Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ubierać się lubi i z zazdrością spogląda na stroje Marysi. Ta zaś każdej niedzieli, jakby umyślnie, żeby jej krew psuć, ubiera się w kramną spódnicę, w cienką koszulę i paraduje po chacie.
— Nic nie pomoże, choć złoto nałóż na siebie!... Stara, brzydka, nikt nie weźmie! woła bratowa, czerwona ze złości.
Marysia, ugodzona w najtkliwszą stronę wybucha po swojemu, ujadają obie, ile sił stało; zbrojna interwencya męża uspakaja je w końcu; nastaje chwilowe zawieszenie broni.
— Ja tę wiedźmę do pół śmierci przybiję! woła zadyszana Marysia.
— Dziesięć piątków odposzczę o chlebie i wodzie, żeby tylko kto wziął z chaty starą dziewkę! Nie weźmie! Na co komu te straszydło.
Oczy Marysi zaiskrzyły się wściekłością: już miała wychodzić, była za progiem, wraca raz jeszcze:
— Otóż weźmie! jak zechce, to i dziś weźmie, woła gotowa do walki.
— Ślepy djabeł chyba, wykrzykuje bratowa.
Sporom nie byłoby końca, na szczęście obie miały zbyt dużo do roboty, widywały się z sobą tylko wieczorami, a i tego dość było, żeby chatę w istne piekło zamienić.
— Ja rady sobie nie dam! woła bratowa, weźcie dziewkę do pomocy, albo mnie żywą do ziemi połóżcie! Nogi ledwo włóczę, głowa pęka, zamrę, dalibóg zamrę, już i tak duszy we mnie połowy niema, a skóra przyschła do kości!
Każdy widział, że roboty miała po sama uszy; żeby jej ulżyć, postanowiono ożenić Franka. Chłopak był zdrów, miał kędzierzawe włosy, grubą czerwoną szyję; pracował, do karczmy nie zaglądał, każda więc, najbogatsza nawet,