Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
DWUNASTY
POSTRACH MÓRZ

Istotnie zaczął wkrótce, a Dżair powtarzał przyjacielowi słowa Kalabona.
— Wódz nasz skazał was na śmierć głodową, wtrąciwszy do groty. Wejście do niej założono ciężkiemi kamieniami i zalepiono gliną, — mówił. — Znam jednak inne wejście, zarośnięte krzakami. Żona moja Bali powiedziała mi: „Takiwa! ci chłopcy uratowali cię wczoraj od strasznej śmierci, gdy Minkopi zaczęli strzelać do ciebie, a ty stałeś przywiązany do drzewa. Musisz być wdzięczny im i uratować chłopaków, bo inaczej dobre i złe duchy zemszczą się na nas!“
— To ten, do którego wczoraj zabroniłem strzelać?! — zdumiał się Władek.
Takiwa, posłyszawszy od Dżaira pytanie białego chłopca, odgarnął długie włosy i pokazał przebite ucho i głęboką bliznę, zadaną grotem strzały. Po chwili mówił dalej:
— Kalaboni wraz z białymi ludźmi poszli na brzeg morza, my zaś przekradliśmy się tu i przynieśliśmy wam pożywienie, naczynie z wodą, świecznik z olejem palmowym, krzemień i hubkę...
— Zapytaj go, czy będą przynosili nam pożywienie codziennie? — powiedział Władek.
— Nie! — odparł Takiwa. — Więcej już nie przyjdziemy, bo dowiedziałby się o tem wódz i zginęlibyśmy... Musicie się ratować ucieczką!
— Z tej groty niema wyjścia — zauważył Władek.
Gdy Dżair powtórzył to Kalabonowi, ten potrząsnął głową i zaczął mówić z niezwykłem ożywieniem:
— Gdy na wyspie Kede przebywał „Postrach Mórz...“
— Postrach Mórz! — zawołał Władek, posłyszawszy powtórzone przez Dżaira słowa Takiwy. — Któż to miał takie imię — „Postrach Mórz?!“
Czarny chłopak położył mu rękę na kolanie i objaśnił:
— Tak się nazywał ów żeglarz portugalski — Diego Anda, który ze swoimi ludźmi napadał na okręty zbłąkane lub ginące w okolicznych wodach. „Postrach Mórz“ był władcą „Wysp Morderców!“
Kalabon opowiadał długo i obszernie, wymachując rękami, bijąc się w piersi i co chwila wskakując z miejsca.
Dżair tłumaczył Władkowi jego słowa po angielsku:
— Cała góra Rulgatan zawiera połączone ze sobą groty. W nich to krył się przez długi czas Anda przed Anglikami i Hiszpanami i tam gromadził zrabowane skarby. Była to niedostępna twierdza, we wnętrzu posiadająca nawet jezioro... Starszyzna naszego szczepu pamięta jeszcze tych, których dziadowie wraz z Andą bywali w pieczarach. Anda poznaczył niegdyś czerwonemi strzałami drogę, wychodzącą na brzeg morza...
— Ach! Czerwone strzały! — zawołał Władek. — Wiedziałem, że to coś znaczy! Poproś Takiwę, niech nas przeprowadzi! Obiecuję mu za to sutą zapłatę od ojca i pana Stewansa, który bardzo nas lubi!
Dżair powtórzył prośbę i obietnicę przyjaciela, lecz tubylec zamachał rękami i skulił się cały, jakgdyby śmiertelnie przerażony.
— Nie mogę! Nie mogę! — jęknął. — Żaden Kalabon nie odważy się na tak zuchwały czyn! W grotach środka Rulgatanu mieszkają duchy, złe duchy „Postrachu Mórz“. Po śmierci Diego Andy, który zginął w bitwie, niespodziewanie otoczony przez oddział marynarzy angielskich, kilku śmiałków z naszego szczepu wyruszyło do legowiska „Postrachu Mórz“, ale... ale... ani jeden nie wrócił... Gdy nad oceanem szaleją burze, z wnętrza góry dobiega ponure wycie, zgrzyt i jęki. Kalaboni opowiadają sobie wtedy, że to „Postrach Mórz“ powrócił do swego schroniska i wścieka się, że nie może znaleźć swych kości, bo ciało jego zostało wrzucone do morza na pożarcie rekinom. Uczynię dla was wszystko, czego żądacie ode mnie, bo Takiwa ma dla was wdzięczność w sercu, ale iść z wami — nie mogę, nie mogę!
Zaczął płakać i bić się w piersi, niby w rozpaczy. Posłyszawszy jego szloch, kobieta, oczekująca go na dole, wtórować mu poczęła przeraźliwym głosem.
— Trudno!... — mruknął Władek. — Spróbujemy przedostać się sami, ale czy nie mógłby ten Kalabon dotrzeć do Middle-Hill i powiedzieć ojcu memu, gdzie jesteśmy?
Dżair potrząsnął głową i odpowiedział natychmiast:
— To — niemożliwe! Kalaboni zabiliby go, zresztą, gdyby się nawet nie dowiedzieli, Takiwa nie doszedłby. Schwytaliby go moi Minkopi i zamordowali...
— Trudno! — powtórzył Władek. — Wyruszymy więc sami, ale dopiero jutro, bo widzę, że słońce przygasać już zaczyna...
Chłopcy spuścili Kalabona na dno niższej groty i z trwogą w sercu patrzyli, jak ci wdzięczni im ludzie znikali w czarnej czeluści szczeliny skalnej.
Po chwili pozostali sami. Niepokój ogarnął ich znowu. Zapanowało milczenie, przerywane od czasu do czasu przenikliwem cykaniem i zgrzytem ostrych zębów budzących się nietoperzy. Ten i ów z nich zrywał się i, pokrążywszy nad głowami chłopców, przez otwór w sklepieniu, odlatywał na żer.
— Musimy dobrze zabezpieczyć pożywienie — zauważył Dżair, przyjrzawszy się nietoperzom, — bo to są najgorsze, — likan, pożeracze mangów i bananów...
Słowo „pożywienie“ obudziło nagle w obydwu chłopakach uczucie głodu. Zabrali się więc do kosza i zaczęli oglądać jego zawartość. Niebawem z chrzęstem chrupali już suszoną rybę i zagryzali ryżowemi plackami. Zjadłszy po bananie i soczystym mangu, chłopcy włożyli resztę do kosza i przykryli go kawałkiem płaskiego kamienia. Władek postawił na kamieniu gliniany świecznik, położywszy obok krzemień, krzesiwo i kawał hubki.
— Pościelmy sobie teraz łóżka! — zażartował raźniejszym i weselszym już głosem i zaczął się rozglądać, szukając dogodnego miejsca. Znalazł je dla siebie w niewielkiem wgłębieniu tuż pod ścianą. Znużony i wyczerpany silnemi wrażeniami, Władek odrazu usnął i nic go nie niepokoiło. Nie słyszał nawet, że Dżair, choć również zmęczony i znacznie słabszy, nie spał, wciąż oczekując „duchów“, zamieszkujących wnętrza Rulgatanu. Obudził się Władek dopiero o brzasku, gdy z piskiem i głośnym szmerem skrzydeł zaczęły powracać nietoperze. Przeciągnął się i gwizdnął głośno. Nietoperze, które zapewne nigdy nie słyszały podobnego dźwięku, jak szalone długo miotały się pod sklepieniem groty, aż zaczaiły się po ciemnych kątach.
— No, widzisz, mały Dżair, że „duchy“ wcale nie przychodziły? I nie przyjdą nigdy, bo ich tu niema! Lubią ludziska opowiadać sobie tajemnicze bajki o tych lub innych strachach! Ciekawe to może — zgoda, ale nikomu nie szkodzi, mój mały! Musimy jednak posilić się, ale bardzo skromnie, bo nie wiemy, na jak długo mają nam starczyć zapasy, przyniesione przez tego poczciwego Kalabana i jego żonę! Szkoda, że nie możemy się umyć, ponieważ należy oszczędzać wody. Pragnienie — to gorsza męka od głodu! Czytałem pewną powieść o podróżnikach w Saharze...
— Co to jest Sahara? — spytał Dżair.
— Wielka pustynia afrykańska, opowiem ci o niej kiedyś, teraz jednak nie czas na to! Jedzmy i ruszajmy do siedziby „Postrachu Mórz“!
W milczeniu spożyli śniadanie i zbliżyli się do czarnego wylotu wąskiego przejścia w skałach. Władek zapalił świecznik i wczołgał się do szczeliny. Za nim sunął Dżair, ciągnąc za sobą kosz z żywnością. Mały płomyk ledwie oświetlał ciasny kanał. Przez pewien czas chłopcy posuwali się po równej powierzchni, lecz wkrótce szczelina rozszerzyła się znacznie i poczęła piąć się w górę, aż nagle się rozdwoiła. Jedna jej odnoga biegła prosto, druga — ostrym załomem skręciła na lewo.
— Oj! — przeraził się Władek — któryż mam teraz wybrać kierunek?
Zatrzymał się i jął oglądać ściany i sklepienia kanału. Wszystko wskazywało na to, że przejście to przebiły niegdyś ręce ludzkie, chociaż skała, którą drążyły w dawnych czasach kilofy i młoty, okryła się już niby szronem grubą warstwą białawej, puszystej pleśni. Prawidłowe zaokrąglenie sklepienia i wyrównane ściany świadczyły jednak o uporczywej pracy ludzkiej nad przebiciem tego przejścia tajemnego.
— Zdrapuj, mały, pleśń, bo musimy znaleźć wskazówkę, jaką drogą należy iść dalej! — krzyknął Władek i kawałkiem ostrego kamienia zaczął zdzierać spleśniałą skorupę. Pracowali długo, aż na sklepieniu załamującego się odgałęzienia kanału wykryli ledwie widzialną czerwoną strzałę. Czołgali się więc dalej, przez cały czas czując prąd wilgotnego powietrza; płomyk świecznika miotał się wściekle, a chwilami kurczył się w małą niebieską iskierkę i groził zagaśnięciem. Władek po pewnym czasie zatrzymał się znowu i z trwogą spojrzał przed siebie. Kanał urywał się nagle, a słabe promienie świecznika ginęły w czarnym mroku. Chłopak położył się i oświecił ziemię. Okazało się, że zaczął się dość stromy spadek. Przejście, wykute w skale, miało tu już wyższe sklepienie. Można było teraz posuwać się na nogach, chociaż w bardzo jeszcze pochylonej postawie. Ostrożny Władek wydobył z zanadrza swój sznur, opasał się nim i kazał Dżairowi uczynić to samo. Byli więc związani ze sobą, jak ludzie, wchodzący po niebezpiecznych zboczach szczytów górskich. Posuwali się teraz bardzo powolnie, świecąc sobie tuż nad ziemią, gdy nagle Władek wydał radosny okrzyk:
— Stopnie! Stopnie, wykute w skale!
Teraz mogli już iść wyprostowani zupełnie. Schodzili więc ostrożnie, macając każdy stopień i mocno a pewnie stawiając nogi na śliskich od pleśni kamieniach. Władek liczył na głos:
— Jeden stopień, dwa, trzy... dziesięć... trzydzieści...
Naliczył do siedemdziesięciu dwóch i ujrzał znowu wąskie ciemne przejście, a nad niem — czerwoną strzałę. W tym kanale panował już szary zmrok. Zbliżali się zapewne do jakiejś oświetlonej groty, a może to kretowisko podziemne miało ich wyprowadzić na wolność? Długo jeszcze czołgali się, z radością spostrzegając coraz bardziej szarzejący mrok. Jeszcze jeden załom kanału i — powódź światła niemal oślepiła ich!
— Hurra! — zawołał Władek. — Niech żyje słońce!!
Chłopcy z radosnemi okrzykami wypadli ze szczeliny i zerwali się na równe nogi. Znaleźli się w ogromnej grocie, oświetlonej od góry. Na wysokości czterdziestu lub może więcej metrów widniał prawidłowy, prostokątny otwór, przerąbany w skale. Sączyło się tam światło, lecz dostępu broniły mu gęste krzaki, rosnące z zewnętrznej strony góry i wdzierające się tu całą siecią zielonych pędów.
— Cukrowa grota! — zauważył po chwili Władek.
Istotnie — ziemia, ściany i sklepienia bielały, iskrzyły się, gdyż tworzyły je skały kwarcowe. Rozglądając się dokoła, chłopcy spostrzegli zielone pasma i żyły, przecinające białą powierzchnię skał. Tam i sam połyskiwały żółte ziarnka metalu.
— Wiesz, co to jest? — spytał Władek. — Złoto, bracie! Nasz profesor pokazywał nam kawałki rudy, znalezionej w Birmanji i na Jawie. Wyglądały zupełnie tak samo! Podobne do tych zielone żyłki i ziarenka... Dokonaliśmy z tobą wielkiego odkrycia, Dżair! Mały wódz Andamanów posiada teraz własną kopalnię złota!
Władek w zachwycie krążył po wspaniałej grocie i odkrywał w niej coraz to nowe cuda. W jednem miejscu znalazł duże przezroczyste i ciemne kryształy, w innem całe „druzy“ — zbiorowiska ich. Odłamki kryształów krzemionki leżały na powierzchni i połyskiwały swemi gładkiemi płaszczyznami; śród nich skrzyły się fioletowe ametysty i żółte topazy. Władek klasnął w dłonie i zawołał wesoło:
— Dżair, popatrz-że! Masz złoto i drogie kamienie — wszystko, co potrzeba dla korony. Możesz być teraz królem!
Spoważniał nagle i dodał:
— Ale jeżeli będziesz — to bądź mądrym królem, nie dawaj się nikomu prowadzić za nos!
Ponieważ Dżair nie odpowiadał, chłopiec się obejrzał.
— Gdzież się to zaprzepaścił „król“? — zdumiał się Władek, lecz mały Minkopi wypadł nagle z poza rogu groty i, zasłaniając dłońmi twarz, bełkotał w strachu:
— Postrach Mórz! Postrach Mórz!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.