Szara dola (Sawicka, 1866)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józefa Sawicka
Tytuł Szara dola
Pochodzenie Szkice i obrazki
Wydawca „Kraj“
Data wydania 1866
Druk Drukarnia „Gazety Handlowej“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SZARA DOLA.


Starego Michała nazywano Kozłem, tak i w księgach był zapisany; oprócz tego miał jeszcze przezwisko „Szeptun“, gdyż mówił zcicha, zawsze ochrypłym głosem. Starszego syna, kiedy był dzieckiem, przezwano „Koziołkiem“; dziś już wyrósł na parobka, ożenił się, ale „Koziołkiem“ być nie przestał. Młodszy, też dorosły, silny chłop, jedną nogę miał trochę krótszą, więc i nazywano go „Kurtą“. W wiosce każdy miał nazwisko prawdziwe, o którem sam niezawsze wiedział i przydomek, wyróżniający go od reszty imienników; był tedy Jaś „rudy“, Jaśko „głuchy“, Janko „czarny“, Piotr „łysy“ i t. p. Przydomki przechodziły zwykle do następnego pokolenia, chyba, że osobistą zasługą potomkowie zdobywali sobie nowe miano, w rodzaju „zębatych“, „cherlawych“ i t. p. Michała nazywano także „starym“, gdyż był jednym z najstarszych we wsi, mówiono nawet, że francuza pamięta! Nie zaprzeczał, ale też nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział kogoś podobnego do francuza, jak również nie przypominał, ile lat przeżył na świecie; czasami zdawało się, że niewiele półwieku, albo kopę może. Wszak to za jego pamięci Szymon kudłaty chatę stawiał? On sam pomagał mu belki wozić, a był wówczas jeszcze zupełnie młodym; chata stoi jakby dziś postawiona, dach tylko połatany miejscami, ściany zczerniały! Czasami znowu zdawało mu się, że już Bóg wie jak dawno po świecie chodzi! Malcy, których do chrztu woził, dziś już siwieją, jego wnuki juźż bydło paszą, a przecież własnych synów maleńkimi pamięta! Przeżyte lata niebardzo mu ciążą: suwa trochę nogami, ale trzyma się prosto, zęby ma wszystkie, głuchy tylko na jedno ucho. Wygląda jak zwiędły suchar. Nie chorował nigdy, a jeżeli zdarzył się ból w krzyżach, szum w głowie, doczekawszy się niedzieli lub święta, szedł do cyrulika, upuszczał krwi za trzy albo za pięć kopiejek. Zdarzało się, że oszukiwał żydka: umówi się, bywało, za pięć, ale umyślnie rękę przytrzyma nad miednicą i upuści za siedm! Choroba ustępuje i na długo wolnym jest od niepotrzebnego wydatku. W ostatnich czasach cyrulicy popsuli się znacznie; nie umieją krwi puszczać! Przetną, zdaje się, dobrze, głęboko, pomimo to krew długo się namyśla, nim wyjrzy z pod skóry! To też coraz częściej doświadcza szumu w uszach, do snu go kłoni bez pory. Oho, żeby to żył choć jeden z dawniejszych cyrulików! Pracuje jeszcze żwawo; w chacie rygor utrzymać umie, a chociaż synowie już dawno pod wąsem, córki prawie stare, woli swojej nikomu nie ustępuje, mówi tylko coraz mniej; przy robocie nikt od niego słowa nie słyszy, po robocie smokcze krótką fajkę, spluwa przez zęby i milczy. Schedę ma nieosobliwą, szczególnie te piaszczyste zagony pod lasem jak się zauporzą, to przez lat kilka niby na śmiech rodzą tylko żytko z miotłą, jarzynkę nędzną. Drapie się biedak za uchem, czmycha, niema rady, co Bóg dał spożyć trzeba i dziękować jak za dobre! Pamiętał on rok jeden, któryś tam... straszny rok! ludzie mech jedli, z liści chleb piekli, a śmierć zmiatała starych i małych bez liku: Oh ten rok! kto go raz widział, pamięta o nim dłużej, niżby sam chciał? Teraz, chociaż chleba miał poddostatkiem, ile razy spojrzy na ruń rzadką, zżółkłą, dreszcz przechodzi po grzbiecie, w sercu kole coś, niby stare, dotkliwe wspomnienie! Każdy grosz zgarnia skrzętnie, a czy to soli trzeba, czy jakiego żelaztwa, zawsze sam kupuje. Żona jako żywo grosza nie widziała, a że baba była cicha, bojaźliwa, radziła więc sama sobie jak mogła; kurę sprzeda, kilka funtów wełny, garść lnu zaniesie do miasteczka, ale z dochodów swoich ani szeląga nie daje mężowi; pozostałe kopiejki zawiązuje zwykle w rożek chustki i chowa na samo dno w skrzyni. Zdarza się czasami, że Michał zapotrzebuje szóstaka albo dziesiątki.
— A nie masz tam, babo, daj, oddam w niedzielę na kiermaszu.
Baba głuchnie, z chaty się wysuwa, albo przemówi o czemś wcale nie do rzeczy:
— Oh, jak ta Piotrowa spuchła, aj! albo: Słyszę, byczek Jakóba ledwie nogami włóczy, a taki był piękny w jesieni!
Stary już ani próbuje wspomnieć o szóstaku. Sąsiedzi mówią, że ma pieniądze. On kiwa głową, gdyż wobec zarzutu tego czuje się czystym, jak święty turecki! Rodzone dzieci nawet posądzają go o skąpstwo i ukryte skarby; każde potrafiłoby zrobić lepszy użytek z ukrywanych pieniędzy! Najsrożej pokrzywdzoną czuje się starsza córka, szpetna, ospowata dziewka, do której pomimo to swaty odważyli się przyjeżdżać parę razy! Cóż, kiedy ojciec ani szeląga dać nie chce, a i z dobytku ani żywej duszy ofiarować nie myśli. Swaty odjeżdżali do bogatszych, a Marysia, schowawszy się w komorze, ryczała z żalu i ze złości. Jeszcze dokąd w chacie nie było bratowej, ona przynajmniej sama gospodynią była przy starej matce, doglądała żywiołki, tkała płótno, gotowała; sąsiedzi dziwili się, chwalili! Wówczas lżej było znosić życie dziewicze. Teraz bratowa zajęła pierwsze miejsce, a Marysia przysięgła na Matką Bożą, że do żadnej roboty palcem nie dotknie.
— „Czy to ja nie wiem, że jak ojciec umrze, to dla mnie miejsca w chacie nie stanie! Niegłupiam pracować dla braci i ich dzieci!“ Z natury skrzętną była, wytrwałą jak rzadko; latem i zimą chodziła na zarobek, każdy grosz kryła przed okiem ludzkiem jak grzech śmiertelny, a skrzynie napełniała coraz to piękniejszą odzieżą. Miała chusty przeróżne, spódnice w kwiaty, w ptaki, w owoce; koszule cienkie, paciorek co niemiara, dwa szczero-srebrne pierścionki, miała kożuch pokryty cienkiem granatowem suknem. W niedzielę jak się ustroi, to aż miło patrzeć na odzież, sama bowiem była wielka jak dragon, żółta, chuda, mówiła grubym, ochrypłym głosem; w wiosce jedni nazywali ją „koczergą“, drudzy „miotłą“, chłopcy już oddawna do starych ją zaliczyli. Od ostatnich swatów minęło lat dziesięć, jeżeli nie więcej, a jej się wciąż zdawało, że to bardzo niedawno, przed miesiącem, przed rokiem najwięcej, tak często zwracała się myślą do tej chwili, a wciąż jeszcze miała nadzieję, że się powtórzy. Z pracowitością popisywała się jak mogła: nikt prędzej żąć nie umiał, nikt lepiej nie wiązał snopów! Chłopcy patrząc, dziwili się:
— Ot to Marysia robotnica! Nie dziwo! żnie już od lat trzydziestu!
— Bodajbyś ty zaniemiał, wprzód nim lata moje liczyć zaczniesz, mruczała pochylona, a w tejże chwili poprzysięgała sobie w duchu, że wyjdzie za mąż choć raz jeden.
We wsi owdowiał mularz, pijak, z sześciorgiem dzieci, znany hultaj, zawadyaka, ale chłop jeszcze młody, wysoki blondyn z kędzierzawą głową, ogorzały; czoło i ręce wyżej łokcia białe miał jak u kobiety; żonkę swoją bił, za to zalecał się do wszystkich dziewcząt we wsi, miał też wielkie zachowanie u kobiet: każda spoglądając na niego uśmiechała się, do wspomnień, czy do nadziei — trudno zgadnąć. Teraz znowu zamierzył się ożenić: na jarmarku, w kościele, coraz więcej zbliżał się do Marysi; przeciska się bowiem przez tłum i stanie jak raz obok niej, niby niechcący; ona nie patrzy na niego, a dzwoni zębami ze wzruszenia i o mało nie żegna się lewą ręką, tak jest zmieszana i niespokojna. Do wyraźnego słowa nie przyszło jeszcze między nimi, gdyż mularz wciąż swoją nieboszczkę opłakiwał i zalewał troskę jak mógł najczęściej. Marysia przeczuwała jednak instynktem niewieścim, że ma względem niej jakieś zamiary. Kilka razy zaglądała do jego chaty: bieda tam była straszna, małych dzieci co niemiara, a wszystkie wpółnagie, z dużemi brzuchami, blade, nędzne, tak jakoś patrzyły żałośnie, że nie pytając można było zgadnąć, że są głodne i opuszczone; stara ciotka z trudnością rady sobie z niemi dać mogła. Marysia głaskała je po główkach, ocierała nosy własnym fartuchem, a tymczasem oglądała się po izbie, rozmyślając, jak ona tu wszystko oczyści, uporządkuje, jak się będzie uwijała na własnem gospodarstwie! Mąż pijak, dzieci gromada — eh, wszystko się ścierpi na chwałę Bożą!
Żeby tylko prędzej! Jan mularz pije i pije, jeszcze się zapije przed weselem! o to najwięcej się lękała! Kiedy trochę wytrzeźwiony wracał przez wieś, przemawiała do niego pocieszająco:
— Umarła jedna, będzie druga! odpowiadał; dziewcząt nigdy nie zabraknie! tylko jakiej ja chcę, to znaleść trudno!
— Żeby dla dzieci dobrą była?
— Co tam dzieci! rodzona matka nie bardzo się troszczy, a macocha — to i gawędy niema!
— Gospodyni pracowitej trzeba wam przy takiej gromadzie?
— Jak bieda przyciśnie, to każda pracować będzie! Ot chciałbym po żonce wziąść konia dobrego i choć parę krówek! Żywiołki nie mam żadnej, a bez tego ciężko... Sam jakoś zdobyć się nie mogę. Swatają mnie wdowę bogatą, ale ja wolałbym ze swojej wsi, znajomą... choćby niebardzo młodą, choćby nawet starą i brzydką... Jak mnie Marysia radzi?
„Już swatają!“ powtórzyła w duchu; czerwona, niespokojna, kręciła fartuch w palcach.
— Czy ja wiem! zróbcie jak chcecie, odezwała się zdławionym głosem.
— Marysia wie, kogo ja mam na myśli! zawołał przymrużając jedno oko, postukiwał nogą wysuniętą naprzód i tak jakoś dziwnie wpatrywał się w dziewczynę, że o mało nie roztopiła się z gorąca.
— Cała ostanówka z tym koniem i krowami, mówił dalej, ja od swego nie odstąpię, nie mogę, dalibóg nie mogę! Jak teraz nie skorzystam, to już, kto wie, czy drugi raz taka dobra zręczność się zdarzy!
Więc miał ją na myśli... oh! radość w duszy pomieścić się nie mogła! W pierwszej chwili zdawało jej się, że ma już konia i krowy, eh! więcej... że ma świat cały!
Mularz wypowiedziawszy co miał na sercu, zwrócił się i poszedł; Marysia przez dni kilka latała jak opętana. Krów i konia nie miała i mieć nie mogła; pomimo to nie traciła nadziei. Wszak wiadomo, że ojciec jej bogaty, bardzo bogaty, mówią, że cały garnek pieniędzy zakopał w lesie (słyszała o tem jeszcze dzieckiem będąc); stary już wiecznie żyć nie będzie!... Serce miała dobre, ojca kochała po swojemu, ale... żeby jeszcze nie ta wdowa bogata! Sąsiadki jak na złość powtarzały jej jedna przed drugą, że ten mularz wielkie ladaco, że do każdej dziewki się zaleca i tylko wącha, gdzieby większy posag schwycić, że wdowa jego samego wzięłaby, ale o dzieciach i słyszeć nie chce.
— Ot, wiedźma! odpowiadała Marysia, czego ona chce od tych niewinnych duszyczek! Jabym ich dziewięcioro do serca przygarnęła, sierotki... biedne! Czasem nawet szlochała na dobre.
— Ta Marysia to dobra dusza, mówiły sąsiadki, a wykazywała się jędzą dotąd! Jak to człek do samego grobu skórę zmienia.
Na pomoc matki liczyć nie mogła; stara każdy grosz, każdą garść lnu chowała dla młodszej córki, ładnej czarnowłosej dziewczyny, co za pokojówkę służyła we dworze własną duszę oddałaby dla niej, dlatego może, że w chacie jej nikt nie lubił, gdyż była zbyt delikatna i do prostej roboty rąk przykładać nie chciała, a w końcu porzuciła chatę zupełnie, powtarzając za Marysią:
— Po co inam pracować na braci? Wolę dla siebie grosz jaki na służbie zarobić! Wszak wiadomo, że chata i ziemia nie moje!
Kiedy przychodziła w odwiedziny, wyglądała jak panienka, w krochmalnej spódnicy, w jedwabnej chusteczce na głowie; nosiła kolczyki, broszę, pomadowała się pachnącą pomadą, tak, że od niej aż lubo w chacie się robiło! Dla matki przynosiła zwykle cośkolwiek do zjedzenia: resztki ciast, pozbierane ze stołu, kawałki mięsa, trochę cukru, wszystko to zawinięte w arkusz gazety albo w chustkę od nosa, gdyż Justa teraz i chustek do nosa nauczyła się używać. Szeptały między sobą w kącie izby; matka ocierała łzy ukradkiem, córka wzdychała, bo i we dworze nie raj! pracować trzeba, swobody mało, do kościoła nawet rzadko uwalniają! Pomimo to do wioski wracać nie chce: w chacie już jej duszno, chłopskie jadło nie smakuje, nawet jajecznicę ze słoniną przełyka z trudnością, a innych traktamentów ani próbuje. Matka przeprowadza ją zwykle aż pod krzyż za wioską, potem długo jeszcze patrzy za odchodzącą. W życiu swojem piękniejszej dziewki nie widziała, istna panienka! Dzieckiem jeszcze będąc, lubiła myć się, a jak złapie jaki kawałek słoniny, nim zje, wprzód sobie włosy wysmaruje! Za paciorki duszęby oddała, do matki lgnęła, gdyż ta ją od wszelkiej roboty uchronić umiała, a i teraz to koszulę uszyje, to perkalu na spódnicę kupi; ostatnią razą pierścionek z Ostrobramską kupiła u węgrzyna! Justa też pamięta o matce: przez cały miesiąc zbiera oładki i naleśniki, z dwóch kawałków cukru, dawanych do herbaty, prawie zawsze jeden odkłada; przysmaki te dostają się najczęściej wnuczętom, gdyż stara ma już zbyt mało zębów do zjadania pańskich potraw.
Cała robota w chacie opiera się na synowej, ona jedna nigdy nie odpoczywa: gotuje, pierze, tcze krośną, dogląda żywioły, hoduje dzieci... Oh te dzieci! Żeby się nie lękała obrazy bożej, przeklęłaby je wraz z dolą swoją! Ledwo jedno odkarmić zdoła, już drugie piszczy w kolebce, istne nasłanie! Chyba, że na nią kto urok rzucił podczas wesela! W zimie, w jesieni, to jeszcze jakkolwiek daje sobie rady, ale jak nadejdzie robota w polu, głowę traci ostatecznie! Troje starszych zostawia w chacie, przy babce, dwoje zabiera z sobą. Zabrawszy się do roboty postanawia nie słuchać, choćby się one na śmierć zakrzyczały; z początku wytrzymuje, bo wie, że niegłodne, grymaszą byle grymasić; potem, kiedy głód samej dokuczać zacznie, a dzieci kwilą coraz żałośniej... nie wie co ma począć. Czem tu karmić? W piersiach pusto. Na cały dzień zjadła trochę barszczu z solą i chleba kawałek. Przednówek zawsze ciężki, krup i mąki po zimie zostało jak na lekarstwo, okrasy zaledwo na niedzielę i święta wystarcza, mleko spijają dzieci, stara czasami sobie nadoi ukradkiem, pozostałem zabielają wieczerzę; na kartofle długo jeszcze czekać trzeba. Tymczasem żyją czem Bóg dał: barszczem, chłodnikiem, byleby do jesieni przetrwać! Zbierze czasem kilka jaj, albo kurcząt kilkoro, to niesie do miasteczka, grosz potrzebny, a wiadomo, że od starego nikt szeląga nie ujrzy! Żeby on choć raz już oczy zamknął! Podzieliliby się ziemią, wówczas pracowałaby na swojem, a teraz wszystkim służyć musi, w dodatku każden nawymyśla! Młodszy brat codzień wspomina, że chyba głupiec biedną dziewkę bierze! Nie mogą darować, że z próżnemi rękami do chaty weszła! Nieraz słuchając łzy żalu i gniewu cisną się do oczu! Nazywają jędzą! Sama czuje, że czasami kąsałaby ze złości. A jednak dawniej nie była taką: nim wyszła za mąż, umiała śmiać się i śpiewać, teraz jej nie do śpiewu! Ledwie głosu wystarczy wyłajać każdego, kto w drogę włazi! od świtu do nocy na nogach, na dziesięć części rozerwać się trzeba, żeby podołać wszystkiemu. Obchodzi się byle czem, nawet chustki i spódnicy nie sprawiła sobie od wesela; chociaż ubierać się lubi i z zazdrością spogląda na stroje Marysi. Ta zaś każdej niedzieli, jakby umyślnie, żeby jej krew psuć, ubiera się w kramną spódnicę, w cienką koszulę i paraduje po chacie.
— Nic nie pomoże, choć złoto nałóż na siebie!... Stara, brzydka, nikt nie weźmie! woła bratowa, czerwona ze złości.
Marysia, ugodzona w najtkliwszą stronę wybucha po swojemu, ujadają obie, ile sił stało; zbrojna interwencya męża uspakaja je w końcu; nastaje chwilowe zawieszenie broni.
— Ja tę wiedźmę do pół śmierci przybiję! woła zadyszana Marysia.
— Dziesięć piątków odposzczę o chlebie i wodzie, żeby tylko kto wziął z chaty starą dziewkę! Nie weźmie! Na co komu te straszydło.
Oczy Marysi zaiskrzyły się wściekłością: już miała wychodzić, była za progiem, wraca raz jeszcze:
— Otóż weźmie! jak zechce, to i dziś weźmie, woła gotowa do walki.
— Ślepy djabeł chyba, wykrzykuje bratowa.
Sporom nie byłoby końca, na szczęście obie miały zbyt dużo do roboty, widywały się z sobą tylko wieczorami, a i tego dość było, żeby chatę w istne piekło zamienić.
— Ja rady sobie nie dam! woła bratowa, weźcie dziewkę do pomocy, albo mnie żywą do ziemi połóżcie! Nogi ledwo włóczę, głowa pęka, zamrę, dalibóg zamrę, już i tak duszy we mnie połowy niema, a skóra przyschła do kości!
Każdy widział, że roboty miała po same uszy; żeby jej ulżyć, postanowiono ożenić Franka. Chłopak był zdrów, miał kędzierzawe włosy, grubą czerwoną szyję; pracował, do karczmy nie zaglądał, każda więc, najbogatsza nawet, pójdzie za niego chętnie. Niejedna już nawet podsyłała swaty, ale Franek odpowiadał:
— Eh, będzie na to dość czasu! poco mam ten kołtun na głowę brać? Człek chce trochę swobody użyć dopókąd młody.
Swacie odchodziły z kwitkiem, a Franek używał swobody po swojemu: od rana do zmroku pracował — po wieczerzy szedł spać na siano. Czasami brał harmonikę i wychodził za wrota na ulicę. Śpiewał zawsze jedną i też samą pieśń, bo drugiej nie umiał. Zaledwie odezwała się harmonika, a już z każdej chaty wyglądały dziewczęta, niektóre doiły krowy w podwórku, a widać było jak się śpieszyły, spoglądając na wrota. Na drugim końcu wioski odzywały się skrzypce — to mularz wygrywał. Franek nadymał wargi, opuszczał rękę z harmoniką. Tamten bowiem umiał rznąć od ucha wszelakie tańce, podśpiewywał, przytupywał, na muzykę jego dziewczęta leciały jak ćma na ogień.
— Oh gra! aż dusza skacze, niech on przepadnie! Szeptały między sobą. Mularz, ze skrzypką na ramieniu, przechodził ulicę, dziewczęta szły za nim jak za czarownikiem; zasiadali wszyscy na kłodach pod lipami. Na dworze ciemniało, starzy już do snu się ułożyli, ale dopókąd nie umilkły skrzypce, żadna z dziewcząt do chaty nie wracała. Marysia też szła z innemi na kłody, przysiadywała do nocy, ale zła i markotna, bo mularz tak zawsze manewrował, żeby do niej siadać plecami, a twarzą do młodych i ładnych. Franek zostawał przed chatą; grał zcicha swoją pieśń, potem wlókł się na spoczynek. Spać lubił bardzo; w niedzielę, święta sypiał po całych dniach, a przebudziwszy się, stał długi czas z ręką za koszulą, drugą drapał się za uchem, mrużył oczy i sam nie wiedział, czy się już przebudził, czy drzemie jeszcze? Minę też miał ospałą i za młodu wyglądał jak stary; kiedy się wyspał, a było mu przytem wesoło na duszy, lubił zalecać się do dziewcząt. Przechodząc z wiadrem wody, obleje pierwszą z brzegu od stóp do głowy, albo ciśnie w plecy jabłkiem czy ogórkiem, a Nastce to już nigdy przez wioskę spokojnie przejść nie pozwolił: w braku wody i ogórków, ciskał jej w plecy kamieniem, albo choć garścią piasku. Ludzie wnioskowali z tego, że ją lubi; wzruszał ramionami obojętnie; spotkawszy jednak na drodze, zabierał na wóz, czasami pomógł wody wyciągnąć ze studni, albo krowę zapędzić w podwórko; lubił patrzać na jej szerokie ramiona, na zdrową rumianą twarz; widział, że robotnica z niej dobra, przytem spokojna, wesoła. Jeżeli całą gromadą wychodzili na siano, zawsze wołał ją do siebie, gdyż obok niej lżej było pracować, tak się uwijała, tak zręcznie brała się do wszelkiej roboty, a Franek sam był robotnik wytrwały i przedewszystkiem cenił pracowitość.
— Ty sobie niczego dziewka, mówił raz do niej, gdy nieśli razem ceber ziela dla krowy.
— Eh, niby to prawda!
— Wiadomo, że prawda.
— W wiosce jest wiele ładniejszych!
— Ty dla mnie jakby najładniejsza!
— Każden z was tak gada! a jak przyjdzie co do czego, to biedną, choćby najładniejszą, rzuci dla bogatej. Mularz nieraz już mówił, że jestem najładniejszą, a z twoją siostrą chce żenić się...
— Insza rzecz chwalić, a insza żenić się, odpowiadał markotny na wspomnienie mularza. A ty jeżeli będziesz z nitn przystawać i słuchać co on gada, to tak oberwiesz odemnie, że swoich nie poznasz. Ja tam o niego nie dbam, ale mnie złość, że wszystkie za nim głowę tracicie, choć ty jedna nie bądź głupia!
— Eh, ja nietaka!
— To i dobrze; choć ty jedna miej rozum.
Nieraz już przemawiał do niej w ten sposób; odejdzie i zapomni o czem mówił; a słowa jego coraz głębiej zapadały w duszę dziewczyny. Czasami robiło się jej lekko, rzeiwo: wówczas robota paliła się w ręku, pieśni różne przychodziły do głowy! To znowu żal ją opanował, zdawało się, że wszystko na świecie spochmurniało jakoś; ręce opadają, nawet do jadła chęci braknie! Wieczorem szczególnie, kiedy wszyscy usną, w wiosce cicho, liście tylko szeleszczą ostrożnie, a w powietrzu drga coś, niby nierówny oddech drzemiącej natury... wtenczas najgorzej!... robota skończona, sen nie przychodzi; strach jakiś tej ciemnej nocy, co sama do duszy zagląda i najżałośniejsze myśli rozbudza! Serce coraz więcej nabrzmiewa, łzy spływają jedna po drugiej, jak na spowiedzi, kiedy ksiądz serdecznym głosem gadać zacznie! Wszystkie smutki stają wówczas w pamięci i sieroca dola i życie ciężkie na służbie, wypłacze się, pożałuje sama siebie, a z poza tej chmury łez i żalu, jak słonko jasna wygląda nadzieja:
— Może Franek weźmie za żonę... będzie dach własny, kąt spokojny... i pracować lżej razem... a dziewczęta wszystkie zazdrościć będą!... o będą.
Zawsze umiała wejść w drogę Frankowi; kiedy inne dziewczęta za skrzypką mularza poszłyby do piekła, ona siedzi zwykle obok Franka, słucha harmoniki; zawsze się znajdzie przy studni, gdy on prowadzi konie, sama mu wody do koryta naleje, a nim konie piją, oni rozmawiają o tem i owem, przysiadłszy na zrębie; na łące najakuratniej pracuje obok niego. Z każdego kiermaszu przynosi mu piernik albo bułkę, jedzą razem, przytem opowiada mu kogo widziała, czy dużo narodu było. On słucha, przeżuwając bułkę zwolna; sam chciał pójść, już nawet wczoraj z wieczora buty wysmarował tłustością, ale polenił się, sen zmorzył; przytem na kiermaszu grosz liszni się wydać trzeba, a Franek, jak ojciec, groszów wydawać nie lubi! Kupiła mu raz szalik czerwony, długi, można było dwa razy koło szyi okręcić, a końce spadały aż do pasa; nim przyjął, zamyślił się trochę, patrzał w ziemię, później na nią spojrzał z ukosa. W oczach jej malowała się taka serdeczna prośba, że aż mu coś w piersiach ukłuło, obejrzał się, w wiosce pusto, pora wieczorna, zagnała wszystkich do chaty, oni tylko stali we dwoje pod wiśnią koło parkanu. Żuczek patrzał na nich, kręcił ogonem, oblizywał się... Franek przyjął szalik i przywdziewał go w każdą niedzielę lub święta...
Dziewczyna szczęśliwa, śpiewała po całych dniach; sąsiedzi gadali o niej, że niema chytrzejszej na świecie całym, że więcej jej pod ziemią niż na ziemi, teraz tylko pazury schowała, ale jak wyjdzie za mąż, to i rodziców i bratowę a nawet męża w kozi róg zapędzi!
— Czem ona go oplątała? dziwiły się między sobą sąsiadki. Jedne mówiły, że pewno ziela jakiegoś dała mu się napić, inne domyślały się czegoś więcej.
Nastka śmiała się z tych gawęd. Każdego wieczora Franek zachodził pogadać z nią przed chatą; jeżeli jadł brukiew, rzepę czy jabłko, zawsze sam ukąsi parę razy a resztę jej odda; przed wszystkimi gadał, że w całej wsi niema porządniejszej dziewczyny!
— W jesieni pewno swaty przyśle! rozmyślała uszczęśliwiona. Na tę intencyę zaniosła garść lnu i kawałek płótna do kościoła.
— Po weselu więcej zaniosę; teraz o sobie pomyśleć trzeba... żeby choć parę koszul uszyć jakkolwiek!...
Tymczasem bogata dziewka ze wsi sąsiedniej podsyłała do Franka swaty; obiecywano kilkaset rubli w posagu. Chłopak zamyślił się. Gospodarzyć z bratem trudno... brat lubi wypić nietylko w święta, ale i w dnie powszednie; do roboty nie ochoczy, rad cudzemi rękami żar grzebać! Franek oddawna już myślał o podziale, tylko ojciec o tem i słyszeć nie chciał. Z czasem jednak rozdzielić się muszą, już nawet miejsce sobie na chatę wybrał. Za pieniądze żonki można będzie ziemie dokupić... Oto! wieś całą zadziwi, jak na swoją rękę zacznie gospodarzyć!
Nastka biedna, matkę starą ma i nic więcej. Namyślał się, a tymczasem stronił od niej, jakby się chciał przekonać, czy bez tej dziewczyny żyć potrafi. Wieczorami nie wychodził na ulicę, wracając z sochą przez wieś, spuszczał głowę, żeby przypadkiem nie spotkać strwożonych, szeroko otwartych oczu Nastki! Chłopcy i dziewczęta wołają go czasami na kiermasz, albo na orzechy do lasu:
— A idźcie na złamanie karku! odburknie i powlecze się leniwym krokiem do domu. W chacie wszyscy go namawiają, żeby przysłał swaty, bo mu dziewkę schwycą z podnosa, a drugiej takiej w całej okolicy niema! Zgodził się wreszcie, zrobili zaręczyny. Nastka mało nie ryknęła z żalu, ujrzawszy, że do ślubu jechał w jej czerwonym szaliku!
Kiedy w kilka dni po weselu wieźli wyprawę panny młodej, cała wieś wysypała się na ulicę. Na wozie stała skrzynia malowana z nowym zamkiem. Ogromny kosz z kurami, w chustce związany kożuch i siermięga, za wozem postępował wieprz, potrząsając uszami i dwie krowy, jedna ryża, druga czarna. Sąsiedzi spoglądali, dziwili się i zazdrościli po trochu; a w chacie Michała aż ciasno się zrobiło od tylu bogactw na raz!
Wprawdzie, niewiele trzeba było, żeby tę chatę przepełnić ostatecznie! W izbie o dwóch okienkach, zajętej do połowy ogromnym piecem, mieściła się cała rodzina złożona z trzech mężczyzn, trzech kobiet i kilkorga dzieci; podczas silnych mrozów przyprowadzano tu jeszcze cielęta i jagnięta nowonarodzone, dla których w obórce zbyt było chłodno. A ileż to owadów i pasożytów roiło się w tej izbie! Całe zastępy prusaków oblegały komin, wyglądały z każdej szczeliny, opadały lada kęs chleba, położony na półce pod sufitem; w nocy gromadziły się na stole, w garnkach, w misach, ale najchętniej zaglądały do kolebki i wciskały się do uszu, do noska uśpionego maleństwa; dzieciak rzucał się, kwilił...
Spij, no spij, mruczała matka przez sen i poruszała kolebką raz, drugi, i zasypiała znużona.
Prusactwo tymczasem dostało się za kołnierz, na szyję, na grzbiet... dzieciak drapał się, jak umiał, i w końcu, nie mogąc dać sobie rady z tak licznym nieprzyjacielem, krzyczał w niebogłosy. Powtarzało się to każdej nocy i matka okadzała kolebkę ziołami, kładła święcone wianeczki pod sieniczek, przekonana, że to „zły turbuje“, przywoływała znachorki, a dzieciak kwilił i kwilił, aż nim się skóra zahartowała dostatecznie; w trzecim, w czwartym roku życia miewał nieraz policzki pokąsane do krwi, na szyi ślady jak po ospie, ale w nocy sypiał smaczno, oswojony z domową synapizmą! Były tu jeszcze karaluchy, gnieżdżące się w śmieciach pod miotłą i stonogi bez oznaczonego miejsca pobytu; najliczniej jednak roił się pewien rodzaj zgryźliwych istot, garnirujących zwykle poręcze łóżek i obrazy na ścianie. Obrazów nie brakowało; każdy święty miał tu swego przedstawiciela, możniejsi po dwóch nawet; to też kilka pokoleń od pradziadów do prawnuków miało pod niemi i wkoło nich swoje mieszkanie. Muchy, komary, trwały przez cały rok; duszna atmosfera izby sprzyjała im wybornie. Wszystko to wychodziło z kryjówek w nocy, i w izbie panował głuchy chaos, połączony z chrapaniem i drapaniem się śpiących — tu już nie można było zastosować frazesu, że sen jest obrazem śmierci!
W dzień zaś, izba wyglądała dość czysto; wymieciona, stoły i ławy wymyte, światła tylko miała za mało;, słońce niechętnie zaglądało przez małe okienka, pod okopconym sufitem unosiła się warstwa sinego dymu; po kątach panował szary zmrok, niedopuszczający żadnej analizy. Łóżko i skrzynia synowej pomieściły się jakoś; z początku zawadzały trochę jak każdy nowy sprzęt w ciasnym kącie, po dwóch dniach zdawało się, że stały tu od wieków! Daleko więcej zawadzała sama synowa: zaledwo chmiel weselny wywietrzał z głowy, w chacie zaczęła się zwada; dwie bratowe nie mogły pogodzić się, przy której ma być pierwszeństwo: jedna była o wiele starszą, za drugą przemawiało bogactwo; Marysia nad obydwoma chciała rej wodzić. Jedna na drugą zrzucała robotę, każda wymawiała, że pracuje za wszystkich; matka tylko milczała i coraz w ciemniejszy kąt zasuwała się ze swoją kądzielą. Nastąpiła podjazdowa wojna kobieca: powodem sporu bywała miska, łyżka, kawałek łuczywa, tysiące mikroskopijnych przedmiotów, zdolnych urość do olbrzymich rozmiarów w oczach wojujących kobiet. Marysia służyła jako balast, przyciągający zwycięztwo na stronę, po której stała w danej chwili. Cała rodzina znalazła się wkrótce na wojennej stopie; broni dotąd nie używano żadnej: kobiety posiłkowały się przeważnie językiem, mężczyzni obiecywali użyć pięści; ojciec perswadował, uspokajał, a w końcu wynosił się za drzwi. Frankowa coraz częściej zawodziła przed chatą:
— A dolaż ty moja! a czegóż mnie licho do tego piekła przyniosło! a wolałażby ja świata bożego nie oglądać!
Franek udawał, że nie słyszy; ale kiedy raz do zwykłej litanii dołączyła i jego imię w sposób niezbyt pobożny, stanął i słuchał:
— A gdzie moje oczy były, zawodziła dalej, a czy mi ludzi nie stało, że ja za tego niezdarę szła!... lepiej byłoby dziewką zostać, niż tego hultaja swoją pracą karmić. Prędzej on śmierć swoją oglądać będzie, niż choć jeden grosz odemnie zobaczy!
Tego już było zanadto! Franek, niezdolny do parlamentarnego traktowania rzeczy, wystąpił ze zbrojnym pretestem i trzy razy tylko uderzył miotłą po plecach, baba umilkła, zacisnęła zęby, oczy błyszczały jak u dzikiej kotki.
— Wiem teraz czem gębę zamykać! rozmyślał i skrobał się w głowę, nie wiedząc, czy ma cieszyć się, czy płakać naci swoją dolą. Żonka brzydka i niezbyt młoda ani na jedną godzinę miłą mu nie była; przytem i Nastki żałował trochę; ludzie śmieli się z niej i sam wiedział, że śpiewać przestała, chodziła jakby nieswoja i tylko ukradkiem ucierała oczy rękawem. Próbował przemawiać do niej, odpowiadała jednem słówkiem i zmykała, bo na widok jego żal serce oblewał!
— Wolałby ja kark skręcić, do ślubu jadąc! mruczał sam do siebie; żal tej dziewczyny... gdyby można było... eh, co o tem myśleć, wszystko skończone!
Coraz częściej żałował, że pokwapił się na wieprza i krowy. Lżej mu się zrobiło na duszy, gdy Nastka przeszła na służbę do drugiej wioski.
— Tam ludzie mniej dokuczać będą, i mnie łatwiej do niej podejść czasami, rozmyślał, i już w miasteczku kupił trzy sznurki niebieskich paciorek, czerwoną wstążkę i chciał oddać Nastce na drodze, ale tej niedzieli nie spotkali się z sobą; schował więc podarek za siermięgę i poszedł do chaty. Nazajutrz żonka znalazła paciorki i wstążkę pod ławą; obejrzała, przymierzyła, pewna, że to dla niej na zgodę mąż kupił! Całowała go ile sił stało, a gdy wyrwał się nareszcie, dopędziła jeszcze na dworze i pocałowała kiłkakroć w plecy.
— Odczep się! ofuknął, i czerwony ze złości poszedł ochłonąć za wrota.
Raz kosił za odrobek trawę o wiorst kilka od wioski i do chaty nie zaglądał już od dwóch dni; jadał chleb i solone ogórki, miał w zapasie garniec odgotowanych kartofli, i wody było poddostatkiem w rzece, co wązkiem korytem płynęła pod krzakami, wiła się przez łąkę i znikała gdzieś wśród wysokiej trawy. Roboty miał jeszcze na dni parę, a może i więcej, nie troszczył się o to, byleby tylko pogoda służyła! Do chaty nie śpieszył; tam na łące odżył poweselał nawet! Dokoła las zżółkły mienił się na słońcu różnobarwnemi liśćmi, ciszę przerywał brzęk kosy i świerszcze ogrzane promieniami, czasem głuchy szmer skrzydeł leśnego ptaka zaszeleściał mu nad głową. Nie podnosząc oczu, wiedział kiedy leciały żórawie, a kiedy stado wron zabierało się na nocleg do lasu; znanym mu był każdy ruch, każdy dźwięk w tem pustkowiu; ile razy ostrzył kosę, rozglądał się zarazem po niebie; ptaki bowiem najwierniej wróżyły zmianę powietrza! Gdy kaczki leciały zbyt nizko, albo wśród wron ruch wielki panował:
Zgiń ty, przepadnij! mruczał, ot, nie dadzą skończyć. Kręcą się jak opętane... naniosą deszczu!
Szczebiot wróbli wprawiał go w dobry humor, kiwał głową w ich stronę:
— Śpiewajcie na zdrowie, śpiewajcie! eh to złodzieje! dzioby drą, jakby im kto płacił!
Kosił dalej, przemawiając od czasu do czasu jakieś słówko do kosy, co „hultajka tylko głowy ścina“; albo do palonej trawy, co „ztwardniała jak szczecina“; czasami próbował nucić, ale głos miał ochrypły i żadnej nuty z gardła wydobyć nie mógł; żałował, że nie zabrał z sobą harmoniki: zagrałby trochę dla siebie, resztę dla wron i kaczek, a byłoby wszystkim weselej!
Trzeciego dnia po południu przybyły z sąsiedniej wioski baby z węzłami bielizny do płukania: od razu postrzegł między niemi Nastkę. Chciał zbliżyć się do niej pogadać i zrobiłby to najpewniej, żeby bab nie było; przy obcych nie wiedział od czego zacząć rozmowę, kosił tedy dalej; nie oglądając się, widział jak wywijała pralnikiem; po kolana w wodzie z zakręconemi rękawami prała i ani razu nie obejrzała się na niego! Franek coraz częściej kosę ostrzył, a w myślach układał jakby to baby zaczepić. Wiedział, że ona rada byłaby z nim porozmawiać, umyślnie może przyszła tu dla niego, niby nie patrzy, a z ukosa pewno zerka na jego nogi i na plecy kiedy się odwróci! Czy to on nie zna dziewcząt! Każda tego tylko czeka, żeby kto na nią okiem rzucił! Ale czemu nie przyszła sama... bez tych bab.... weselej byłoby!
Kosił coraz bliżej, gdy Nastka nawykręcawszy duży węzeł bielizny, zabierała się zarzucić go sobie na plecy.
— Pójdzie już! ani obejrzał się, tak mu coś w serce ukłuło.
Poskoczył ku niej.
— Poczekaj, ja pomogę! zawołał. Cóż Nastka, ani słowa do mnie nie zagadała.... jakby my nie znali się.... czy co?
Mówił, ale oczu podnieść nie śmiał; starał się ująć węzeł, a drżał przytem jak w febrze,
— Ej idź z Bogiem! czy ja sama rady nie dam! odwróciła się plecami, przekładała coś śpiesznie w bieliznie.
Widział jak twarz, uszy i szyja oblały się rumieńcem; wszystko z rąk padało; umyślnie nachylała głowę, żeby nie pokazać, że łzy ma w oczach; to mu dodało odwagi.
— Pozwól...
— Eh, idź żonce pomagaj, zawołała odtrącając go silnie łokciem. Leziesz nie proszony nie dziękowany! Chcesz, żeby ludzie znowu na języki wzięli! mało jeszcze łez wylałam! do żonki! krzyknęła, tupnąwszy nogą o trawę, zamierzyła się na niego pralnikiem.
— Do żonki! syknęły baby wślad za odchodzącym.
Do żo...n...ki, powtórzyło echo przeciągle.
Od tego czasu przestał już myśleć o „głupiej dziewce“, a tylko ile razy spostrzegł paciorki wstążkę na szyi żony, odwracał głowę, jak pies, kiedy mu kij pokażą.
W chacie spory nie ustawały; żonka straszyła, że wszystko rzuci i pójdzie do rodziców! Podzieliliby się oddawna, ale ojciec o tem słyszeć nie chciał.
— Siedzieć w kupie, czem tu dzielić się... skrawek ziemi, chata stara, mruczał dżącym głosem, z głodu pomrzecie!...
— Już wolę kamienie gryźć, niż od rana do nocy ogryzać się z temi wiedźmami! wołała Frankowa.
Druga zgadzała się na jeszcze twardsze pożywienie, byleby tylko mieć spokój i kąt własny!
Bracia rozprawiali zawczasu o podziale; każden chciał matkę zatrzymać przy sobie, o siostrach zaś nie było ani wspomnienia. Marysia zaoszczędziła już sobie pieniędzy na jedno cielę, tem samem posiadała jakby część mularza, miała nadzieję, że i resztę zdobędzie jakkolwiek, czekała spokojnie, gdyż mularz pił coraz więcej, i wdowa wyszła zamąż, a żadna dziewka słyszeć o nim nie chciała. Więc, chociaż nikt się o nią nie troszczył, wykrzykiwała przy każdem zdarzeniu:
— O mnie nie biedujcie! ja sobie rady dam! jeszcze tylko... rok, drugi popracuje!... Spoglądała na ojca badawczo.
Ojciec słuchał i milczał; starzał tylko coraz widoczniej. Z wielkiego chłopa przemienił się na średniego, suwał nogami, trząsł głową. Podczas zimy leżał na piecu, do gospodarki mało się wtrącał, ale jak tylko słonko przygrzewać zaczynało, a czarny ugor wyjrzał z pod śniegu, stary wysuwał się z izby na podwórko — prostował się, młodniał; oczy nabierały życia, wietrzył nosem wiosnę, i już bez przestanku zaglądał do wołów, majstrował coś koło sochy, a gdy nadszedł czas orki, śmierć nawet nie zatrzymałaby go na piecu! Sam pierwszy prowadził swoje woły na zagon! Szły pod jego ręką jak malowane, nie zachęcał ani batem, ani krzykiem, czasami tylko przemawiał ochrypłym, trochę drżącym głosem:
— No... łysy! ach ty łysy... mój!... No, dalej, dalej; ej ryży! ho, ho! gdzie... no, przed siebie... ot tak, eh, wy woły moje mileńkie!...
Wczoraj z trudnością łyżkę kaszy do ust podnosił, dziś w polu na zagonie trzymał sochę, jak żaden młody nie potrafi! Zagony wychodziły równe, gładkie, nikt w całej wiosce tak orać nie umiał! Ziemia sama rozdzielała się przed nim, on tylko jakby na żart podnosił i opuszczał sochę! Nie męczył się nawet; chwilowo zatrzyma się na zawrocie, odetchnie... Słucha! Skowronek gdzieś w górze zawodzi pieśń dla niego... w powietrzu coś huczy, brzęczy... to zdrowie i siły, co przez całą zimę drzemały pod śniegiem! Jeszcze raz odetchnie całą piersią; w sercu tak żałośnie i rozkosznie zarazem... usta drgają, patrzy przed siebie, ale przez łzy światu bożego nie widzi.
— Boże mój ty drogi! toż ja żyję jeszcze! wiosnę widzę... zagon orzę!.., szepcze mu coś w duszy.
— No, no, dalej, mruknie na wołów. Zwierzęta obejrzą się czasami na chłopka — popatrzą na siebie jak trzej najwierniejsi towarzysze, i robota idzie dalej zwykłym trybem.
Ostatniej zimy Michał cherlał bez przerwy. Żonka i dzieci chociaż wiedzieli, że już mu czas umierać, że śmierć zmęczyła się długiem czekaniem, nie chcieli jednak wierzyć że umrze. Każdy jak umiał troszczył się o niego. Z rana, ledwie się przebudzą i zapalą łuczywo, pierwszy Wincek lezie na piec, świeci w oczy ojcu, żeby się przekonać czy żyje, czy nie zmarł przypadkiem podczas nocy? Jeżeli chory zdrzemnął na chwilę, trzęsie go za ramię:
— A co? jak wam dziś? lepiej czy gorzej? pyta pochylony z łuczywem w ręku; przysłuchuje się jak w piersiach ojca gra cała orkiestra zepsutych instrumentów!
— Kiepsko! wyglądacie jak nieboszczyk! dodaje po chwili: Możebyście co zjedli?
Franek lezie za bratem, dotyka nóg i rąk ojca:
— Czy wam nogi nie ziębną jeszcze... a? Jak zaczną ziębnąć, to powiedźcie, bo to już będzie zły znak!...
Stary patrzy na synów szklannemi oczyma, czasem mruknie coś niewyraźnie; a gdy odejdą i zostawią go w spokoju, obróci się stękając i drzemie znowu.
Potem lezie żonka, ta już o nic nie pyta; patrzy, patrzy w zżółkłą twarz, i co chwila, nos palcami uciera, na znak że płacze. Tej zimy dziwnie jej jakoś oczy wybladły, powieki się zaczerwieniły; płaczącej nikt nie widział, bo i któż tam będzie spoglądał na babę w kącie przy kądzieli! Płakała też ile zapragnęła! Żal jej było starego; przeżyli z sobą pięćdziesiąt wiosen; z początku bił ją trochę, potem jak już sił zbytecznych nie miał — łajał tylko czasami, w końcu zapanowała prawdziwa zgoda. Teraz przy synu i synowej nie tak już dobrze będzie! Córka, synowe, gotowały zioła, karmiły. Frankowa nawet starą kurę zarżnęła na rosół; a jak dziatwa krzyczeć zaczynała, wyrzucano do sieni głównego bandytę; reszta krzyczała wprawdzie, ale w chórze brakowało już jednego głosu. Sprowadzono felczera, ten odrazu poznał, że chory był bardzo starym i że podobno umrzeć musi, wziął więc trzy ruble za fatygę i odjechał. Znachor zato był przeciwnego zdania: utrzymywał, że gdyby można było dostać takiego ziela co nigdzie nie rośnie, to jeszcze stary mógłby żyć choć sto lat! Tymczasem poił go czemś żółtem, potem czemś zielonem, ale wszystko nie skutkowało jakoś!
— Niechby jeszcze pożył rok jaki — mówił Franek do zgromadzonej rodziny.
Skłaniali głowy na znak zezwolenia. Cieńsze lub grubsze nici wiązały każdego członka rodziny z tym dogorywającym starcem! Wiedzieli, że śmierć jego przetnie niemal wszelkie związki — rozprysną się, jak oddzielne kółka łańcucha.
Jednej nocy zasnął i nie przebudził się już więcej.
Franek pierwszy się o tem dowiedział; kiedy zlazł z pieca, blady był, zmięszany, stanął przy kominie, a dolna warga tak mu jakoś drgała, że słowa przemówić nie mógł. Brzask poranny zaglądał przez okienka, przez drzwi otwarte do sieni; w izbie zgromadzona była cała rodzina, dziatwa tylko spała jeszcze po kątach. Franek milczał i wszyscy milczeli — przez chwilę panował śmiertelny spokój — wszystkich oczy zwróciły się na ciemny kąt na piecu.
— Oh, Bożeż ty mój! jęknęła stara matka. Krzyk jej bolesnem echem odezwał się w piersiach dzieci.
Franek skłonił głowę i wyszedł z chaty. Na dworze ogarnął go żal serdeczny; stał jak odurzony; ocierał pięścią oczy i sam nie wiedział co tu robić, od czego zacząć?
W godzinę potem chata napełniła się sąsiadami. Nieboszczyk umyty, w nowej siermiędze, w czystej koszuli z wymkniętym kołnierzem zapiętym na zieloną szklanną spinkę, w butach, z obrazkiem w ręku, leżał na tapczanie, trochę na stronie, tak, żeby przejście od odrzwi do stołu było swobodne. Wódka, ser, mięsiwo stało na stole, przykrytym czystym obrusem. Każdy z wchodzących rzucał najprzód wzrokiem na jadło, potem na umarłego; jedni żegnali się i szeptali pacierze, drudzy prosto przystępowali do zakąski; pili, jedli i wynosili się cichaczem, nakładając czapki za drzwiami.
Dziatwa skradała się lękliwie, stawała koło tapczanu u nóg, zachodziła z boku; jeden śmielszy stanął tuż przy głowie, wpatrywał się w umarłego szeroko otwartemi oczyma; potem dotknął ostrożnie do czoła, cofnął rękę za plecy i czekał, stary ani mrugnął: malec wysunął rękę i dotknął się wąsów — inni patrzyli z otwartemi buziami.
— On już nie wstanie — szepnął Jaś.
— Nie wstanie?
— Umarł?
— Aha! pokręcili główkami i przyglądali się dalej z natężoną uwagą; długi czas nie mogli oswoić się z tym nowym dla siebie widokiem.
Chata opróżniała się zwolna, coraz rzadziej zaglądali sąsiedzi, w końcu i domownicy rozeszli się do roboty. Wiosna była na dworze, a w pogodny dzień wiosenny każdy we wsi ma swoje zajęcie; w izbie pozostała tylko stara matka i dwie sąsiadki; szeptały między sobą, zakąsając rozmowę serem, to gorzałką. Przed chatą synowie robili trumnę; kupy wiórów leżały u drzwi; Franek heblował, a Wincek z fajką w zębach stał przy nim:
Ze starym niema co marudzić, rzekł; jak tylko — trumna będzie gotowa, tak i pociągniem; dobrze byłoby dziś ogród zabronować choć wieczorkiem, jak wrócim!
— Dobrze byłoby, tyle co szkapy pomęczone będą; siwy jeden nie zaciągnie, trzeba będzie i łysego założyć.
— Łysy kuleje, wczoraj cały dzień bronował. Możeby Jan kobyły pożyczył?
— Eh, obejdziem się swojemi, czy to daleka droga! Już lepiej dziś w ogrodzie nic nie robić! zmarnowali dzień, cóż począć, pierwej czy później, starego trzeba było pochować!
Trumna była długa, szeroka, wygodniejsza może niż chata, w której staruszek cały swój wiek przeżył. Pod głowę nakładziono wiórów, Franek wlazł do środka, wyciągnął się:
— Ot i gotowa! zawołał; a teraz wóz obejrzeć trzeba.
Pod wieczór, kiedy wszyscy wrócili z pola, podwórko, sień i izba napełniły się narodem; pomimo to cisza panowała wielka. Śmierć i do chłopskiej chaty umie wchodzić z właściwą sobie powagą. W milczeniu wynieśli trumnę na wóz i kiedy konie ruszyły, baby jednocześnie zaczęły zawodzie żałośnie. Swaci, kumy i zwykłe sąsiadki czuły się w obowiązku lamentować do końca wioski, tu niektóre zatrzymały się, przeprowadziły trumnę wzrokiem i wróciły do chaty, nie było czasu do stracenia; krowy przyszły z pola, trzeba przygotować wieczerzę i t. d. Księdza nie było, wieś leżała o mil kilka od kościoła, a w roboczy czas któżby tam parę dni tracił na tę ceremonię! żeby to jeszcze chrzciny, czy wesele! a pogrzeb najczęściej bez księdza się obywa. Przed orszakiem szedł chłopak z krzyżykiem, wyciosanym z resztek pozostałych od trumny; podbiegał, oglądał się, a gdy już zbytecznie się oddalił, stawał na środku drogi:
— No, prędzej! wołał, lazą jak na raku!
Zawczasu już układał w myślach, jak uchwyci największą łopatę, i podczas gdy inni malcy raz rzucą piaskiem, on rzuci dwa albo i trzy nawet, zasypie, wyrównuje mogiłę i sam krzyżyk wkopie u głowy. Pogrzeb nie codzień się zdarza; w cichem życiu wioski stanowi pewnego rodzaju uroczystość, to też wszyscy malcy, ilu ich było, biegli za konduktem, uśmiechali się do siebie, pewni, że i oni na coś się tam przydadzą! Pod lasem, kilka krzyżyków przy ziemi, kilka większych pochylonych krzyżów, trochę kamieni oznaczało cmentarz, gęsto zarosły trawą. Przy samej drodze ogromna jama czekała na starego Michała. Wszyscy rzucili się do trumy, a choć narodu było sporo, z trudnością dźwignęli ją z wozu i spuścili do dołu. Teraz zaczynała się robota malców: śmieli się, rzucając jeden przed drugim piasek łopatami! W okamgnieniu powstał wysoki pagórek; równali go ze wszech stron, a starzy tymczasem, obejrzawszy się po cmentarzu, wracali zwolna do wioski. Franek zabrał matkę na wóz, przygarnął do siebie, a widząc, że stara wciąż jeszcze płacze, pocieszał jak umiał:
— Dajcie pokój! czy to wasze długie życie! Pójdziecie i wy prędko do niego. Tymczasem ja wam krzywdy zrobić nie dam, chleba wam nie zabraknie i kąt spokojny mieć będziecie!
Słońce juź zaszło; z każdego komina dym się unosił, pachło kartoflami i smażoną słoniną. Powracający przyśpieszyli kroku.
W skrzyni starego znaleźli trzy ruble i dwadzieścia groszy miedziakami, w chacie zaś nie brakowało ani jednego garnka; widocznie opowieść o zakopanym skarbie była wierutną bajką! Biedna Marysia długo jeszcze będzie musiała czekać na swego mularza!

separator poziomy




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józefa Sawicka.