Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Smakuje, smakuje, tylko o jedno was proszę.
— No?...
— Rzućcie „pan“ i „panic“ na bok, a mówcie mi, jak dawniej, po prostu. Przecież-em wasz. Chyba, że się mnie już całkiem wyprzeć chcecie...
— Bójcie sie Boga, ktoby tyz o tem myśloł!... Ale to tak nie idzie...
— Idzie, idzie, moi kochani...
Wziąłem ją za rękę. Uśmiechnęła się przez łzy. Okropnie dobra kobiecina, zwłaszcza ma jeden wielki przymiot: lubi prędko i dużo gadać!...
Gwarzyliśmy też długi czas, dość długi, bo już Tereska przyszła od siana i obleciała po chleb do karczmy. Więc z chęcią, czy bez chęci, musiałem jeść, bo mnie raczyli... „A jak cie troje rocy, to sie som jeden nie oprzes!...“
— A zeby nie bory, tobyście pewnie do nas nie zajrzeli? — zagadnęła filuternie gospodyni.
— Prawdę rzekłszy, tom głównie dla borów przyszedł. No, a potem i znajomych odwiedzić.
— O znajomych to mniejso, — podjął podwójci — ale co sie w nocy ubawicie, to nie pożałować!
— Będą tańce! — zawołała wesoło Tereska.
— Tobie ino tańce w głowie! — karciła ją matka.