Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łem księżycową noc... Świt mię zbudził... i uratował. Przeklęty świt!...
— Panie, panie! przepiórka!! — wrzasnęła mi nad uchem Tereska.
— Gdzie?
— O, już uciekła!... Nie słysał pan, jak smerzyła po zbozu?... Oj, taki pan niezgrabny. Z pod nóg panu wyleciała i nie chycić! No!...
Może i Tereska miała słuszność, łając mnie. Lepsza przepiórka, niż wymarzona, senna postać...
Zbliżaliśmy się do borów. Szare cienie wychodziły z wysokich zbóż, zbliżały się, rosły — i urosły w sporą gromadę ludzi. Najwięcej było młodych parobczaków i dziewcząt. Paru starszych gazdów przyszło przypomnieć dawne lata i popatrzeć na tańce, lub też dozierać młodych, by nie robili „bezeceństw“.
Chłopcy otoczyli mnie kołem i pogwarka lekka, wesoła płynęła chyżo, jak roztoka leśna. Wreszcie podzieliliśmy się na gromadki, a potem na dwójki. „We dwoje nojweseli“, powiadają ludzie.
Podwójci siedział opodal na niskiej kopce siana. Podszedłem ku niemu.
— Wolicie do mnie, jak do dziewcąt? — spytał żartobliwie.
— Wolę.
— Dziwny z was cłek. Wolicie ze starym gwarzyć...
— Nauczę się czego przy was.