Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

W szkole wszyscy już wiedzieli o powieści studenta Kastellara. Prasa codzienna, zaintrygowana przez starego don Atocha, w ciągu kilku dni wałkowała na wszelkie sposoby zjawienie się nowego pisarza, którego nazywała „chrzestnym synem „Rondy“.
Studenci z szacunkiem spoglądali na kolegę, bo stawał się znakomitością, przedtem nawet, zanim powieść jego pojawiła się na półkach księgarskich. Młodzi i niedoświadczeni nie znali oni jeszcze sztuczek reklamowych, mogących równie dobrze wywindować kogoś na szczyty, jak go potem zrzucić w otchłań niepamięci lub pogardy nawet. Profesorowie z zainteresowaniem oczekiwali zapowiedzianego utworu Enriko Kastellara. Lubili mulata za jego zdolności, pracowitość i pełne godności zachowanie. Ten i ów kiwał jednak głową i wyrażał pewne wątpliwości.
W głowach Hiszpanów nie mogła pomieścić się myśl, żeby mieszaniec, potomek murzynki, mógł być obdarzony prawdziwym i wartościowym talentem. W jaki sposób potrafiłby ten śniady młodzieniec, o przygrubych wargach i żółtawych białkach oczu wniknąć w tajniki duszy ludzkiej i wyrazić w języku Calderona i Cervantesa nieuchwytne odcienie uczuć i wrażeń? Doprawdy, przekraczało to wyobraźnie profesorów Szkoły Kolonjalnej, a nawet niepokoiło ich. Większość, z dyrektorem na czele, uśmiechała się sceptycznie.
Enriko, zapytywany o pochodzenie i treść swej powieści, dawał wymijającą odpowiedź. Zwykle mówił, że „Świt czy zmierzch?“ jest powtórzeniem i przeróbką napisanego w kolonji opowiadania.
Jeden z napastujących go dziennikarzy zapytał:
— Czy bohater jest Hiszpanem, czy tubylcem?
— Dlaczego interesuje to pana? — zdziwił się mulat.
„Ronda“ zapowiada niezwykle wnikliwą i drobiazgową analizę psychologiczną i uczuciową. Myślę więc, jeżeli się nie mylę, że raczej przeżycia tubylców mogły się stać przedmiotem tak głębokiego studjum literackiego, napisanego przez pana, don Kastellar...
— Nie rozumiem! — rzekł Enriko, podnosząc ramiona.
— Pański intelekt, krew, związki rasowe przemawiają za tem. Dusza zaś europejczyka nie jest panu tak bliską, zrozumiałą — odparł dziennikarz.
— Hm... — mruknął mulat i potrząsnął głową. — Caballero, nie zamierzam spierać się z panem. Powiem krótko. Moim bohaterem jest człowiek! Kolor skóry nie gra tu żadnej roli. Barwnik, jak panu wiadomo, tkwi tylko w naskórku, bo murzyn i hindus, malajczyk i papuas mają jelita i wątrobę tegoż koloru, co i trzewia senora! Pozwalam sobie rozszerzyć to twierdzenie i na całą ludzką istotę. Jestem przekonany, że moja dusza posiada te same właściwości, co i pańska. Przepraszam, lecz na dłuższą rozmowę nie mam czasu. Jutro zaczynają się egzaminy!
— Zarozumiała sztuka! — pomyślał dziennikarz. — Byle bękart cętkowany pcha się teraz naprzód. Na Madonnę! Do czego doprowadzą nas nieoględnie liberalne rządy!
Zaklął i w duchu postanowił „zjeździć“ powieść zuchwałego, zarozumiałego mulata.
Don Atocha, posługując się prasą codzienną, narobił dużo hałasu i zapowiedzią nowej powieści zainteresował szerokie koła społeczeństwa. Przeglądając przesyłane mu z drukarni korekty „Świtu czy zmierzchu?“, zacierał ręce i śmiał się radośnie. Przy ponownem czytaniu powieść młodego mulata podobała mu się jeszcze bardziej. Wiedział już, że zrobił dobry interes.
— Za psie pieniądze — jakieś tam marne 1500 peset — nabyłem prawdziwą perłę! — myślał. — Co za świeżość uczuć! Jaka płomienność i namiętność myśli i... głęboka, żywiołowa, z wnętrza samego płynąca rewolucyjność pojęć! A wszystko to wyrażone w takiej pełnej umiaru formie, że cenzura i policja jego królewskiej mości nie zdoła wyszperać w niej nic karygodnego! Gdzie się tego taki mulat, taki pędrak nauczył?!
Zaniepokoiło tylko i zdziwiło nieco starego wygę pewne zapytanie o osobę autora. Telefonowano z kancelarji dowódcy korpusu gwardji i starano się dowiedzieć o nazwiska osób, występujących w powieści mulata. Namyśliwszy się dobrze, don Atocha potrząsnął łysą czaszką i mruknął do siebie:
— Ha! Coraz lepiej! Moja reklama, jak bomba, wstrząsnęła nawet dworskiemi sferami. Dobra nasza!
Sam autor zapowiedzianej powieści z największym spokojem oczekiwał kolejnego zeszytu miesięcznika. Nie myślał nawet o tym doniosłym w swojem życiu wypadku. Złożyły się na to liczne i ważne przyczyny.
Z niezwykłą subtelnością wyczuł utajone myśli kolegów i profesorów.
Pierwsi spodziewali się, że sukces literacki popchnie zdolnego i nieprześcignionego konkurenta na nową drogę, a zatem — ustąpi im placu. Coprawda, dobroduszny Isidro Gines, słuchając pobożnych pragnień kolegów, zaśmiał się tubalnym głosem i zawołał:
— Niedoczekanie wasze, miłe moje robaczki! Nie znacie Enriko Kastellara! Uparty to i wytrzymały chłopak, twardy orzech do zgryzienia! Znajdzie on czas na wszystko: i nową powieść napisze, i senoritom główki będzie zawracał, i nas zdystansuje!
Profesorowie natomiast z pewnem zawodowem zaciekawieniem oczekiwali, czy też rozreklamowany i oddający się pobocznej pracy student nie zaniedba nauki. Wychowawcy młodzieży widzieliby w tem potwierdzenie nagminnej teorji, niewiadomo przez kogo zmyślonej, że rasa czarna odznacza się brakiem zdolności do długotrwałego wysiłku. Przytaczano sobie wzajemnie dzieje studentów-murzynów i mieszańców z innych uczelni, wywlekano różne przykłady z pism pedagogicznych i z dzieł naukowych.
Enriko Kastellar tymczasem nie urzeczywistniał nadziei kolegów i stawał się zaprzeczeniem wszelkich teoryj o rzekomej niższości rasy czarnej.
Koledzy podpatrzyli w jego pokoiku na Calle del Luna grube zeszyty — zapisane, upstrzone poprawkami, a, co najważniejsze, starannie ukryte przed okiem ludzkiem na szafie. Rozeszła się natychmiast pogłoska, że Enriko przygotowuje do druku nową powieść. W pokoju profesorskim powitano tę nowinę zdumieniem. Wydawała się wprost niewiarogodną. Młody mulat składał egzaminy świetnie, a profesorowie musieli stwierdzić u niego niezrównanie wyższy poziom inteligencji i wiedzy od rodowitych Hiszpanów, mimo, że wśród nich odniedawna zabłąkała się nawet jakaś zubożała i nieudolna latorośl sławnego rodu książąt Infantado.
— Czy piszecie coś nowego, Kastellar? — zapytał mulata pewnego razu profesor prawa międzynarodowego, chcąc zmieszać go takiem obcesowem pytaniem.
— Tak, panie profesorze! — odparł student spokojnym głosem.
— Przecież macie tyle pracy w szkole?
— O, mam czas na dodatkowe lekcje języków i na pracę w bibljotekach, gdzie czytuję różne dzieła, obszerniejsze od naszych podręczników szkolnych!
— Jakżeż wy to robicie? — zdziwił się profesor.
— Doba ma 24 godziny, panie profesorze — uśmiechnął się Kastellar. — Co do mnie nie jestem zwolennikiem socjalistycznej formuły potrójnej ósemki. Szkoła zabiera mi jedną z nich zaledwie, drugiej używam na pracę, trzeciej — dla siebie osobiście.
— Na piękne senority, jak zawodowy „matador de amor“ — mruknął przysłuchujący się tej rozmowie, mały, we wszystko wścibiający nos Lope Huertas.
Enriko posłyszał uwagę kolegi i, zerknąwszy w jego stronę, dorzucił skwapliwie:
— Osiem godzin snu — wystarcza mi najzupełniej, panie profesorze!
— Wtedy, jeżeli sypiam w domu, co teraz nie zawsze się zdarza. Tak przynajmniej twierdzi zgorszona donna Marja Meadez — czcigodna wdowa starego belfra, który po sobie pozostawił więcej „pał“, niż niepocieszona połowica łez wylała po nim... — dusząc się ze śmiechu, dogadywał Huertas, mrugając do mulata łobuzerskiem okiem.
Enriko Kastellar stawał się zagadkową osobistością. Otaczała go nieprzenikniona tajemnica. Nikt nawet nie podejrzewał, jaki ważny okres życia przeżywał ciemnoskóry student.
Przedewszystkiem zniknął gdzieś bez śladu ciągle trapiący go niepokój.
Liza jakgdyby odeszła na drugi plan. Jej biała sylwetka, z rączkami, rozpaczliwym ruchem wyciągniętemi przed siebie, biegnąca z cichym chrzęstem żwiru i znikająca w cieniu parku pałacowego, była zasnuta jakąś mgłą.
Enriko zrozumiał wkrótce, że był to ratunek dla niego przed nieukojoną, gryzącą tęsknotą.
Przyszło nagłe uświadomienie, że nic na rozłąkę poradzić nie może, lecz musi wytężyć siły i wynaleźć sposób, aby zdobyć kochaną dziewczynę, przyjaciółkę lat dziecinnych, dobrą opiekunkę i cel swych marzeń.
Pierwsze kroki na tej drodze już postawił. Ukończy szkołę z odznaczeniem; będzie miał zapewnione stanowisko; wreszcie wybije się ponad poziom, jeżeli powieść jego będzie miała poczytność. Potrafił dokonać manewru nieuchwytnego i niezawodnego, aby wypowiedzieć Lizie wszystko, co od chwili rozstania wypełniało mu życie. Nie upadł na duchu, nie osłabł, nie zwątpił, nie opuścił rąk. Miał w głowie niewyczerpaną skarbnicę nowych pomysłów, zamiarów i nadziei. Pójdzie dalej, wciąż wyżej i wyżej!
Zaczął pisać nową powieść i czuł, że robi w niej postępy, że myśli jego stają się głębsze, ideały bardziej określone, forma — doskonalsza.
Jakoż i druga postać, zatruwająca go niepokojem, usunęła się w cień. Wspomnienie o don Dominiku Kastellar hrabim de l’Alkudia — nie napawało go już wstrętem i rozpaczą. Stanie przed nim we właściwym czasie, jako człowiek znany, mający zdobyte własną pracą miejsce w społeczeństwie, szanowany, a kto wie — może nawet uwielbiany. W każdym razie nie wolno już będzie teraz znieważyć go bezkarnie, podeptać, pohańbić! Przestał być „cętkowanym bękartem“, nikt nie ośmieliłby się już teraz skopać go, jak psa.
Podobne myśli spowodowały dziwny spokój, wyraźnie uświadamiany i odczuwany. Dziękował za to Bogu, gorąco modląc się przed krzyżem Męki, czego nauczyli go „Biali Bracia“, a co pokochał w dzieciństwie, pełnem miotania się ducha i goryczy doznanej krzywdy. Z biegiem czasu odczuwać zaczął nowy, zgoła inny niepokój. Zastanawiał się teraz nad zagadnieniem, które nie było dlań jasnem i budziło poważne obawy i wątpliwości. Napisał „Świt czy zmierzch?“... Jedyną pobudką ku temu było pragnienie zabezpieczenia się przez nieuniknioną, jak mu się zdawało, brutalnością generała Kastellara. Natchnął go do tego „Alonso Dobry“ — wielki autor „Don Kiszota“.
Pisząc, wyraźnie wyczuwał obecność dobrego genjuszu; duch wielkiego Cervantesa kierował jego ręką niewprawną... Tak było niezawodnie! Teraz porywa się samodzielnie na nową powieść... Czy nie jest to zuchwalstwem, kuszeniem dobrych sił, pomagających mu? Czy powinien robić to? Poco wreszcie?
Pytanie to zadawał sobie po tysiąc razy, a nie widział na całym świecie nikogo, kto mógłby mu doradzić, rozproszyć zwątpienie i wskazać prawdziwą drogę. Coraz częściej czuł się na rozstaju.
Znajomość z donną Inezą de Mena odsunęła na dalszy plan te zmagania się ze samym sobą i męczące obawy.
Porwał go wybuch zmysłowości w wir słodki i skwarny. We krwi nosił wszak ogniste zarodki namiętności niezwykłych, niczem nieokiełznanych, pochłaniających go bez reszty. Młodość, temperament mieszańca i zew rasy domagały się ziszczenia swoich praw. Ineza nie była pierwszą kobietą w jego życiu. Wszystkie inne jednak stanowiły przelotne zjawiska, zupełnie wypadkowe, co pozostawiało po sobie niesmak, odcień wstydu, rozgoryczenie i odczucie grzechu, lub też mijało bez wspomnień nawet.
Teraz po pierwszej wizycie w malowniczej, przytulnej wilii w dzielnicy „La Prosperidad“, gdzie mieszkała primadonna operowa, poczuł do tej kobiety pewien szacunek i przywiązanie.
Ineza znała życie i ludzi. Niezwykłą bezceremonjalnością, niemal brutalnym cynizmem w zdumienie wprawiała pięknego młodzieńca, który podobał się kapryśnej i zmysłowej śpiewaczce. Wzbudziła tem w mulacie ostre zaciekawienie. Jej niebywała szczerość, niczem nieskrępowana żądza używania, ugruntowana na osobistym poglądzie na świat i ponurej psychologji artystki, uderzyły go i podrażniły.
Ineza de Mena, spotkawszy Enriko w cyrku, po drugiej „paseo“ opuściła lożę. Wsiadłszy ze swoją towarzyszką do białej limuzyny, skinęła ręką na mulata.
Enriko zawahał się przez chwilę, a potem, stanąwszy na stopniu samochodu, pochylił się ku donnie Inezie i szepnął z szyderczym uśmiechem:
— Senoro! Obawiam się, że zaszła pomyłka... Słyszałem i czytałem, że kapryśne, znudzone panie szukają dla siebie... pocieszycieli i nawet opłacają ich. Jest to wstrętne i hańbiące obie strony zjawisko! Nie mógłbym brać udziału w takiej... tranzakcji!...
Donna Ineza słuchała uważnie. Mulat ciągnął dalej:
— Teraz inna znowu kombinacja... przepraszam, że mówię, nie obwijając w bawełnę, lecz szczerość senory upoważnia mnie do tego. Nieprawdaż?
W milczeniu skinęła głową, bawiąc się wachlarzem. W oczach jej zapalały się wesołe, ironiczne ogniki.
— Druga kombinacja mogłaby się opierać na wygórowanem i niczem nieuzasadnionem mniemaniu o moich... zasobach pieniężnych — mówił Enriko. — Uprzedzam senorę, że jestem biednym studentem — prawdziwym „un pobre diablillo“[1], więc senora zrozumie, że oprócz kwiatów i cukierków... (niestety, tak jest!) dalej moja hojność iść nie może. Przysięgam, że tak jest!
Donna Ineza wybuchnęła wesołym, beztroskim śmiechem i zawołała pieszczotliwie:
— Sam jesteś najpiękniejszym kwiatem, słodki chłopaku! Pragnę tylko ciebie... i niczego wzamian nie żądam!... No, wsiadasz, czy nie, bo policjant grozi pięścią memu szoferowi?
Enriko wskoczył do samochodu i zatrzasnął drzwiczki.
— Ach! Co za szczęście! Dziękuję! — wykrzyknęła ze szczerą radością.
— Senora jest bardzo, bardzo dobra! Dios![2] Nie wiem nawet, co w niej przeważa: dobroć czy piękność?!
Narazie spotkał go zawód.
Śmiała i wyzywająca dotychczas Ineza we własnym domu okazała się miłą, uprzejmą gospodynią. W oczekiwaniu kolacji, ująwszy gościa pod ramię, oprowadzała go po willi. Mulat przyglądał się pięknym malowidłom i fotografjom, przedstawiającym artystkę w różnych rolach, wstęgom i albumom pamiątkowym, ofiarowanym jej podczas występów zagranicznych, oszklonym szafkom, gdzie zebrane były różne drogocenne cacka z porcelany, kryształu, bronzu, zielonego nefrytu, w którym donna Ineza de Mena szczególnie się lubowała. Miała do tego kamienia jakiś niepojęty, mistyczny pociąg. Opowiadała mulatowi o swem dziwnem zamiłowaniu, zresztą spostrzegł to sam i zrozumiał, że nie było w tem żadnej pozy. Zapytał żartobliwie o przyczynę namiętności pięknej artystki do kamienia.
— Ach! Gdybym mogła ją objaśnić! — zawołała. — W zielonym nefrycie wyczuwam nieśmiertelność, więcej nawet — jakiś powiew miljonów minionych wieków, jakieś odgłosy kosmicznego chaosu, w którym się tworzył ten cudny, zielony, przetkany czarnemi i białemi żyłkami minerał!
Pieszcząc w białych dłoniach misterne drobiazgi, gemmy, okryte płaskorzeźbami, paciorki i bransoletki, Ineza de Mena mówiła:
— Chińczycy i Japończycy nie bez powodu przypisują nefrytowi cechy magiczne. Władcom Chin podawano napój wyłącznie w kubkach nefrytowych, ponieważ trucizna traci siłę przy zetknięciu się z ich czarowną zielenią. Wszystkie najpotężniejsze talizmany średniowieczne musiały mieć w sobie cząstkę tego kamienia. Czytałam gdzieś, że Salomon posiadał miecz z rękojeścią nefrytową i pierścień z tymże kamieniem.
— Zabobony!... — uśmiechnął się Enriko.
Nino![3] Zabobon, który staje się wiarą, posiada już mistyczną potęgę! Co do mnie, to po te wszystkie śliczne cacka odbyłam kilka uciążliwych podróży. Wywiozłam z dalekich krajów — wielką prawdę... że wszyscy ludzie są równi sobie do czasu, aż się zaczną bić. Wtedy dopiero wypływają różnice. Sjamczyk napada z łukiem w ręku, Malajczyk ciska kamieniem z procy, Hiszpan strzela z karabina, Anglik wali z ogromnej armaty okrętowej...
Z temi słowami wyciągnęła dłoń do mulata i szepnęła:
— Dlatego to niedowierzanie senora, czy ośmielę się korzystać publicznie z towarzystwa pięknego młodzieńca o oliwkowej cerze i oczach, pełnych skwaru i szaleństwa słońca afrykańskiego — sprawiło mi przykrość! Czyżbyś, nino, uważał się za niższego od innych ludzi?
— Nie! Ci inni natomiast mają mnie za coś niższego! — odparł, a ciemny obłok przemknął mu po twarzy.
— Istotnie! — potwierdziła w zamyśleniu. — Trwają takie poglądy i wrosły głęboko korzeniami w mózgi hiszpańskie. Na to można zaradzić jedynie...
— Czem? — zapytał mulat, z niecierpliwością oczekując odpowiedzi.
Ogarnęła go ciekawość, czy będzie ona zgodna z jego własnem rozumowaniem.
— Należy wybić się wysoko ponad tłum! — zawołała z pasją w głosie. — Zmusić, aby wszyscy patrzyli na ciebie, nino, zadzierając głowy!
Enriko zerwał się na równe nogi i zakrzyknął:
— Senoro Inezo! Na Madonnę! Postępuję tak od pierwszych lat świadomości! Cały wysiłek myśli i woli skierowałem na wyżyny, o których marzę!
Artystka ujęła go za rękę i łagodny uśmiech rozchylił jej ukarminowane wargi. Trwało to krótko, bo po chwili koło ust zjawiła się gorzka zmarszczka, a w oczach błysnęły ponure i groźne ognie. Zaczęła mówić szybko i namiętnie:
— O, ja znam dążenie na szczyty, nieugaszone pragnienie chwili, gdy się patrzy na świat zgóry nadół! Opowiem ci coś o sobie. Zresztą może nie warto, bo to są rzeczy nudne?
— Niech senora mówi, niech mówi! — prosił gorąco Enriko, wyciągając do niej ręce błagalnym ruchem.
— Dobrze! — kiwnęła głową. — Historja krótka, chociaż zażądała ona ode mnie nadludzkiej siły... Ale to są detale... Cały świat podziwia śpiewaczkę Inezę de Mena. Tymczasem imię moje i nazwisko jest całkiem inne, a brzmi nader pospolicie, gdyż w każdej pralni lub w straganie z jarzynami można znaleźć jakąś... Marję Guerra.
Donna Ineza uderzyła się lekko w pierś i zawołała:
— Ale ta Marja Guerra, ba! urodziła się z ambicjami. Nie chciała prać cudzych brudów, ani też biegać po piętrach z koszami pomidorów i cebuli. O, nigdy, przenigdy! Guerra posiadała dźwięczny głosik i postanowiła zaćmić nim wszystkie sławy światowe. Czego nie mogła osiągnąć Marja Guerra, to zdobyła Ineza de Mena...
— Ineza de Mena? — powtórzył Enriko.
— Tak! Jeszcze, jako Guerra, biedna, jak mysz kościelna, a zuchwała, jak konkwistador hiszpański, poznałam starego arystokratę, Rodriga de Mena. Ożenił się ze mną i wkrótce zmarł... Nie pozostawił mi nic, oprócz mojej sztuki, nazwiska i dużej ogłady światowej. Wtedy to, jak mówią żeglarze w Almeria, „rozwinęłam żagle na pirackiej galerze!“ Cha! Cha! Byłam piratem na życiowem morzu! Pracowałam, ryzykowałam, porywałam się na rzeczy niemożliwe, jak prawdziwy, zuchwały zbój morski, lecz zaznałam też upojenia zwycięstwa i bujnej radości pirackiej! Oto jest, drogi chłopaku, moja krótka biografja!.. Należała się panu ta spowiedź, albowiem posłyszałam w samochodzie bardzo dosadne wyznania pewnego „un pobre diablillo“, którego będę miała zaszczyt podejmować u siebie kolacją. Jak widzę, sygnalizuje już o niej moja wierna towarzyszka, donna Pelajo Ramio, rycerzu wschodniej bajki!
Przeszli oboje do jadalnego pokoju.
Zacisznie tu było. Szkarłatne promienie zachodzącego słońca różowiły białą serwetę i rozpryskiwały się w drobne, migotliwe krwawniki na kryształach zastawy. Duże śmigło elektryczne wirowało nad stołem bez szmeru i pod jego wiewem lekko się poruszały wiotkie gałązki tuberoz, wstawionych do wysokiego opalowego kielicha.
— Senora nie sama była wczoraj w Retiro? — spytał podczas kolacji Enriko, popijając wino.
— Byłam ze szwagrami; z rodziną mego męża — odpowiedziała. — Lubią mnie, bo... nie upominałam się o spadek po zmarłym. Dał mi on więcej, niż pieniądze — bo naukę, otuchę i dobre rady... Proszę jeszcze pasztetu, bo inaczej nino będzie miał wroga w donnie Pelajo!
Kolacja minęła w wybornym nastroju. Donna Ineza posiadała niewyczerpane zasoby zdrowego humoru i żywiołowej wesołości, jak również umiejętność prowadzenia podniecającej, błyskotliwej rozmowy.
Potem pili kawę z zamrożoną włoską „strega“ w małym, dyskretnie oświetlonym saloniku, gdzie Enriko musiał opowiadać o życiu w kolonji i szkole. O Lizie nie wspomniał wcale, gdyż nie chciał wymieniać jej imienia w domu Inezy de Mena. Nie mógłby nawet. Uważałby to za straszliwą obrazę, poniżenie dla Lizy, którą przechował w swem sercu z twarzyczką bladą, zrozpaczoną, z oczami pełnemi łez i miłości. Rozglądając się po buduarze artystki, Enriko narazie nie spostrzegł znajdującego się poza nim dużego malowidła.
Był to obraz, przedstawiający zupełnie nagą kobietę, o twarzy, zasłoniętej ramionami. Wspaniałe, zadziwiająco harmonijne, jakgdyby fosforyzujące w półzmroku ciało, wyprężone zuchwale, wyłaniało się z ram. Rzucone na łoże, otoczone kotarami z ciemno-złocistej brokateli, okryte wiśniową, aksamitną tkaniną, ciało to piękne i, zdawało się, dyszące żarem, pożądało pieszczot, niby nieznany kwiat, ciągnący się ku słońcu, obiecywało nieruchomem naprężeniem mięśni burzę miłosnych, namiętnych uniesień, wyrażało walkę bez nadziei zwycięstwa, pożądliwą, pełną żywiołowego zewu pokorę i uległość niecierpliwą, niemal groźną.
Obfite, faliste włosy tworzyły świetlisty obłok nad głową, spadały strugami płynnego złota i bujną kaskadą spływały na kobierzec.
Jeden szczegół zwrócił uwagę Enriko. Przez lewą pierś, nęcącą, jak fantastyczny owoc, ciągnął się cienki złoty łańcuszek z okrągłym, zielonym kamieniem, przeciętym czarną, wężowatą żyłką i przełamującym w sobie niewidzialny promień słońca...
— Nefryt... — mignęła mulatowi myśl i mimowoli zwrócił wzrok na Inezę.
Uśmiechnęła się z odcieniem nieukrywanej dumy.
— Mój portret, roboty Alfonsa Pereiry... Portret — niezupełny, bo... bez twarzy — powiedziała cicho i roześmiała się.
— Domyśliłem się... — szepnął, a nagły skurcz zacisnął mu wargi.
Rozdymając cienkie nozdrza, nie mógł oderwać oczu od białego, gorącego ciała, pełnego prężnych, zmysłowych drgań.
Ineza de Mena śledziła uważnie zmienną, wyrazistą twarz mulata.
Wiedziała, w jakim celu poznała się z pięknym młodzieńcem o matowej, ciemnej skórze, jakgdyby palonej wewnętrznym ogniem; rozumiała każdy błysk i ledwie uchwytne mgły, snujące się w czarnych oczach jego. Nastąpiła chwila, nadająca się do wykonania planu. Ineza już podniosła się z kanapki, aby podejść do zachwyconego gościa, otoczyć go ramionami i, szepnąwszy jej tylko znane, szaleńcze słowa, popchnąć go ku drzwiom, ukrytym za grubą portjerą, tłumiącą wszelkie odgłosy.
Pochyliwszy się, zajrzała w oczy mulata. Zdumiała się. Nieprzenikniona mgła zadumy zasnuła mu czarne źrenice, na twarzy jego błąkał się i coraz bardziej ją ogarniał wyraz zachwytu.
Ineza de Mena bez obłudnej skromności mogła się uważać za wielką artystkę; posiadała bowiem nadzwyczajną wrażliwość i wodzoną intuicję. Wyczuła więc natychmiast, że młody gość, wpatrzony w tajemniczo fosforyzujące ciało, wyłaniające się z ram obrazu, pogrążył się w obcych dla niej myślach czy wspomnieniach.
— O czem marzysz, nino? — spytała szeptem.
Mulat drgnął, jakgdyby budząc się ze snu.
— O, donno Inezo! — zawołał z namiętnością. — Jakież to szczęście posiadać taki talent!
— Zazdrościsz Alfonsowi Pereira? — spytała. — Tak! To prawdziwy, wielki artysta!
— Nie! — zaprzeczył Enriko. — To — nie zazdrość! Jest to pragnienie szczytów sztuki, wiedzy, bohaterstwa, czy czegokolwiek największego i najpiękniejszego!
— Dziecko! Marzycielu! — szepnęła. — Ścieżka, pnąca się ku szczytom, ciężka jest i kamienista! Zresztą wyszedłeś już na nią. Twoja powieść...
— Ach, moja powieść! — przypomniał sobie Enriko. — Właśnie, właśnie! Senora jest taka dobra i mądra, chyba tylko pani potrafi doradzić mi...
Namiętnym głosem, wzruszony i porwany nagłą potrzebą mówienia, opowiedział artystce o zamiarze, w jakim napisał „Świt czy zmierzch?“, nie wymieniając imienia Lizy; wspomniał też o tajemniczym wpływie na niego Cervantesa, który natchnął go i nie opuszczał ani na chwilę, o swoich wreszcie wahaniach i obawach czy ma prawo iść dalej drogą twórczości literackiej, czy też inne wybrać sposoby, aby jak najprędzej wyróżnić się w ciżbie ludzkiej.
— Z niecierpliwością oczekuję następnego numeru „Rondy“ — rzekła, siadając. — Nie znam powieści pana, lecz skoro przyjął ją don Atocha, a nawet poprzedził wstępem, powinna ona posiadać wartość niebylejaką. Sąd swój wypowiem ostatecznie, gdy przeczytam sama. Teraz wszakże mogę już radzić ci, amigo, abyś nie porzucał pracy, która cię pociąga! Pamiętaj o jednem — zdolność do oderwania się od szarzyzny życia staje się w pewnych chwilach jedynem i najprawdziwszem szczęściem! Jeżeli zaś potrafisz czuć natchnienie i zachwyt — posiadłeś niebo! O, drogi przyjacielu, nie zbaczaj nigdy z drogi bogów... Ileż to razy artyzm ratował mnie w chwili ciężkiego zwątpienia i rozpaczy! Znasz „Toskę“? Śpiewam ją podobno znakomicie. Nic dziwnego! Nieraz wkładam w nią całą boleść swoją i nieukojone pragnienia! Posłuchaj!
Podeszła do fortepianu i, lekko dotykając klawjatury, śpiewać zaczęła.
Enriko siedział nieruchomy. Jakiś dziwny, nieznany mu przedtem świat odsłonił się przed nim, ni to mgły się rozwiały i wynurzyła się z nich kraina, pełna czarów. Czuł się w niej niezwykle błogo; myśli nabrały wartkiego, radosnego biegu; pryskał i rozpraszał się stały, dolegliwy niepokój; odkrywały się przed nim dalekie, promienne horyzonty, a stawały się coraz bliższe, uchwytniejsze...
Donna Ineza wpadła w nastrój i śpiewała długo. Arja następowała po arji, pieśń brzmiała za pieśnią.
Wstała dopiero, gdy zegar wydzwonił północ.
— Już późno... — rzekła smutnym głosem.
Enriko zaczął ją żegnać i dziękować.
Patrzyła na niego dziwnym, trochę szyderczym, trochę smutnym wzrokiem.
— Niech nino idzie do domu i śpi spokojnie... zupełnie spokojnie!
Po raz pierwszy mulat pocałował dłoń kobiety — miękką, pachnącą, kuszącą obietnicami pieszczoty.
Wyprowadziła go na werandę, i, lekko popchnąwszy ku wyjściu, szepnęła:
— Idź, idź już... mały, niemądry nino!
Spełnił jej rozkaz, a gdy ulicą de Lopez wyszedł na pustą, cichą o tej spóźnionej godzinie Paseo de la Castellana, zatrzymał się w zamyśleniu.
Odtworzył sobie w pamięci cały ten wieczór, spędzony z donną Inezą.
— Pomyliłem się! — pomyślał. — Zawiodła moje oczekiwania... Może już nigdy się więcej nie spotkamy... Zdaje mi się, że zachowanie moje było głupie... Muszę posłać jej jutro wiązankę kwiatów. Lubi tuberozy, więc niech będą tuberozy!... Poproszę pucołowatą dziewczynę z Puerta del Sol, aby zaniosła jej dużą wiązankę...
Szybko powracał do domu. Oburzona donna Marja Meadez otworzyła mu drzwi, mrucząc coś opryskliwie.
Nazajutrz cała klasa powitała go wesołemi okrzykami.
Matador de amor! Matador de amor!
— Nie drwijcie sobie ze mnie! — rzekł, rumieniąc się.
— Nie obracać kota ogonem, amigo! — zawołał Huertas, mrużąc oko. — Sprawdzałem umyślnie! O II-ej nie było cię jeszcze w domu. A co? Wszystko wiem!
— Cóż tam było z tą mocno szykowną senorą? — dobrodusznie trącając mulata łokciem, zapytał Joze de Vega.
Enriko zrozumiał, że jakakolwiek wykrętna odpowiedź spowoduje nieskromne domysły i drwiny, więc z całym spokojem odparł natychmiast:
— Bardzo przyjemnie spędziłem czas! Donna Ineza de Mena...
— Primadonna opery?! — rozległy się pytania.
— Tak... Donna Ineza śpiewała mi z „Toski“, rozmawialiśmy na różne tematy. Bardzo inteligentna dama i uprzejma.
— Ho, ho! Nic osobliwego! Jest to wielka pani... Sławna artystka!... Ależ musiałeś się znudzić, bo znasz się na muzyce, jak ośmiornica na serze, Enriko! Cha-cha!
— Rzeczywiście, nie znam się na muzyce, ale gdy śpiewała mi donna Ineza, myślałem, że jestem w jakimś innym świecie... Przepięknie!
W ten sposób mulat przerwał wszelkie dalsze pytania i żarciki, a gdy dodał, że poznał artystkę, bo musiał doręczyć jej list od gubernatora kolonji — koledzy uwierzyli mu. Coprawda, narazie tylko, ponieważ wszędzie wścibiający nos Lope wyszperał wkrótce, że Enriko coraz częściej powraca do domu po północy, doprowadzając do rozpaczy cnotliwą wdowę — donnę Marję.


Przypisy

  1. Biedne djablę.
  2. Boże!
  3. Dziecko!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.