy nauczyciel rzekł doń:
— Pójdź i usiądź na twem miejscu u nóg moich! Pan cud uczynił, bym poznał, że wolą jego jest, abyś poznał jego naukę.


∗             ∗

A gdy już dzień ku końcowi się chylił, mąż jakiś i niewiasta podążali śpiesznym krokiem do Jeruzalem. Trwoga i niepokój malowały się na ich obliczach, wołali też do każdego, kogo spotykali.
— Zgubiliśmy syna naszego. Mniemaliśmy, że jest z krewnymi i sąsiadami naszymi, a oto nikt z tych nie widział go. Zali nikt z was nie spotkał samotnego dziecięcia?
A wracający z Jeruzalem odpowiadali im:
— Nie, nie widzieliśmy syna waszego, jeno oglądaliśmy w świątyni cudną dziecinę. Było chłopię to jako anioł niebieski i przeszło przez Wrota Sprawiedliwości.
I chętnie byliby rozpowiadali dłużej, co i jak się stało, ale rodzice nie mieli czasu, by ich słuchać.
Uszli część drogi i znów napotkali powracających z miasta, powtórzyli im tedy swoje pytanie.
Ci przecież rozpowiadali tylko o dziecięciu, co jako zesłaniec niebios wyglądało i przeszło po Moście do Raju.
I wielką mieli chęć przystanąć na drodze, a prawić o tem do późnego wieczora, aliści mąż i niewiasta nie mieli czasu, by ich słuchać, i podążali śpiesznie do miasta.
Chodzili długo po ulicach, ale nigdzie nie było dziecięcia. Stanęli wreszcie przed świątynią.
A wtedy rzekła niewiasta:
— Jeżeli już tu jesteśmy, wnijdźmy, a zobaczymy, co to za dziecię, o którem mówią, że jest, jakoby z nieba zesłanem było!
Weszli tedy i pytali, gdzie mogą ujrzeć dziecię.
— Idźcie prosto, tam, gdzie święci mistrzowie z uczniami swymi siedzą. Ujrzycie tam dziecię. Starcy posadzili je między sobą, zadają mu pytania, a ono im pytania zadaje, a wszyscy je podziwiają. Zaś lud cały zgromadził się na dole, na podwórcu świątyni, by choć okiem rzucić na tego, który do ust swych zdołał podnieść Glos Pana Swiatów.
Mąż i niewiasta z trudem przecisnęli się przez tłum i ujrzeli, że dziecię, które pośród mędrców i nauczycieli siedzi, jest ich synem.
A skoro niewiasta poznała dziecię swoje, poczęła płakać.
Zaś chłopczyna, siedzący pośród uczonych w piśmie, usłyszał wraz, że ktoś płacze, i poznał, że to matka jego była. Powstał tedy i pośpieszył do niej, a rodzice wzięli go za ręce i wyszli razem ze świątyni.
Aliści matka nie przestawała płakać, aż dziecię zapytało:
— Czemu płaczesz? Wszak pośpieszyłem do ciebie, skoro tylko głos twój usłyszałem.
— Jakże nie mam płakać? — odparła. — Sądziłam, że jesteś straconym dla mnie.
Opuścili miasto, ciemność zawisła nad światem, a matka płakała wciąż.
— Czemu płaczesz? — zapytało dziecię. — Nie wiedziałem wcale, że dzień uplynął. Zdało mi się, że to jeszcze ranek, i pośpieszyłem do ciebie, skoro tylko głos twój usłyszałem.
— Jakże nie mam płakać? — odparła. — Oto szukałam cię dzień cały. Sadziłam, że jesteś straconym dla mnie.
Wędrowali noc całą, a matka płakała wciąż.
Gdy zaś świtać zaczęło, rzekło dziecię:
— Czemu płaczesz? Nie dążyłem do sławy. Bóg to pozwolił mi uczynić cud, bowiem chciał dopomódz owym trojgu. I przecież skoro tylko usłyszałem twój głos, pośpieszyłem do ciebie.
— Synu mój! — odrzekła matka. — Płaczę, bowiem straconym jesteś dla mnie. Nigdy już należeć do mnie nie będziesz... Bowiem od tej chwili dążeniem twego życia stanie się Sprawiedliwość, tęsknotą twoją — Raj, a wszystkich biednych i nieszczęśliwych na ziemi ogarnie twoja Miłość!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Maria Markowska.