Sztuka czytania/Sława i chwała

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Bereza
Tytuł Sztuka czytania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1966
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

SŁAWA I CHWAŁA
I

„Sława i chwała“ (t. I — 1956, t. II — 1958, t. III — 1962) stanowi próbę podsumowania wielostronnych, intelektualnych, moralnych i estetycznych doświadczeń pisarza. Odkrywszy w nowszej twórczości podstawową prawdę, że realne konsekwencje postępowania ludzkiego są najbardziej pewnym kryterium wszelkich ocen moralnych, spojrzał Iwaszkiewicz z nowej perspektywy na całokształt swych dotychczasowych doświadczeń. Odnaleziona z takim trudem możliwość zgody na świat i życie z jego okrucieństwem („Młyn nad Lutnią“), żałosnym ubóstwem („Stara Cegielnia“), zabawną śmiesznością, którą dostrzegł Iwaszkiewicz po raz pierwszy w „Lecie w Nohant“ i eksponował coraz częściej w swojej twórczości, jak o tym świadczy „Stracona noc“, „Matka Joanna od Aniołów“, i zwłaszcza Dickensowskie „Opowieści zasłyszane“, pozwoliła pisarzowi na nowo i już zupełnie inaczej spojrzeć na młodzieńcze „ucieczki do Bagdadu“, w krainy dionizyjskich mitów i w złowrogie „miasta nieśmiertelnego Kościeja“. Umożliwiała spokojne rozważenie doświadczeń egzaltowanego narratora „Zenobii Palmury“, „Hilarego syna buchaltera“ i „Pejzaży sentymentalnych“. Ukazała pisarzowi rozwiązanie tragicznych węzłów sprzeczności, w których gubili się Abdon, kochankowie z Werony i niemniej skłóceni ze światem, choć nie tak jak tamci pozbawieni krwi i kości bohaterowie powieści „Księżyc wschodzi“. Wielkie dramaty, tragiczne konflikty sprowadza bowiem Iwaszkiewicz do prostych i codziennych spraw życia, których realności nie da się zakwestionować, tak jak można kwestionować realność wszelkich wzlotów myśli i uczuć. Poeta Cherubin Kołyszko głosi prawdy tylko pozornie podważane już na gorąco w dialogu powieściowym „Sławy i chwały“. „Człowiek wyobraża sobie, że najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość, idealizuje przeżycie erotyczne, wyolbrzymia coś czy kogoś... a właściwie nic z tego nie odczuwa. To wszystko okazuje się wielką nieprawdą, wielkie uczucia, tragedie, przeżycia... a są tylko zwyczajne sprawy: małżeństwa, kolaże, dzieci, pieniądze, takie tam historie... nic nie ma prócz tego i dlaczegóż mamy myśleć, że jest miłość?“ („Sława i chwała“, tom I, str. 476-477).
W rzeczywistości stwierdzenia te dosyć wiernie określają zasadę pisarskiego widzenia świata w „Sławie i chwale“, w której do wspólnego epickiego mianownika sprowadza się wszystko, co stanowiło krew i ciało dawnego pisarstwa Iwaszkiewicza. Potwierdzą to zresztą konstatacje głównego bohatera powieści Janusza Myszyńskiego. „Już wracając z Paryża miał to samo wrażenie, które go uderzyło tak bardzo po przyjeździe z Heidelbergu: powrotu do rzeczywistości, do spraw codziennie ważnych i konkretnych, dających się ująć“ (tamże, str. 517). W zakończeniu pierwszego tomu „Sławy i chwały“ jeszcze raz każe Iwaszkiewicz Myszyńskiemu podnieść tę myśl, decydującą o moralnym i artystycznym profilu powieści. „Wydała mu się prosta (młoda małżonka Zosia Zgorzelska — przyp. mój H. B.) i całe przyszłe życie wydało mu się proste i zwyczajne: Komorów, żona, dziecko, może wiersze, hodowla kwiatów, owoców“, (tamże, str. 528-529).
Z tragedii i dramatu uczuć i idei pozostało w „Sławie i chwale“ już tylko tyle, ile potrzeba dla ukazania, jak wszelkie wzloty serca i myśli znajdują swój nieuchronny kres na ziemi w kręgu spraw zwykłych, materialnych i konkretnych, a więc takich, jakie jedynie mogą się znaleźć w polu widzenia prawdziwej epiki. W „Sławie i chwale“ doszedł Iwaszkiewicz do tych samych moralnych i artystycznych wniosków, do jakich dochodzili wszyscy niemal wielcy twórcy, którym przyszło przemyśleć do końca wielkie namiętności swojego czasu i swojego serca. „Sława i chwała“ to Iwaszkiewiczowski „żywot człowieka poczciwego“ i fraszki czarnoleskie, „Pan Podstoli“ i „Pan Tadeusz“. Tytuł ostatniego rozdziału powieści „Gospodarstwa i ogrody“ nie jest zewnętrznym jedynie ani tym bardziej przypadkowym odwołaniem się do starszej niż dziewiętnastowieczna tradycji epickiej. Opis materialnej realności życia, wyłączonego choćby w niewielkim stopniu z pokazowego dramatu historii, był zawsze owocem mądrości, którą wynoszą z życia ci wszyscy, którym uda się cało i w porę wydostać z areny publicznego życia. Kochanowscy i Krasiccy świadomie czy nieświadomie powtarzali antyczne gesty Wergiliuszów i Horacych. Iwaszkiewicz sięgnął do olbrzymiej tradycji filozoficznej stoicyzmu, z którego wyrastała epika życia wyłączonego.
Dramat otwartego świata jest w niej przedmiotem intelektualnego rozbioru i filozoficznych komentarzy. Nieprzypadkowo niektóre partie „Sławy i chwały“ (np. wieczór u Tarłów, tamże, str. 28-34, śniadanie u Ariadny w Paryżu, str. 314-323, kolacja u Simona str. 497-504) mają w sobie coś z konstrukcji narracyjnej „Dworzanina“ Łukasza Górnickiego. Konstrukcja dysputy filozoficznej była zresztą w prozie Iwaszkiewicza bardzo często stosowana. Zawsze bowiem urzekała Iwaszkiewicza uroda — chciałoby się powiedzieć — prywatnych form życia i sprawy wielkiego świata i publicznego życia były w niej częściej przedmiotem refleksji bohaterów niż ich bezpośredniej aktywności. „Czerwone tarcze“ i „Bitwa na równinie Sedgemoor“ dosyć wyjątkowo u Iwaszkiewicza eksponują publiczną sferę działalności bohaterów. W „Sławie i chwale“ demonstrowana dotychczas raczej w typie wrażliwości artystycznej postawa wobec świata znalazła filozoficzny wykładnik i moralną aprobatę. Iwaszkiewicz z premedytacją artystyczną odżegnuje się od epiki bohaterskiej. Opis śmierci Józia Royskiego (tamże, str. 209), ginącego w najzwyklejszy frontowy sposób i bez odrobiny złudzeń, że w śmierci jego kryje się jakiś głębszy sens, jakże wyraźnie odbija od heroizowanej poetycko śmierci legionisty Adama w powieści „Hilary syn buchaltera“. Janusz Myszyński rozstrzygnął bez wątpliwości w praktyce własnego życia kwestię, jaki model życia realizować. Kwestii tej nie zdołał rozstrzygnąć Henryk Sandomierski, tęskniący za spokojnym życiem własnym i miotany bez przerwy namiętnościami życia publicznego. Wielkim namiętnościom jakby niepotrzebnie uległ tragiczny ojciec Suryn i nierozważna bohaterka z „Bitwy na równinie Sedgemoor“.
W „Sławie i chwale“ nie ma u żadnego bohatera pełnego zaangażowania moralnego w dramacie historii. Wielkie sprawy historii rozstrzygają się na swój niepojęty sposób. Można dopatrzyć się w tych rozstrzygnięciach jakiegoś istotnego sensu, angażować się jednak w nich w takim stopniu, żeby to miało zagrażać własnej niezależności moralnej, w żadnym razie nie warto. Filozofię absolutnego kompromisu wobec wszelkich konieczności życia głosi Iwaszkiewicz w „Sławie i chwale“ z większym zapałem niż sama Maria Dąbrowska, która zasadę ratowania własnego porządku moralnego przy zgodzie z porządkiem historii odkryła dużo wcześniej i realizowała od dawna w życiu i twórczości. Z wszystkim się godzić pozostając sobą — oto główna nauka moralna, jaką wyprowadza Iwaszkiewicz z doświadczeń swoich bohaterów. Wołodia ratujący w czasie Rewolucji Październikowej polskiego arystokratę Janusza i Janusz konspirujący po polskiej stronie w roku 1920 bolszewika Wołodię, wyrażają najpełniej filozofię moralną „Sławy i chwały“. Myśl przewodnia „Borsuka“ została tu wyłożona pełniej i bez wieloznaczności. Wołodia Tarło i Janusz Myszyński, postawieni po przeciwnych stronach barykady, zachowują wobec siebie pełną ludzką lojalność, traktując barykadowe przeciwieństwa jako nieważną w gruncie rzeczy i nieistotną konieczność, którą przyjąć trzeba ze spokojem i bez buntu, tak jak się przyjmuje wszystko, co w życiu nie do uniknięcia.
Pogodzenie się z życiem, przyjmowanym z pełną aprobatą dla różnorodności jego historycznych form, jest jedyną propozycją filozoficzną i moralną Iwaszkiewicza, którą uznaje za sensowną. Nie jest to niewątpliwie najbardziej chwalebny rezultat moralny, jakiego można by od życia oczekiwać. Sugestia autora, że z doświadczeń jego bohaterów wynika przecież „jakaś nauka moralna“ (tamże, str. 201) jest nieprzypadkowa i zbyt ogólnikowa, i po trosze gołosłowna. Żadna wielka nauka moralna z doświadczeń bohaterów „Sławy i chwały“ nie wynika. Wszyscy oni kończą mniej lub więcej uświadamianym wnioskiem, że trzeba płynąć na falach wielkiej rzeki życia, nie stawać okoniem, bo to do niczego doprowadzić nie może, i nie rzucać się w gwałtowne nurty, by się nie zagubić w mętnej wodzie albo nie znaleźć pod działaniem prądu, „który — jak tego lękał się Henryk Sandomierski — wstecz niesie“.
Andrzej Kijowski ironicznie wykładał Iwaszkiewiczowską filozofię: „Kto żyje, ten zwycięża, kto żyje, ten jest dla kogoś dobry i w jakiś sposób potrzebny, kto żyje, ten o czymś jeszcze marzy, stwarza jakieś wartości. Los człowieka nie zależy od niego samego, ale człowiek sam nadaje sens swemu istnieniu i sam decyduje o jego wartości. Kto ośmieli się rozdzielić te tłumy skołowanych biedaków na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, kto ośmieli się wydać sąd ostateczny, póki życie trwa?“ („Twórczość“ 1956 nr 9).
W istocie Iwaszkiewicz daleko ostrożniej niż Andrzejewski przyznaje sobie prawo kwalifikacji moralnej ludzkiego postępowania. Rozróżnienie „sławy“ i „chwały“ tak subtelne, że prawie niemożliwe do zdefiniowania bez pomocy cytatów w motcie z Norwida i zwłaszcza z Gaetano di Gaety („Niesprawiedliwość może triumfować w sławie, ale chwała jest zawsze po stronie sprawiedliwości...“), wypływa z zasadniczo odmiennej oceny życia niż rozróżnienie „popiołu“ i „diamentu“. Wybierając pomiędzy tym, co przynosi sławę, czyli indyferentny moralnie efekt ludzkiego działania, a tym, co jest godne chwały, czyli stanowi niewątpliwą wartość moralną, nie neguje się niczego. Hierarchizuje się jedynie różnego typu wartości. Andrzejewski jakże daleki był od tak wyrozumiałej afirmacji życia, uzurpując sobie prawo rozstrzygania, co jest popiołem, a co diamentem, co jest zbrodnią, a co cnotą, co służy życiu, a co śmierci. Andrzejewski przyznawał absolutną wartość określonym historycznym normom moralnym. Iwaszkiewicz odżegnuje się od nich nader skwapliwie, zakładając jednocześnie nieuchronność ich istnienia i całkowitą względność ich wartości. życie samo w niezmierzonym bogactwie swych materialnych form określa w takim samym stopniu realny efekt myśli i uczuć jednostki ludzkiej jak ideałów i dążeń, lansowanych w określonych historycznie układach społecznych. Iwaszkiewicz przestał wierzyć wszelkim czasowym, aktualnie obowiązującym ideałom moralnym. Materialna i duchowa kultura życia człowieka i społeczeństwa, odwieczny przedmiot epickiego widzenia świata, jest jedynym sprawdzianem tego, co jest prawdą, a co złudzeniem. Złudzeniem okazały się uczuciowe i myślowe wzloty Janusza, bo Komorów stał się dla niego jedyną realnością, Hania Wolska nie zrobiła kariery artystycznej, bo „jednej rzeczy nie można mieć, choćby za największe pieniądze: pięknego głosu“ (str. 334). W piekarni Oli Gołąbkowej, w ogrodzie starej pani Royskiej, w snobistycznym salonie Ariadny, zamyka się realna prawda ich życiowych osiągnięć.
Już dawno (najwcześniej w opowiadaniu „Nowa miłość“ i tragedii „Kochankowie z Werony“, a najwyraźniej chyba w noweli „Powrót Proserpiny“) pojął Iwaszkiewicz sprzeczność między nieskończonością pragnień i zwyczajną skończonością dokonań. Jeszcze w „Matce Joannie od Aniołów“ sprzeczność tę odczuwał tragicznie. W nowszej twórczości interesuje go już głównie skończoność realnego świata. Ta skończoność nie jest już dla pisarza przeciwieństwem nieskończoności, lecz jej wyrazem. W skończoności rzeczy, spraw, ludzi, w ich ustawicznej przemienności zamyka się nieskończoność procesów życia. Nieskończoność odsłaniania w pożądliwościach Abdona, w instynktach władczych Henryka Sandomierskiego, w światoburczych rojeniach Kanickiego, w metafizycznych wierzeniach Julka z „Młyna nad Utratą“ i ojca Suryna objawiła się teraz Iwaszkiewiczowi w płynności fortun, karier, stylów i konwenansów, w zmienności rządzących i rządzonych, w ustawicznej powtarzalności procesów rodzenia się i umierania. W rewolucji, tak jak we wszystkim, interesują Iwaszkiewicza realne fakty i zdarzenia, nie nadzieje i pragnienia z nimi związane. Epickość „Sławy i chwały“ jest wynikiem zdobytej przez Iwaszkiewicza wiedzy o świecie, a nie tak, jak to u nas zdarzało się najczęściej, apriorycznym założeniem twórczym.
Epickość rozumiana jako efekt filozoficzno-moralnych rozeznań w naturze rzeczy wiąże się z określonymi koniecznościami artystycznymi. Epickość jest funkcją zanurzenia się w materialnej kulturze życia. Cała dyskusja o nowoczesności i staroświecczyźnie w związku z powieścią Iwaszkiewicza jest bardzo naiwnym nieporozumieniem. Równie dobrze jak o dziewiętnastowieczne upodobania, można by posądzać Iwaszkiewicza o gusta klasycystyczne. Związki z Krasickim są dla Iwaszkiewicza niemniej znamienne niż związki z Prusem i Orzeszkową. Z urzekającą swobodą bawi się Iwaszkiewicz mozaiką powieściowych technik i stylów. Elementy renesansowego traktatu, osiemnastowiecznej powieści epistolarnej, klasycystycznego poematu opisowego, kojarzy z ekonomizmem powieści balzakowskiej i psychologiczną precyzją prozy epoki Prousta. Nie gardzi elementami tradycyjnego romansu, dając zawsze do zrozumienia, że wszystko to jest jedynie literacką aluzją, pretekstem, zabawą wytrawnego mistrza. Ileż pretensji można by mieć do Iwaszkiewicza, gdyby romansowe perypetie bohaterów „Sławy i chwały“ chciało się traktować serio. Ludzie kochają się tu latami mimo wojen i rewolucji, nie widując się wcale i znając się z paru zaledwie spotkań w wieku bardzo jeszcze młodzieńczym. Janusz w tak romansowo-konwencjonalny sposób kocha Ariadnę, Gołąbek Olę, Spychała księżnę Bilińską. Sienkiewiczowski romans jest u Iwaszkiewicza taką samą zabawą jak fikcyjne listy, jak balzakowskie historie majątkowe rodziny Bilińskich. Z artystycznych konwencji korzysta Iwaszkiewicz bez obowiązującej powagi ich odkrywców i jest to w pełni zrozumiałe.
Odkrywcom w świecie sztuki i filozofii zawsze się wydaje, że dany im jest cudowny kamień filozoficzny, przy pomocy którego wytłumaczyć można wszystkie zagadki istnienia. Racjonaliści w świadomym działaniu (funkcja intrygi w literaturze osiemnastowiecznej), Balzak w ekonomicznych zależnościach, Proust w psychologii znajdowali uniwersalne wytłumaczenie zjawisk ludzkiego życia. Iwaszkiewicz nie szuka kamienia filozoficznego i nie wierzy w uniwersalne klucze. Wie, że rozmaitymi sposobami odkryć się daje tylko cząstkowe prawdy o człowieku. Nie stara się więc szukać nowego sposobu, nie mając złudzeń co do jego uniwersalności. Woli raczej w pełnym zestawie korzystać ze sposobów już znanych. Dramat współczesnego świata pokazać można tylko przy pomocy absolutnie nowych sposobów w sztuce, epika zwyczajności odwiecznych spraw życia, małżeństw, dzieci, majątku, nowatorstwa nie wymaga. Żeby móc kwestionować tradycyjność formalną „Sławy i chwały“, trzeba by najpierw poddać w wątpliwość jej filozoficzno-moralne założenia.

II


Widoczna w pierwszym tomie „ Sławy i chwały“ dążność Iwaszkiewicza do redukowania wielkich namiętności swojego czasu i swojego serca do ich realnego podłoża i materialnych rezultatów świadczyła o szukaniu czegokolwiek sprawdzalnego w powszechnej nieuchwytności wszystkich rzeczy ludzkich. Nawet przy swej nieuchronnej płynności materialna realność fortun, karier, stylów i konwenansów życia, przywilejów i upośledzeń stała się dla pisarza ostatnią ziemią człowieka, tracącego grunt pod nogami we współczesnym świecie skomplikowanych idei, zawrotnych abstrakcji społecznych, niepojętych mechanizmów zbiorowego życia. W morzu zjawisk alienacji i dezintegracji człowieka wyszukuje pisarz rezerwaty człowieka naturalnego, ocalającego przyrodzone warunki egzystencji niezależnej. Mimo przeżywanych i przewidywanych kataklizmów Iwaszkiewicz wysłuchuje w losach swoich bohaterów odwieczny rytm życia ludzkiego w sprawach najprostszych i najważniejszych. Wprawdzie rewolucja wysadziła bohaterów „Sławy i chwały“ z ukraińskiego siodła, dając im przedsmak wyobcowania, ale sporo dawnego życia udało się uratować. Wprawdzie hrabianki wychodzą za mąż za cukierników, księżne przechodzą w ręce byłych wychowawców domowych, ale są to raczej optymistyczne rezultaty demokratyzacji życia, które w swoich rzeczywistych podstawach nie podlega jeszcze totalnej zagładzie. Przypuszczam, że Iwaszkiewicz wybrał sobie krąg bohaterów z inteligencko-szlacheckiego świata nie tylko dlatego, że to jego najbardziej własny świat, ale także z tego względu, że w świecie tym istniała największa swoboda kształtowania i użytkowania starych humanistycznych wartości życia. Lokaje książąt Bilińskich i parobcy z Mańkówki i Maliniec byli pozbawieni uczestnictwa w tym wszystkim. Rzecz w tym, że walka, która zagraża starym podstawom życia, nie toczy się o udział w korzystaniu z dawnych wartości, lecz o stworzenie czegoś całkiem nowego. Nad światem Iwaszkiewiczowskich bohaterów zawisła zagłada. Nowego życia szukają ci, co zostali w Odessie, i ci, co znaleźli się w Paryżu i Nowym Jorku. Nad Wisłą wszystko zostało w zawieszeniu. Z końcem lat dwudziestych, gdy zamykają się losy bohaterów pierwszego tomu „Sławy i chwały“, wszystko jest tu jeszcze przed ostatecznym rozstrzygnięciem. Witkiewicz wieszczył wtedy ostateczną katastrofę, Schulz w galicyjskim miasteczku widział już przerażającą zapowiedź świata manekinów. Apokalipsa Rudnickiego i straszliwy świat Gombrowiczowskiego absurdu był już tak bliski, że prawie namacalny. Henryk Sandomierski w „Czerwonych tarczach“ nie zdawał sobie w pełni sprawy z tego, na co nie mógł się zdecydować. Stary Zamoyłło z „Pasji błędomierskich“ instynktownie tylko czuł, przed czym, jak Tołstoj, chce uciekać. Autor „wzlotu“ wie więcej, niż mógł wiedzieć Henryk Sandomierski i Mannowski humanista Zamoyłło. Drugi tom „Sławy i chwały“ przynosi widzenie tamtych spraw z perspektywy „Wzlotu“. Czy jest tak jak we „Wzlocie“ widzenie przesiąknięte świadomością klęski?
W każdym razie, jeśli nawet w drugim tomie „Sławy i chwały“ świadomość klęski towarzyszy tym wszystkim, którzy w ogóle mogą wiedzieć, Iwaszkiewicz utrwala tylko to, co się z klęski ocala. Ci wszyscy, którzy uświadamiają sobie ostateczność klęski, kończą samobójstwem jak Ariadna, jak Hube, jak Adam Przebija-Łęcki. Z nich zresztą tylko Ariadna reprezentuje większe wartości. U tych, którzy mimo swej klęski egzystują, tropi pisarz chociażby resztki człowieczeństwa. Witkiewicz pozostawił swojemu Genezypowi Kapenowi odrobinę sceptycyzmu wobec doświadczeń Murti-Binga jako jedyny rys ludzki, jako szansę ewentualnego odrodzenia. Iwaszkiewicz widzi człowieka w całym bogactwie możliwości nie tylko intelektu, lecz także serca, instynktu, woli. Amerykańska milionerka, Hania Wolska, nie jest jeszcze wyłącznie manekinem, ponieważ ocalało w niej sporo ludzkich odruchów serca tak jak ów gest ścierania okruszyn ze stołu. Kazimierz Spychała nie jest tylko ministerialnym błaznem, ponieważ tkwi w nim do końca owa możliwość odnalezienia siebie w symbolicznym geście powrotu do pługa we wrześniu 39 roku. Wołodia Tarło nawet w największym strachu ocali w sobie delikatny i ładny odruch przyjaźni, silniejszej od wszystkiego, z czym musi się godzić. W świecie pobielanych grobów, ludzkich kukieł i manekinów tlą się iskierki człowieczeństwa, które usprawiedliwiają wyrozumiałość i współczucie pisarza. Na współczucie zasługują tym bardziej, że nawet nie mają świadomości tego, co jest w nich z kukły, a co z człowieka. Świadomość posiadają w „Sławie i chwale“ tylko ci, którzy chcieliby ocalić swoje człowieczeństwo, a więc przede wszystkim Janusz Myszyński i Edgar Szyller. Uwaga Myszyńskiego w towarzystwie z paryskiego salonu ma walor szerszego uogólnienia. „I w ogóle po co my tu jesteśmy — mówi on do Szyllera — my tylko dwaj jesteśmy tu ludźmi.
— I Chouart — uśmiechnął się Edgar.
— Reszta to »manekiny«“ (tom I, str. 403).
Niedoszły poeta Janusz Myszyński, kompozytor Edgar Szyller i paryski uczony Chouart (przeciwstawiony profesorowi Geistowi z „Lalki“) wiedzą, jacy są i w jakim świecie żyją. Mają oni pełną świadomość klęski, którą ponoszą, i zdumiewającą wolę trwania przy tym wszystkim, w czym upatrują jedyną, trwałą i niepodzielną wartość humanistyczną. Tą wolą trwania na przekór całemu światu różnią się bohaterowie Iwaszkiewicza od wszystkich bohaterów współczesnych powieści, którzy zdają sobie sprawę z upadku integralnego humanizmu. Bohaterowie „Nienasycenia“ rozeznawszy się w sytuacji, zdradzają siebie samych, przyjmują pigułki Dzewaniego i za prawdę uznają wszystko, co im się w imię Murti-Binga za prawdę podaje. W Schulzowskim świecie nie ma już miejsca dla Ojca, który nawet w „sanatoriach pod Klepsydrą“ nie będzie mógł kontynuować swojej egzystencji. U Sartre’a w „Drogach wolności“ — żeby sięgnąć do obcego i w stosunku do „Sławy i chwały“ nieprzypadkowego porównania — Mateusz, gdy tylko zdobędzie się na konsekwencję wobec samego siebie, skończy w owym przerażającym fajerwerku nienawiści do wszystkiego. U samego Iwaszkiewicza Julek z „Młyna nad Utratą“ kończył samobójstwem, stary Zamoyłło szukał ratunku w daremnej i po Tołstojowsku symbolicznej ucieczce od świata. W „Sławie i chwale“ nad gestami i świadomością góruje przemożna wola trwania choćby na samym dnie piekieł. „Bóg jest nawet w piekle. To jest tajemnica piekieł“. Odkrycie Ariadny zdaje się mieć jakiś najgłębszy sens dla całej Iwaszkiewiczowskiej filozofii. W „Sławie i chwale“ mamy całego Iwaszkiewicza. W „Brzezinie“, „Róży“, „Młynie nad Lutynią“ odsłaniał Iwaszkiewicz jakieś straszliwe oblicza mądrości. W „Sławie i chwale“ stwierdza, że mądrość ta może być przydatna w najniższych kręgach piekieł. Oczywiście tak długo, jak długo nie zaprzedało się duszy diabłu. Ale to u Iwaszkiewicza nie wchodzi w rachubę. U niego nikt świadomie nie przerabia się na manekin, pigułki Dzewaniego nie mają tu żadnego zastosowania. Manekinem można zostać u Iwaszkiewicza tylko nieświadomie. Ale to się nie może przytrafić tym, których Myszyński zalicza do prawdziwych ludzi. Im właśnie świadomość umożliwia trwanie w świecie manekinów. Iwaszkiewicz twierdzi, że trwać można bez złudzeń i nadziei i trwanie to nie musi być samą udręką. W tym przekonaniu właśnie przeciwstawia się Iwaszkiewicz katastrofistom. Równowaga wewnętrzna, unikanie „brzegów przepaści“ i stała gotowość do stawiania czoła ostatecznej klęsce umożliwiają trwanie i jest to — być może — jakaś szansa dla humanizmu. Janusz Myszyński realizuje taką postawę. „Warte nun, balde ruhest du auch... Janusz zrozumiał. Oto właśnie to nowe, to zachwycające, co mu przynosi życie. Powrotu nie ma do rzeczy minionych, ale właśnie jak dziś nad brzegiem morza widział, że po każdej fali, która bezpłodnie rozbija się o piasek, wzbiera inna, nowa fala. I ona znowu niesie nowe muszle, nowe cuda skondensowane w kropli wody — i tak samo się załamie. I że na tym polega co dzień nowy, inny urok życia. Szukał tu wspomnień — i nic nie odnalazł. Obce miasto, obce domy, obcy ludzie, z których nikogo już nie znał. Ale za to przyszła do niego ta pieśń, ten kryształowy, upajający, łomki jak sopel lodu i jak sopel lodu topliwy głos, który go zapewniał:

„Podożdi niemnogo,
Otdochniesz i ty...

Czekać! Teraz tylko czekać na wielkie uspokojenie. A każdy dzień przyniesie nową kroplę wody życia“ (tom II, str. 129).
Jest to — rzecz jasna — postawa zgody i na sytuację człowieka. „alienowanego“ i na kompromisy. Zgody nie ma tylko na fałszywe przezwyciężenie alienacji, na pigułki Dzewaniego. Iwaszkiewicz chce trwać w alienacji dopóty, dopóki trwanie jest możliwe. Alienacja nie jest bowiem złem najgorszym. Poucza o tym Janusza w Hiszpanii młodziutki poeta baskijski. „Najgorsza jest samotność— pozornie bez związku powiedział Janusz, ale Bask zaprzeczył mu gwałtownie.
— Najgorsze jest fałszywe społeczeństwo — powiedział. — Hierarchia ułożona nie tak, jak potrzeba“ (tamże, str. 162).
Powstaje pytanie, jakie uroki dostrzega pisarz w trwaniu na dnie piekieł, w sytuacji tak jednocześnie określonej, w samotności nieprzezwyciężalnej. Nie podejmuje przecież żadnych swoich dawnych złudzeń: wiary w sens sztuki, wiedzy, poznania, nawet w trwałość życia. Janusz Myszyński jest nawet — w sposób chyba zamierzony i celowy — człowiekiem nietwórczym, pozbawionym tych satysfakcji, które są dostępne dla kompozytora Szyllera i uczonego Chouarta. I na to właśnie pytanie odpowiedź jest jak najbardziej Iwaszkiewiczowska. Świat jest mimo wszystko piękny, życie jest nieprzebrane w bogactwo swoich form, znaleźć w nich można zawsze coś dla siebie, na własną miarę, dla własnego pożytku.
Edgar Szyller wie, że niewiele sensu ma dzieło całego jego życia, a więc to, co najbardziej kochał. „Nic nie przetrwa na wieczność. Nic z jego dzieł nie odrodzi się po wiekach. Lemury nie wykopią szczęścia ludzkości. Wykopią tylko mały, ciasny, samotny, wiejski — grób“ (tamże, str. 335). Ale trwa i nawet w ostatniej chwili, w chwili śmierci samotnej i strasznej dane mu jest zachwycić się pięknem kwiatu, symptomem piękna ziemi.
Janusz Myszyński w żadnym razie nie należy do wybrańców losu. Z zasady nic mu się w życiu nie darzy. Ponosi klęskę po klęsce w przyjaźni, twórczości, miłości i pracy. Odchodzą od niego kobiety i przyjaciele, umiera jedyne dziecko, zawodzą wszelkie rachuby. Nie może nawet mieć przekonania, że jest jedynym sprawiedliwym w Gomorze. Nie można być sprawiedliwym w świecie, w którym działają niepojęte mechanizmy, na które nie można mieć żadnego wpływu. Choćby się chciało, nie uwolni się Janka Wiewiórskiego z więzienia. „Moja droga — powiedział Janusz — czy jeżeli ja będę krzyczał i podnosił głos, i machał rękami, to coś się od tego zmieni? Ani mój los, ani los Jasia się od tego nie zmieni“ (tamże str. 75). Choć się nie chciało, ginie młodziutki poeta baskijski i wszystko wskazuje na to, że jest się winnym tej śmierci. „Więc to się tak zdradza człowieka — pomyślał sobie Janusz, stojąc przed złotymi schodami. Tak się wydaje kogoś na śmierć: mimochodem, wśród pięknych uczuć, pośród zachwytu i rozczulenia nad samym sobą. Sprawa była prosta i zwyczajna. Staje się po jednej stronie, a tam jest strona druga. I któraś strona strzela. To wszystko“ (tamże, str. 174). W piekle nie można być ani szczęśliwym, ani sprawiedliwym. Nie wiadomo najczęściej, kiedy jest się sprawcą cudzego cierpienia. I nic się na to nie poradzi. Trzeba tylko nie być nim wtedy, kiedy się wie. Jest to minimalizm moralny, konieczny do tego, żeby móc trwać, pomóc innym w cierpieniu o tyle, o ile jest to możliwe, skorzystać z takiej czy innej przyjemności trwania, gdy się nadarzy okazja. Istnieją przecież mimo wszystko ludzie mądrzy, ludzie dobrzy, ludzie utalentowani, istnieje muzyka, piękne ciała, piękne kwiaty“, młodość nowych rzeczy i nowych ludzi. Pośród brzydoty, strachu i fałszu usłyszeć można piękny śpiew dziecięcy, pośród ruin można się kochać, w huku dział można tłumaczyć greckie tragedie.
Sztuka życia, tak jak sztuka tworzenia, polega na eliminacji zjawisk. Uwagi Szyllera o naturze tworzenia odnoszą się także do samego Iwaszkiewicza. Eliminacja — jak zauważyła Ola Gołąbkowa — to tylko sposób myślenia o wszystkim. Szyller przyznał jej rację. „Myślę, że ja komponuję także trochę przez eliminację. To znaczy komponowanie eliminuje z mego życia wszystkie inne sprawy, którym nie dałbym rady. Po prostu nie poradziłbym... Widziałem to w Rosji, podczas rewolucji. Nie dałbym rady tym zagadnieniom, o których mówiono naokoło, które narzucił mi Wołodia“ (tom I, str. 235). Eliminacja jest koniecznością w sztuce, jest aktem samoobrony w życiu. Bohaterowie Iwaszkiewicza stosują ją na każdym kroku. U Janusza Myszyńskiego jest to jak jakiś psychiczny odruch warunkowy. „Zresztą to samo było w Heidelbergu; kiedy profesor poruszał najbardziej ogólne sprawy, jemu się chciało myśleć o kobietach. Co go ta cała sztuka obchodzi“ (tom II, str. 289). Alo Biliński rozciąga zasadę eliminacji na sprawy moralne. „Fakt faktem: zabił matkę, i koniec. Mnie zabito ojca. I co ja mam z tym faktem zrobić? Mścić się na bolszewikach? To nie ma najmniejszego sensu, bo ten, kto zabił mojego ojca, jest nieuchwytny, a kto kazał zabić jeszcze nieuchwytniejszy...“ (tamże, str. 382). Widać w tym zwycięstwo realizmu w życiu i sztuce. Brak zdolności eliminowania prowadzi Camusowskiego Clamence’a w „Upadku“ do przekonania, że życie choćby najniewinniejsze jest zbrodnią w swojej istocie. Iwaszkiewicz nie uznaje takiego maksymalizmu moralnego. Zbrodnia leży w samej naturze życia, ale człowiek nie jest za wszystko odpowiedzialny. Dobrze, jeśli do zła, które nie od niego zależy, nie dorzuca nic z własnej inicjatywy i na własną odpowiedzialność. Jest to bardzo istotny motyw Iwaszkiewiczowskiej zgody na życie. Janusz Myszyński może egzystować w piekle, ponieważ sam nie zajmuje się torturami. Nie jego wina, że nie jest w stanie przeszkodzić torturującym i pomóc torturowanym. Gotów jest robić tylko to, co może.
W sztuce eliminacja jest niemniej użyteczna. Życie mimo wszystko trwa i Iwaszkiewicz szuka usprawiedliwienia dla tego faktu. Zofia Nałkowska w noweli „Kobieta cmentarna“ wskazywała na potrzebę tego usprawiedliwienia. „Śmierć zwyczajna, osobista, wobec ogromu śmierci zbiorowej wydaje się czymś niewłaściwym. Ale rzeczą bardziej wstydliwą jest żyć“. I znajdowała je podobnie jak Iwaszkiewicz w ludzkiej niemożności ogarnięcia koszmaru: „Rzeczywistość jest do zniesienia, gdyż jest niecała wiadoma. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji“. Iwaszkiewiczowskie eliminacje są zresztą dosyć przewrotne. Wysuwając na plan pierwszy to, co usprawiedliwia czy umożliwia życie, nie roni Iwaszkiewicz nic z tego, co wskazuje na jego okrucieństwo. Nie sądzę, żeby Iwaszkiewicz mniej powiedział o okrucieństwie wojny w Hiszpanii niż Hemingway w „Komu bije dzwon“, aczkolwiek nie ma w „Sławie i chwale“ ani jednego opisu w stylu opowieści starej Hiszpanki. W spotkaniu Myszyńskiego z Tarłą w wytwornej restauracji zawarł Iwaszkiewicz takie samo przerażenie, jakie inni starają się wyrazić w krew mrożących opisach. Eliminacja to rzeczywiście często niezbędny sposób myślenia o wszystkim.
Wprost o wszystkim — jak przystało na filozofa — myśli odkrywca tajemnic atomu profesor Chouart. On właśnie dochodzi do katastroficznego wniosku, że cały umrze. Odkrywszy najgłębsze tajemnice istnienia, zrozumiał potęgę i nicość nauki. „Nauka nawet kataru nie wyleczy. A pan zaraz chce... śmierć“ (tom II, str. 272). W rękach ludzkości jest moc zniszczenia życia. Takie jest największe osiągnięcie nauki, która jest bezsilna wobec kataru. Nad trwaniem, które Iwaszkiewicz jak rzadko kto usprawiedliwia, zawisło niebezpieczeństwo, które może zadać kłam dumnemu prze konaniu starożytnego humanisty: „Non omnis moriar“. Stary Chouart daje wprawdzie słowo honoru, że „liczba na pewno istnieje poza nami, poza naszym światem“, ale to już nie zmienia tego najistotniejszego przekonania: „Omnis, omnis moriar“. Iwaszkiewicz przyjmuje twierdzenie Chouarta poważnie, rozważa serio i taką ewentualność, i mimo wszystko zaleca życie, nie śmierć.

III


Mam poza sobą kilkakrotną lekturę każdego tomu „Sławy i chwały“ oddzielnie, łączną po dwóch tomach i lekturę całości obecnie. Mam także poza sobą kolejne (po każdym tomie) próby interpretacji dzieła Iwaszkiewicza. Gdy „Sława i chwała“ jest już obecnie dziełem definitywnie skończonym, wypadałoby zaryzykować sformułowanie jakichś całościowych i w miarę wiążących opinii o osiągnięciu Iwaszkiewicza. O dziwo, teraz także rzecz wydaje mi się przedwczesna. To dzieło — zdawałoby się — doskonałej i zupełnie niedzisiejszej prostoty, nie jest wcale proste i jednoznaczne. Temu dziełu można wróżyć bardzo długi żywot i wnioskuję — chociażby ze swoich dotychczasowych doświadczeń — że będzie się w nim odkrywać coraz to nowe rzeczy. Iwaszkiewicz dopowiedział w ostatnim tomie „Sławy i chwały“, co chciał i mógł dopowiedzieć, ale wypowiedź pisarza, tak jak zresztą każda wypowiedź, znaczy nie tylko to, co się chce, żeby znaczyła. Życie dzieł sztuki oparte jest niemal w całości na imputowanych tym dziełom znaczeniach. Powiedziałbym nawet, że w ostatecznym efekcie znaczenia zamierzone liczą się najmniej. Zainteresowanie dla nich to najbardziej wstępny etap życia dzieł sztuki. W wypadku „Sławy i chwały“ ten wstępny etap dopiero się zaczął.
Po pierwszym tomie interesowały mnie najbardziej związki „Sławy i chwały“ z całą wcześniejszą twórczością Iwaszkiewicza. Te związki były zresztą w pierwszym tomie najbogatsze. Drugi tom „Sławy i chwały“ przyniósł wystarczający materiał, żeby postawę pisarską Iwaszkiewicza skonfrontować z różnymi charakterystycznymi postawami współczesnych pisarzy. Ostatni tom cyklu upoważnia już do zastanowienia się, jaka jest wewnętrzna struktura tej powieści. Dopóki „Sława i chwała“ była dziełem nie ukończonym, wszelkie domysły na temat wewnętrznych relacji jej wątków i motywów nie miały żadnych podstaw. Kompozycja powieściowa „Sławy i chwały“ była i — okazało się — jest w jej ostatecznym kształcie na tyle luźna i swobodna, że można było liczyć na rozmaite niespodzianki ze strony Iwaszkiewicza. Trzeci tom powieści przyniósł takich niespodzianek aż nadto wiele. Podważyły one wiele wcześniejszych przypuszczeń moich i chyba nie tylko moich.
Od samego początku i dla wszystkich było widoczne, że „Sława i chwała“ jest tak zwaną powieścią z kluczem i to głównie autobiograficznym. Wystarczyło sięgnąć do „Książki moich wspomnień“, żeby się w takim przypuszczeniu utwierdzić. Takie przypuszczenie przyjmowano zresztą bez żadnych wątpliwości. Jakiś uczony powieściową postać Edgara Szyllera potraktował wprost jako jedno ze źródeł wiedzy o Karolu Szymanowskim. Nie zdziwiłbym się, gdyby biograf pewnego sławnego poety w podobny sposób potraktował postać Cherubina Kołyszki. Żyjący model postaci malarza Henryka Antoniewskiego odczytuje na pewno „Sławę i chwałę“ z punktu widzenia osobistych rozrachunków literackich Iwaszkiewicza. „Kluczem“ można by otwierać dziesiątki i setki zakamarków tej olbrzymiej budowli, jaką jest „Sława i chwała“. Z grubsza orientuję się w tych możliwościach. Ktoś zapalony mógłby szukać klucza do pierwszo-, drugo — i trzecioplanowych postaci powieści, więcej, do poszczególnych sytuacji i epizodów, do szczegółów fizjonomii i ubrania, do gestów i do powiedzeń. Myślę nawet, że ktoś, kto by się bez reszty temu poświęcił, znalazłby klucz do wszystkich elementów dzieła Iwaszkiewicza. Klucz taki istnieje i jest — moim zdaniem — prawie całkowicie bezużyteczny. Wiadomo i bez tego, że tworzywem pisarstwa Iwaszkiewicza jest materia autentycznego życia.
Interpretacja „z kluczem“ byłaby o tyle sensowna, że musiałaby wykazać, jak Iwaszkiewicz z elementów niemal wyłącznie autentycznych komponuje czysto fikcyjne budowle. Najbardziej zagorzały zwolennik „klucza“ nie dowiedzie, że główna postać powieści Janusz Myszyński jest wiernym autoportretem. Ktoś powie, że w pewnym sensie jest. Bez wątpienia. Ale to „w pewnym sensie“ obejmuje już cały bezmiar fikcji literackiej w „Sławie i chwale“. To „w pewnym sensie“ da się zastosować nie tylko do postaci Janusza Myszyńskiego. Zaryzykuję sformułowanie pozornie szokujące. „W pewnym sensie“ autoportretem Iwaszkiewicza są wszystkie postacie „Sławy i chwały“. To prawie przestaje cokolwiek znaczyć, ale coś tam jeszcze znaczy. W moim przekonaniu znaczy pewną kierunkową rozumienia „Sławy i chwały“. „Sława i chwała“ jest zobiektywizowanym według klasycznych praw fikcji artystycznej rozrachunkiem z własną osobowością. Sztuka w dwudziestym wieku z klasycznie quasi-przedmiotowej staje się jawnie a nawet demonstracyjnie podmiotową. Ale Iwaszkiewicz o niczym innym nie marzył, jak o napisaniu klasycznej, przedmiotowej powieści o współczesnym człowieku, to znaczy oczywiście, powieści o sobie samym. Bo innych naprawdę nigdy nie było. To aż banalne przypominać sławne wyznanie Flauberta.
Od tych dygresji ogólnych czas przejść do samej „Sławy i chwały“. Niewątpliwie centralną postacią tej powieści jest Janusz Myszyński. Pamiętając, że Janusz Myszyński nie jest żadnym autoportretem, należy zastanowić się nad rolą, jaką Iwaszkiewicz dał tej postaci do odegrania. Ta rola nie była jasna, dopóki znało się tylko poszczególne części „Sławy i chwały“. Myślę, że w całości dzieła sprawa się wyjaśniła. Janusz Myszyński jest mefistofelicznym rezonerem powieści. Jemu przypisał Iwaszkiewicz największą, na jaką go stać, świadomość rzeczy ludzkich. Jemu przypisał to, co się utarło nazywać „filozofią daremnego działania“ u Iwaszkiewicza. Janusz Myszyński posiadł największą ludzką wiedzę, to znaczy wie, że nic nie wie. Jego bezradność wobec życia płynie z tej największej wiedzy. Najgłębsze i najstarsze prawdy sceptyczne o życiu i człowieku są tym, co określa i definiuje jego los. Postacie rezone rów to rzecz stara w literaturze jak sama literatura. Iwaszkiewiczowi udało się jednak osiągnąć w postaci Janusza Myszyńskiego coś zupełnie niezwykłego. Janusz Myszyński jest przy tym wszystkim po ludzku prawdziwy. Rezonerzy pozytywni bywali zawsze w literaturze — tak to się od jakiegoś czasu nazywa — papierowi. Rezonerzy mefistofeliczni z kolei byli wprost demonami, przedstawicielami wiedzy piekielnej. Sporo widziałbym przyczyn tego niezwykłego sukcesu. Mefistofeliczna w gatunku mądrość Myszyńskiego ma inne niż zazwyczaj źródła. Ta mądrość wynika z wrażliwości, z uczucia i z doświadczenia, nie z wymysłu zimnego rozumu, nie z abstrakcyjnego konceptu intelektualnego. Mefisto Iwaszkiewicza jest słowiański, nie germański. Przy innych okazjach sygnalizowałem niejako analogię między „Sławą i chwałą“ a „Drogami wolności“ Sartre’a. Przy wszystkich odrębnościach tych dzieł i pisarzy da się tu mówić o bardzo podobnej zawartości myślowej. Istotna różnica polega na tym, że Sartre w duchu niemieckim teoretyzuje, natomiast Iwaszkiewicz podsuwa — że tak powiem — pod nos autentyczną materię ludzkich doświadczeń. Sartre’owskie wybory wolności i odpowiedzialności to sfera teoretycznych postulatów, Iwaszkiewicza natomiast interesuje, jak to wszystko wygląda w prawdziwym życiu. Ten cały gąszcz poplątanych, dziwacznych i jakże autentycznych losów ludzkich. Myszyński z góry wie, że tego się rozumem nie rozbierze. On wie, że nic nie wie i nic się nie dowie. On jest Mefistem nie intelektu, lecz doświadczenia ludzkiego.
Jest jeszcze co najmniej jeden powód, dla którego Janusz Myszyński mimo swego rezonerstwa jest człowiekiem z krwi i kości. Jego arcysceptyczna mądrość idzie w parze z arcynaiwną ciekawością wszystkiego. Janusz Myszyński jest centralną postacią „Sławy i chwały“ dlatego, że Iwaszkiewicz obdarzył go tym, co w nim samym jest i najgłębsze, i najdziwaczniejsze. Tym czymś jest połączenie ostatecznego zwątpienia z najbardziej naiwną wiarą. Do tej sprawy postaram się jeszcze wrócić.
Jak się rzekło, rozrachunek z własną osobowością przeprowadza Iwaszkiewicz nie tylko poprzez postać Janusza Myszyńskiego. Janusz Myszyński jest człowiekiem absolutnie biernym, osaczonym przez swą sceptyczną mądrość, bezradnym, przy wszystkich swoich walorach życiowo niewydarzonym. Jednym słowem nic bardziej sprzecznego z tym, co wiemy o samym Iwaszkiewiczu. A przecież w Myszyńskim widziano nie tyle rezonera Iwaszkiewicza, co jego autoportret. Byłby to autoportret w najwyższym stopniu nieprawdziwy i nieszczery. Trudno o bardziej szczerą i bardziej pełną w szczerości powieść niż „Sława i chwała“. Trzeba tylko widzieć, na ilu planach powieści rozgrywa Iwaszkiewicz swoją ludzką sprawę. Janusz Myszyński jest tylko potencjalnym, nie spełnionym w żadnej twórczości poetą. I byłoby niejako sprzeczne z jego świadomością, gdyby poetą został. Nie istniała jednak żadna tego typu powi eściowa potrzeba, ponieważ swoją klęskę i swoje zwycięstwo współczesnego artysty rozegrał Iwaszkiewicz w losach i w świadomości kompozytora Edgara Szyllera. Zwątpienie uczyniło Janusza Myszyńskiego krańcowym passywistą, on jednak nie musi być aktywny, ponieważ jego powieściową rolą jest mieć świadomość sensu aktywności innych. Sens znaczy tu najczęściej bezsens, ale bezsens rzadko jest czymś z góry założonym. Nie dla bezsensu ginął Józio Royski pod Kaniowem. Bezsensu nie planował w swoich rachubach życiowych Kazimierz Spychała. Wojenny plenipotent Myszyńskiego w działaniu Andrzej Gołąbek walczył nie po to, żeby daremnie zginąć. W nich wszystkich wyraża się także osobowość samego Iwaszkiewicza. Ileż swoich własnych spraw zamknął Iwaszkiewicz w losach tak mało sympatycznego Spychały aż do pewnych epizodów biograficznych włącznie. Myszyński sam rzadko dokonuje samodzielnych wyborów życiowych, ale przecież wybierają, i to jak krańcowo, wszyscy wokół niego. Wołodia Tarło wybrał coś, na co nie mógł się zdecydować Myszyński, Ariadna Tarło wybrała coś wręcz przeciwnego. Ich wybory były, jakie były. Myszyńskiemu nie udał się nawet unik, który stał się źródłem jego stałego niezadowolenia z życia, chociaż na dobrą sprawę był to unik najrozsądniejszy z rozsądnych. Może nawet cały życiowy żal Myszyńskiego wypływa stąd, że ten unik był taki rozsądny, taki na swój sposób szczęśliwy, taki pod wieloma względami błogosławiony. Dobrnąłem od innej strony do tego, do czego obiecałem powrócić. Do sprawy cudownej naiwności Janus za Myszyńskiego.
Słowo naiwność ma tu sens nie potoczny, lecz, że tak powiem, filozoficzny. Tak doskonale sceptyczna wiedza o życiu powinna pozbawić Janusza Myszyńskiego wszelkiej ciekawości spraw ludzkich. Wiedząc wszystko o tym, co jest jedynym efektem ludzkich poczynań, powinien by on już niczego nie pragnąć. On pragnie absolutnie wszystkiego. Tak samo życia jak śmierci, tak samo szczęścia jak cierpienia. Wszystko, co posiadł (w jakimkolwiek sensie), jest dla niego bez wartości. Wszystko, co go ominęło czy mogłoby ominąć, wzbudza jego pożądanie. On jest nawet mistrzem rezygnacji, ale rezygnacja jest także formą posiadania. On pragnie wolności rezygnowania, on bezgranicznie cierpi, gdy musi rezygnować. Myszyński uczynił swoim plenipotentem w działaniu Andrzeja Gołąbka, który musi zabijać swego wuja i swoją kochankę. Myszyński nie mógłby się pogodzić nawet z tą rezygnacją, gdyby to nie była rezygnacja w każdej chwili do cofnięcia. Myszyński do końca nie może się pogodzić z rezygnacją z losu Wołodi Tarło, ponieważ okazało się, że musiała to być rezygnacja ostateczna. Los Wołodi Tarło niewiele chyba jest lepszy od losu Kazimierza Spychały, ale los Kazimierza Spychały je st prawie jak własny, los Wołodi Tarło stał się całkowicie niedostępny. Całą klęskę swego życia Myszyński upatruje w tym, że tak ostatecznie odrzucił te możliwości, które się kryły w losie Wołodi Tarło.
Prześledziłem tę sprawę przez wszystkie trzy tomy „Sławy i chwały“. Żal z powodu opuszczenia Ukrainy stał się życiową obsesją Janusza Myszyńskiego. Drugą taką obsesją jest los komunisty Janka Wiewiórskiego. Ten los, także przecież nie do pozazdroszczenia, wzbudza stały podziw Myszyńskiego, ponieważ jest na inny sposób niedostępny. Hrabia Myszyński musiałby przestać być sobą, gdyby się naprawdę zbratał z Jankiem Wiewiórskim. Wybierając jedno, trzeba by ostatecznie wyminąć drugie. Wtedy przyszłoby żałować losu Edgara Szyllera. Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że ludzkie możliwości są czymś tak czy inaczej skończonym. Gdyby były nieskończone, skończoność byłaby czymś najbardziej godnym pożądania. W tej ostatecznej sprzeczności kryje się tajemnica duszy Janusza Myszyńskiego. Jest to tajemnica duszy Jarosława Iwaszkiewicza. I chyba w ogóle tajemnica duszy ludzkiej. Tajemnica faustyczna. „Sława i chwała“ zawiera jeszcze więcej ukrytych niż jawnych aluzji literackich do „Fausta“.

Jarosław Iwaszkiewicz: „Sława i chwała“, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy. Tom pierwszy — 1956, tom drugi — 1958, tom trzeci — 1962.