Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się, bieleje... i powoli rozpływa w jeden jasny, iskrami zasiany błękit...
Śniłem raz taką Naturę... Z dziennego światła w mroczny labirynt wszedłem i kurytarze mię wiodły, nie wiem dokąd... Cel u wnijścia zgubiłem i błąkałem się po gmachu w mrokach przeraźliwych... Czy ten kurytarz wiedzie w nieskończoność?... Zaląkłem się wieczności, wracać pragnąłem... Za mną zamykały się ściany... Nagle oblało mnie mgliste światło...

Ona w niem stała —
Cudowna, wspaniała!...
Przed Nią promienie zwijały się w tęczę,
Nad Nią wisiały błękitów obręcze,
A Ona w świetle księżyca skąpana
Szła... cała czysta i niepokalana...

Szata z błękitnej mgły w obłoczne się fałdy mieniła, a biała przepaska jak mleczna droga, wiła się koło bioder... I szła ku mnie światłem księżycowem taka rozkoszna, wspaniała... Ramieniem objęła moje ramię, włosy Jej, jak długie włosy brzóz, szeleściły mi koło szyi... Piersi Jej, jak miękkie, białe, aksamitne róże, upajały mnie... Magnetyczne światło pociągało... A kiedy błękitne mgły owinęły mnie, stałem się niewolnikiem Pięknej i piłem urok i czar i oddychałem woniami białych, aksamitnych róż... Upiłem się czarem i sen mię światłu mglistemu odebrał. Śni-