Verte/Część pierwsza/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XIII.

Na rozległej polanie, otoczonej brzozami, skąd siedzibę Warowni widać było wyraźnie odciętą na tle czarnego boru, na wielkim głazie pod kępą brzóz siedziała Elża Gorska ze swoją książką w ręku. Zmęczyła się czytaniem. Wszystko było dla niej teraz nędzne, jałowe, beztreściwe. Im się więcej wczytywała, tem silniejszy trapił ją niepokój, gniew na siebie wzrastał. Kiwała głową z politowaniem.
— Tę książkę powinni poprostu wygwizdać. Wygwizdają i bez mojej zachęty, mogę być o to spokojna. Krytyka mnie wyćwiczy porządnemi batami, będzie bal, — rozmyślała gorzko. — Bo właściwie czego ja tu chcę? Jestem, jak wielkie wahadło, to w jedną! to w drugą stronę uderzam! Niby zasadniczo chcę się trzymać ideału Orlewicza, smaruję bez litości Warskiego, a w gruncie rzeczy to jest przecie mój typ. Podniecam się sztucznie Orlewiczem, mszczę się niewiadomo za co na Warskim, ale całą siłą ducha tkwię przy tym ostatnim. Więc cóż to za psychologja, gdzie prawda! Warjatka jestem, warjatka, w dodatku zła... och jakaż zła, żebyż tak... Artura sprofanować, — za co?...
Rzuciła książkę na trawę i ukryła twarz w dłoniach.
— Boże, Boże, co się ze mną, we mnie dzieje?! i... jak ja śmiałam tę książkę puścić w świat. Jemu nie poślę za nic, zresztą... ja już nie mogę, nie mam prawa utrzymywać żadnego kontaktu z nim...
Szarpnęło się w niej wszystko wobec tej konsekwencji, z głębi duszy podnosił się bunt — wyrastał, olbrzymiał. Uzbrajała się w cały swój zasób etyki i prawości, sumienie wzywając na pomoc; podejmowała walkę z potworami, które się w niej budziły. Dopomagał jej w tem zapał niezagasły; mniej wybuchowy niż na wiosnę, ale żywy, nawet gorący.
— Kocham Tomka! Tomek to mój cel!
— Ku, ku, ku, ku, ku, ku! — zaniosła się śmiechem kukułka na pobliskiej sośnie.
Elża zadrżała, przestraszył ją krzyk ptaka, intonacja jego głosu rozdrażniła ją.
— Ach, głupstwo, wieczne zabobony! Koniec czerwca, więc kukułki się śmieją. Straszne są te moje nerwy.
Jednakże, pomimo rozwagi, wrzask kukułki denerwował Elżę niebywale. Zaczęła się przechadzać, czytając ustępy z „Fatum“. Zatrzymała się na wrażeniach z „Jasnego brzegu”, czytała je namiętnie, rozważając styl i treść. Oburzała się na siebie, gdy spostrzegła, że dane wrażenie lub odczucie nie było wyczerpane, że za mało podkreślony ten lub ów moment.
— Partaczka jestem! No, otrzymam ja zimny prysznic krytyki. Ta mi da łupnia!
Gorączkowo szukała stronic, gdzie były opisy Wołynia, lasy, polowania... kwiaty... gdzie bohaterem jest zapalny Orlewicz, typ wyśniony, wymarzony...
Jakiś zgrzyt w duszy, coś fałszywie dźwięknęło... Coś naigrawało się: — „Wymarzony??... Wyśniony??...“
— Ku, ku, ku, ku, ku, ku! — zaśmiewała się kukułka.
— Milcz ty! Okrutna! — krzyknęła Elża gniewnie, grożąc pięścią w stronę ptaka.
Załopotało w gałęziach wysoko, szary kłąb przefrunął dalej. Gorska parsknęła śmiechem.
— Ach, jakaż jestem głupia!...
Niechętnie przeglądała książkę, nudziły ją sielanki wołyńskie. Zajrzała do drugiej części dłuższej noweli tytułowej: „Fatum“.
— Oo!... w tem jest coś, co mnie fascynuje. Ach, ten Warski... Czemuż nie jestem Krystyną, czemu?...
Przerzucała nerwowo kartki, wpadło jej w oczy kilka zdań. „Czuję, że to moja konieczność, jest w nim jakaś siła, zniewalająca mnie. To mi imponuje, to mię bierze, to rzuca mię w jego ramiona“.
— Ha!... ha, to Warski tak działa na Krynię. Ale ona go nie kocha. Gdzież tam, Krynia kocha Orlewicza. Ha... ha! o Warskim zupełnie zapomniała.
— A na końcu?... O właśnie, tu Krynia mówi o Warskim jako już o swoim tyranie.
„A jednak kiedyś?... ile siły, mocy, prawie hypnotycznej, ile uroku wywierał“.
— Czy takie westchnienie może wydobyć się z piersi kobiety krańcowo nienawidzącej, która bezwzględnie o tyranie swym zapomniała?... Ach, Krysto, w piętkę gonisz. Nie, to ty Burbianko w piętkę gonisz, to twój utwór. Chyba chciałaś dociągać Warskiego do konsekwencji tytułu: „Fatum”?... po co, po co ja się mszczę i na kim? na Arturze?... za co?...
Elża zamyśliła się smutno. Przypomniała sobie, że gdy Uniewicz czytał głośno „Fatum“, Tomek promieniał. Wszyscy odgadli łatwo w nim Orlewicza. Ale pan Mel po skończeniu miał nieco dziwną minę. Spytany przez Elżę o krytykę książki, odrzekł tajemniczo:
— Czasem — dobrze być tyranem.
Nikt go wówczas nie zrozumiał, tylko jej krew napłynęła do głowy.
— Czy źle powiedział?... Och, niechby był nawet... tyranem... Jezu! co się ze mną dzieje?
Zlękła się. Wtem ujrzała ciemny punkt, sunący żywo ku niej od bramy Warowni.
— Tomek jedzie.
Wesoło, ochoczo szarżował młody Burba w stroną narzeczonej na swym karoszu. Wychylony ponad głowę wierzchowca, powiewał ku niej czapką z rozradowaniem widocznem. Ataman niósł go tęgim kłusem przez skoszoną już murawę, jakby po zielonych aksamitach. Tomek dopadł blisko, zeskoczył i porwał ręce kobiety.
— Cóż moja pani tak się chowa?... Masz tobie!... książka. Zaczynam być o nią zazdrosny.
— Dlaczego?...
— Ciągle z nią się kryjesz, a ja...
— Ach... dlatego tylko?...
Cień zawodu był w jej głosie.
— No... tylko, bo powinienem ci nogi całować za... Orlewicza. Przecie to ja... Elżuś ty moja najdroższa... słodka.
— O jej, jakiś ty dumny, przeidealizowałam cię, aż zanadto.
— To dowód miłości.
— Albo tylko... egzaltacji?
— Egzaltacja?... także miłość.
Zajrzał jej w oczy z figlarną przekorą.
— Analiza, mój drogi, posiada dwa końce, jeden koniec tępy, drugi ostrzejszy, siła ciężkości analizującego pociąga go zawsze tam, gdzie mu narazie wygodniej, gdzie go pcha... pragnienie... uczucie.
— Moje wszystkie uczucia i pragnienia są w tobie i chcę przywiązać ciebie, przykuć tam, bym ja i moje życie w Warowni stało się twoim upragnieniem, twoim jedynym najdroższym celem.
Długo chodzili po lesie, Tomasz marzył, snuł rozległe projekty na przyszłość, okraszone ich wspólną wielką miłością. Zapalał się, unosił. Elża milczała. Im większą miłość czuła w słowach Tomka, tem silniejszy zrywał się w niej niepokój. Zwalczała go w sobie przemocą, tłumacząc ten objaw trwogą przed małżeństwem, po smutnem doświadczeniu w pożyciu z Gorskim. Bała się tych uświęconych więzów, które w najpiękniejszem oświetleniu pozostają zawsze więzami. Coś było przytem w wizjach ich wspólnej przyszłości, stwarzanych przez Tomka, co dziwnie zacieśniało horyzonty jej marzeń, tak jakby ktoś rozciągał przed nią zwartą sieć drutów, jakby mur jakiś ciemny zamykał się dokoła; mur okrąży ją ciaśniej, wyżej i zmieni się w grób. Przebudzić się w grobie, to przecież szczyt tragizmu.
Dreszcz ją przeniknął. Wszakże kocha Tomka, zna jego charakter, naturę, wie, czego się po nim spodziewać, zna jego życie i nawet życie to polubiła, znajduje w nim pewien urok, czy jednak na całe życie on wystarczy? Elża nie chciała dopuścić, by myśl nurtująca uparcie w mózgu, zabijała żywsze uczucia i zaciemniała pogodę chwili. Myśl, że zakres ich życia w Warowni odbiega niesłychanie daleko od poziomu jej marzeń, ambicji, tęsknoty budziła w niej popłoch. Więc tuliła swe ramię do ramienia Tomka, w nim szukając ratunku przed samą sobą. Upajała się jego miłością, a on to rozumiał inaczej. Ale tego dnia niepokój jej był wyjątkowy. Męczył ją dziś gwar i wesołe zabawy wakacyjnych gości, którzy od kilku dni przepełniali stary dwór w Warowni. Kuzyni i kuzynki, siostrzeńcy i siostrzenice pana Cezarego i pani Urszuli, każdorocznie odwiedzający Warownię z mamami, ciotkami, a często z kolegami lub koleżankami, tworzyli barwne towarzystwo, rozbawione od rana do nocy. Były i młode małżeństwa z dziećmi i archaiczne szanowne pary, stawiające sobie nawzajem pasjanse. Dwór modrzewiowy, obszerny, jak arka, wszystkich pomieścił. — Otchłanne śpiżarnie pani Burbiny, w których, jak pan Mel się wyrażał „stoją barykady fasek różnych kształtów i objętości, połcie słoniny zastępują podwójne ściany, wędliny doszczętnie zasłaniają chmurą pułapy, a konfitury leją się oceanem“ — miały się z pyszna. Ponad to wzamian za hojne przysmaki, panie dobrowolnie drążyły całe kosze jagód, młodzież zaś znosiła chrust pod stare wiązy, gdzie na trójnogach smażono gremjalnie konfitury wśród wesołej zabawy, flirtu i raczenia się gotowym przetworem.
Codzień urządzano jakieś wycieczki, polowania na ptaki, gry i konne spacery. Wieczorem odbywały się często tańce, albo wirujące stoliki, lub marzenia przy księżycu. Elża, zwykle pierwsza inicjatorka, pełna życia i pomysłów, dziś zacichła w sobie i nie chciała do niczego należeć. Nie umiano jej rozruszać. O zachodzie słońca wszyscy jacyś pokwaszeni siedzieli na ganku na schodach, zajadając leśne czereśnie z olbrzymich koszów, przyniesionych świeżo przez gajowych. Czereśnie były czarne i białe, Wielkie, pełne słodkiego soku, jakie tylko w borach wołyńskich rosną dziko.
— Zaczarowane tu u Was królestwo, — mówił młody student z Krakowa, Zdzisław Burba, wesoły, pewny siebie „galileusz“, do starego leśnika, Stacha, który oparty na kiju, patrzył z uśmiechem na młodzież, czyniącą spustoszenie w koszach.
— Oj, zaczarowane, paniczu, zaczarowane, — potakiwał Stacho.
Zdziś Burba z Bohunowską czarną czupryną nad oczami szeroko rozłożył ramiona. Wołał z zachwytem:
— Wszystko tu jest: bory, łąki, jezioro, a jak się uprzesz to i step i górki; ryby, grzyby, orzechy, jagody, jakich nikt nie widział, a kwiaty, ósmy cud świata. Jak żyję nie widziałem takiej flory. Żeby to u nas, w Galicji, Warownię jużby cały świat znał — byłyby uzdrowiska. A wy tu siedzicie w kącie, zamknięci, chowając takie skarby.
— Toż to i nasza chwała, panoczku! — rzekł Stacho. Panicz nie zna, musi być, gadki o Wołyniu?
— Odpowiedzcie Stachu, odpowiedzcie! — rozległy się głosy.
Elża zamyślona podniosła głowę dość ciekawie. Lubiła jego legendy. Stacho zażył tabaki, kichnął i po chwili, oparty na kiju, jął mówić powolnym głosem:
— Było tak: Jak Pan Bóg wypędził pierwszych rodziców z raju, bo źle sobie postąpili, tak chciał i raj zniszczyć, żeby już śladu z miejsca grzechu ludzkiego nie było. Toż wziął Pan Bóg cały raj w święte ręce, jakby worek złota, położył go na złocistej gwieździe, której kazał płynąć nad ziemią wolno, jak obłok, a Pan Bóg miał z tego raju czerpać skarby różne i sypać na ziemię, niby to ziarno, aby wzbogacać, żyźnić i stroić świat. Aż tu gwiazda złocista jak zobaczyła Wołyń, tak zdumiała się wielce. Widzi kraj rozkwitły, cudny, że aż gra kolorami jak tęcza i pachnie jak myrra, a rzeki w nim srebrne, a łąki złotolite, a bory przepastne. Ognie trysnęły z gwiazdy z tego zachwytu, zatrzęsła się od rozkoszy widoku: daj buch! raj stoczył się z niej na naszą ziemię, skarby i wszelakie dobro i piękno rozsypało się po niej, a gwiazda z wielkiego strachu przed Bogiem, że to zagapiła się na Wołyń, zamiast służyć stwórcy, tak pęc! rozprysła się na drobny mak i zasypała nasz kraj złocistą ulewą pyłów i gwiazdek, pan Bóg patrzył na to, co się stało, patrzył i wreszcie machnął świętą ręką. Niechaj już raj tu zostanie, a jak ludziom na świecie będzie zaskąpo i zaciasno, to tu przyjdą napatrzyć się i nasycić skarbami. Ot, jakim to sposobem u nas najpiękniej na ziemi. Taki to zaczarowany kraj — Wołyń.
Zdzisław Burba wyjął notatnik z kieszeni i jął sobie zapisywać legendę. Uniewicz zaś, siedząc obok Elży, pochylił się ku niej figlarnie i szepnął:
— A nowoprzybyła księżniczka tych skarbów czemu taka smutna?
Elża popatrzyła mu w oczy. Po chwili odrzekła również cicho:
— Dorzucam do skarbów Wołynia swój wdowi grosz, jakiego może jeszcze nie posiadał.
— Smutek?... — spytał.
— Tęsknotę.
— Ta jest wszędzie, pani. Może nawet piękno bez tęsknoty nie byłoby istotnem i pełnem. Czy mogę dodać swój wniosek?...
— Proszę.
— Może nie jest pani tą gwiazdą, którą Wołyń zdołał tak oczarować...
— Że straciła świadomość z zachwytu i... rozkoszy? Ma pan rację, nie jestem tą gwiazdą, — zaśmiała się krótko, nerwowo.
— A jednak przyszła pani tu... wedle wyroku Boga... ze świata... by sycić duszę.
Gorska powstała gwałtownie.
— Nie można, panie Melu, zanadto wnikać w wyroki Boże i... pan jest zbyt... ciekawy.
— Czy drasnąłem panią?...
— Ach nie. Posiada pan tylko za silne szkła na oczach. To wszystko.
Schylił przed nią nisko głowę, gdy mu podała rękę na dobranoc.
— Przepraszam, — szepnął.
— Nie mnie... — Tomka.
Uniewicz wyprostował się, szkarłatny na twarzy. Gdy odeszła, patrzył za nią długo i myślał:
— Nie rozumiesz sama siebie, ale ja cię rozumiem, bronisz jego, a sama go krzywdzisz... bezwiednie.
Pokiwał głową ze smutną rezygnacją.
— Dalibóg, ona gotowa wmówić to w siebie.
Podszedł do niego Zdzisław Burba z ciekawym uśmiechem na ustach, błyskając figlarnie czarnemi oczami.
— Panie, podoba się panu ta para narzeczonych? — spytał obcesowo.
— No... cóż, niczego sobie.
— A mnie... nie. Pojedynczo oboje... palce lizać, ale razem... całuję rączki! Coś w nich jest... co... „nie pry-czom“. ooo! znalazłem wyborne określenie, choć moskiewskie, ale ja je znam. My tam z rusinami także o miedzę. Macamy się niekiedy po żebrach. „Nie pryczom!” doskonale! Moja miła kuzynka wdówka jeśli ma dobry nos, powinna to przewąchać, że jej z tym narzeczonym jakoś... nie do twarzy, a kuzynek Tomek już widać coś węszy, bo był dawniej wesoły gość, a teraz... zblakował. No, dobranoc, panie! Niech każdy sam sobie radzi, jak umie.
Obrócił się na pięcie i odszedł.
Elża tego wieczora długo grała na fortepjanie, unosząc się, potem, zamknięta w swoim pokoju, rozstrojona doszczętnie, nie rozumiała, co jej jest. Pisać nie mogła, zaczęła czytać, wszystko ją nudziło. Zrozumiała wkrótce, czego chce. Sięgnęła po pamiętnik z Riviery.
— Nie wolno mi, nie wolno!
Ileż razy postanowiła go spalić, raz już nawet trzymała zeszyt nad ogniem i... nie mogła rzucić. Jakaś siła przemożna odtrącała jej rękę od zniszczenia tej pamiątki. Lecz od dłuższego już czasu książki tej nie czytała, od czasu narzeczeństwa nie otwierając jej nawet. Dziś coś ją niosło do tamtych wspomnień, nie potrafiła się przemóc. Po długim wahaniu, prawie w męce, wydobyła z ukrycia gruby kajet w krokodylej skórze, siadła przy biureczku i... z chciwością, zamknąwszy oczy jak przed wróżbą, otworzyła na chybił-trafił.
Okrzyk wypadł z jej piersi. Jego pismo w jej pamiętniku, wklejone kartki, które on napisał i przysłał jej w przededniu wyjazdu, prosząc o nadanie tytułu tej, jak się wyraził, pół-jawie, półwizji. Zrobiło to na niej wówczas szalone wrażenie, tembardziej, że część pierwsza utworu była opisem ich przeżyć. Gdy jednakże pytał ją w drodze do Wiednia, jaki wybrała tytuł — odrzekła, iż rzecz jest na razie — bez tytułu. A teraz?... ach — czytać, czytać!...
Długo i uważnie badała niezbyt czytelne, choć zdecydowane, śmiałe pismo Artura, jakby witając się z nim, po ciężkiej tęsknej rozłące.
Zaczęła:

„Siedzieliśmy na ławce, w sali odczytów, w gmachu muzeum oceano-znawczego, w Monaco. Wicher dął i uderzał w ściany z zajadłością, huczało złe dzisiaj morze. Budynek muzeum trząsł się w posadach. W sali był chłód i półmrok, wywoływało to w nas obojgu nastrój drażniący. Ona była niezwykle podniecona, rumieńce gorące wykwitły na jej twarzy jasnej. Siedziałem z lewej strony, odgradzając ją od środka sali. Oparty łokciem na pulpicie ławki, położyłem głowę na dłoni i wpatrywałem się w moją towarzyszkę z jednakowem zawsze pragnieniem. Ile ta kobieta ma dla mnie wdzięku, który wypływa z jej natury, lecz nie dla każdego jej wdzięk, i to właśnie cenne, to jej siła. Ja go poznałem w całej pełni. Nie, per Bacco! nie! Właśnie, że go w całej pełni nie znam, to jest moja krzywda życiowa, to mnie dławi, to mi życie psuje. Patrzyłem na nią uporczywie: spojrzała na mnie, zauważyła moją pozę, uśmiech błysnął na jej ustach.

— Odgradza mię pan od świata?...
— Pragnąłbym.
— Czego?...
— Odgrodzić panią od wszystkich, zamknąć w swoim kręgu.
Powstała, widocznie zmieszana. Podniosłem się również.
— Chodźmy już, — szepnęła.
Dokąd?... burza, deszcz, wichura.
— Tu obok, na placu, stoją czasem fiakry lub samochody, pojadę do siebie.
— Na kilkogodzinne nudy? Wszyscy czekają na panią w kasynie dopiero o ósmej. Mam inną myśl genjalną.
— Wyobrażam sobie, — uśmiechnęła się... Pewno coś niesłychanego.
— Abyśmy pojechali do mojej willi.
Błyszczące oczy, rozszerzone zdziwieniem, utkwiła we mnie. W miarę patrzenia źrenice jej chłodły, twarz sztywniała, głos drżał, gdy rzekła:
— Nie sądziłam, aby pan mnie taką propozycję...
Wziąłem jej ręce, ucałowałem, chyląc głowę nisko.
— Czczę panią, szanuję wyjątkowo, chyba mi pani wierzy?... Moja gorąca prośba niech pani nie obraża, najszlachetniejsze mam intencje, daję na to męskie słowo honoru. Przeczekamy burzę w moim domu, zjemy tam podwieczorek. Marzę o tej chwili, w której będzie pani ze mną i tylko dla mnie. Och, no, ja i — marzę, to już nadzwyczajne.
— Możemy wszakże schronić się przed burzą w moim pensjonacie, w salonie, — rzekła.
— Tam trudniej, wobec argusowych spojrzeń patronów tej willi. Wywołałoby to niepotrzebne komentarze. U mnie nikt pani nie zna.
— Tem gorzej.
— Tem lepiej, będzie pani swobodniejsza, mój takt postawi panią w jaknajlepszem świetle. Więc?...
Trzymałem jej dłonie przy ustach, patrząc w oczy wzrokiem przyćmionym. Wzrokowi memu nie opierały się dotąd kobiety. Ta jedna. Ogarniał mnie płomień.
— Muszę ją dziś mieć u siebie. Wejdzie i wyjdzie z mego domu, jak biały kwiat. Przysięgałem sobie w duszy, że będę gentlemanem, ale wejść musi.
Wahała się, widziałem jej mękę, walkę osobistych pragnień z hordą barbarzyńskich zabytków, patrjarchalnego wychowania. Trzymały ją tradycyjne więzy, różne babeczno-matczyno-dewocyjne doktryny, wzbraniające jej tego kroku. Miałem wrażenie, że porusza się dokoła niej przecząco mnóstwo zgrzybiałych palców po zgrzybiałych nosach, a jakiś patrjarchalny Mojżesz prapradziadek, wskazuje jej z groźną miną na tablicę przykazań kobiecych, pewno więcej niż dziesięć liczących.
— Och no, zabraniaj jej, aeropagu archaiczny, buntuj ją, jednak ja zwyciężę.
Byłem tego pewny, nie egzaltowałem się w błaganiach, jak młodzik, czekałem, aż się sama zwalczy. Trzymając ją pod swoim wzrokiem, mówiłem głosem stłumionym nieco przez wrzącą we mnie namiętność.
— Proszę panią o to bardzo i... pani mi tego nie odmówi, to będzie dowodem zaufania pani dla mnie, chyba na to zasłużyłem?
Pospolitej kobietce o kurzym móżdżku, lub gąsce salonowej, żądnej przygód, powiedziałbym dużo o jej wyższości nad takie przesądy, o tem, że szablonem jest ulegać im, że ona jest wszakże kobietą nową, „nagą“, mówiąc bardziej po literacku i tak dalej w tym stylu. Jej tego mówić nie mogłem, nazbyt ją ceniłem i jej nie przekonałoby to. Upór jej słabł, nalegałem stanowczo. Nie lekceważyłem sprawy, lecz oświetlałem ją naturalnie i zwyciężyłem.
Podniosła na mnie oczy, trochę spłoszone, rzekła jednak odważnie:
— Ufam panu bezgranicznie, więc dobrze, — pojedziemy.
Ręka jej drgnęła przy moich ustach.
— Biedactwo. Uszanuję cię, bo czczę, bom to sobie przysiągł, ale wolałbym oszaleć.
Pożądałem jej najwyższą mocą pożądań męskich.
Wyszliśmy z muzeum.
Burza ryczała na morzu, wicher szarpał drzewami i huk potężny trwał, jakby się waliły skały. Znaleźliśmy na szczęście zakryty automobil. Uniósł nas szybkim pędem. Milczenie trwało. Paląc cygaro, przez błękitny dymek obserwowałem jej twarz pobladłą i oczy pałające podnietą, skierowane na morze.
— Czemu ty nie jesteś taką, jakich spotykałem mnóstwo na swej drodze, czemu trzymasz mnie, jak lwa na uwięzi. I ja, ja nie mogę zerwać tych pęt.
Samochód stanął przed żelazną bramką, wiodącą do ogródka willi. Celowo nie kazałem podjeżdżać od ulicy. Wysiedliśmy. Szła przedemną prędko, nerwowo, Wbiegła na pustą werandę. Zjawił się lokaj, otworzył drzwi od korytarza. Weszła śmiało, jak zawsze, eleganckim, swobodnym krokiem, szeleszcząc dyskretnie suknią. A ja cynik, ja życiowy pesymista, złośliwy krytyk kobiet, sarkasta, idąc za nią, czułem... że mi serce bije. Per Bacco, to nadzwyczajne! Pozostało kilka kroków do drzwi mego pokoju, wyprzedziłem ją, by je przed nią otworzyć, Nagle...
Zwróciła na miejscu i bardzo blada, lecz pozornie spokojna przemówiła lekko stremowanym głosem, nie patrząc na mnie.
— Zjemy podwieczorek na werandzie. — Proszę tam podać czekoladę — dodała — wprost do lokaja.
Zdumiony, zły, wściekły, ale z udaną obojętnością, powtórzyłem jej polecenie służącemu i podążyłem za nią. Siedziała przy stoliku w zaciszu, wśród ukwieconych pomarańczowych drzew, ściągała nerwowo rękawiczki, nienaturalnie wesoła. Usiadłem naprzeciw. Rozszarpałbym ją za ten okropny zawód, za to, że... znowu mi się oparła.
— Dlaczego to pani zrobiła? — syknąłem.
— Tak chciałam.
— Czy pani już jechała z takiem postanowieniem, był ten zamiar?...
— Nie.
— Zatem?...
— Zdecydowałam inaczej w ostatniej chwili.
— Więc mi pani nie ufa?
Długa chwila milczenia. Wzrok miała spuszczony na rękawiczki, usta jej drżały.
— Ani panu, ani... sobie.
Rozbroiła mię odrazu i zaimponowała mi. — Długo trzymałem jej dłonie przy swych wzburzonych ustach, z rozkoszną podnietą patrząc na jej krwisty rumieniec; gorące wargi jej płonęły, a jam jej dotknąć nie śmiał. Nie tylko jej słowa, usta jej mówiły, że pragnie... i... walczy.
Była dla mnie w tej chwili siłaczką.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Elża Gorska oderwała oczy od rękopisu, ścisnąwszy skronie rękami zapatrzyła się w odległą wizję przeżytej chwili. Tęskna zaduma cieniowała jej oczy. Kołatał w mózgu podzwon głuchy żalu i wspomnień.

— Było, przeszło, minęło, nie wróci.
Wstrząsnęła się.
— Tak być musi, ale — śnić wolno zawsze.
Zaczęła czytać dalszy ciąg.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Weszła do mego pokoju z lekką tremą, którą spostrzegłem, pomimo, że maskowała ją pozorną odwagą. Zbliżyła się do otwartego okna i stanęła, patrząc na morze. Zrozumiałem ją, pozwoliłem jej się uspokoić. Dysponowałem lokajowi, jaki ma przynieść podwieczorek, zamówiłem przez niego kwiaty w kwiaciarni. Po odejściu sługi zbliżyłem się do niej, proponując zdjęcie okrycia i kapelusza. Pomagałem jej w tem z największem uszanowaniem. Uśmiechnęła się do mnie trochę figlarnie i spytała, podając obie ręce.
— Czy pan zadowolony?...
— Ja szaleję...
— To mniej bezpieczne. Niech mi pan tak nie ściska rąk, to boli. Więc pan umie szaleć?... Nigdy bym nie sądziła.
— Uważa mnie pani za rybę?...
— Nie, ale za bardzo zrównoważonego człowieka.
— Samej sobie powiedziała pani komplement, bo urok pani potrafił wyprowadzić mię z równowagi.
Popatrzyliśmy sobie długo w oczy i ona spuściła rzęsy, znowu zmieszana, zalękniona. Ale ja, ja przysiągłem sobie. Stłumiłem swój poryw wewnętrzny całą siłą woli. Zacząłem poważną rozmowę, nie dokończoną jeszcze w muzeum, a stosującą się do naszej sytuacji. Musiałem skupić wszystkie władze duchowe, etyczne, by zapanować nad zmysłami, rozdrażnionemi niebywale jej obecnością u mnie. Nie tylko zmysły trzymać na wodzy, trzeba było twarz maskować, by nie wyrażała nic z moich uczuć. Bo oto tę swoją upragnioną kobietę miałem u siebie, oddaną na moją łaskę, ufną, chociaż zawsze jakby spłoszoną, co jej tylko dodawało uroku. Walczyłem, jak tytan, by nie porwać jej w ramiona i nie zgasić pożaru swych warg łaknących jej ust ponsowych jak świeża krew, i również drżących pożądaniem. I ona pragnie, może sama tego nie rozumie; czuję swój fluid oddziaływania na nią.
Podczas naszej rozmowy podano czekoladę i owoce. Służący usługiwał z wyłączną pieczołowitością, robiło to wrażenie, że chce wszystko tak przygotować, aby nie narzucać się nam zbyt częstym krzątaniem się. Twarz typowego sługusa zdradzała, że jest dobrze poinformowany. Chciałem poinformować go właściwiej.
Poleciłem mu przynieść z księgarni pewne francuskie wydawnictwo, nawiasem mówiąc, zupełnie zbyteczne, i doręczyć nam paczkę z firmy kwiatowej.
— Na którą godzinę? — spytał lokaj bezczelnie.
— Och, o którejkolwiek, gdy oba obstalunki będą gotowe. O jedno tylko proszę cię, nie trudź nas stukaniem do drzwi, nie lubię tego odgłosu.
Lokaj skłonił się bardzo nisko i wyszedł skonfudowany.
Po krótkiej ciszy między nami ona podała mi nagle obie ręce, niezwykle serdecznie, blask jasny był w jej oczach.
— Dziękuję, z całej duszy dziękuję — rzekła cicho Wzruszona, spojrzała przytem tak, że zrozumieć nie mogę, jakim cudem nie zgniotłem jej w uścisku.
W tej kobiecie siedzi szatan... i... ona siłaczka, ale ja jestem tytanem. Męczymy się oboje. Rozmawialiśmy w dalszym ciągu, zwracałem się stale do jednego tematu, filozofując, stawiając wnioski wręcz przeciwne jej zapatrywaniom. Z przerażeniem wewnętrznem czułem, że nie zwalczę tej kobiety, a także, że runie moja teorja o kobietach wogóle, oparta na osobistej praktyce. Więc jednakże nie wszystkie można wziąć, choć się najsilniej pragnie?... Na moje filozofje i debaty w celu przekonania jej odpowiadała stale: — nie!
Żoną moją nie zostanie, gdyż jestem Anglikiem, a ona Polką, nie zamieszka ze mną w Anglji, gdyż jej obowiązek — żyć i pracować na ziemi polskiej. Nie zerwie tych patrjotycznych praw, jakkolwiek rozumie, że są to przestarzałe pęta i że jej w nich ciasno. Dalej, ja jestem dla niej „za wysoką partją“, ona zaś ceni swoje szlachectwo, ale nie przywiązuje do tego zbyt wielkiej wagi, potrafiłaby zawsze zejść niżej w hierarchji społecznej, byle umysłem się nie różnić, ale „sięgnąć wyżej” przeszkadza jej duma. Ja mam to nieszczęście, że ona mnie uważa, w swem przekonaniu, za osobnika z „wyższej sfery”. I ta zapora jest nie do przebycia. Dalej — kochanką moją nie zostanie, to już sprawa bez komentarzy, zresztą o to jej nie atakuję nigdy. Bo przedewszystkiem za dobrze znam kobiety, by wiedzieć, czego się po której można spodziewać, ją zaś nazbyt kocham i czczę.
Wszystkie jej psychologje, etyki, analizy szczerzą do mnie zęby, naigrawają się z daremnych wysiłków pokonania tych potworów. Zaczynam również ironizować, ale z tego, czego od niej nie żądam. Kieruje mną gniew.
— To nie etyka panią broni, lecz atawistyczny zabobon tradycji, nie moralna cnota, lecz brak zupełny zmysłowości w pani krwi. Nie rozumiem, jak może obejść się bez niej taki temperament. Bo ja różniczkuję te dwa pojęcia: zmysły i temperament, pierwszego w pani brak absolutnie, drugim — wre pani cała.
— Skąd pan wie? — spytała.
— Znam się na tem i obserwuję panią badawczo. Och no, pani ma płonący mózg, zapalną głowę, w pani kipi, burzy się, w pani krwi są skarby nieocenione, tylko do tego sezamu brak impulsu zmysłów, które by go otworzyły.
— Och, jak pan się myli, — rzekła smutno. — Mówi pan tak, ponieważ nie wierzy w etykę kobiet naprawdę uczciwych, a także w obowiązek. Dla pana to martwe słowo, dla mnie bardzo ważne.
— Pomimo tych wszystkich cerberów, strzegących panią, jesteś z sobą w rozterce, tęsknisz za tem, co sama od siebie odsuwasz.
Nie zaprzeczyła. Ponsowa krasa rozlała się po jej twarzy. Ja przeczułem w myśli samemu sobie.
— To nie brak zmysłów, bo i one są, to rzeczywiście barbarzyńska etyka. Bądź mi taką, pozostań taką dla mnie.
Na stole obok stało już od kilku minut duże zamknięte pudełko. Podszedłem z niem do jej krzesła, otworzyłem i, zaczerpnąwszy pełną garść białych tuberoz i krwistych, drobnych różyczek, jąłem sypać na nią kaskadę kwiecia. Wstrząsnęła się, podniosła na mnie oczy. Łzawo lśniły jej zielono-złotawe źrenice, wargi łaknęły, twarz mieniła się kolorem tych róż i tuberoz. Stałem poza jej krzesłem, nieco z boku, obsypując ją wonnym aksamitnym gradem, pochylałem się ku niej coraz niżej. Ramiona moje ogarniały ją prawie bezwiednie, zaciskane ogromem pragnienia. Jej głowa półodchylona i twarz wzniesiona ku mnie pałały ogniem; czułem jej żar, — burzył we mnie wszystkie władze. Przymknięte powieki jej drżały ciemną rzęsą, wachlowały nozdrza. Usta roztuliły się i wołały moich ust. Była moją i dla mnie. Jeszcze moment, jeszcze sekunda... Elly...
Szarpnęło mną, pochyliłem się gwałtownie, już miałem ją zamknąć obręczą swych ramion, gdy zerwała się nagle, wymknęła. Stojąc zadyszana podnietą, ale już władająca sobą, dumna, wyprostowana, — wskazała mi moje krzesło ruchem stanowczym, pełnym wymowy, rozkazując i przepraszając zarazem oczami.
Patrzyłem na nią przez chwilę z pod zsuniętych brwi. Co było w mej twarzy, nie wiem, ona zatrzepotała powiekami, spuściła oczy, wionął jej szept.
— Demon!...
Patrząc tak na nią, zaczynałem bać się samego siebie, wolno odszedłem do okna, dla uspokojenia burzy wewnętrznej zapaliłem cygaro. Długi czas trwała cisza. Stawała się zbyt ciężką. Wtem zaszemrał jej szept.
Wołała mnie.
— Służę pani.
Sam się zdziwiłem, taki był suchy ton mego głosu. Sztywnym krokiem zbliżyłem się i znowu byłem przy niej. Układała kwiaty w pudełku; pozbierała je widać z dywanu podczas naszego milczenia. Wydało mi się, że układa je machinalnie. Patrzyłem na nią. Mocno różowa, zakłopotana z oczami uparcie utkwionemi w kwiatach rzekła miękko:
— Odprowadzi mię pan do kasyna. Prawda?
— Dopiero szósta, do ósmej dwie godziny.
— To nic, już pójdziemy.
— Dlaczego pani ucieka?... taka jedyna chwila, jak dzisiejsza, może nie prędko powrócić.
Mówiłem szczerze, zgnębiony myślą, że ona odejdzie. Wyczuła to zapewne w moim głosie już nie suchym, lecz niemal pieszczotliwym.
Zawahała się i rzekła, nie patrząc na mnie:
— Trzeba się o to starać.
— O co?...
— By takie chwile nie wracały.
— A jednak... czy pani im nic nie przyznaje?
— Owszem, — siłę, która osłabia. Czuję, że słabnę i dlatego się boję.
Widząc, że posunąłem się ku niej upojony narkotykiem jej słów, — rzekła śpiesznie z niepokojem:
— Proszę mi podać żakiet.
Spełniłem jej rozkaz. Wkładając na nią okrycie, stałem z boku, bardzo blisko, otoczyłem ją kręgiem ramion Więcej niż było potrzeba. Walczyłem resztkami sił. Ona to odczuła, spojrzała na mnie i nagle zbladła. Zacisnąłem ramię dokoła jej drogiej postaci. Nie panowałem nad sobą. Drżała, jak puch biały na wietrze, i, sama zapewno nie wiedząc o tem, kłoniła się ku mnie rozkosznie. Mój wzrok już hypnotyzował ją, stała się bierną, nie, — była pragnącą a jam ją zniewalał...
Krótka sekunda strasznego przeczucia rozkoszy; głowa jej na mojem ramieniu, rzęsy opadły, usta rozchylone łakną, czekają, moich ust. Jeszcze... chwila okrutna, bolesna w oczekiwaniu... Już... czuję ciepło jej ustek.
Dosięgnąłem je i posiadłem. Cud się spełnił. Wybuchnął w nas szał i opętał świadomość. Bezpamiętnie spijałem krew wrzącą z jej ust rozpłomienionych, cisnąłem je władczo, z żarłoczną żądzą i głodem, z uczuciem bezbrzeżnie upoistem w rozkoszy. Ona moją, nareszcie moją. Szał wzrastał do takiej popotęgi, że stawał się obłędem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ocknąłem się... Co to?... Jestem u siebie? Ciemno... Nie, jasno, ale noc. Jestem sam. Wszystko znikło, ona i mój szał. Przedemną na dywanie pasma księżycowe migocą.
Co to jest?...
Ach, siedzę w głębokim fotelu oparty na dłoni. Więc marzyłem tak plastycznie?...
Tak. Z muzeum przyjechaliśmy tu autem. Nie chciała wejść do mego pokoju, cofnęła się w ostatniej chwili. Podwieczorek na werandzie i nasza rozmowa, autentycznie powtórzona w halucynacji, potem pojechaliśmy do kasyna. Nic więcej.
Więc teraz... marzyłem? Ja marzyłem?... Och no, to coś nadzwyczajnego. Bo to było marzenie, to nie sen. Nie spałem napewno.
— Więc ona mię do tego doprowadza?...
— Jakiż tego koniec?... Co się ze mną dzieje? Czy tak osłabłem duchowo?... Nie! Przenigdy!
Stałem długo w otwartem oknie. Morze bełkotało cicho pod siatką księżycowych lśnień. Świat spał.
— Nie, przenigdy! — powtórzyłem. Byłem i jestem silny. Zwyciężę... Ona będzie moją.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża Górska oparła czoło na zeszycie, ręce splotła na głowie i zapadła w stan hypnotyczny; oderwała się od wszystkiego, co ją otaczało. Duchem przeżywała i pierwszą część opisu — istotną wówczas i drugą — wizyjną. Połączywszy wyobraźnię swoją z marzeniem Artura, uplastyczniła sobie tę scenę tak żywo, iż niemal doznała halucynacji, że scena trwa, że ona jest z nim tam nad morzem, w jego domu, że czuje go przy sobie, usta ją piekły od pocałunków, które były jakby jawą, dającą najwyższą rozkosz. Znikła Warownia, zaprzepaścił się Tomek, duchowa władza Artura trzymała Elżę pod swoim wpływem. Moc jego była nad nią. Pomału obraz jął się zacierać, a majaczył inny. Wizja. Elża Widzi Artura, siedzi przy biurku zarzucony papierami, czyta czy pisze, ona widzi wyraźnie jego profil, osnuty mgłą sinego dymu. Zapatrzyła się w tę nową zjawę z oczarowaniem, ekstatycznie. I stał się między niemi ów kontakt ścisły duchowy, a tak rzadki pomiędzy ludźmi, kiedy dwie oddalone istoty łączą się z sobą siłą wyższą, niepojętą, oddzielającą duszę od ciała, nie przez zwykły proces śmierci, ale może przepięknej idei tejże. Ciała nie zamierają, jeno mdleją pod siłą ducha, który je opuszcza, dążąc w przestrzeń na spotkanie drugiej indywidualności duchowej.
Młoda kobieta uniosła się tam, gdzie ją przywoływał on, a ten nakaz jego czuła bardzo wyraźnie, do tego stopnia, że była z nim, że w jego istocie trwała, jakby w eterze ponadziemskim zatopiona. Gdy wreszcie obudził ją zewnętrzny realny odgłos dzwonka folwarcznego w Warowni, który głosił powstanie poranku, Elża ocknięta na chwilę, rozbierała się do łóżka, jakby w śnie somnambulicznym trwając stale tam, przy nim, przy drugiej połowie swej istoty duchowej. Zasnęła z wizją jego, Artura, pod powiekami.
I... była znowu z nim, przy nim. Otaczały ich jakieś odmęty, wznoszące się i opadające, niby fale morskie podczas burzy, niby chmury, zwalone na ziemię. Straszne te runa, siwo-mgliste wtłaczały się pomiędzy nich obojga, siłą rzeczy przedzielając ich sobą. Ona rwała się ku niemu z przerażeniem, widząc, że coraz gęstszy mur tych bałwanów potwornych dzieli go od niej. Chmurne kłęby parły ją w tył przemocą, dławiły, że chciała krzyczeć ratunku. Postać Artura malała, nikła, aż w tym okropnym potopie zginęła zupełnie. Wówczas ona ujrzała, iż ten odmęt silny stał się olbrzymią zastygłą kulą i że za tą kulą jakby całego globu jest on, Artur. Więc rozpaczliwie jęła tę kulę obejmować ramionami, pragnąć usilnie objąć ją całą, by zeszły się z sobą jej ręce, po drugiej stronie kolosalnej kuli, by dosiągnęły jego. Była pewną, iż gdy dopnie celu i kulę w całości ogarnie, wtedy odrzuci jak zwykłą piłkę ten glob przeokropny i znowu stanie przy Arturze. Wytężała wszystkie siły, cały zasób swej energji, całą wolą, prężyła ramiona, by je rozciągnąć do gigantycznej długości, zabierała śliską kulę coraz dalej, dalej w swe objęcia, przywarła piersiami ku niej, chcąc ramiona ze stawów powyrywać, byle zdołały otoczyć ją dokoła. Wszystko na nic, czuła z zimnem śmiertelnego lęku w mózgu, że kuli tej nie zmoże, że to daremny trud, walka beznadziejna. Tragizm tego przeświadczenia mroził ją lodem, miała wrażenie człowieka zamurowanego żywcem, tam świat, a ona tu już skazana bez możliwości wyzwolenia. Uczuciu tej grozy nic sprostać nie mogło. Elża, jak męczennica dantejskiego piekła, walczyła i zamierała, nie umierając. Borykała się z szatańską zaporą zawzięcie, wściekle i... zdawało się jej ciągle, że jest ćmą na wielkim kloszu. Odczuwała tę upokarzającą sytuacją z niesłychaną plastyką. Wtem zaczęła odgadywać, że i on po tamtej stronie walczy i nie widząc, wiedziała napewno, że on tę dzielącą ich przestrzeń, globu, tę masę nie objętą kuli, odłupuje po kawale i odrzuca precz, ogromne łomy odrywa, wali, szarpie i dąży ku niej. Aż oto ona palcami odczuwa już nie twardość granitową, lecz pustkę przestrzenną i że ona sama, jej osoba powiększa się, że ta ćma jej postaci staje się motylem, ptakiem, kula zaś będąca w jej ramionach maleje, drobnieje... Oczekiwanie pełne trwożnego niepokoju, czy to owa bryła z jej ramion się wymyka, czy też on ją zwalcza i dosięga celu, ujmuje całą. Nagle wstrząs, jakby runął świat, ostatni odłam zapory wypadł z jej ramion. Przed nią stał Artur.
Elża obudziła się, oblana zimnym potem, osłabiona jakby po morderczym wysiłku. Otworzyła oczy. Opuszczona przez nią dawno świadomość powracała mętnie. Lecz żywotna energja kobiety skupiła ją prędko w sobie.
Rozejrzała się.
Słońce zalewało cały pokój, za oknem krzyczały wilgi, gruchały turkawki.
Warownia.
— Więc śniłam?... od kiedy?... tak — długo... całą noc?...
Spojrzała mimowoli na wiszący kalendarz.
— Dziś jest? — zdarła kartkę, — niedziela 28. czerwca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.