Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bracia rozprawiali zawczasu o podziale; każden chciał matkę zatrzymać przy sobie, o siostrach zaś nie było ani wspomnienia. Marysia zaoszczędziła już sobie pieniędzy na jedno cielę, tem samem posiadała jakby część mularza, miała nadzieję, że i resztę zdobędzie jakkolwiek, czekała spokojnie, gdyż mularz pił coraz więcej, i wdowa wyszła zamąż, a żadna dziewka słyszeć o nim nie chciała. Więc, chociaż nikt się o nią nie troszczył, wykrzykiwała przy każdem zdarzeniu:
— O mnie nie biedujcie! ja sobie rady dam! jeszcze tylko... rok, drugi popracuje!... Spoglądała na ojca badawczo.
Ojciec słuchał i milczał; starzał tylko coraz widoczniej. Z wielkiego chłopa przemienił się na średniego, suwał nogami, trząsł głową. Podczas zimy leżał na piecu, do gospodarki mało się wtrącał, ale jak tylko słonko przygrzewać zaczynało, a czarny ugor wyjrzał z pod śniegu, stary wysuwał się z izby na podwórko — prostował się, młodniał; oczy nabierały życia, wietrzył nosem wiosnę, i już bez przestanku zaglądał do wołów, majstrował coś koło sochy, a gdy nadszedł czas orki, śmierć nawet nie zatrzymałaby go na piecu! Sam pierwszy prowadził swoje woły na zagon! Szły pod jego ręką jak malowane, nie zachęcał ani batem, ani krzykiem, czasami tylko przemawiał ochrypłym, trochę drżącym głosem:
— No... łysy! ach ty łysy... mój!... No, dalej, dalej; ej ryży! ho, ho! gdzie... no, przed siebie... ot tak, eh, wy woły moje mileńkie!...
Wczoraj z trudnością łyżkę kaszy do ust podnosił, dziś w polu na zagonie trzymał sochę, jak żaden młody nie potrafi! Zagony wychodziły równe, gładkie, nikt w całej wiosce tak orać nie umiał! Ziemia sama rozdzielała się przed nim, on tylko jakby na żart podnosił i opuszczał sochę! Nie męczył się nawet; chwilowo zatrzyma się na zawrocie, odetchnie... Słucha! Skowronek gdzieś w górze