Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


poleci... i szelest znów ten sam, jednostajny, pomieszany z ciszą, i migotliwe błyski ostrych kos...
„Bory sieką!...“ — Dziewczęta się radują, bo po „sieceniu“ grabienie, po grabieniu kopienie, a przy kopach nocą księżycową muzyka i tańce... Toż to uciecha, zabawa raz do roku! zwyczajowe, nocne święto... „Ino, cy bedzie pogoda?“
„Bory sieką!...“ — dobiegła wieść do mnie i zbudziła silną chęć zobaczenia borów, setek kóp wonnego siana, śwarnych dziewcząt i wartkich tańców... Dzień jeden i drugi pogody, gwiazdy gęsto świecą, o deszczu ani słychu!... Na trzeci dzień chęć zamieniła się w czyn, poszedłem...
Kawałek już było z południa, kiedy przekroczyłem wysoki próg w chacie podwójciego, którego dom tuż tuż koło borów. Wszedłem do piekarni.
Podwójci, dobry mój znajomy, zerwał się z ławki, gdzie „strugał“ konewkę, i wyciągnął ręce na powitanie. Uścisnęliśmy się serdecznie.
— Przejdźmy do izdebki!... — zaproponował — bo tu ani usiąść ka nima, ani nic... — Przeszliśmy. W izdebce widno, jasno, ściany jak malowane, słowem, jak u „porządnego“ gazdy.
— Cóż tu u was słychać? — pytam.
— E, staro bieda pcho sie ta tak pomalućku, jak może...
— No, chwała Bogu, że przynajmniej stara bieda, nie nowa...