Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tela umiecie, co świat!...
— Ba, gdybym wiedział, co świat!... tobym umiał coś. A tak — nic.
— Ksiązki macie w głowie...
— Ale w książkach niema świata.
Popatrzał na mnie. Niby zastanawiał się... Nic nie odpowiedział.
— Jaka piękna noc! — przerwałem milczenie.
— Piękna! Bedzie pogoda, chwała Bogu. Da jutro jęcmień zebrać... Zeby ino tak wytrzymało choć do niedziele!
— Cicho! Słysycie? Jasiek gra... — ozwało się parę głosów.
— Jasiek idzie!... — powtórzyły cienkie głosy dziewcząt.
— Cicho!...
Wszyscy zamilkli naraz. Szepty tylko gdzieniegdzie zdradzały ogromną radość i zaciekawienie...
Wsłuchałem się uważnie w ciszę... Zdala dolatywało ciche kwilenie skrzypiec, miękkie, łzawe, melodyjne... Żałosne, przeciągłe tony cichły, to potężniały, jak skarga pokutującej duszy... Młody artysta grał własny poemat, odczuty prostem sercem... Myśli zlewał na struny, wyciągał je smyczkiem i rosła pieśń serdeczna — taka prosta, taka łzawa i bolesna... Słyszałem w dźwiękach, jak skarżył się:

Czemu ja się nie urodził wilżą na polanie!
Piłbym ci ja srebrną rosę na noc, na świtanie...