Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pójdzie już! ani obejrzał się, tak mu coś w serce ukłuło.
Poskoczył ku niej.
— Poczekaj, ja pomogę! zawołał. Cóż Nastka, ani słowa do mnie nie zagadała.... jakby my nie znali się.... czy co?
Mówił, ale oczu podnieść nie śmiał; starał się ująć węzeł, a drżał przytem jak w febrze,
— Ej idź z Bogiem! czy ja sama rady nie dam! odwróciła się plecami, przekładała coś śpiesznie w bieliznie.
Widział jak twarz, uszy i szyja oblały się rumieńcem; wszystko z rąk padało; umyślnie nachylała głowę, żeby nie pokazać, że łzy ma w oczach; to mu dodało odwagi.
— Pozwól...
— Eh, idź żonce pomagaj, zawołała odtrącając go silnie łokciem. Leziesz nie proszony nie dziękowany! Chcesz, żeby ludzie znowu na języki wzięli! mało jeszcze łez wylałam! do żonki! krzyknęła, tupnąwszy nogą o trawę, zamierzyła się na niego pralnikiem.
— Do żonki! syknęły baby wślad za odchodzącym.
Do żo...n...ki, powtórzyło echo przeciągle.
Od tego czasu przestał już myśleć o „głupiej dziewce“, a tylko ile razy spostrzegł paciorki wstążkę na szyi żony, odwracał głowę, jak pies, kiedy mu kij pokażą.
W chacie spory nie ustawały; żonka straszyła, że wszystko rzuci i pójdzie do rodziców! Podzieliliby się oddawna, ale ojciec o tem słyszeć nie chciał.
— Siedzieć w kupie, czem tu dzielić się... skrawek ziemi, chata stara, mruczał dżącym głosem, z głodu pomrzecie!...
— Już wolę kamienie gryźć, niż od rana do nocy ogryzać się z temi wiedźmami! wołała Frankowa.
Druga zgadzała się na jeszcze twardsze pożywienie, byleby tylko mieć spokój i kąt własny!