Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dopłocać. Na przednówek kupuj, na obsianie kupuj, zawdy i zawdy... Cłek sie napracuje na tej świętej ziemi, a na zycie nie zdole z nie wydłubać... Przydzie cas, dzieciska podrosną, trza bedzie o nich pomyśleć. Z dziopom zięciowi trza dać porę stówek, a tu skąd ich wziąć?... Po mojej śmierzci — bo cłek nie bedzie wiekował — synowie rozerwą grunt, podzielą i bedą jesce bardzi biedować... Ja ledwo wyżyję, a z cegoz oni?... Jak przydzie trzecie potomstwo, to już cheba musi z głodu zdychać... Wiecie co? Kie se pomyślę o tem i tak spoźrę na tę przysłoś, to mi sie w ocach ciemni. Ni mogę se rady dać!... Co to bedzie? co to bedzie?...
Zwiesił ręce, oczy rozwarł szerzej i patrzał nieruchomie przed siebie... Gdzieś głęboko, za źrenicami, przeczuć można było łzy, zrodzone z turbacji, nie tyle o siebie, ile o los swych dzieci. Łzy te padały mu na serce, truły i tak już bólami zatrute życie.
Siedział tak chwilę, a ja nie przerywałem milczenia. Wreszcie podniósł głowę.
— Ha, no, moc boska na syćko!... — zakończył z rezygnacją.
— I ludzka... — dodałem.
Machnął ręką z lekceważeniem i wziął się energicznie do strugania konewki, aż wióry do okna leciały.
Matka z Terenią wróciły do stajni i „wnetki“