Sztuka czytania/Przemyślność

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Bereza
Tytuł Sztuka czytania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1966
Druk Państw. Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

PRZEMYŚLNOŚĆ

Nie da się ukryć, że jako krytyk czuję się od czasu „Ucieczki“ (1959) wplątany w pisarską sprawę Leona Gomolickiego. W mojej świadomości Leon Gomolicki stał się pisarzem dzięki „Ucieczce“. Nie wykluczałem nawet ewentualności, że zostanie on autorem unius libri. „Uprowadzenie Baucis“ (1960) i „Wyłączenie“ (1962) dowiodły, że wybuch talentu nie był u Gomolickiego jednorazowy. Te trzy powieści złożyły się w imponującą kompozycję wypowiedzi pisarskiej człowieka, który stosunkowo późno i stosunkowo nagle odkrył sposób, jak można dać wyraz splątanym doświadczeniom uczuć, myśli i wyobraźni. W zasadzie nie dziwi zestaw motywów tych trzech powieści. Świat pierwszy narodzin własnej osobowości („Ucieczka“), świat spełnienia (albo niespełnienia), które przynosi miłość („Uprowadzenie Baucis“), świat, który stwarza zagrożenie osobowości przez śmierć („Wyłączenie“).
Zastanawiałem się nie tak dawno (z okazji „Wyłączenia“) nad faktem, że praca autora, którego talent w pełni swoich możliwości objawił się w późnym stosunkowo wieku, ma w dosyć szczególny sposób charakter podmiotowy. Powinienem był jednak zauważyć, że przynajmniej w wypadku „Ucieczki“ i „Uprowadzenia Baucis“ była to podmiotowość ex post. Gomolicki odrabiał jak gdyby twórcze zaległości. I nie obeszło się przecież bez charakterystycznych nawarstwień różnych formacji psychologicznych. Ucieczka w swoim czasie byłaby Buntem. Bunt został spełniony życiowo w Ucieczce. Ucieczka przeżyta po latach twórczo zamieniła się w Powrót. Rozpacz musiała się już zamienić w gorycz, żeby tragedię współczesnych kochanków tak przewrotnie przymierzać do najszczęśliwszego mitu miłosnego ludzkości („Uprowadzenie Baucis“). Może to zresztą już nie przewrotność, a całkiem dobra wiara ex post, że w przeszłości istniało prawdopodobieństwo spełnienia Niemożliwego. Podmiotowe powieści Gomolickiego są niesłychanie podstępne w swoich psychologicznych treściach, przy czym ta podstępność nie musi być wcale rezultatem świadomego zamysłu twórcy. Dopiero „Białe runo“ (1962) nie pozostawia wątpliwości, że Leon Gomolicki potrafi być pisarzem podstępnym z czysto intelektualnego rozmysłu.
„Białe runo“ to powieść tak podstępna, że prawie nie ma sposobu, żeby się nie wystrychnąć na dudka, interpretując ją w jakikolwiek jednoznaczny sposób. Klasyczna tak zwana powieść produkcyjna sprzed lat dziesięciu i to pisana z najszlachetniejszą dobrą wiarą? Proszę bardzo, autor nie ukrywa, że rodziła się ona przy zastosowaniu najbardziej rygorystycznej receptury na pożądaną w swoim czasie literaturę. Autor nazbyt serio potraktował wprawdzie postulat „prawdy życia“, co podówczas było dowodem naiwności, ale dziś nie byłoby mu już to brane za złe. Wyobrażam sobie, jakby ten i ów mógł się wzruszyć „Białym runem“ jako prawdziwą powieścią o pracy ludzkiej i robotnikach, żeby nie użyć skompromitowanego miana „powieści produkcyjnej“. Superawangardowy eksperyment artystyczny z przypisaniem do zjawisk antypowieści? Oczywiście, autor odżegnuje się od wszystkiego, co jest właściwe tradycyjnej powieści. Weźmy tylko pod uwagę, jak w tym utworze demonstrowane są wszystkie zabiegi, które przedsiębierze ten, kto sobie umyślił napisać powieść. Na dobrą sprawę „Białe runo“ to niemal wyłącznie zapis wstępnego etapu pracy twórczej, etapu — jak to się zwykło mówić — zbierania materiałów, ponieważ tym razem, jak nietrudno się domyśleć, chodzi o utwór przedmiotowy i to niemal w takim sensie, jak to się marzyło twórcom powieści naukowo-socjologicznej (na przykład pisarzom grupy „Przedmieście“). I znów nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś kruszył kopie o to, jak to Gomolicki eksperymentuje w takim typie powieści, w którym nigdy niczym nie eksperymentowano.
Skrajne możliwości kwalifikacji stylowej „Białego runa“ to jeszcze nie wszystko. Sens tej powieści da się wykładać tak samo rozmaicie. Poczciwa dydaktyka społeczna? Można. Studium środowiskowe? Na pewno. Demaskatorstwo na wielu planach intelektualnych? Bez wątpienia. Groteska i szyderstwo? Tragifarsa powieściowa? Autodemaskatorstwo? Można obronić każdą z podobnych interpretacji. Można także dowieść, że jest to powieść znakomita i z gruntu nieudana. Nie wybrałbym żadnej z tych możliwości. Co najwyżej wybrałbym wszystkie razem, broniąc każdej po trochu. Myślę jednak, że najostrożniej byłoby opowiedzieć całkiem zwyczajnie, jak się to czyta.
Na początku czyta się to jak reportaż z zakładu pracy. Przezorny reporter oddał głos bohaterowi reportażu i ten, nadrabiając miną, opowiada o swojej klęsce ludzkiej i zawodowej. Opowiada o tym, jak go wyrolowano (to akurat właściwe słowo rodzajowe) z góry i z dołu, to znaczy ze strony zwierzchników i podwładnych. Ot, było się kierownikiem oddziału przędzalni i trzeba było przestać nim być. Ten reportaż jest sam w sobie świetny, chociaż od jego bohatera — jak się później okazuje — oczekiwano nie opowieści o sobie, lecz o kim innym. O tym kimś padają zaledwie wzmianki i w tych wzmiankach powtarza się epitet „komik“, co w rodzajowym języku opowiadającego nie oznacza szczególnej rewerencji. Wiemy jednak, że ów „komik“ swoją nadgorliwością naprawiacza stosunków przyczynił się walnie do życiowej klęski opowiadającego.
Po tym reportażu następuje coś, co by można było nazwać skrupulatnie opracowanym na piśmie donosem, gdyby to nie było akurat przeciwieństwem donosu. W każdym razie, jeśli już miałby to być donos, to byłby to donos pozytywny, coś w rodzaju uzasadnienia wniosku o wyróżnienie czy nagrodę. „Komik“ przeradza się w bohatera bez reszty pozytywnego. Robotnik z funkcją pucera na przędzalni jest światłym i utalentowanym człowiekiem, napisał szopkę satyryczną, która miała służyć uzdrowieniu stosunków w pracy, spotkały go najrozmaitsze przeciwności, płynące ze złej woli i ciemnoty. Mamy wszelkie prawo przypuszczać, że poznajemy tak zwanego pozytywnego bohatera w najczystszym wydaniu. Pozytywny donos, adresowany do pisarza, to rzecz także w swoim rodzaju pełna uroku. Bylibyśmy już bez reszty przygotowani do literackiej kanonizacji bohatera, gdyby nie różne jego prywatne dziwactwa (to może służyć jednak uprawdopodobnieniu ideału, jak owa przysłowiowa przed laty kapka u nosa) i gdyby nie jednoznaczna ocena otoczenia, która bądź co bądź jest głosem ludu i brzmi ni mniej, ni więcej: „A co mu do tego, że nosa wszędzie wsadza. To taki wredny szczur. Własna żona go bez te książki rzuciła“ (str. 53). Przyznam się, że w tym ludowym osądzi e pokładałem jako czytelnik „Białego runa“ wszelkie nadzieje, że przygotowywana kanonizacja bohatera nie będzie nudnym literackim obrzędem.
Atoli autor przygotował grubą niespodziankę na zasadzie gwałtownego uderzenia w łeb. Po pozytywnym donosie następuje prezentacja zapisków pucera, samorodnego myśliciela i pisarza. Teksty pucera czyta się jak najlepsze, te jeszcze nie napisane utwory Sławomira Mrożka, który jak dotychczas omija trwożnie najatrakcyjniejsze obiekty pasji parodystycznej. Nieszczęsny pucer (szkoda, że z tego interesującego nazwania nie zrobił Gomolicki tytułu powieści) z wzruszającą bezpośredniością daje wyraz swoim nie swoim przekonaniom. Przerażająca jest ta autoprezentacja duchowa kandydata na nowego świętego. Dobra wiara i wola, i absolutna niemożność zrozumienia czegokolwiek. Absolutna bezradność umysłowa i brak najmniejszych podejrzeń na temat tej bezradności. Najlepsze intencje na usługach kalectwa umysłowego. Upór, poświęcenie i bohaterstwo w poczynaniach, inspirowanych konceptami troglodyty. Zapiski pucera to majstersztyk parodystyki, literackiego szyderstwa i drwiny. Mamy literaturę szyderczą wysokiej rangi, Leon Gomolicki dorównał w zapiskach pucera jej najlepszym kartom. Czyta się to z najwyższą satysfakcją a równocześnie z poczuciem, że autor z nas zakpił, nie przygotowując nas do tej niespodzianki. Jednocześnie nie mamy żadnych wątpliwości, że wszystko już wiemy i rozumiemy. Tymczasem autor nie oszczędził nam jeszcze jednego zaskoczenia.
Po zapiskach pucera Gomolicki umieszcza zwyczajem znanym z „Wyłączenia“ komentarz autorski. I komentarz ten jest całkiem serio, dużo w nim lirycznych wyznań i co najdziwniejsze, dużo powagi intelektualnej w stosunku do zapisków pucera. Komentator zdobywa się nawet na tyle odwagi, że w paru epizodach sugeruje niedwuznaczne analogie między sobą i nieszczęsnym pucerem. N ad szyderstwem i drwiną (tak już dla nas oczywistymi i jednoznacznymi) został znów postawiony znak zapytania. Okazuje się, że zwiodła nas rodzajowość pucera. Ta rodzajowość tak jaskrawa, a nawet karykaturalna (wystarczyłoby zacytować jakikolwiek fragment jego zapisków) nie jest najważniejsza. Komentator nie wstydzi się tej rodzajowości, komentator nie ma nic przeciwko temu, żeby postawić znak równości między jego jakimiś klęskami a klęską tej tragikomicznej postaci tak duchowo i umysłowo upośledzonej. Pucer dzielił się swoimi myślami, nie podejrzewając, że są to myśli duchowego kaleki. Komentator gotów by odnaleźć siebie w tym kalectwie. Wtedy na zapiski pucera należałoby spojrzeć jak na tragiczny monolog Lacki’ego z „Czekając na Godota“. To tyle samo, co usłyszeć: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie“. Komentator zmusza nas, żebyśmy się czuli zawstydzeni za swój odbiór zapisków pucera.
Przyznaję, że te~ opis, jak się czyta „Białe runo“, jest krytycznym unikiem. Nie widzę jednak innego wyjścia. Ta powieść zawiera bowiem o wiele więcej podstępów intelektualnych niż te, które zdołałem wskazać. Niektórych zresztą nie miałem ochoty wskazywać. I tak nie wyczerpałbym wszystkich. Przeczytajcie zresztą sami tę powieść arcyprzemyślną.

Leon Gomolicki: „Białe runo“, Łódź 1962, Wydawnictwo Łódzkie.





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.