Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
JEDENASTY
W PIERSI GÓR

Spadek był szybki i bolesny. Chłopcy, tocząc się po ziemi, co chwila zawadzali o kamienie i uderzali się o nierówności stromego zbocza. Władka, który skaleczył sobie głowę o coś twardego, zamroczyło na kilka minut. Gdy oprzytomniał, ujrzał w półmroku pochylonego nad sobą Dżaira. Czarny przyjaciel płakał rzewnemi łzami i rękawem bluzki ścierał krew z twarzy Władka. Chłopiec usiadł i błędnym jeszcze wzrokiem rozglądał się wokół, słuchając jęków i żałosnych nawoływań Dżaira:
— Sahib! Sahib!...
Władek zrozumiał wreszcie, że, zepchnięto ich do głębokiej podziemnej jaskini. Obejrzał się poza siebie i zobaczył stromą drogę, którą tu przybyli, obijając się o kamienie, o czem świadczyły wymownie pokaleczone ręce Dżaira i w kilku miejscach podrapana i skrwawiona twarz. Zresztą tępy ból wszystkich kości i sącząca się z poza ucha krew dowodziły, że przebyta przed chwilą droga długa była i niebezpieczna. Gdzieś daleko, na wysokości może 50 metrów majaczyła w mroku wąska szczelina, przez którą strącono ich do podziemia.
Władek jął zbierać myśli do kupy, a, gdy uporządkował je wreszcie, ogarnęło go przerażenie. Nie wątpił ani chwili, że wrzucono ich tu na śmierć. Mogli się zabić, z tak znacznej wysokości spadając po stromym spychu; na szczęście, uniknęli tego, ale cóż z nimi będzie dalej?
— Umrzemy z głodu!.. — mignęła mu straszna myśl i jeszcze więcej przeraziła go. Milczenie panowało w podziemiu. Ciemno tu było zupełnie niemal i tylko jakieś słabe, ukośne światło — szare i niepewne — padało na jedną ze ścian i, odbijając się od jej białej płaszczyzny, rozpraszało nieco mrok.
Mimo przerażenie, ogarniające Władka coraz bardziej, rozglądał się dokoła uważnie. Wreszcie wstał i, stąpając ostrożnie, zaczął chodzić po obszernej jaskini, pochylając się nad zasypaną odłamkami skał ziemią i dotykać ścian. Zdawało się, że szuka czegoś, bo chwilami pochylał się, brał coś do rąk i starannie oglądał.
Mózg chłopca powoli wyzwalał się z pętów strachu, w dzielnem zaś sercu zapalała się chęć walki o życie. W pewnym momencie ukląkł i podniósł znaleziony pomiędzy kamieniami jakiś długi, zardzewiały przedmiot. Badał go długo i uważnie, a potem, położywszy na skale, kamieniem jął odbijać, grubą, chropawą warstwę rdzy, aż błysnęła metalowa powierzchnia.
— Żelazo... — mruknął głośno. — Przed nami byli tu ludzie. Byli, ale bardzo dawno...
Stał zamyślony, patrząc na skulonego, płaczącego Dżaira i kombinując coś.
— Słuchaj, mały, — powiedział, podchodząc do niego, — gdy słońce zapadać zacznie, będzie tu ciemno, jak w grobie. Musimy dotrzeć tam, skąd można widzieć słońce i niebo... Gdzieś powinna być jakaś dziura, bo światło sączy się tu przez nią. Chodź!!
Poszli. Stawiali ostrożne kroki, macając grunt pod nogami i nadsłuchując co chwila. W końcu jaskini ujrzeli długą, ciemną szczelinę, przez którą przebijały się promienie słońca. Zatrzymali się tu w niepewności, a Władek zaczął myśleć na głos:
— Tam, za tem przejściem znajduje się zapewne inna grota... z niej to wpada światło, odbite od ściany... Może znajdziemy tam jakiś otwór, skąd widać niebo, a może nawet... wyjście z tych podziemi?
Dżair milczał i, przyciskając się do przyjaciela, dygotał cały. Władek rozmyślał dalej:
— Przecież nie możemy pozostać tu i, jak jakieś głupie owce, zginąć z głodu? Jesteśmy ludźmi, więc musimy walczyć... Ale jeżeli spotka nas tam jakieś niebezpieczeństwo? Co tam może być? Zwierzę czy człowiek...
Umilkł i zaczął myśleć. Po chwili potrząsnął głową i rzekł stanowczym głosem:
— Musimy się uzbroić, Dżair! Spieszmy się!
Mały Minkopi patrzał bezradnie na przyjaciela, a łzy płynęły mu z oczu.
— Nie chlip, bo to nic a nic nie pomoże! Masz tu kawał sznura, którym związywałem bambusy u Kalabonów... Zrobimy sobie „bolasy“, — ulubioną broń Patagończyków[1], o czem opowiadał nam nasz profesor John Bark...
Wydobywszy z zanadrza dwa kawałki sznura, Władek podał jeden Dżairowi, do drugiego zaś zaczął przywiązywać spory kamień.
— Przydałyby się nam krótkie, a mocne kije, no, ale i bez nich się obejdziemy ostatecznie. Zakręciwszy takim kamieniem, z łatwością można nawet bykowi rozwalić łeb! Popatrz tylko!
Z temi słowy Władek zaczął wymachiwać sznurem, a uwiązany na jego końcu kamień aż zawarczał w powietrzu.
— No, — mruknął — teraz możemy iść...
Na kolanach prześlizgnęli się przez wąską szczelinę i ostrożnie wytknęli głowy, rozglądając się po jaskini — jeszcze większej niż poprzednia i znacznie już widniejszej.
Władek przekonał się, że światło dochodziło tu zapewne z następnej groty, znacznie wyżej położonej. Zaczął rozmyślać nad tem, jakby się tam można było dostać, gdyż gładkie ściany wznosiły się niemal pionowo.
— A przecież musimy się tam dostać! — zamruczał przez zęby, idąc wzdłuż ścian. Nagle stanął, jak wryty, i przyglądał się czemuś z zaciekawieniem.
— Coby to mogło znaczyć? — myślał i, odwróciwszy się, skinął na przyjaciela.
— Widzisz tu, niemal zupełnie startą już, strzałę na skale? — zapytał Dżaira. — Ktoś narysował ją czerwoną gliną... Co ma znaczyć ten znak?
Mały Minkopi milczał, więc Władek jeszcze raz obiegł całą grotę, dotykając kamiennych jej ścian i zaglądając do każdej szczeliny.
— Nic! — mruczał. — Niema nigdzie żadnego przejścia... a tymczasem ta strzała niezawodnie wskazuje drogę... Może istniała niegdyś, ale skały się obsunęły i przywaliły ją?...
Usiadł wreszcie i zamyślił się, co chwila zwracając wzrok ku tajemniczej strzale, która zaciekawiała go i drażniła. Dżair przytulił się do niego i milczał. Siedzieli tak długo. Zdawaćby się mogło, że usnęli, bo nie ruszali się wcale. Władek zerwał się nagle z miejsca, a po chwili, zrzuciwszy bluzę i dopomagając sobie scyzorykiem, zaczął rozrywać ją na cienkie paski. Podarł też bluzę Dżaira i wraz z nim zaczął pleść sznur. Gdy był gotów, uwiązał do niego kamień i po kilku nieudanych próbach udało mu się zadzierzgnąć pętlę na cypelku, wystającym ponad krawędzią górnej groty. Umocowawszy sznur należycie, kazał Dżairowi, jako lżejszemu, wdrapać się po nim i zajrzeć, co się tam znajduje. Zwinny chłopak, jedną ręką trzymając się sznura, drugą opierając się o nierówności ściany i dopomagając sobie nogami, dotarł wkrótce do krawędzi, rozejrzał się po grocie i nagle — z krzykiem przerażenia ześlizgnął się zpowrotem, bełkocząc:
— Tam... tam... leży martwy człowiek!... czaszka... kości...
Władek, zawahawszy się przez chwilę, podszedł do sznura i zaczął wdrapywać się ku krawędzi groty. Wkrótce dotarł jej skraju i zniknął w głębi. Przekonał się niebawem, że chłopak miał słuszność. Niemal na samym środku ogromnej groty prawie zupełnie okrągłej, niby kopuła jakiejś świątyni, leżał kościec człowieka. Na nagiej czaszce przechowały się jeszcze resztki skóry z czarnemi, kędzierzawemi włosami.
— Tubylec!... — pomyślał Władek i dodał w duchu: — Ten biedak nie jest już dla nas niebezpieczny!
Zaczął badać grotę. Pod samem sklepieniem, na jednej jego stronie widniał dość długi, ale wąski otwór, przez który wlewały się promienie słońca. Chłopak ujrzał nawet skrawek nieba i wydał radosny okrzyk, który, pochwycony przez echo, długo tłukł się pod wysokiem sklepieniem skalnem.
— Musimy wydostać się tędy! — powiedział głośno, patrząc na jedyną drogę do wolności. Wkrótce spochmurniał jednak, bo aby wznieść się tak wysoko, musieliby mieć chyba skrzydła. Kuliste sklepienie pieczary nie miało bowiem żadnych wystających skał, przestrzeń zaś, dzieląca ziemię od otworu, była tak znaczna, że, podarłszy całe nawet ubranie, nie mogliby chłopcy upleść dostatecznie długiego sznura. Stanąwszy na urywającym się progu groty, Władek kazał Dżairowi drapać się do niej, pomagając mu powolnem podciąganiem linki. Czarnoskóry chłopak ze strachem zerkał ku bielejącym kościom i chodził za przyjacielem, na krok go nie odstępując. Władek tymczasem oglądał grotę. W najciemniejszym jej końcu odnalazł na skale, podobną do widzianej na dole strzałę, wpobliżu zaś niej — szeroką szczelinę, w której czaił się mrok czarny i tajemniczy. Nozdrza chłopaka pochwyciły zapach pleśni i jakgdyby wilgoci. Chłopak cisnął do wnętrza kilka kamieni i nadsłuchiwał. Spadły, nie potoczywszy się dalej.
— Ta szczelina idzie poziomo, — pomyślał, — ale dokąd prowadzi?
Rozmyślania jego przerwał Dżair, tarmosząc go za rękaw.
— Patrz, patrz, sahibie, tam... tam... wysoko...
Władek zadarł głowę i długo wpatrywał się w ciemne zagłębienie w sklepieniu groty, wreszcie spostrzegł to, co zaniepokoiło małego Minkopi. Ujrzał kilkanaście dużych, rudych nietoperzy. Uczepiwszy się skały, wisiały głowami nadół i spały.
— To... duchy... — bełkotał Dżair.
— Niech będą duchy, jeżeli tak chcesz koniecznie! — mimowoli uśmiechnął się Władek. — Co do mnie, jestem przekonany, że są to nietoperze i, czy wiesz, co ci powiem? Jeżeli głód bardzo nam dokuczy, zrobimy z nich... befsztyki... Widziałem przecież, że Minkopi jadają wiewiórki i wielkie nietoperze!
Na samą myśl o tem nie mógł się jednak powstrzymać, żeby nie splunąć. Zaczął chodzić po grocie, a oczy jego coraz silniej pociągała ku sobie czerwona strzała na skale i czarny otwór, prowadzący do ciemnej szczeliny. Jakieś niewyraźne jeszcze postanowienia dojrzewały w głowie Władka, gdy milczący i zupełnie, zda się, przybity lękiem Dżair stanął przed nim.
— Sahibie — szepnął — coś mi mówi, że ten człowiek, którego kości znaleźliśmy, zmarł tu z głodu... Umrzemy zapewne i my, jeżeli... nie znajdziemy stąd wyjścia...
Władek w milczeniu patrzał na „małego wodza“, który ciągnął dalej:
— Widzisz tę szczelinę? Być może, wyprowadzi ona nas z wnętrza gór Szalati... Spróbuję wejść tam i prześlizgnąć się jak najdalej... poszukać drogi ocalenia...
Władek chciał sprzeciwić się, powiedzieć, że dawno już o tem myśli i sam pójdzie, lecz w tej samej chwili drgnęli obaj i uskoczyli w daleki, ciemny kąt, zaciskając w rękach swoją broń — obok kija najprostszą na świecie, używaną zapewne przez ludzi pierwotnych, gdy zamieszkiwali głębokie groty, walcząc z niedźwiedziem jaskiniowym i polując na dzikie bawoły. Jakieś głosy, raczej ryki, powtarzane przez echo, biegnące po wszystkich jaskiniach, toczyły się z głębi ziemi, niby ciężkie głazy. Głosy te zbliżały się szybko. Chłopcy długo nie mogli pojąć, skąd one idą, aż wreszcie Władek domyślił się, że rozlegają się w dolnej, opuszczonej przez nich grocie. Bez szmeru podczołgał się do krawędzi i, z poza kamienia, wyjrzał ostrożnie. Nie wątpił już, że nieznane głosy dochodzą z tej właśnie strony. Na dnie opuszczonej niedawno groty nikogo jednak nie było. Minęło jeszcze kilka minut, gdy wreszcie z czeluści wąskiego przejścia wynurzyła się czarna postać tubylca, a za nią — druga.
Ludzie ci stanęli i zaczęli się rozglądać. Ze zdumieniem wymachiwali rękami, ale po chwili zaczęli coś krzyczeć, przykładając dłonie do ust. Echo podrywało ich głosy, powtarzało po kilka razy i nadawało im siłę ryku. Jeden z tubylców wsunął się do przejścia w skale i powrócił, ciągnąc za sobą kosz. Twarz Władka rozpromieniła się nagle, gdyż rozradowała go wesoła złocistość pęku bananów.
— Jedzenie! — pomyślał i ucieszył się.
Skinąwszy na Dżaira, pokazał mu tubylców, rozglądających się bezradnie po grocie, i spojrzał na chłopaka pytającym wzrokiem.
— To — Kalaboni! Wojownik i kobieta... — szepnął chłopiec.
— I... jedzenie! — dokończył Władek. — Skoro przynieśli nam jedzenie, to znaczy, że nie zamierzają zamorzyć nas głodem... Musimy odpowiedzieć na ich nawoływania, bo inaczej gotowi są odejść i zabrać ze sobą kosz... Jak myślisz, Dżair?
Czarnoskóry chłopak skinął głową. Stanąwszy na krawędzi groty, Dżair wydał głośny krzyk. Kalaboni, przerażeni rozlegającym się głosem, padli na ziemię, ramionami zasłaniając głowy. Dopiero, gdy Dżair przemówił do nich, wstali i ze zdumieniem przyglądać mu się zaczęli, nie rozumiejąc, jak ci mali jeńcy mogli się dostać na taką wysokość. Po długich namowach, rzucono Kalabonom sznur i wciągnięto kosz. Wojownik nie chciał wdrapać się do chłopców, lecz wkońcu uprosili go. Znalazłszy się w grocie i, spostrzegłszy kościec, leżący na ziemi, zaczął szczękać zębami i chciał umknąć, lecz przewidujący Władek zawczasu wciągnął sznur i na wszelki wypadek miał pod ręką broń. Szepnął do Dżaira:
— Zapytaj go, dlaczego się tak przestraszył? Przecież kości nikomu nic złego uczynić nie mogą, bo są tylko kośćmi!
Chłopak powtórzył słowa Władka. Kalabon jednak drżał i odwracał się od szczątków nieznanego człowieka, ze strachu straciwszy głos. Dzwonił zębami i wydawał niezrozumiałe dźwięki. Długo nie mógł odzyskać mowy, ale wkońcu z trudem wyrzucił kilka słów. Stało się wtedy coś niezwykłego. Dżair rzucił się do leżącego szkieletu, ukląkł przy nim i, co chwila chyląc się do samej ziemi, powtarzał:
— Jomaga! Jomaga!
Niewiadomo, jak diugoby to trwało, gdyby Władek nie podszedł i nie odciągnął chłopca na stronę. Wstrząsając nim, pytał surowo:
— Co ci powiedział Kalabon?
Dżair, łkając na głos, bełkotał przez łzy:
— Powiedział mi... że... tu umarł z głodu... porwany przez Horna... i oddany naszym wrogom... wielki wódz wszystkich Minkopi — dziad mój — Jomaga... Kalabon jest, w strachu... bo duch Jomagi, przebywający przy tych kościach... zemści się na nim...
Była to niezmiernie ważna nowina, wyjaśniająca w pewnej mierze zbrodnię gubernatora i zniknięcie wodza Minkopi, ale nie to w tej chwali przyszło do głowy sprytnemu Władkowi. Stanąwszy nad zwłokami Jomagi, wyprostował się i silnym głosem zawołał:
— Duch wielkiego wodza będzie się opiekował nami i Kalabonem, jeżeli człowiek ten dopomoże nam... W przeciwnym razie duch Jomagi pójdzie za Kalabonem i będzie ścigał go wszędzie!
Władek mówił to z pozorną powagą, a nawet uroczystością, chociaż w duchu śmiał się, bo wiedział, że powtarzał słowa pewnego podróżnika, o którym czytał w niezmiernie ciekawej powieści amerykańskiej.
Dżair objaśnił Kalabonowi obietnicę Władka, poczem tubylec odrazu się uspokoił i, uczyniwszy kilka pokłonów w stronę kości, usiadł na ziemi, przygotowując się do długiej rozmowy.


Przypisy

  1. Lud, zamieszkujący południową część Ameryki Południowej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.