Verte/Część pierwsza/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XIV.

Wrażenie snu i poprzednich zjawisk trwało długo. Elża nie mogła otrząsnąć się z niepokoju, który owładnął nią i dręczył przemożnie. Siłą woli chciała złamać w sobie myśl o Arturze, jak złą marą odpędzała od siebie jawiącą się uporczywie jego postać. Ale on wciąż trwał, niepokoił, porywał. Pamiętnik swój zapieczętowała lakiem i włożyła na dno kufra z mocnem postanowieniem niezaglądania więcej do niego. Znowu chciała ten zeszyt spalić i nigdy nie miała sił.
— Zniszczę go w wilję ślubu.
Jej stan męki duchowej nie uszedł uwagi całego towarzystwa. Komentowano sobie różnie jej zamyślenie i wyraźny niepokój, cechujący jej zachowanie się. Uniewicz już od pewnego czasu śledził ją uważnie i notował swe spostrzeżenia. Po nocy sennych marzeń, wizji i hypnotycznej tęsknoty usposobienie Elży uderzyło wszystkich. Była jak złamana, jak po chorobie, unikała ludzi przez cały dzień. Jej bladość, szczególny ogień w oczach, spieczone usta, podniecone ruchy, nawet głos silniej altowy, zmienił ją i zdradzał wrzącą w niej burzą. Tomek starał się ją wybadać, lecz zrozumiał rychło, że tego nie dokona. Dzień przeszedł na wzajemnej męce. W poniedziałek po obiedzie całe grono gości warownieckich oraz domownicy siedzieli na werandzie, spożywając deser: ogromne truskawki i leśne poziomki. Wielkie półmiski świeżo zebranych w borze jagód nęciły wonią i kolorową glazurą. Z kryształowych dzbanów lała się kremowa śmietanka, dzwoniły o kryształ łyżeczki, głosy zebranych tryskały humorem, tworzyły się projekty nowych zabaw, spacerów, majówek. Kilka osób głosowało za krokietem, inni chcieli grać w tenisa, panny projektowały łowienie ryb w jeziorku.
Elża, bojąc się tego wszystkiego, rzuciła myśl:
— Jedźmy konno do lasu.
Powstały protesty.
— Dziś za gorąco.
— Lepiej pod wieczór.
— Narzeczeni niech jadą we... dwoje, — zaproponował Zdziś Burba.
— Nie chcecie z nami, mniejsza o was. Tomek, panie Melu! jedźmy we troje.
— ... Ja jestem dziś... nie dysponowany.
— Ech, znamy się na tem, nic panu nie jest, tylko woli pan poobiednią drzemkę. Bądźmy szczerzy.
— Nie, pani, ja tylko nie chcę wam przeszkadzać.
— Och, trop de zèle, panie Melu. Może pan asystować naszemu „sam na sam”, pozwalamy.
— Ta samowola narzeczonej powinna być ukarana — zawołał Zdziś Burba.
Tomasz spochmurniał, a pan Cezary rzekł przeciągle:
— Wobec takiej decyzji narzeczonej, trudna rola narzeczonego.
Zaturkotało, zadudniło ostro na moście nad fosą.
— Ktoś jedzie. To z Chodur.
Zbliżała się szybko tęga para siwych koni, ciągnąca wysoki szaraban. Zanim konie stanęły, wyskoczył na ganek stary Poberezki, czerwony, spocony, wymachując trzymaną gazetą. Wołał tajemniczo:
— Stoimy na progu, stoimy na progu! Już się pokazała niteczka z kłębka, wnet się rozmota, pozorek jest, tego tylko brakowało.
— Co pan mówi? nic nie rozumiemy, — wołano, witając hałaśliwie ogólnie lubianego krzykacza.
— Co?... trzepnął dłonią w gazetę — a ot co! Następca tronu austrjackiego Ferdynand d’Este, z małżonką, księżną Hohenberg — zamordowani w Sarajewie.
Pan Cezary chwycił gazetą, czytał pierwsze depesze z Sarajewa, donoszące o morderstwie arcyksiążącej pary przez Principa. Wszyscy byli pod dziwnie przykrem wrażeniem.
— Widziałam ich oboje w Wiedniu na Grabenie, — rzekła Elża. Interesowała mię ta para. Szczególny los, złączyło ich niezwykłe na tronie zwycięstwo miłości i połączył ich znowu tragizm wspólnej śmierci.
— To straszne, istotnie potworny zamach. Ale dlaczego morderstwo to nazwałeś sąsiedzie progiem, kłąbkiem i czemś tam jeszcze? — nie rozumiem, — mówił Burba.
Poberezki zaperzył się.
— Bo to próg, bo to wysupłana nitka kłębka, bo to pozór, panie mój! Czyż wy tego nie rozumiecie? pozór do... wojny! Na jej progu stoimy.
— Te, te, te, te, te! — machnął ręką Burba.
— No, dalibóg, jeśli morderstwo w Sarajewie nie jest koniem trojańskim w murach Europy, z którego brzucha wygląda chytry łeb Wilhelma, to, to ja jestem małpą i możecie mnie wypchać — wrzeszczał szlachcic, waląc się pięścią w piersi.
— Dlaczego znowu Wilhelma?... wszak zamach spełnił Serb, nie zaś Niemiec.
— A sąsiad chciałby, żeby co najmniej adjutant przyboczny kajzera. O, święta niewinności. Że intryga Hohenzollernów w tej sprawie tkwi, to pewne. Arcyksiążę d’Este był niewygodny Wilusiowi. Więc fiut! nach Walhalla. Wizyta Wilhelma u Ferdynanda w zamku Konopiszt, to był pocałunek Judasza, zamanifestowanie przyjaźni zewnętrznej, z zamachem w torbie. Czy nie mówiłem państwu, że to wizyta podejrzana? Stary Poberezio ma łeb na karku.
Zapewnienia jego zastanowiły jednakże wszystkich, zaczęła się dyskusja i wertowanie gazety, czego już Elża nie słuchała. Wymknęła się cicho do lasu cała pod wrażeniem sarajewskiej katastrofy, nie ze względu na polityczne zawikłania, lecz ideowe z powodu tragedji, łączącej na wieki romantyczną, a zwycięską parę Habsburgów. I niewiadomo skąd nadpłynęła myśl, że oni jednak zwalczyli wszelkie przeszkody wzbraniające im połączenie się, że miłość silna zmogła dzielącą ich zaporę, że nie bacząc na nic, dążyli ku sobie uparcie i zdobyli szczęście.
Przed oczyma Elży stanęła sylwetka Artura...
— A ja i... on... a ja i on?... — tłukła się myśl, wywołując analogję.
— Ja w stosunku do Artura to może — tamta w stosunku do Ferdynanda. Ach nie, tam ona nie uciekała, a on walczył. Tu ja uciekłam i idę w inne ramiona, a on bierny. Niema porównania. Zresztą nasze szczeble sferowe nie są zasadniczo różne, sama je wytwarzam. Ale dlaczego zawsze, zawsze myślą zabiegam do tamtego? Urok rzucił na mnie, czar nieodparty? Czy on o mnie myśli?... czy to wpływ jego hypnotycznej siły?...
Krzyknęła głucho, gdy z poza drzew ujrzała Tomka.
— Zaczynasz się mnie obawiać, Elżuś, — szepnął z wymówką. — O czem tak dumasz? O czem ty tak ciągle rozmyślasz, dziecino?
Objął ją w pół i przytulił do siebie.
— Ciebie coś trapi, jedyna, powiedz, może ja coś na to poradzę. Pragnąłbym ci nieba przychylić, ale jestem bezsilny wobec twego milczenia.
Gorycz dusiła Elżę, bolała ją jego nieświadomość i to, co w niej żyło, o czem on nie wiedział. Jakkolwiek zaraz po zaręczynach wyznała mu wszystko o Arturze, jednakże pamiętnika jej nie czytał. Była przed Tomem szczerą wówczas, ale to, co wtedy w niej spało, teraz zaczynało się budzić, co wówczas uważała za wygasłe, teraz poczuła, że w niej żyje.
Ale jakże zranić tego złotego Tomka, szczęście jego złamać, może dla mrzonki? Bo to budzenie się w niej, to może tylko wyobraźnia, to nerwy, to egzaltacja? Wmawiała sobie, że daje się powodować fantazji, że trapi Tomka i siebie, ale pomimo to gorycz jej rosła. Pieszczoty narzeczonego rozdrażniły ją ostatecznie, nie pomogła walka z samym sobą, zerwał się w niej płacz i wybuchnął gwałtownym szlochem. Tomek przerażony posadził ją na pniu, ukląkł obok, objął jej kolana i uspokajał najczulszemi słowami, całował ręce, stopy zanurzone w mchu, — zaklinał, pytał, co jej jest? Nie odpowiadała, tylko płacz nią szarpał coraz boleśniejszy. Elżę drażniło, że Tomasz nie odgaduje istotnej przyczyny jej wybuchu, a jednocześnie bała się, by nie odgadł. Tomek tracił głowę, widząc, że niczem jej nie utuli, powstał i zgnębiony, przetarł dłonią mokre czoło.
— Boże mój, jakiż ja słaby, nie wiem, czem cię uspokoić, bo nic nie wiem.
Żałosna skarga ta, wyrwana z silnej męskiej piersi, poruszyła serce Elży, drgnęły w niej wszystkie najszlachetniejsze uczucia, zalana łzami, wzięła ręce Toma z szeptem bezradnym.
— Wybacz mi, wybacz...
— Może ja cię drażnię sobą, dziecko, mów; łażę za tobą jak pies, może ci tem dokuczam?... Ale ja ciebie tak bezmiernie kocham, że staję się egoistą i o sobie tylko myślę.
Przyciągnęła go, że ukląkł znowu przy niej, tuliła się do niego jak dziecko skarcone, szukające opieki, uczucia. Nie wyznała mu nic, on o nic nie pytał, przygarniał ją z rozkoszą, szczęśliwy, że pozwala na to, że się uspokaja. Nie przeczuwał, ile się złożyło na ten jej wybuch i nie potrafił tego odczuć subtelnie. Bo oto nagle, wiedziony szczerością, silnym prądem uczucia pchany, przycisnął jej głowę do piersi i gorącem ust szeptał jej tajemniczo:
— Może ja się domyślam, Elżuchna, dlaczego tak się rozdrażniasz, co cię męczy?...
Elża zatrzymała oddech pod wrażeniem tych słów, czekała jego domysłów, jak wyroku. A Tomasz szeptał coraz płomienniej:
— Może to samo jest i moją męką, to samo i mnie do szaleństwa doprowadza?...
Elża drętwiała w sobie.
— Najmilsza, bo przecież... ty wiesz,.. jesteśmy narzeczonemi zgórą dwa miesiące ciągle z sobą... razem,... ty, kochanie, ślub odkładasz... a... wszakże... krew mamy nie wodę... krew naszą stepową... gorącą... pragniemy się... ciągle... razem... ty rozumiesz... męczymy się oboje...
Elży się zdawało, że zimny spadł na nią grad. Poczuła chłód, jakby huragan nią szarpnął, zerwała się w niej burza gniewu. Doznała szczególnie przykrego uczucia przynależności do kogoś, kto się o swe prawa dopomina. Nieodczuwany od czasu pożycia z Gorskim dreszcz wstrętu, porwał ją z miejsca i wydarł z ramion Tomka. Zawołała wzburzona:
— Wyjadę do Taraszczy, nie będziesz się męczył, powinnam to była dawno uczynić.
Z płomieniem na twarzy, oburzona, zaczęła uciekać od niego szybkim krokiem. Stał chwilę osłupiały, blady z przerażenia i pobiegł za nią. Chwycił jej rękę, patrzył na jej zsunięte groźnie brwi.
— Elżo... obraziłem ciebie?... Nie jesteś dziewczynką niedorosłą... Mogę mówić otwarcie, wszak masz zostać moją żoną. Czy przez jakąś fałszywą skromność mamy taić przed sobą istotę rzeczy?...
— Nie, poglądy moje na tę kwestję znasz. Ale to, co widocznie dla ciebie jest istotną przyczyną twojej męki, dla mnie nią nie jest i... w tem się różnimy.
Tomasz mienił się na twarzy.
— Czyli, że moje pożądanie ciebie, nie znajduje oddźwięku — rzekł ciszej, — nie kochasz mnie.
— Jeśli pojęcie miłości budujesz tylko na zmysłach, tedy dojść możesz do... bardzo smutnych doświadczeń. Przykładem... Karolcia.
Burba wzburzył się.
— Elżo! — do takich porównań nie masz prawa. Moja miłość dla ciebie za wielka, za święta, by ją lekceważyć. Nie powinnaś nawet wspominać tamtej. A ty analogujesz, Elżo?... ty... moja świętość...
Usta mu drżały, straszny ból osiadł na twarzy. Serce młodej kobiety drgnęło żalem. Ze skruchą szczerą podała mu ręce.
— No, już dobrze... uspokój się Tomku, wybacz mi, ale już nigdy, nigdy, nie czyń podobnych przypuszczeń... w liczbie mnogiej. Mój. drogi. Chyba znasz mnie na tyle, by wiedzieć, że gdybym odczuwała to... co ty, nie potrafiłabym się ukrywać przed tobą.
— Może ci na to twoja etyka czy estetyka nie pozwala?
— Ach nie, cóż znowu. Szczere pożądanie zmysłowe nie sprzeciwia się etyce, byle było piękne, — to żywioł, siła. Staje się ono dopiero wtedy nieestetycznym i nieetycznym, gdy jest hipokryzją. Ale... nie można go narzucać, bo wówczas szpetnieje.
Tomasz zrozumiał i łuna wstydu zalała mu twarz. Gniew migotał w jego źrenicach, słowa złe, przykre cisnęły mu się na usta, nie zdołał ich zupełnie zdusić w sobie.
— Jednakże na wiosnę, gdym powrócił z Mińszczyzny... gdyśmy się zaręczali... inną byłaś, Elżo... płonęłaś i ty...
Głos jego trochę syczał.
Teraz ona stanęła w szkarłacie. Podniosła śmiało oczy, patrząc wprost na niego.
— Tak, nie przeczę i wyrażam zawsze tylko to... co czuję.
— Wtedy byłaś kobietą... dziś jesteś filozofką. Ach, jak ja nie lubię twojej skłonności do analizowania zjawisk zimnemi władzami umysłu.
— Ostrzegałam cię, że jestem fantastką. No, wiesz co, Tomek, naprawdę, już dosyć wymówek. Przeproś mię teraz ładnie.
— Jakto, ja mam przepraszać?...
— A któż?... przecie chyba nie ja?... co?...
Śmiała się, patrząc w oczy Tomka. Chmurny był, lecz jej wzrok rozpraszał te mroki gwałtownie. Nagle błysnęły ognie z jego źrenic, porwał ją w ramiona i w szalonym uścisku uniósł z ziemi.
— Ty moje, moje, moje szczęście jedyne, Elżuchna!
— Szalejesz, Tom, jesteś jak smok! Puść mnie, bo mię zgruchoczesz! — wołała nerwowym spazmem.
— Ee, co tam teraz, potem, kiedy będziesz zupełnie moją. Hej! ratujcie mię wszyscy święci!
Rozweselony, postawił Elżę na ziemi i, biorąc jej rękę pod ramię, spytał pochylony ku niej:
— Powiedz mi teraz, kociaku, co cię tak rozdrażniło, czego płakałaś?... znowu posępniejesz, cóż ci jest, na Boga?!
— Rozdrażniły mię... wieści Poberezkiego, — rzekła szczerze.
— Jakto, za arcyksiążęcą parą płaczesz?... No, wiesz...
— Daj spokój, Tomku, nie mówmy o tem. Czasem coś takiego nadleci ze świata, co mąci pogodę... samym przewiewem.
— Ale żeby się znowu przejmować, że jakiś tam d’Este zginął, to już nadwrażliwość zbyteczna.
— Czasem lepsza nadwrażliwość, niż jej brak... zupełny.
— Czy to do mnie adresowane?...
— Trochę. Co zaś do owego morderstwa, to przecie fakt niezwykły.
— Jednej koronowanej pałki i darmozjada mniej! Oo... wwa!
— Ach, Tomku, nie bądź zanadto socjalistą. Sam masz pańskie nawyki, tu wśród chłopstwa okolicznego jesteś conajmniej arcyksięciem w stosunku do używania życia i jego przywilejów.
— Ale jestem pracownikiem, nie próżniakiem.
— Jaka tam twoja praca!
— Wyrażasz się, Elżuś, sama jak socjalistka.
— Mylisz się, lubię dostatek, wykwint nawet... lubię żyć... szeroko. Ale chciałabym żeby wszyscy, wszystkie warstwy społeczne żyły tak samo, choć to pewno utopja, — żeby nie było warstw i sfer. Krew u wszystkich ludzi jednakowa i tęsknoty też same, tylko warunki je rozwijają lub zabijają. Widzisz przeto, że nie jestem wywrotowa, prędzej pojednawcza.
— A żałujesz koronowanych głów, które są... idjotycznym zabytkiem feudalizmu w dzisiejszym postępie... i prawem kaduka uznają się za warstwę najwyższą.
— Nie przestając być ludźmi, jak sądzisz??... Otóż ta zamordowana para: księżna daleka była od korony, przedewszystkiem miała serce; kochała się, założyła szczęśliwą rodziną, miała dzieci, więc dlatego, że on Habsburg, a ona tylko Chotkówna, można ich zabić bezkarnie i trzeba się z tego cieszyć?...
— No, kociak mój zaczyna swoje debaty. Principa powieszą, ale ja znowu nie mam powodu płakać. Mniejsza o nich. Zarzucałaś mi przed chwilą brak wrażliwości, otóż poprawiłem się i wiesz, co odczuwam?...
— Ciekawam.
— Oto bywają takie momenty, że człowiek rozwodzi się nad jakimś tematem ogólnym szeroko, z zapałem, nawet z dobrą wiarą, tylko dlatego, by stłumić w sobie jakiś własny temat, nurtujący wewnętrznie. Taką chwilę przeczuwam obecnie w tobie, Elżuś.
Spojrzała na niego z nieukrywanym zdumieniem.
— A co, nauka nie poszła w las?... — zapytał.
— Jesteś genjalny, — wyraźny żart i lekkie drżenie było w jej głosie.
— No, przysięgnę, żem odgadł trafnie. Ten Ferdynand to mała przyczyna, to, jak sama mówiłaś, tylko przewiew, który nasunął... jakąś chmurę. Ale mówi się szeroko... o przyczynie.
Elża zmieszana spuściła oczy i głowę.
— Czyż nie tak?... — nalegał.
— Jesteś genjalny, — powtórzyła tym razem bezbarwnie.
A on rzekł, patrząc na nią uważnie:
— Cieszę się z tego, że nie umiesz kłamać, nawet ton głosu, nawet gra fizjonomji, wszystko to cię zdradza. Nie trzeba słów.
— Masz rację, to jest moje fatum, — szepnęła.
Szli długo w milczeniu, potem on rzekł znowu:
— Fatum. Moja... ty słodka Krysto, wszak jam Orlewicz, twój Orlewicz, tu, w naszych borach, na naszych łąkach, wśród naszych kwiatów, naszą miłość opisałaś. Hej, Kryniu czarnobrewa moja!
— Nie jestem czarnobrewą i nie jestem Krynią, gdzie mi tam do niej, co ci się znowu śni?
— Jakto? Ach, że Krynia — cudna dziewczyna, no a ty — mój cud kobieta. Orlewicz także bardzo piękny, a jednak nie mówię, — gdzie mi tam do niego, bo on to ja. Oj, Elżuchna!
Znowu zapalał się, unosił. Elża nie broniła narzeczonemu marzyć, sama jednak posępniała.
Tak było zawsze, ile razy mówiono o przyszłości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tymczasem umysły wszystkich zajęte były wypadkami politycznemi, które następowały po sobie z niesłychaną szybkością. Młody Burba z Krakowa, wezwany w pierwszych dniach lipca jakimś tajemniczym listem, zawołał z ogniem: „Ha, burza idzie!” i tego samego dnia wyjechał z Warowni.
— Przyjadę do was, ale już w licznej kompanji i... w trjumfie. Przywieziemy wam to, co było sto pięćdziesiąt lat w letargu, a co teraz ożyje.
— Fiksat! — rzekł pan Cesary, patrząc za odjeżdżającym Zdzisiem.
Młodzież myślała inaczej.
Każdy dzień przynosił nowe, niepokojące wieści. Zrywanie stosunków dyplomatycznych między państwami i pierwsze wojny wstrząsały złem przeczuciem.
Pan Cezary zdumiewał się i wierzył już we wszelkie przepowiednie Poberezkiego, ten zaś po całych dniach jeździł od sąsiada do sąsiada, widywano go w mieście powiatowem, w wagonie, na bliższych stacjach rozgadanego, dowodzącego z zapałem o bieżących wypadkach. Przepowiadał zdarzenia nowe i zawsze trafnie, jego horoskopy przyszłości tchnęły przerażeniem. Nazywany przedtem sejmikowiczem, teraz został wróżbitą i żył w ciągłem podnieceniu, jak w gorączce,.
W Warowni bywał najczęściej, dysputując szeroko z zebraną młodzieżą, z Uniewiczem i Elżą, bo w nich Poberezki odnalazł najzapaleńszych partnerów do swych politycznych kombinacji. Gorska żyła samemi nerwami, nie umiała sobie nawet wytłumaczyć, co ją tak unosi, rwała się, chcąc wyjeżdżać do Taraszczy, to znowu do Ostendy, gdzie przebywali Renardowie; coś ją niosło w świat, coś jej nakazywało jechać stąd, niepokój szarpał nią coraz natarczywiej. W snach i majakach widywała Artura przy jego biurku dyplomaty, zajętego pracą, dalekiego od niej. Wydawał jej się wtedy obcym, zimnym, i doznawała nieprzepartego żalu, że skończone wszystko, że ona już dla niego nie istnieje. Aż nadszedł ranek sierpniowy. Po ciężkiej niespanej nocy, pełnej przykrych majaczeń, w których Artur powtarzał się stale, Elża zmęczona zasnęła twardo już o świcie. 153 Ujrzała znowu Artura. Stał na wzburzonej wodzie, rozlanej szeroko, nie tonął, lecz stał na posadzce, z surowym wyrazem twarzy, zimny i patrzał na nią z pod zmrużonych powiek przejmującym silnym wzrokiem. Gdy chciała się do niego zbliżyć, czarna fala piętrzyła się, zagradzając jej drogę; gdy wstąpiła w nią, czuła przez sen, że tonie. Wreszcie on przez fale wyciągnął do niej rękę, chciała mu podać swoją, lecz czarny nurt zalał jej oczy i znowu oddalił od niego. Wtedy Devencourt podniósł dłoń w górę. jakby nakazując jej posłuch i zawołał głośno:
— Czytałem „Fatum”. Czekaj Warskiego.
Słowa te zbudziły Elżę; tak były wyraźne, że zdawało się jej, jakby tuż przy niej wypowiedziane. Młoda kobieta przerażona wyskoczyła z łóżka, oblana potem. Ten głos jego, słyszany jak na jawie, i krótki sen zmęczyły ją więcej, niż całonocne wizje pół-snu.
Otworzyła okno szeroko, wdychając pełną piersią pachnące żywicą powietrze. Zastanowił ją niezwykły o tej godzinie ruch we dworze. Słychać było głośno wołania, przyspieszone kroki. W bramie Elża ujrzała „starszynę“ z urzędową blachą na świtce, rozmawiającego z zarządcą. Dziwny niepokój nadpłynął ku niej gwałtownie. Drzwi zatrzęsły się od mocnego szarpnięcia. Elża otworzyła je szybko. Do pokoju wbiegła pani Urszula blada, ze łzami w oczach, nie rzekła ani słowa, tylko usta jej drżały; załamała ręce z rozpaczą i z płaczem osunęła się na krzesło. Elżę pchnął w piersi jakiś brutalny obuch zgrozy. Słowa pytania zamarły jej na ustach.
— Tomka mi gotowi zabrać, Tomka! Boże mój! — jęknęła Burbina.
Wszedł pan Cezary. Uspokajał żonę, sam nieco spłoszony zaniepokojony.
— Tomka nie wezmą. Taż cicho, nie bucz! Urszuleczko serce. Tomek jedynak i dawno od wojskowości uwolniony, a to nieszczęście jak wybuchło nagle, tak i zgaśnie prędko.
Elża zrozumiała.
Zebrali się wszyscy w jadalni. Panny popłakiwały, młodzieńcy wybierali się w podróż do Warszawy po wieści. Radzono, zastanawiano się w popłochu i zgnębieniu. Elża była cicha, tylko taka, jakby jej kto mózg i świadomość ścisnął w klamrach. Czuła, że zaczyna się dziać coś strasznego ogólnie i że przed nią otwiera się jakaś przepaść bez dna, że runie w nią, bo to już konieczne, ale nie mogła zrozumieć dlaczego właśnie doznaje tego wrażenia. Siłą woli zwalczała swój szczególny stan psychiczny, zwykła żywość jej natury poniosła ją do ruchu, czynu. Cały dwór był jak podminowany. Służba folwarczna i dworska, kilku nadbiegłych gajowych, otoczyło ganek; Tomek czytał im odezwę wojenną. Rozległy się płacze kobiet, pisk dziewcząt, bo dużo chłopców szło w tym roku, a wielu było chłopów przeznaczonych do rezerwy, zmuszonych wyruszyć na wezwanie. Nad wszystkimi huczał dzwon wołający na trwogę.
Wojna! Wojna!!
Pani Urszula, klęcząc przed obrazem Bogarodzicy, modliła się żarliwie, spłakana, zbolała; Elża nie mogła jej uspokoić; pobiegła przeto do stajen, gdzie mężczyźni zajęci byli szeregowaniem koni na mobilizację. Pan Cezary chodził po stajniach, jak struty, mrucząc pacierze, przerywane zapewnieniami, że to krótka awantura i wnet się uspokoi. Tomek i Uniewicz, przejęci bardzo, szykowali konie, z któremi sami mieli jechać. Uniewicz klął bez przerwy i wciąż powtarzał:
— Jeżeli choć parę koni oddamy moskalom, tedy jesteśmy Fryce. Psiakrew! ogona jednego nie damy kacapom!
— At, pleciesz kochany! — rzekł Burba, ojciec, ta i cóż zrobim wobec przemocy.
— Znajdą się tam tacy, co nastawią kieszenie, sypnijcie dobrze złotem, a ci miarodajni eksperci puszczą konie bez krzywdy.
— Tam będzie władza miejscowa i oficerowie nie tylko tutejsi specjaliści.
— Już oni się pogodzą, niech was o to głowa nie boli. Oficerowie. Fiu! wielkie rzeczy. Znamy się na władzach i na oficerach kacapskich. Radzę dobrze. Łapówa w tym wypadku to dla nas dobrodziejstwo; tamci napchają kieszenie, a my ocalimy konie. Bo oddawać je „błagonadiożno“ chyba niema celu? może się zdarzyć cel dla nas... świętszy.
Elża potakiwała gorąco, odgadując myśl Uniewicza.
— Schowałbym przed moskalami wszystkie konie pod ziemię dla takiego celu. Ale czy się uda, — wątpił Tomasz.
Wyprowadzane ze stajni piękne cuganty, kłusaki, wierzchowce rżały nerwowo, czując niezwykłą wyprawę. Ataman, chrapał ostro, dygocąc konchami nozdrzy. Z oczu sypał skry, osnuty siecią żyłek, śniący, niby hebanowy atłas, tańczył w lansadach przed Elżą i wysuwał małą główkę na smukłej szyi, przymilnie rozsuwając wargi.
Elża rozrzewniła się.
— Śliczny kośka nasz. Tomku, nie bierz go, zostaw! zabiorą go nam napewno, wszak ma bilet.
— Zostawię go za to jedno słowo twoje „nasz”, — zdecydował Burba bez wahania...
Elża uradowana odprowadziła konia do stajni.
Wrzawa, rżenie, kwik koński, rwetes przedwyjezdny, wszystko Pogrążone było jakby w tumanie gęstym, który omotał i zgubił w sobie umysły ludzkie. Widmo wojny, ta mara straszliwa, jak nieubłagana konieczność grozę niosąca, zawisła nad ludźmi. Spadła niespodzianie i odrazu przejęła niebywałą trwogą. Jak wysuwająca się z za boru siwa chmurka, poza którą przeczuwa się sino-czarną płachtę idącej nawałnicy, tak i tu — ludzie czuli, że coś nadciąga potwornego, że trzeba nasłuchiwać gromów, że idzie moc i przewrót, że zbliża się kat, brodzący stopami we krwi, że... dźwiękną topory tytanów i opłyną posoką. Ludzie się pocieszali, że wichura wojny, jak majowa burza, przeleci i ucichnie, ale wmawiając to sobie wzajemnie, wszyscy odczuwali w atmosferze ciężar gniotący piersi, jakby na świat i ludzi spadł potężny cień wielkich skrzydeł nieszczęścia.
Elża i większość towarzystwa odprowadzała Tomka i Uniewicza aż poza pierwszy las na wilczym trakcie. Wszyscy szli obok wierzchowców, na końcu pędzonego tabunu koni. Gdy się wreszcie pożegnali, Gorska nie poszła do boru na jagody, jak wszyscy, usiadła przy trakcie, pod osłoną ciemnego wału jodeł i dopiero teraz jęła skupiać swe wrażenia, rozważać je trzeźwo. Przedewszystkiem, czując nieustanny ból w duszy, jakby klocie ostrą igłą, chciała zbadać istotną przyczynę tego. Wojna, no tak, to źródło zasadnicze i straszne, ale ogólne, jej zaś ból to raczej odczucie własne, więc z czego płynące?... Męczyła się, nie mogąc wybrnąć z chaosu myśli, by znaleść właściwy punkt.
Traktem przelewały się niezliczone tłumy koni i ludzi, dążących do miasta.
Kłęby kurzu gęstą mgłą omotały drogę, zasnuły przeciwległy bór, otulając banderje kłusujące chłopów na koniach i wozach. Rozgwar prawie wesoły podnieconych głosów, przejmował zgrozą duszę młodej kobiety.
— Oni jadą, jak na jarmark, bawi ich nowość, czyż oni co rozumieją.... Idą jak na hulankę ci... skazańcy, bo wszakże iluż z nich nie wróci, ile kości z tych koni będzie bielało na połach, jakie pobojowiska splami ich krew, czyż oni tego nie przeczuwają?... czy są tak waleczni, czy tacy głupi?
Mijał ją znajomy chłop, tak zwany „bohatyr”[1], z okolicznej wsi.
— Pomahaj Boh! — welmożnaja pannuniu! — zawołał, spostrzegłszy Gorską, i kłaniał się nisko.
— Dobre zdorowie! Ładne ma Ułas konie, aż tyle prowadzicie?
— A szczoż, koły batiuszka car prykazał, to i treba. Kruty ne werty! I synków dwuch woźmut na wojnu! Mobiliziacja, taj hodi!
Błysnął wesoło zębami, czapkę zniżył aż do butów w pokłonie i pocwałował dalej.
— Dziki niewolniczy lud, bez duszy, bez myśli, — litowała się Elża.
Szeregi koni i ludzi sunęły, sunęły bez przerwy. Było coś żałobnego w tym pochodzie „wiernopoddańczych* tłumów, jakiś smutek wiał nad nimi, jakby mglisty zarys kościotrupa, z kosą, w stęchłej płachcie. Zwiewna mara płynie nad tą rzeką koni i ludzi, czarne oczodoły czaszki, jama z wyszczerzonemi zębami śmieje się tyrańsko, suchy piszczel z kosą wskazuje cel tej wędrówki.
— Krwawe pole walki. Poprzez wesoły gwar głosów ludzkich słychać zda się rechot puszczyków.
Korowód śmierci, jej widmo im hetmani, na zatratę wiedzie.
Elża zapadła w głęboką zadumę. Postać jej pod gałęziami jodeł nikła prawie, kurz okrył ją lotnym tumanem, siedziała wśród paproci z głową pochyloną, ciężką od przepływów myśli, od ich natłoku. A gromady koni i ludzi toczyły się traktem.
Elżę ocucił głośniejszy tupot kopyt i głuchy szum wolantu. Mijał ją Poberezki. Zerwała cię i krzyknęła. Spostrzegł ją, zatrzymał stangreta, zeskoczył, witał ją wesoło.
— A co, Burbineczko! Czy Poberezki ma nos, czy go niema?...
— Oj ma, niestety. Widzi pan ten pochód?... walą i walą.
— To i cóż, oni niech walą, to ich psie prawo. Z nimi czy bez nich moskala djabli wezmą. Ale dwory, my polacy, nie powinniśmy dawać ani ludzi, ani koni. My, to rezerwa dla naszych, ale nie dla wrogów. A Tomek pojechał z końmi?
— Pojechali z Uniewiczem, z koni, mających bilety, został tylko Ataman.
Poberezki załamał ręce.
— Pocóż było prowadzić tyle koni?
— No, więc jakże?
— Ależ my nie powinniśmy tego robić, nikt, nikt, żaden polak, żaden dwór. Nasza tu inna rola, całkiem inna.
— Jaka?...
— Psuć, nie pomagać; skonsolidować się wspólnie, niszczyć, mosty, koleje, trakty, ani jednego człowieka, ani jednego konia.
— Więc pan nie posiał koni ze swojej stajni?...
— Ja?... posłałem. Oczywiście!
Elża zaśmiała się.
— Ale nie wszystkie, co są zapisane, hołubko! najlepsze schowałem. Niedoczekanie! Nie dla kacapów moje konie. Cóż miałem nie wysłać ani jednego? Sam, jak palec, wyrwać się z opozycją, bez poparcia sąsiadów?... Zaaresztowaliby mnie i wszystko wzięli. Takie rzeczy trzeba robić wspólnie. Kwestja organizacji. Trzeba sprawę rozumieć, aby ku niej dążyć. Ale czy mnie kto słuchał?... Dziwakiem, puszczykiem mnie nazywano. Ot i puszcz wyprorokował. Trzeba było stanąć kupą i nie dać nic, ani łba! Czekać... naszego hasła.
— A nie byłoby represji, kar?
— Nie mieliby na to czasu. Wszczynać wojnę domową, kiedy Pikelhauba na karku? To nie Japończyk za Uralem, to już tu, na grzbiecie siedzi. Zobaczycie, jak ich zmiotą, a wtedy czyje konie, jak nie nasze? jacy chłopcy na nich poszarżują, jeśli nie nasi?
— Czy pan Olgierd wolny od wojskowości?...
— Ale gdzież tam, ma wszakże brata. Wykupiłem go swego czasu, lecz mogliby go capnąć, tylko... nie dam.
— Jakim sposobem?.
— On już... w Galicji od miesiąca. Tam wstąpi...
— A... rozumiem...
— Widzisz, hołubko, tak się robi po polsku! Wróci tu Olgierdek, ale w szeregach naszych strzelców. Gorsza bieda z kobietami. Zachciało się morskich kąpieli, a teraz niewiadomo, jak z Sopot się wydostać. Wszystko to przez Emilkę Gozdecką. Pisałem, nalegałem, by wracały. Gdzie tam. Panna szuka na gwałt kawalera i moje baby trzymała do kompanji. Teraz są w pułapce.
— Czemuż nie wracają?
— Bo granica zamknięta.
— Już? — krzyknęła Elża z przerażeniem.
— No, tak, wujostwo pani, Renardowie, w Ostendzie też w pułapce. Pozostaje im wszystkim droga okólna morzem na Sztokholm lub Archangielsk.
— Granica zamknięta, — powtórzyła Elża dziwnym tonem.
Poberezki uważnie na nią popatrzył.
— Wszystkie granice zamknięte, otwarta tylko droga do Rosji. Ale tam moskali przepędzimy na złamany łeb.
— Granice zamknięte... — szeptała Elża zbielałemi ustami, przytem miała taki wyraz twarzy, jak skazaniec, stojący nad przepaścią.
I w onej minucie zrozumiała wyraźnie, co było źródłem osobistego bólu jej duszy. Ból, przygłuszony w chaosie wrażeń ogólnych, rozrastał się teraz, raniąc jej serce okrutnym ostrzem.
— Granice zamknięte, bezwzględna, brutalna zapora.




Przypisy

  1. Bogacz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.