Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A niech tańczy! niech się dziewczę zabawi! — broniłem jej.
— O, dyć one syćkie takie — mówiła matka. — Ino sie parobek przejdzie koło izby, to ta myk w pole!... i juz tyr-tyr poza węgły... Wnetki-by na drogę za nim leciała.
Dziewczę się zarumieniło i kryjąc zapaską oczy, wybiegło z izby.
— Ty na dziewkę wygadujes, a samaś tak robiła! — rozśmiał się podwójci.
— Ja? ja za tobom lotała?!...
— Ho! ho! jesce jak!... Pamiętos, kiedyś siano grabiła sama... ja ci przysedł pomóc...
— No, no, dej spokój! Tu nie spowiedź.
Rozśmiali się oboje. Ja tymczasem patrzyłem przez okno za czerwoną chusteczką Tereski, która jeno migała się wśród wysokiego zboża. Biegła szybko ścieżyną nad potok... Wstałem i ja, dziękując dobrym ludziom za posiłek i ruszyłem w pole.
— Ale wrócicie na noc? — zaleciało z sieni.
— Wrócę! — odrzekłem i w kwadrans stałem już nad potokiem, za kamienistą drogą, która razem z roztoką spada z niedalekiej góry.
Siadłem na trawniku i wpatrzyłem się w drobne, skaczące fale i białe, wirujące piany...

Wartko się woda po kamieniach toczy,
A piana wstaje, srebrzy się i ginie...