Skrzypki grają — bieda gra

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Skrzypki grają — bieda gra
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SKRZYPKI GRAJĄ — BIEDA GRA

„Na Koninie bory sieką!“ — leci wieść od chaty do chaty i weseli zawsze jednako posępne twarze biednych ludzi, bo i ma czem weselić...
Bory — to długa łąka u stoku góry, własność całej wsi Koniny. Nie ma granic, ni kopców, a gazdowie po skoszeniu dzielą się kopami. W połowie sierpnia zaczyna się jej „siecenie“. W piękną, jasną noc księżycową wychodzi z kosą najstarszy gazda do borów, a gdy echo osełki, jak tokanie głuszca, przeleci po wsi, jakby za czarodziejskiem zaklęciem zjawia się cała gromada, klepie kosy, nabija i wnet bory ożywiają się szaremi postaciami; ciemne szeregi chylą się, to podnoszą, miarowo, w równym takcie, a miękka trawa z szelestem pada na długie, wilgotne pokosy... Czasem pieśń duszna, zgrzytliwa wyrwie się z gardła nędzą zdławionego i w czyściejszych echach obije się o pobliską górę; czasem ostrzenie kosy, krótkie, urywane, zadźwięczy i ku okołom[1] pustym poleci... i szelest znów ten sam, jednostajny, pomieszany z ciszą, i migotliwe błyski ostrych kos...
„Bory sieką!...“ — Dziewczęta się radują, bo po „sieceniu“ grabienie, po grabieniu kopienie, a przy kopach nocą księżycową muzyka i tańce... Toż to uciecha, zabawa raz do roku! zwyczajowe, nocne święto... „Ino, cy bedzie pogoda?“
„Bory sieką!...“ — dobiegła wieść do mnie i zbudziła silną chęć zobaczenia borów, setek kóp wonnego siana, śwarnych dziewcząt i wartkich tańców... Dzień jeden i drugi pogody, gwiazdy gęsto świecą, o deszczu ani słychu!... Na trzeci dzień chęć zamieniła się w czyn, poszedłem...
Kawałek już było z południa, kiedy przekroczyłem wysoki próg w chacie podwójciego, którego dom tuż tuż koło borów. Wszedłem do piekarni.
Podwójci, dobry mój znajomy, zerwał się z ławki, gdzie „strugał“ konewkę, i wyciągnął ręce na powitanie. Uścisnęliśmy się serdecznie.
— Przejdźmy do izdebki!... — zaproponował — bo tu ani usiąść ka nima, ani nic... — Przeszliśmy. W izdebce widno, jasno, ściany jak malowane, słowem, jak u „porządnego“ gazdy.
— Cóż tu u was słychać? — pytam.
— E, staro bieda pcho sie ta tak pomalućku, jak może...
— No, chwała Bogu, że przynajmniej stara bieda, nie nowa...
— I zatoć Bogu dziękować. A u was ta co nowego?
— U mnie?... nic nowego.
— No przecie?...
— Prawdę mówiąc, stara bieda. A jutro, Bóg wie, co przyniesie...
— Oj, to jutro, to jutro!... — pokiwał głową podwójci. — E, moze sie mleka napijecie? — zwrócił się do mnie.
— Z największą ochotą.
— Tereska! — zawołał przez sień. „W te razy“ weszła jego żona.
— Tereski nima, posła do siana na bory! — mówiła prędko i głośno.
— O ratunecku! — zawołała, zobaczywszy mnie — przecie nas pon choć roz odwiedzi!... Tele casy być tak niedaleko i nie przyjść!... Spodziewali my sie pana w tamtą niedzielę, umyślnie kupiłach chleba, cekaliśmy, a tu nic... Myślimy, cy sie pon zgniewoł na nas, cy co?...
— No nie godoj, ino dej mleka! — przerwał jej mąż.
— E, jakiez panic woli: maślonkę, cy słodkie? — spytała szybko.
— Maślankę, maślankę!
Zamieszała w maślniczce, nalała do białego garnuszka. Wychyliłem jeden za drugim.
— Smakuje panicowi? — pytała wesoło.
— Smakuje, smakuje, tylko o jedno was proszę.
— No?...
— Rzućcie „pan“ i „panic“ na bok, a mówcie mi, jak dawniej, po prostu. Przecież-em wasz. Chyba, że się mnie już całkiem wyprzeć chcecie...
— Bójcie sie Boga, ktoby tyz o tem myśloł!... Ale to tak nie idzie...
— Idzie, idzie, moi kochani...
Wziąłem ją za rękę. Uśmiechnęła się przez łzy. Okropnie dobra kobiecina, zwłaszcza ma jeden wielki przymiot: lubi prędko i dużo gadać!...
Gwarzyliśmy też długi czas, dość długi, bo już Tereska przyszła od siana i obleciała po chleb do karczmy. Więc z chęcią, czy bez chęci, musiałem jeść, bo mnie raczyli... „A jak cie troje rocy, to sie som jeden nie oprzes!...“
— A zeby nie bory, tobyście pewnie do nas nie zajrzeli? — zagadnęła filuternie gospodyni.
— Prawdę rzekłszy, tom głównie dla borów przyszedł. No, a potem i znajomych odwiedzić.
— O znajomych to mniejso, — podjął podwójci — ale co sie w nocy ubawicie, to nie pożałować!
— Będą tańce! — zawołała wesoło Tereska.
— Tobie ino tańce w głowie! — karciła ją matka.
— A niech tańczy! niech się dziewczę zabawi! — broniłem jej.
— O, dyć one syćkie takie — mówiła matka. — Ino sie parobek przejdzie koło izby, to ta myk w pole!... i juz tyr-tyr poza węgły... Wnetki-by na drogę za nim leciała.
Dziewczę się zarumieniło i kryjąc zapaską oczy, wybiegło z izby.
— Ty na dziewkę wygadujes, a samaś tak robiła! — rozśmiał się podwójci.
— Ja? ja za tobom lotała?!...
— Ho! ho! jesce jak!... Pamiętos, kiedyś siano grabiła sama... ja ci przysedł pomóc...
— No, no, dej spokój! Tu nie spowiedź.
Rozśmiali się oboje. Ja tymczasem patrzyłem przez okno za czerwoną chusteczką Tereski, która jeno migała się wśród wysokiego zboża. Biegła szybko ścieżyną nad potok... Wstałem i ja, dziękując dobrym ludziom za posiłek i ruszyłem w pole.
— Ale wrócicie na noc? — zaleciało z sieni.
— Wrócę! — odrzekłem i w kwadrans stałem już nad potokiem, za kamienistą drogą, która razem z roztoką spada z niedalekiej góry.
Siadłem na trawniku i wpatrzyłem się w drobne, skaczące fale i białe, wirujące piany...

Wartko się woda po kamieniach toczy,
A piana wstaje, srebrzy się i ginie...

Za jedną falą gdy pogonią oczy —
Już druga, trzecia... dziesiąta nadpłynie.

Wartko i życie w utrapieniach bieży,
A czar uniesień lśni w zmysłów upiciu...
Lecz gdy ostatni włos zima ośnieży —
Już nam nie marzyć o powrotnem życiu!...

...............

Płyń, falo, płyń!...

I fala, w wilgotne ramiona porwana,
Po toniach mknie — i topieliskach...
I dusza, gdy ją mgłą owinie Nirwana —
W bladawych migoce przebłyskach...


Co za Nirwana? jaka Nirwana? Widzę skaczące nurty, chwytam szum spadającej wody, cały widnokrąg w cudacznie mieszanym kolorycie, o różnych światłach, cieniach, półcieniach, linjach krzywych i prostych, łamiących się tęczowo, odbija się za jedną maleńką źrenicą i tworzy harmonijny obraz... A niebo?... przedrzeć niebo! Wzrok słaby — myśl puszczam... Tworzy fantastyczne formy: światy i światy bez końca... Gdzie Nirwana?!...
— O mnie sie pan pyta?
Obejrzałem się. Za mną stała Tereska. Trzymała skopiec w ręku i przechylała się lekko, podrygując jedną nogą. Wzrokiem prześlizgnąłem od włosów jasnych do bosych stóp... Kształtna kibić, piersi żywo wznoszące się, jako ta piana na potoku, nóżki okrągłe, czyste... Pewno z wody wyszła.
— Nie, ty nie jesteś Nirwana... — rzekłem głośno.
— A co to za jedna? — pytała ciekawie.
— Taka panna z galarety.
— A ładna?...
— O i bardzo!... Ma dużo kawalerów.
— I pana między nimi?
— Mnie nie. Nie chcę im wchodzić w drogę...
— Dobrze pan robi. Nima to ka indziej panien?
— Tereniu! świetnie mówisz!... — rzekłem z zapałem. — Gdzieś była? coś robiła?
— Byłach na potoku, polewałach płótno.
— Kąpałaś się?
— Ino po kolana.
— Czy zimna woda?
— Nie zimna, ale sie pstrągów boję.
— Świetnie mówisz — powtórzyłem wstając. — Tereś, będzie na noc pogoda?
— O bedzie, bedzie... obezgło sie od zachodu. Tańcujemy, jaze gwiazdy będą spadać!...
— Pewnie bez zazdrość?
— A choćby, ale bedą! Jasiek od Grzędy obiecał grać. Jak on prześlicnie gro?... Słysoł pan kie?
— Nie.
— To pan usłysy. No, ale takie muzyki, to pan i w Krakowie nie widział!...
Powiedziała to z takiem przekonaniem, żem się wcale nie odważył oponować.
Słonko już było nad górą, kiedy ruszyliśmy ku chałupie.
— Panu sie pewnie jeść chce? — zagadnęła Tereska.
— Po czem poznajesz?
— Bo pan taki zasmucony...
Uśmiechnąłem się.
— Prawda, żem zgadła?
Nie zaprzeczyłem, choć w tej chwili nie myślałem o maślance. Weszliśmy na „osiedle“. Wieczór się szybko robił. Słonko spadło za góry i już mrok wschodził coraz czarniejszy. Bydło pasterze przygnali z pastwisk. „Gaździna“ z córką doiły krowy; ojciec „strugał“ konewki, gwarzyłem z nim, siedząc na końcu ławki.
— Ile takich konewek na dzień zrobicie? — spytałem.
— Dwie, a casem trzy.
— A po wiele sprzedajecie jedną?
— Po dwie sóstki.
— To tanio.
— Ho, moi kochani! Trza czasem i za piętnoście centów sprzedać, jak bieda dozynie, a na sól braknie...
— Wam, myślę, nie brakuje? Przecie grunt niemały...
— Coz z tego gruntu, kie do niego ciągle trza dopłocać. Na przednowek kupuj, na obsianie kupuj, zawdy i zawdy... Cłek sie napracuje na tej świętej ziemi, a na zycie nie zdole z nie wydłubać... Przydzie cas, dzieciska podrosną, trza bedzie o nich pomyśleć. Z dziopom zięciowi trza dać porę stówek, a tu skąd ich wziąć?... Po mojej śmierzci — bo cłek nie bedzie wiekował — synowie rozerwą grunt, podzielą i bedą jesce bardzi biedować... Ja ledwo wyzyję, a z cegoz oni?... Jak przydzie trzecie potomstwo, to juz cheba musi z głodu zdychać... Wiecie co? Kie se pomyślę o tem i tak spoźrę na tę przysłoś, to mi sie w ocach ciemni. Ni mogę se rady dać!... Co to bedzie? co to bedzie?...
Zwiesił ręce, oczy rozwarł szerzej i patrzał nieruchomie przed siebie... Gdzieś głęboko, za źrenicami, przeczuć można było łzy, zrodzone z turbacji, nie tyle o siebie, ile o los swych dzieci. Łzy te padały mu na serce, truły i tak już bólami zatrute życie.
Siedział tak chwilę, a ja nie przerywałem milczenia. Wreszcie podniósł głowę.
— Ha, no, moc boska na syćko!... — zakończył z rezygnacją.
— I ludzka... — dodałem.
Machnął ręką z lekceważeniem i wziął się energicznie do strugania konewki, aż wióry do okna leciały.
Matka z Terenią wróciły do stajni i „wnetki“ ustroiły wieczerzę. Jedna miska ziemniaków, druga kwaśnego mleka. Szampańska kolacja! Jedliśmy drewnianemi łyżkami, gwarząc wesoło. Jeden tylko „wypadek“ przerwał lekki tok pogwary. Mały Jaś „zatknął sie“ jadłem, czyli, jak mi gaździna tłómaczyła, ziemniak wpadł tam, gdzie miało iść mleko, a mleko poszło tam, gdzie miał wpaść ziemniak...
Nie zrobiło to na mnie jakiegokolwiek wrażenia, bo raz — nerwy mam jak postronki, a powtóre jeszcze lepsze „kawały“ widziałem „na wielkim świecie“. Ale otoczenie moje było w strachu, by się Jaś nie udławił. Szczęściem radykalne lekarstwo poskutkowało. Ojciec „zwalił“ chłopca pięścią w kark i natychmiast owe rewolucyjne pierwiastki wróciły. Jedliśmy dalej bez „wypadku“.
Po wieczerzy, późnym już wieczorem, ruszyliśmy wszyscy ku borom.
Noc była śliczna. W księżyca świetle błękitniały lasy, szarzały wyręby, a zdala występowały zdziwionemu oku olbrzymie, mroczne góry. Szczyt łączy się ze szczytem i dziwna potęga jakaś przybija myśl... Mdłe światło łagodzi jaskrawość dniowych barw, magnetycznie pociąga duszę, upaja i zmienia twardą rzeczywistość w jakiś zaczarowany kraj... W naturze mglistość, senność rozkoszna... Zorza na zachodzie czerwieni się, bieleje... i powoli rozpływa w jeden jasny, iskrami zasiany błękit...
Śniłem raz taką Naturę... Z dziennego światła w mroczny labirynt wszedłem i kurytarze mię wiodły, nie wiem dokąd... Cel u wnijścia zgubiłem i błąkałem się po gmachu w mrokach przeraźliwych... Czy ten kurytarz wiedzie w nieskończoność?... Zaląkłem się wieczności, wracać pragnąłem... Za mną zamykały się ściany... Nagle oblało mnie mgliste światło...

Ona w niem stała —
Cudowna, wspaniała!...
Przed Nią promienie zwijały się w tęczę,
Nad Nią wisiały błękitów obręcze,
A Ona w świetle księżyca skąpana
Szła... cała czysta i niepokalana...

Szata z błękitnej mgły w obłoczne się fałdy mieniła, a biała przepaska jak mleczna droga, wiła się koło bioder... I szła ku mnie światłem księżycowem taka rozkoszna, wspaniała... Ramieniem objęła moje ramię, włosy Jej, jak długie włosy brzóz, szeleściły mi koło szyi... Piersi Jej, jak miękkie, białe, aksamitne róże, upajały mnie... Magnetyczne światło pociągało... A kiedy błękitne mgły owinęły mnie, stałem się niewolnikiem Pięknej i piłem urok i czar i oddychałem woniami białych, aksamitnych róż... Upiłem się czarem i sen mię światłu mglistemu odebrał. Śniłem księżycową noc... Świt mię zbudził... i uratował. Przeklęty świt!...
— Panie, panie! przepiórka!! — wrzasnęła mi nad uchem Tereska.
— Gdzie?
— O, juz uciekła!... Nie słysał pan, jak smerzyła po zbozu?... Oj, taki pan niezgrabny. Z pod nóg panu wyleciała i nie chycić! No!...
Może i Tereska miała słuszność, łając mnie. Lepsza przepiórka, niż wymarzona, senna postać...
Zbliżaliśmy się do borów. Szare cienie wychodziły z wysokich zbóż, zbliżały się, rosły — i urosły w sporą gromadę ludzi. Najwięcej było młodych parobczaków i dziewcząt. Paru starszych gazdów przyszło przypomnieć dawne lata i popatrzeć na tańce, lub też dozierać młodych, by nie robili „bezeceństw“.
Chłopcy otoczyli mnie kołem i pogwarka lekka, wesoła płynęła chyżo, jak roztoka leśna. Wreszcie podzieliliśmy się na gromadki, a potem na dwójki. „We dwoje nojweseli“, powiadają ludzie.
Podwójci siedział opodal na niskiej kopce siana. Podszedłem ku niemu.
— Wolicie do mnie, jak do dziewcąt? — spytał żartobliwie.
— Wolę.
— Dziwny z was cłek. Wolicie ze starym gwarzyć...
— Nauczę się czego przy was.
— Tela umiecie, co świat!...
— Ba, gdybym wiedział, co świat!... tobym umiał coś. A tak — nic.
— Ksiązki macie w głowie...
— Ale w książkach niema świata.
Popatrzał na mnie. Niby zastanawiał się... Nic nie odpowiedział.
— Jaka piękna noc! — przerwałem milczenie.
— Piękna! Bedzie pogoda, chwała Bogu. Da jutro jęcmień zebrać... Zeby ino tak wytrzymało choć do niedziele!
— Cicho! Słysycie? Jasiek gra... — ozwało się parę głosów.
— Jasiek idzie!... — powtórzyły cienkie głosy dziewcząt.
— Cicho!...
Wszyscy zamilkli naraz. Szepty tylko gdzieniegdzie zdradzały ogromną radość i zaciekawienie...
Wsłuchałem się uważnie w ciszę... Zdala dolatywało ciche kwilenie skrzypiec, miękkie, łzawe, melodyjne... Żałosne, przeciągłe tony cichły, to potężniały, jak skarga pokutującej duszy... Młody artysta grał własny poemat, odczuty prostem sercem... Myśli zlewał na struny, wyciągał je smyczkiem i rosła pieśń serdeczna — taka prosta, taka łzawa i bolesna... Słyszałem w dźwiękach, jak skarżył się:

Czemu ja się nie urodził wilżą na polanie!
Piłbym ci ja srebrną rosę na noc, na świtanie...

Czemu ja się nie urodził brzozą na potoku!
Żeby mi się złote słonko przezierało w oku...

Czemu ja się nie urodził jedlą w harnym lesie!
Żebym słuchał bez dzień cały, jak się echo niesie...

Ino ja se, kieby smerek, w samotności żyję —
A nademną wiater płacze, abo wicher wyje...

Kończył tę pieśń bez słów wybuchem dzikich tonów, jakby chciał ze złości na los struny pozrywać... Już był niedaleko. Dojrzał zgromadzonych i na ich swojską nutę zagrał skoczną, ale rzewną piosenkę. Ożyli zasłuchani... Parę dziewcząt odśpiewało zwrotkę na tę samą nutę. Jasiek grał i powtarzając melodję, zbliżał się powoli ku nam...
— Pięknie gra... — ozwałem się do sąsiada. — Jak te skrzypki mówią za niego, za całą duszę... jak się skarżą żałośnie! Słyszycie, jak te skrzypki grają?...
Podwójci podniósł powoli głowę i odrzekł prawie bezdźwięcznie:
— Skrzypki grają... edyć grają!... a mnie wiecnie bieda gra...
I jeszcze niżej głowę zwiesił.


Przypisy

  1. Okół = stodoła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.