Villette/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Vashti
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIII
VASHTI

Rozważać smutnie — napisałam? — Nie, na cały bieg mojego życia oddziaływać zaczął nowy czynnik, nie dający przystępu — na czas pewien przynajmniej — żadnym smutkom. Wyobraź sobie, czytelniku, ukryty w gąszczu leśnym zakątek; leży on tu w spowiciu mroku i mgły, porosły wilgotną, bladą murawą, do której nie dociera promyk światła i słońca. Nagle czyni burza, czy siekiera, wielki wyłom pośród dębów i innych wielkoludów leśnych; wiatr zyskuje dzięki temu swobodny dostęp, słońce dostaje się już z łatwością; smutny, wilgotny, porośnięty bladymi, wątłymi roślinkami, zakątek leśny nabiera bogatego połysku wskutek obficie krążących wśród roślinności soków życiodajnych; pełnia lata ozłaca go i rozbłękitnia świetnością dobroczynnego nieba, jakiego zamorzony, posępny zakątek nigdy dotychczas nie oglądał.
Życie tchnęło we mnie nową wiarę — wiarę w możliwość szczęścia.
Trzy tygodnie upłynęły od owego wydarzenia na poddaszu. W szkatułce na górze, w szufladzie mojego pulpitu, obok owego pierwszego listu spoczęły cztery inne jeszcze, kreślone męskim, energicznym charakterem pisma, zapieczętowane tą samą, mocno odciśniętą, pełną zapowiedzi cudotwórczych czerwoną woskową pieczęcią. W owym czasie ziszczały listy te dla mnie swoje zapowiedzi cudotwórcze; po upływie lat odczytałam listy ponownie: były to miłe, tchnące życzliwością i pełnią zadowolenia kartki, pisane przez człowieka zadowolonego ze siebie i ze świata; końcowe wiersze ostatnich dwóch były na wpół wesołe i tklitkliwe na poły, „muśnięte uczuciem, ale nie przepojone nim“. Czas, drogi czytelniku, osłabił je, nadając im charakter mile rzeźwiącego napoju; kiedy wszakże po raz pierwszy zakosztowałam eliksiru tego, świeżo zaczerpniętego z tak wielbionego źródła, wydawał mi się on nektarem boskiego winobrania: łykiem którym napoić mogła Hebe, a bogowie pochwalić ten dar.
Czy uważny czytelnik, pamiętający co było powiedziane o kilka stronnic wstecz, chciałby dowiedzieć się, jak odpisywałam na te listy? czy ulegając suchemu, powściągliwemu działaniu rozsądku, czy też pozwalając, aby ponosiło mnie niehamowane niczym uczucie?
Jeśli mam wyznać prawdę, podlegałam przy układaniu odpowiedzi obu wpływom równocześnie: służyłam obu panom, klękałam przed jednym i drugim ołtarzem. Pisałam dwie odpowiedzi — jedną dla ulżenia samej sobie, drugą dla odczytania jej przez Grahama.
Nade wszystko jednak uczucie i ja łącznie wyrzuciliśmy rozsądek za drzwi, zawarłszy za nim rygle i zasuwy, po czym oboje po społu rozpostarliśmy przed sobą arkusz papieru, zanurzyliśmy pióro w kałamarzu i z wielkim zadowoleniem przystąpiliśmy do dawania swobodnego, szczerego upustu wylewom serca. Kiedy uporaliśmy się z tym, zapełnliśmy dwa arkusiki językiem najgłębiej sięgającego uczucia, nigdy nie wygasającej, trwale zakorzenionej wdzięczności (raz na zawsze zastrzegam się jak najkategoryczniej przeciwko wszelkiemu, jakie mogłoby wkraść się, podejrzewaniu mnie o t. zw. „cieplejsze uczucia“. Kobiety nie zwykły żywić ich tam, gdzie od początku znajomości i po przez cały jej bieg nie mogły łudzić się co do tego, że podtrzymywanie podobnych uczuć byłoby niedorzecznością. Nikt nie puszcza się na rwące zmącone wody Miłości, o ile nie przyświeca mu gwiazda Nadziei. Nie, w listach moich dawałam jedynie wyraz serdecznemu, szczeremu uczuciu szacunku, przywiązania i wdzięczności). Cechą górującą mojego przywiązania była chęć i gotowość dźwignięcia na własne barki wszystkiego, co mogło zaważyć boleśnie na losach przedmiotu tego przywiązania, dążenie do możliwego odsunięcia wszelkich burz i ciosów, mogących zagrażać istnieniu, dokoła którego krążyły najtkliwsze moje myśli, moje najgłębsze troski. Takie momenty jedynie zdolne były rozewrzeć szeroko wrota mojego serca, znosząc wszelkie hamujące jego akcję zapory. Wówczas jednak wpadał trzymający ją na uwięzi Rozum, mściwy i potężny, wychwytywał z rąk moich zapisane kartki, odczytywał je, obsypywał szyderstwem, nakazując mi drzeć je i przepisywać na nowo w innej postaci, składać, pieczętować i wysyłać przeistoczone w duchu nieubłaganej trzeźwości, krótkie, jednostronicowe karteluszki.
Miał słuszność Rozum. Dobrze robił:
Nie żyłam samymi listami jedynie: odwiedzano mnie, dbano o mnie, zabierano do La Terrasse, okazywano mi wiele dobroci i starań. Dr. Bretton powtarzał mi przy tym, że roztacza nade mną taką opiekę, aby jak mówił: „trzymać zdala ode mnie mniszkę". Postanowił wydrzeć z jej rąk upatrzoną przez nią ofiarę. Zapewniał, że czuje do niej odrazę głównie z powodu białej płóciennej opaski na jej twarzy i zimnych, szarych jej oczu. Od chwili, kiedy dowiedział się ode mnie o tych odrażających cechach jej postaci, zniewalał go wstręt niepokonany do przeciwstawienia się jej, do wypróbowania kto okaże się zwycięzcą w tej walce; ona czy on. Pragnął z całej duszy, aby ukazała mi się raz jeszcze, ale w jego obecności. Do tego jednak nie pokwapiła się. Stosunek Grahama do mnie był stosunkiem lekarza i naukowca do pacjentki; pełniąc obowiązki swojego zawodu, czynił zarazem zadość popędom wrodzonej swojej dobroci, traktując mnie z prawdziwie serdeczną życzliwością i staranną uwagą.
Pewnego wieczora grudniowego, pierwszego dnia tego miesiąca, znajdowałam się zupełnie sama w carré. Była godzina szósta po południu; drzwi sal klasowych były pozamykane; zgromadzone w klasach uczennice zażywały swobody rekreacji wieczornej, czyniąc zwykły w takich momentach chaotyczny zgiełk i zamęt. W carré panowała zupełna ciemność z wyjątkiem czerwonej łuny dokoła żarzącego się w piecu ognia. Wielkie szyby okienne były zamarznięte; kryształowe iskierki świetlne, skrzące się wśród lodowego skucia, złociły tu i owdzie blade jego wzory. Niebo było rozgwieżdżone, noc jasna, choć bezksiężycowa. Fakt mojego odważenia się na pozostawanie samej pośród ciemności świadczył, że nerwy moje odzyskały dawną równowagę zdrowia. Myślałam o mniszce, nie obawiałam się jej jednak, mimo że klatka schodowa, majacząca w mroku poza mną, prowadziła poprzez zwartą, nieprzejrzaną noc czarną z piętra na piętro, wprost na nieszczęsne owo, nawiedzane przez zjawy, poddasze. Przyznaję jednak, że serce zabiło gwałtowniej w mojej piersi i krew krążyć zaczęła żywiej w moich żyłach, kiedy nagle usłyszałam poza sobą ciężki, przyśpieszony oddech i szybkie kroki, a, odwróciwszy się, dostrzegłam w ciemnym cieniu schodów jeszcze ciemniejszy cień — ruchomy zarys postaci schodzącej na dół. Postać ta zatrzymała się na chwilę przy drzwiach klasowych, poczym prześlizgnęła się bezszelestnie mimo mnie. Równocześnie rozległ się dźwięk dalekiego dzwonka przy drzwiach. Normalne odgłosy świata przywracają poczucie normalnego życia codziennego: zarysy były zbyt okrągłe, postać zbyt przysadzista, jak na smukłą mniszkę. Była to tylko Madame Beck, czyniąca zwykły swój obchód wieczorny.
Mademoiselle Lucy! — zawołała Rozyna, wpadając z korytarza z lampą w ręku. — On est là pour vous au salon[1].
Madame widziała mnie, a ja widziałam Madame, Rozyna widziała nas obie; nie było jednak wzajemnego rozpoznania. Skierowałam się wprost do salonu, gdzie zastałam tego, kogo, przyznaję, spodziewałam się zastać — doktora Brettona. Był w stroju wieczorowym.
— Powóz stoi przed domem. — Matka moja przysłała mnie, abym zabrał panią do teatru. Zamierzała sama pojechać, przeszkodziła jej wszakże niespodziewana wizyta. Zaproponowała mi od razu: — „Zabierz Lucy zamiast mnie“. Pojedzie pani?
— Teraz? W tej chwili? Nie jestem ubrana — zawołałam, spoglądając z wyrazem rozpaczy na moją ciemną merynosową suknię.
— Ma pani pół godziny na przebranie się. Powinienem był uprzedzić panią, postanowiłem jednak całe to pójście do teatru dopiero o piątej po południu, z chwilą, gdy dowiedziałem się, że czeka nas prawdziwa uczta dzięki występowi wielkiej artystki.
Mówiąc o wielkiej artystce, wymienił nazwisko, którego brzmienie przejmowało w owym czasie dreszczem zachwytu nie tylko mnie, ale i całą Europę również. Obecnie poszło ono już w zapomnienie; przebrzmiały echa grzmiących oklasków, jakimi ją przyjmowano; ona sama wycofała się ze sceny; mrok niepamięci zgęścił się dokoła rozgłośnego niegdyś a potem przebrzmiałego jej imienia, w owym czasie wszakże sława jej dosięgła szczytu, błyszczała pełnym jasnym blaskiem, rozbrzmiewała donośnie.
— Pojadę! Będę gotowa za dziesięć minut! — zawołałam zachwycona. Wybiegłam lotem strzały, i przyznać muszę, mój czytelniku, że ani na chwilę nie stropiła mnie myśl, która tobie może przyszła w tym momencie do głowy, że pójście dokądkolwiek z samym tylko Grahamem, bez pani Bretton, mogłoby być źle widziane. Nie mogłabym wcale powziąć, a tym bardziej wypowiedzieć wobec Grahama, podobnego skrupułu, bez obawy narażenia się na szyderczą odpowiedź, i, co ważniejsze, bez rozniecenia wewnętrznego ognia zawstydzenia tak nieugaszonego i tak pochłaniającego, że zdmuchnąłby on niebawem samo życie w moich żyłach. A zresztą, mojej matce chrzestnej, znającej tak dobrze swojego syna i znającej tak dobrze mnie, przyszłoby raczej na myśl danie przyzwoitki siostrze wybierającej się na jakieś zebranie z bratem rodzonym, aniżeli potrzeba trwożnego czuwania nad naszym wspólnym bywaniem gdziekolwiek.
Pójście do teatru nie wymagało szczególnie strojnej toalety; moja suknia z jasno popielatej krepy, barwy mgły, nada się jak najlepiej, pośpieszyłam też odszukać ją w szafach garderoby, gdzie wisiało nie mniej niż czterdzieści sukien. Okazało się jednak, że w międzyczasie porobiono w przepełnionych w istocie szafach zimowe porządki, przy czym część sukien, między innymi i moja także, została wyniesiona na poddasze, trzeba było więc znieść ją z niemiłego tego schowka. Wydostałam klucz i popędziłam na górę, nie doznając ani przez chwilę lęku, nie myśląc nieomal o niczym. Otworzyłam drzwi i zanurzyłam się od razu w mroczną głębinę poddasza. Czytelnik może wierzyć, albo nie — jak chce — kiedy jednak wpadłam tak nagle tutaj, nie było na poddaszu tak zupełnie ciemno, jak powinno byłoby być: z jednego kąta jaśniało światło, podobne do światła gwiazdy, jaśniejące jednak na szerszej przestrzeni. Oświetlało tak wyraźnie tę część poddasza, że odsłoniło głęboką alkowę wraz z częścią wypłowiałej, szkarłatnej firanki, jaka ją ochraniała. W tej samej chwili, bezszelestnie, w oczach moich znikło światło, i równocześnie znikła także alkowa wraz z osłaniającą ją firanką: cała ta część poddasza stała się czarna jak noc. Nie myślałam wcale o bliższym zbadaniu tej zagadki; nie miałam na to ani czasu, ani ochoty; porwawszy z kołka moją suknię, szczęśliwie wiszącą blisko wejścia, z konwulsyjnym pośpiechem wybiegłam, zatrzasnęłam drzwi i popędziłam na dół do sypialni.
Ręce moje dygotały jednak tak przeraźliwie, że nie byłam w stanie ubrać się: niepodobieństwem było dla mnie ani porządnie uczesać się, ani nawet pozapinać, jak należało, wszystkie guziki i haftki. Nie było innej rady, musiałam wezwać Rozynę i przekupić ją odpowiednim datkiem, aby mi dopomogła. Rozyna chętnie dawała przekupić się datkami, postarała się też zadowolnić mnie jak umiała najlepiej: rozczesała moje włosy i zaplotła je w warkocze, które ułożyła dokoła głowy tak umiejętnie, jak zrobiłby to zawodowy fryzjer, upięła dokoła wycięcia mojej sukni przy szyi z dokładnością matematyczną nieledwie koronkowy kołnierzyk, artystycznie zawiązała wstążkę, słowem dokonała swojego dzieła, niczym legendarna Filis, jaką umiała być, o ile tylko chciała. Podawszy mi chusteczkę i rękawiczki, poświeciła mi przy zejściu moim do parterowego hallu, a kiedy okazało się, że zapomniałam zabrać szal, pobiegła i przyniosła mi ten niezbędny dodatek toaletowy. W hallu zastałam czekającego już na mnie doktora Johna.
— Co się stało, Lucy? — zapytał, przyjrzawszy mi się uważniej. — Jest pani znów po dawnemu podniecona. Może i tym razem mniszka?
Zaprzeczyłam jednak temu stanowczo: przykro mi było być podejrzewaną po raz drugi o uleganie ułudom. Nie dał się wszakże wprowadzić w błąd.
— Mniszka, jako żywo! — powtórzył. — Zjawa jej pozostawia w oczach pani osobliwy błysk i wyraz, którego nie podobna nie poznać od razu.
— Nie było żadnej mniszki — zapewniłam — mogąc bez popełnienia kłamstwa zaprzeczyć, jakobym miała widzieć ponownie jej zjawę.
— Zjawiły się znów dawne symptomy — twierdził uparcie — jakiś dziwnie blady, wylękniony i, jak nazywają to Szkoci „podniesiony“ wyraz oczu.
Tak bardzo nastawał, że uważałam za właściwe powiedzieć mu co naprawdę widziałam. I tym razem oczywiście przypisał całe to wydarzenie tej samej przyczynie: złudzeniu optycznemu, chorobliwemu stanowi nerwów. Nie odważyłam się zaprzeczyć mu: lekarze są tak uparci, tak niezłomnie pewni swoich diagnoz, tak niewzruszenie wierzą w słuszność suchego, materialistycznego swojego ujmowania zjawisk, że nie podobna przekonać ich, aby mogli nie mieć racji.
Rozyna przybiegła z szalem, po czym bez przeszkód już usadowiona zostałam w powozie.
Teatr był przepełniony, wszystkie miejsca pozajmowane aż do sufitu; dwór i arystokracja stawiły się w komplecie: pałace i wielkie hotele opróżniły pokoje swoje z lokatorów, aby zapełnić nimi loże i fotele nabitego ludźmi, mimo to uroczyście przyciszonego przybytku. Czułam się prawdziwie uprzywilejowana, mogąc zająć tego wieczora miejsce na widowni; gorąco pragnęłam zawsze zobaczyć na scenie istotę, o której talencie tyle słyszałam, że spodziewałam się z oglądania jej gry Bóg wie jakich wrażeń podniosłych. Ciekawa byłam, czy usprawiedliwi swoją sławę, czekałam też na podniesienie kurtyny z poważnym, skupionym uczuciem głębokiego zainteresowania, i dziwnego zaciekawienia zarazem. Wielka artystka była dla mnie zjawiskiem, jakiego nie oglądały do owego dnia moje oczy, nową, nieznaną planetą. W jakiej wszakże ukaże mi się postaci? Czekałam na jej wyłonienie się na firmamencie.
Ujrzałam ją o dziewiątej tego wieczora grudniowego: o tej godzinie punktualnie ujrzałam zjawienie się jej na widnokręgu. Wciąż jeszcze świeciła gwiazda jej dawnym potężnym blaskiem, mimo że bliska już swojego dnia zagłady, chyląca się już ku zmierzchowi. Oglądana z pobliża, była na wpół zgaszoną lawą, na wpół żarzącym ogniem jeszcze.
O uszy moje obijało się niejednokrotnie nazywanie tej kobiety „brzydką". Byłam przygotowana na ujrzenie postaci kościstej, czegoś wielkiego, kanciastego, posępnego. To, co ujrzałam, było cieniem królewskiej Vashti[2] — królowa, niegdyś piękna jak dzień, teraz przyblakła, jak zmierzch i stopniała niczym wosk w ogniu.
Przez chwilę — przez dość długą chwilę — uważałam ją za kobietę tylko, jakkolwiek za kobietę wybraną, jedyną, poruszającą się przed tłumem z powagą majestatu, z niezrównanym wdziękiem zarazem. Stopniowo wszakże zaczęłam coraz bardziej rozumieć, jak dalece byłam w błędzie. Widziałam już w niej coś zgoła osobliwego, ani kobiecego, ani męskiego; w każdym z osobna z jej oczu przyczaił się diabeł. Obie te złe moce podtrzymywały słabe jej siły przez cały przebieg tragedii. Była wątłą z natury istotą; w miarę też rozwijania się akcji i potęgowania się wzruszenia audytorium, coraz gwałtowniej wstrząsały nią ogniem swoich namiętności szatańskich. Wyraźnie wypisały „PIEKŁO“ na gładkim, wyniosłym jej czole. Nastrajały głos jej na brzmienie udręki. Krzywiły królewskie jej oblicze, nadając mu piętno maski demonicznej. Stała przed nami niby wcielenie Nienawiści, Zbrodni i Szału.
Był to widok zdumiewający, objawienie potężne.
Widowisko potworne w swojej nikczemności, ohydne, niemoralne.
Rycerze przebijani mieczami na wskroś, umierający w kałuży własnej krwi na piasku areny; byki, dobijające rogami swoimi konie z powypruwanymi wnętrznościami, byliby dla publiczności łagodniejszym widokiem, strawą przystępniejszą dla podniebień, aniżeli Vashti, dręczona przez siedmiu szatanów, przez szatanów, których ogłuszające wrzaski rozdzierały nawiedzaną przez nie siedzibę, nie dając się jednak odżegnać.
Cierpienie wyryło głębokie ślady na tej władczyni scenicznej. Stała ona przed widownią, nieustępliwa, nie poddająca się, ani także nie odczuwająca w dostatecznej mierze swojej udręki; stała w napięciu walki, nieugięcie oporna. Stała, nie tyle ubrana, ile zadrapowana w antyczne fałdy tkaniny o jasnej, bladej barwie, wysoka i kształtna, ni to rzeźba klasyczna. Tło koloru możliwe najciemniej szkarłatnego uwydatniało alabastrową, srebrzystą jej białość, czyniąc ją podobną do posągu Śmierci.
Gdzie był artysta, gdzie duch twórczy Kleopatry? Niech przyjdzie, niech usiądzie i studiuje odmienną tę wizję. Niech odszuka w tym posągu potężną krzepkość, napięte muskuły, bujnie płynącą krew, bogato odżywiane ciało, które wielbił; niech wszyscy materialiści świata zgromadzą się tutaj i przyjrzą się.
Zaznaczyłam, że nie czuje ona żalu za swoje krzywdy. Nie, słabość tego wyrazu zadałaby kłam samemu pojęciu. Dla niej siła, która rani, staje się niezwłocznie wcielona; zapatruje się na nią jako na stwór, na który można od razu natrzeć, zmiażdżyć go, poszarpać na strzępy. Sama, bardziej zbliżona do ducha, niż do materii, skłonna jest walczyć z abstrakcjami. Wobec klęski staje się tygrysicą; poraża swoich nieprzyjaciół, budząc w nich dreszcz zgrozy i wstrętu. Cierpienie dla niej nie przetwarza się w dobro; łzy nie zraszają żniwa poznania; zachowuje postawę buntowniczą wobec choroby, wobec śmierci nawet. Jest zła może, ale silna zarazem, a siła jej zwyciężyła Piękno, pokonała Wdzięk i wprzęgła jedno i drugie w jej jarzmo, jako niewolników niezrównanie urodziwych i równie uległych jak urodziwych. W najwyższym nawet napięciu energii, w każdym ruchu najdrobniejszym, królewska, imperatorska, tchnąca majestatem wrodzonym. Włosy jej luźno rozpuszczone na ucztach czy na wojnie, są wciąż jeszcze szatą anielską, jaśniejącą rozświetlającym ją nimbem. Pokonana, skazana na banicję, wspomina niebo, gdzie burzyła się buntowniczo. Światło niebieskie, idące za nią na wygnanie, przebija jego granice i odsłania zatracone ich dale.
Postawcie teraz przed nią jako zaporę Kleopatrę, czy inną jakąś postać zażywną, i przyjrzyjcie się rozpłataniu jej przez sam środek jej ciała, gdy zakrzywiona szabla Saladyna wbiła się w puchową poduszkę. Niech zmartwychwstanie Paweł Piotr Rubens, niech wskrześnie do życia; sprowadźcie tutaj całą armię jego tłustych kobiet; moc czarodziejska, czy dar proroczy udzielone drobnej tej różdżce mojżeszowej, mogłyby za jednym skinieniem sprawić rozstąpienie się i ponowne zwarcie się fal morskich, przytłaczając ciężki zastęp ciśnięciem nań wałów wodnych.
Vashti nie była dobra, jak mi mówiono; zaznaczyłam też, że nie wyglądała na dobrą: jakkolwiek była duchem, była duchem z Tophet rodem[3]. Jeśli tak wielka nieuświęcona siła może być czerpana z odmętów piekielnych, dlaczegożby podobna emanacja uświęconej treści nie miała spłynąć któregoś dnia z wyżyn niebiańskich?
Jakie było zdanie doktora Grahama o tej istocie?
Co pewien czas zapominałam przez dłuższą chwilę obserwować jego zachowanie, pytać go co o tym myśli. Niepokonana siła magnetyczna geniuszu pociągnęła ku sobie w sposób niezwykły mój umysł i serce. Widywałam dawniej grę sceniczną, nigdy wszakże nie byłam świadkiem niczego podobnego: niczego, wprawiającego w zwątpienie Nadzieję i tłumiącego żądzę: odzierającego z podniet i urągającego wszelkiemu rozumieniu; niczego takiego, co, miast podniecać wyobraźnię myśląc o tym, co mogłoby być dokonane i rozpłomieniać nerwy świadomością, że nie zostało to dokonane, ujawnia równocześnie siłę, podobną do wezbranej w porze zimowej głębi rzecznej, huczącej wodospadami i unoszącej duszę, niby liść, na stromym, napiętym jak stal, spadku swoim.
Panna Fanshave, ze zwykłą swoją pochopnością do wydawania niedojrzałych, nieprzemyślanych sądów, określiła doktora Brettona, jako człowieka trzeźwego, wyzbytego gorętszych uczuć, zbyt poważnego i zarazem zbyt łatwo podlegającego zmiennym nastrojom. Wręcz odwrotny był mój sąd o nim: nie byłam zdolna obarczać go podobnymi brakami. Nie był z natury usposobienia medytacyjnego, nie wpadał też łatwo w nastrój sentymentalny; podlegał bodźcom zewnętrznym jak marszcząca się woda, nieomal jednak tak samo niewraźliwy był jak woda: lekki wiaterek, promyk słońca poruszały go; metal nie był zdolny wyryć na nim śladu, ani ogień odcisnąć na nim swojej pieczęci.
Dr. John umiał myśleć i myśleć dobrze, był jednak raczej człowiekiem czynu niż myśli; umiał odczuwać żywo na swój sposób, nie posiadał jednak żyłki entuzjazmowania się: dawał chętnie posłuch łagodnym, świetlanym, miłym wpływom, oczy jego były wrażliwe na przejawy piękna, na różane, srebrzyste i perłowe łuny na niebie, na purpurowo-złociste obłoki o zachodzie. Wszystko związane z burzą, wszystko dzikie, napięte, niebezpieczne, nagłe i rozognione, — nie zyskiwało jego sympatii, nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Kiedy wreszcie miałam czas i możność przyjrzeć się mu, zabawiło mnie i olśniło nagłym zrozumieniem wykrycie, że przygląda się on posępnej władczyni Vashti, nie ze zdumieniem, ani z zachwytem, ani nawet z trwogą, ale z naprężoną ciekawością jedynie. Jej śmiertelna udręka nie zdawała się przejmować go bólem, jej dzikie jęki — gorsze od wrzasków — niezbyt go wzruszały; jej wybuchy wściekłości oburzały go chwilami, nie budziły w nim jednak ani grozy, ani wstrętu. Zimny młody Brytyjczyk! Blade kredowe skały jego ojczyzny nie spowiadają z taką obojętnością i z takim spokojem na wody Kanału, z jaką przyglądał się Graham tego wieczora natchnionej Pytii.
Obserwując jego twarz, pragnęłam wiedzieć jaki jest istotny jego sąd o niej, pozwoliłam sobie też w końcu na zadanie mu odnośnego pytania. Na dźwięk mojego głosu zbudził się jak gdyby ze snu: był głęboko zamyślony, zajęty snuciem własnych rozważań.
— Jak podoba się panu Vashti? — zapytałam.
— Hm-hm-hm! — bąknął zrazu niewyraźnie, ale aż nadto znamiennie, a potem dziwny uśmiech okolił jego usta, uśmiech bezsprzecznie krytykujący, okrutny nieledwie! Przypuszczam, że potrafił być okrutny dla tego rodzaju natur. W kilku zwięzłych zdaniach wyłożył mi swój pogląd i swój stosunek uczuciowy do tej aktorki: sądził ją surowo jako kobietę, nie jako artystkę: był to sąd nieubłagany.
Wieczór ten zaznaczony był w księdze mojego żywota nie białym, ale grubym, czerwonym krzyżem. Nie skończył się jednak jeszcze dla mnie: inne momenty miały zostać wpisane na jego karcie zgłoskami niezatartymi.
Około północy, kiedy coraz głębsza tragedia znalazła najposępniejszy swój moment końcowy w scenie śmierci i cała widownia wsłuchana była i wpatrzona z zapartym oddechem — doktór John nawet zagryzł dolną wargę i zmarszczył czoło, siedząc w ponurym, skupionym milczeniu — kiedy teatr cały zaległa cisza niezmącona; kiedy oczy wszystkich wpiły się w jeden punkt; kiedy uszy wszystkich szły w jednym kierunku; kiedy nikt nie widział nic poza białą postacią opadłą na łoże, staczającą ostatnią walkę z najzawziętszym, najbardziej znienawidzonym jej wrogiem; kiedy nikt nie słyszał nic poza jej jękami, jej ciężkim oddechem buntu, jej wyzywającym wciąż jeszcze szamotaniem się; kiedy niepokonana, jak się zdawało, wola, nie pozwalająca ugiąć się wstrząsanemu drgawkami przedśmiertnymi ciału, wciąż jeszcze podtrzymywała walkę z przeznaczeniem i śmiercią, broniąc rozpaczliwie każdego cala ciała, przelewając kroplę po kropli krew do ostatka, z całych sił, aż do końca opierając się traceniu wszystkich władz, wciąż jeszcze z napięciem najwyższym usiłując widzieć, słyszeć, czuć, oddychać, żyć — aż do nieubłaganego momentu, kiedy śmierć kładzie kres wszelkiemu poczuciu i wszelkiemu istnieniu, mówiąc:
— Dotąd i ani kroku dalej!
W tej samej właśnie chwili poruszenie złowrożbne powstało poza sceną: rozległ się tupot biegnących w różne strony nóg, doleciał szmer skłóconych głosów. — Co się stało? — wołała zaniepokojona widownia. Odpowiedzią były wyraźne języczki płomieni, odór spalenizny i dymu.
— Pali się! — rozbrzmiało z galerii — Pali się! — powtarzało zewsząd, z miejsca na miejsce, groźne, wystraszone echo, i równocześnie nieomal, szybciej, aniżeli zdolne jest opisać to pióro, wybuchła panika, obłędna, tratująca — ślepy, bezmyślny, samolubny, okrutny, wywołany bezmiernym strachem zamęt.
A doktór John? Widzę go jeszcze, czytelniku, zachowującego zwykły miły swój spokój i krzepiącą odwagę.
— Lucy nie ruszy się z miejsca — wiem o tym — rzekł, spoglądając na mnie z tym samym wyrazem pogodnej dobroci, z tą samą uspokajającą stanowczością, jaką widywałam na jego twarzy, kiedy siedziałam obok niego pośród nie zagrażającego niczym bezpieczeństwa domu jego matki. Wezwana w ten sposób, siedziałabym spokojnie w dalszym ciągu pod zawalającą się skałą, przyznać jednak muszę, że i własny mój instynkt także nakazywał mi zachowanie w danych warunkach najzupełniejszego spokoju i nieruszanie się z miejsca. Gdyby jednak nawet nie ostrzegł mnie własny instynkt, nie ruszyłabym się z miejsca za cenę własnego życia, aby nie sprawić Grahamowi kłopotu, nie przeciwstawić się jego woli, nie zmuszać go do zaprzątania sobie w tej chwili głowy moją osobą. Siedzieliśmy na parterze: w ciągu paru minut zapanował dokoła nas straszliwy, nieopisany, obłędny ścisk, zamęt i popłoch.
— Jak łatwo ulegają kobiety panice! — zawołał Graham. — Gdyby jednak mężczyźni nie zachowywali się prawie tak samo, możnaby bez trudu utrzymać porządek. Przykra to scena: widzę w tej chwili przed sobą pięćdziesięciu brutali, z których każdego, gdybym był blisko niego, mógłbym z czystym sumieniem powalić na ziemię. Widzę nawet kilka kobiet, odważniejszych od mężczyzn. Jedna zwłaszcza — o, tam!... Boże wielki!...
W tej samej chwili, kiedy Graham zdołał wypowiedzieć te słowa, młoda dziewczyna, która spokojnie siedziała o kilka rzędów przed nami, przy boku starszego siwowłosego pana, została nagle, przez wielkiego jakiegoś przepychającego się łokciami draba o wyglądzie rzeźnickim, oderwana od ramienia swojego opiekuna i pchnięta pod nogi tłumu. Jej zniknięcie trwało zaledwie dwie sekundy. Graham rzucił się ku niej, on i siwowłosy pan o imponującej postaci połączyli swoje siły, aby odepchnąć napierającą ze wszystkich stron zwartą ciżbę: głowa młodej dziewczyny i długie jej włosy opadły na ramię Grahama — zdawała się zemdlona.
— Może pan powierzyć mi ją z zupełnym spokojem: jestem lekarzem — rzekł doktór John.
— O ile pan sam nie jest w towarzystwie kobiecym, bardzo chętnie — brzmiała odpowiedź. — Niech pan trzyma moją córkę, a ja utoruję przemocą przejście: musimy wyprowadzić ją na powietrze.
— Jestem w towarzystwie kobiety — rzekł Graham — nie będzie ona nam jednak ani przeszkodą, ani utrudnieniem.
Dał mi znak oczami — nie mógł inaczej, byliśmy rozdzieleni. Zdecydowana wszelako dostać się do niego, przecisnęłam się przez żywą zaporę, przeczołgując się pod nią, o ile nie mogłam przepchnąć się pomiędzy nią czy obok niej.
— Niech pani mocno trzyma się mnie, Lucy, i nie przestaje torować sobie drogi na przód — rozkazał. Byłam mu posłuszna.
Nasz siwowłosy pionier okazał się silny i sprawny; wbił się klinem w zwarty tłum, cierpliwym wysiłkiem przepchnął się przez spiętrzoną masę rozgrzanych ciał, tłoczących i duszących się wzajem, i wyprowadził nas na świeże, mroźne powietrze nocy.
— Jest pan Anglikiem? — zwrócił się do doktora Brettona, kiedy nareszcie wydostaliśmy się z teatru na ulicę.
— Tak. Jestem Anglikiem. I mówię z rodakiem? — zapytał Graham z kolei.
— Oczywiście. Proszę, niech pan będzie łaskaw zatrzymać się tutaj parę minut, dopóki nie odszukam mojego powozu.
— Ojczulku, nic mi się nie stało — odezwał się dziewczęcy głosik — jesteś przy mnie, ojczulku?
— Jest przy pani przyjaciel, a ojciec pani jest także tutaj, w pobliżu.
— Niech mu pan powie, że nic mi się nie stało — boli mnie tylko ramię. O, moje ramię! Stratowano je!
— Zwichnięte może — mruknął doktór. — Miejmy nadzieję, że nic gorszego. Niech mi pani dopomoże na chwilę, Lucy.
Dopomogłam mu, jak umiałam, przy nałożeniu za pomocą chustki i odpowiedniego unieruchomienia nią ramienia, rodzaju prowizorycznego opatrunku, który ulżył nieco cierpiącemu ciężarowi Grahama. Młoda dziewczyna powstrzymała jęki, leżąc spokojnie i cierpliwie w jego ramionach.
— Jest bardzo lekka — rzekł — jak dziecko! Czy to dziecko? — zapytał mnie szeptem. Mogłaby pani określić jej wiek, Lucy?
— Nie jestem już dzieckiem. Mam siedemnaście lat — odparła pacjentka spokojnie, ale z godnością. I wnet dodała:
— Niech pan poprosi ojczulka, żeby przyszedł; jestem niespokojna o niego.
Powóz podjechał; ojciec młodej pacjentki uwolnił Grahama od jego ciężaru, przy przenoszeniu jej wszakże z jednych ramion w drugie urażone zostało cierpiące ramię. Jęknęła boleśnie.
— Kochanie moje! — szepnął ojciec czule, po czym zwrócił się do Grahama: — Powiedział pan, że pan jest lekarzem?
— Tak. Pozwoli pan, że przedstawię się: doktór Bretton z La Terrasse.
— Jak to dobrze! Będzie pan łaskaw wsiąść z nami do powozu?
— Mam tutaj mój własny wehikuł, odszukam go i pojadę w ślad za państwem.
— Proszę, bądź pan łaskaw. Hotel Crécy, przy Rue Crécy — wymienił swój adres.
Pojechaliśmy za nimi tak szybko, jak tylko mogliśmy nadążyć. Graham milczał podczas jazdy. Całe to wydarzenie wydawało się raczej przygodą romantyczną.
Straciliśmy trochę czasu przy odszukaniu własnego powozu i dlatego, pomimo możliwego popędzania koni, zajechaliśmy przed hotel Crécy w jakie dziesięć minut może po dostaniu się do domu jego właścicieli. Był to hotel w znaczeniu francuskim: pałac, składający się z kilku budynków mieszkalnych, nie zaś hotel w znaczeniu domu zajezdnego. Główny gmach był obszerny, wysoki, z wielką łukowato zakończoną bramą od strony ulicy. Z bramy wejściowej prowadziła sklepiona sień do czworokątnego wielkiego hallu.
Wysiedliśmy przed bramą, poszliśmy szerokimi, pięknymi schodami na górę i zatrzymaliśmy się na drugim piętrze przed drzwiami, oznaczonymi Nr. 2. Pierwsze piętro zajmował jakiś prince russe“ — książe rosyjski — jak poinformował mnie Graham. Zadzwoniliśmy do imponujących, wielkich drzwi, które natychmiast otworzono i wprowadzono nas do wytwornie urządzonego apartamentu. Zaanonsowani przez liberyjnego służącego, weszliśmy do salonu, na którego kominku płonął typowo angielski ogień, ściany salonu, natomiast, zdobiły cudzoziemskie lustra. Przy kominku ujrzeliśmy grupę: drobna postać dziewczęca, tonąca w głębokim, miękkim fotelu, dwie uwijające się dokoła niej służące i znany nam już siwowłosy pan, wpatrzony z zaniepokojeniem w twarz córki.
— Gdzie Harriet? Chciałabym żeby przyszła Harriet — odezwał się słaby głosik.
— Gdzie jest pani Hurst? — zniecierpliwił się siwowłosy pan, zadając pytanie to gniewnym nieco głosem służącemu w liberii.
— Bardzo mi przykro, ale pani Hurst nie ma w Villette, Panienka dała jej przecież urlop do jutra.
— Tak. To prawda. Ja sama dałam jej urlop. Pojechała do swojej siostry. Powiedziałam, że może pojechać. Przypominam sobie teraz. Bardzo żałuję jednak, bo Manon i Louison nie rozumieją ani słowa z tego co do nich mówię i urażają moje ramię, na pewno nie chcąc wcale urazić go.
Dr. John przywitał się z siwowłosym panem, a ja podczas ich parominutowego naradzania się podeszłam do fotela i, zorientowawszy się od razu czego życzy sobie osłabiona i na wpół omdlewająca młoda dziewczyna, zrobiłam to dla niej.
Byłam zajęta nią, kiedy zbliżył się Graham. Równie sprawny chirurg, jak umiejętny internista, od razu, po bliższym zbadaniu ramienia, przekonał się, że jego znajomość chirurgii wystarczy w zupełności do leczenia danego przypadku. Przede wszystkim kazał przenieść pacjentkę do jej własnego pokoju i szepnął do mnie:
— Droga Lucy, niech pani pójdzie z tymi kobietami — wydają się dość tępe, będzie pani mogła przynajmniej kierować ich poruszeniami, aby zaoszczędzić biednemu dziecku bólu. Należy przenieść ją bardzo ostrożnie.
Własny pokój młodej dziewczyny był sypialnią, nieco przyciemnioną blado-niebieskimi draperiami oraz cienkimi jak mgiełka muślinowymi firankami i zazdrostkami. Łóżko wyglądało jak utkane z puchów śnieżnych, białych i nieskalanych, miękkich i pajęczo zwiewnych. Odsunąwszy obie służące, rozebrałam ich młodą panią bez ich chętnej, ale niezdarnej pomocy. Nie miałam dość spokoju, aby móc zwrócić dostateczną uwagę na każdy pojedyńczy szczegół ubrania jakie z niej zdejmowałam, doznałam wszelako ogólnego wrażenia wykwintu, wysubtelnienia i wysokiego stopnia dbania o swoją osobę, o swój strój i o całe swoje środowisko. Cechy te ujawniały się zarazem w powierzchowności dziewczątka, jak i we wszystkim co je otaczało. Kiedy w następstwie miałam czas i możność zastanowić się nad tym, uderzył mnie kontrast, jaki zachodził pomiędzy intymną toaletą młodej pacjentki, a sposobem ubierania się panny Ginevry Fanshave.
Młodziutka dziewczyna, którą miałam przed sobą, była mała i drobna, ale zbudowana modelowo. Zczesane z czoła pasma jej obfitych, cienkich i lśniących jak jedwab włosów odsłoniły przede mną jej bladą, zmęczoną w tej chwili, ale niezrównanie arystokratyczną twarzyczkę. Czoło gładkie i jasne, brwi zakreślone nieskazitelnym łukiem, gęste i zanikające stopniowo ku skroniom, oczy wielkie, głębokie, zdające się wypełniać większą część twarzy, a w każdym razie górować nad poszczególnymi jej rysami. Twarz ta musiała być wyjątkowo wyrazista w normalnych warunkach, teraz wszakże była cierpiąca i wyczerpana. Cerę miała delikatną jak płatek kwiatowy; szyja i ręce były alabastrowe o cieniutkich niebieszczących się żyłkach. Pomimo tej dziecięcej nieomal delikatności wyglądu cechował twarzyczkę jej wyraz dumy, ujawniony w sposobie patrzenia, w łukowatym odęciu warg — nie wiem czy wrodzonym i nieświadomym — gdybym jednak widziała go u niej po raz pierwszy w normalnym stanie jej zdrowia, uderzyłby mnie on, jako niczym nieusprawiedliwiony i świadczący o zupełnie fałszywymi jej poglądzie na sprawy tego świata i na jej własny do nich stosunek.
Jej zachowanie się podczas dokonywanych na chorym ramieniu zabiegów, wzbudzało zrazu uśmiech; nie było dziecinne — raczej na ogół dość cierpliwe i stanowcze — parę razy wszakże zwróciła się do doktora Johna w sposób szorstki i opryskliwy, zarzucając mu, że sprawił jej ból, i że winien starać się możliwie unikać tego. Widziałam także wielkie jej oczy utkwione w jego twarzy z wyrazem poważnego zdziwienia, z jakim zwykło patrzeć rozsądne, myślące dziecko. Nie wiem, czy Graham świadom był tego badawczego jej przyglądania się mu, a jeśli nawet tak było, strzegł się zdradzenia nieostrożnym jakimś spojrzeniem, że zdaje sobie z tego sprawę.
Uważałam, że zadania swojego dokonywał z niezmierną starannością i niezwykłą łagodnością, usiłując możliwie zaoszczędzić pacjentce cierpienia. Uznała to widocznie, bowiem po ukończonym opatrunku, rzekła tonem pełnym wdzięczności:
— Dziękuję panu, panie doktorze. Życzę panu dobrej nocy.
Mówiąc to, nie przestawała wpatrywać się w niego poważnie i badawczo. Ten poważny, skupiony wzrok wydał mi się dziwny i dziwnie niedostosowany do okoliczności.
Obrażenia, jakich doznała, nie były niebezpieczne. Ojciec pacjentki przyjął zapewnienie doktora Johna o tym z uśmiechem radosnym i tak pełnym szczerej szlachetności serca, że zdolny był zjednać mu każdego. Z tak ujmującą powagą wyraził Grahamowi głęboką swoją wdzięczność, jak tylko potrafi uczynić to angielski gentleman w stosunku do człowieka, który wyświadczył mu wielką przysługę, mimo że był mu zupełnie obcy. Poprosił zarazem doktora Johna o złożenie córce jego nazajutrz wizyty lekarskiej.
— Ojczulku — odezwał się głos spoza firanek łóżka — podziękuj i tej pani także. Czy jest jeszcze tutaj?
Odchyliłam z uśmiechem firankę i spojrzałam na leżącą. Znacznie spokojniejsza już teraz, wyglądała bardzo ładnie, mimo że wciąż jeszcze była bledziutka; rysy miała wyjątkowo subtelnie wyrzeźbione i o ile na pierwszy rzut oka wydawała się twarz jej wyniosła i dumna, łagodził znacznie ten wyraz miły uśmiech, jaki przywarł do jej ust.
— Dziękuję tej pani bardzo serdecznie — rzekł ojciec dziewczątka. — Wyobrażam sobie jak bardzo dobra była dla mojej córeczki. Myślę, że nie odważymy się wcale powiedzieć pani Hurst kto ją zastąpił i zrobił za nią to wszystko, co było właściwie jej obowiązkiem. Wiem jak głęboko czułaby się zawstydzona i jak bardzo byłaby zazdrosna.
I tak, w najżyczliwszym nastroju, po wymianie przyjaznych pożegnań, po uprzejmym, ze względu na późną porę, odmówieniu przez nas zaofiarowanego nam gościnnie poczęstunku, opuściliśmy Hotel Crécy.
Na drodze powrotnej przejeżdżaliśmy raz jeszcze mimo teatru. Ciemno tu już było i pusto; obłędnie cisnący się ku wyjściu, rozhukany tłum rozproszył się od dawna i znikł: światła, zarówno jak drobny, bez znaczenia ogień, pogaszone i zapomniane. Nazajutrz wyjaśniły dzienniki poranne, że jedna z luźno zwisających draperyj, na którą padła iskra — papierosa prawdopodobnie — zajęła się, po czym wnet została zdeptana i ugaszona w ten sposób.



Przypisy

  1. Panno Lucy, czekają na panią w salonie.
  2. Jedna z osób występujących w dramacie Racine‘a: „Esther“. Jej duma i wyniosłość spowodowały wyrzeczenie się jej przez męża, króla perskiego, Assuerusa, na rzecz Estery. (Przyp. tł.)
  3. Tophet — wyraz o niepewnym znaczeniu i etymologii, występujący w Starym Testamencie (w Ks. Królów XXIII. 10). Nowsi badacze Biblii są zdania, że było to miejsce w dolinie, gdzie składano Molochowi ofiary z palonych na stosie ludzi, z dzieci zwłaszcza. (Przyp. tł.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.