Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Za jedną falą gdy pogonią oczy —
Już druga, trzecia... dziesiąta nadpłynie.

Wartko i życie w utrapieniach bieży,
A czar uniesień lśni w zmysłów upiciu...
Lecz gdy ostatni włos zima ośnieży —
Już nam nie marzyć o powrotnem życiu!...

...............

Płyń, falo, płyń!...

I fala, w wilgotne ramiona porwana,
Po toniach mknie — i topieliskach...
I dusza, gdy ją mgłą owinie Nirwana —
W bladawych migoce przebłyskach...


Co za Nirwana? jaka Nirwana? Widzę skaczące nurty, chwytam szum spadającej wody, cały widnokrąg w cudacznie mieszanym kolorycie, o różnych światłach, cieniach, półcieniach, linjach krzywych i prostych, łamiących się tęczowo, odbija się za jedną maleńką źrenicą i tworzy harmonijny obraz... A niebo?... przedrzeć niebo! Wzrok słaby — myśl puszczam... Tworzy fantastyczne formy: światy i światy bez końca... Gdzie Nirwana?!...
— O mnie sie pan pyta?
Obejrzałem się. Za mną stała Tereska. Trzymała skopiec w ręku i przechylała się lekko, podrygując jedną nogą. Wzrokiem prześlizgnąłem od włosów jasnych do bosych stóp... Kształtna ki-