Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
TRZYNASTY
ECHA DAWNYCH DZIEJÓW

Głos i wystraszona twarz Dżaira zatrwożyły Władka.
Zawahał się, a jednak zrozumiał, że musi wyjaśnić przyczynę strachu chłopaka.
Zakręciwszy nad głową swoje „bolasy“, zbliżył się do przeciwległego końca groty, skąd przed chwilą wybiegł Dżair. Zobaczył szerokie wejście do innej jaskini. Stąpając ostrożnie, zajrzał do niej i cofnął się mimowoli. To, co ujrzał tu, mogło istotnie przerazić nawet dorosłego człowieka, który niejedno już widział w życiu.
W półciemnej grocie pod ścianami leżały kości ludzkie i czaszki, a ze skały zwisały grube, przerdzewiałe doszczętnie łańcuchy podwójne, a nawet poczwórne, zakończone szerokiemi bransoletami.
Władek, patrzac na te łańcuchy i szczątki ludzkie, przypomniał sobie opisy zamków średniowiecznych, gdy to okrutni królowie i książęta przykuwali jeńców do murów, trzymając ich aż do zgonu w ciemnicach i lochach swych wspaniałych siedzib. Widział to teraz na własne oczy.
Zgrozą przejął go ten ponury widok. Z nienawiścią i oburzeniem starał się wyobrazić sobie postać i twarz Diego Andy, który zasłużył na przydomek — „Postrach Mórz“. Na powierzchni groty, wśród odłamków skał, kości, osypów kamieni i pleśni Władek dojrzał skrawki szmat, czerepy potłuczonych, czy pękniętych od starości glinianych mis i dzbanów, łańcuch z przyczepioną do niego ciężką kulą żelazną, jakie włóczyli za sobą nieszczęśni więźniowie.
Zacisnąwszy zęby, Władek śmiałym krokiem wszedł do wnętrza groty.
Tam i sam śmigały chyże ciała blado zabarwionych jaszczurek, mieszkanek mrocznego podziemia; po kątach zwisały całe płachty czarnych pajęczyn, lecz po tem wszystkiem chłopak ledwie ślizgnął się wzrokiem.
Uwagę jego zwróciła na siebie bijąca w oczy czerwona strzała, wskazująca drogę ku nieznanemu wyjściu.
Gdzie się miało znajdować? Na szczycie góry? Gdzieś w zaroślach, na jej zboczu? Na brzegu morza? Odpowiedzi na te pytania znaleźć nie mógł, jak też nie był w stanie zatrzymać się na jakimkolwiek domyśle.
Porzucił więc te bezcelowe dociekania. Czerwony znak na ścianie wzbudził w nim jeszcze gorętsze pragnienie dojścia do celu.
Przywołał Dżaira, chociaż zabobonny Minkopi długo się opierał, bojąc się wejść do ponurej groty. Trzymając ociągającego się chłopaka za rękę, Władek wszedł do długiego korytarza. Powstał zapewne wskutek osunięcia się niektórych warstw skalnych, gdyż wąski na dole rozszerzał się pod sklepieniem, złożonem z popękanych brył szarych kamieni o zielonkawym odcieniu. Wkrótce zaczął się dość stromy spadek i chłopcy za pierwszem załamaniem tej szczeliny musieli skrzesać ognia i zapalić świecznik. Na ścianach widniały znane im już czerwone znaki, wskazujące kierunek, gdyż od głównego przejścia w kilku miejscach odbiegały boczne odnogi.
Szli dość szybko około kwadransa. Mrok, panujący tu, rzednąć wkońcu zaczął, aż rozjaśniło się wszystko dokoła. W kilka minut potem wchodzili już do nowej groty o niskiem sklepieniu silnie zakopconem i okrytem plamami rdzawych zacieków.
Duży otwór, niemal zupełnie okrągły, a niezawodnie przerąbany przez ludzi, wpuszczał snop złocistych promieni.
Chłopcy zatrzymali się w zdumieniu. Zdawało im się, że wnet zobaczą żywych mieszkańców tej izby, ukrytej w piersi gór. Pośrodku groty stał bowiem długi stół, na nim zaś — trzyramienny świecznik, opleciony pajęczyną i pociągnięty warstwą osypującej się śniedzi. W jednem ramieniu pozostał nawet odłamek czarnej świecy woskowej; oprócz świecznika tkwiło kilka kubków srebrnych, zapewne, i ołowiane kufle z pokrywami. Pod ścianami długim rzędem stały szafy i skrzynie, okute żelaznemi i mosiężnemi sztabami. W kącie, oparta o skałę z jakiemiś literami i znakami, zwalona była różna broń — ciężkie kordelasy marynarskie, topory o szerokich, wygiętych ostrzach, halabardy, włócznie, pistolety, strzelby z rozszerzonemi na końcu lufami, długie falkonety,[1] muszkiety[2] o kolbach, ozdobionych masą perłową, kością i złotem.
Chłopcy długo stali nieruchomo. Władek mimowoli chrząknął, jakgdyby chcąc kogoś uprzedzić o swojem przybyciu. Nikt się jednak nie odzywał. Nikt nie wyszedł na dźwięk głosu ludzkiego, który od dwustu lub więcej lat nie rozlegał się pod kamiennem sklepieniem groty.
Władek oprzytomniał i rzekł półgłosem do Dżaira:
— Nikogo tu niema i nikt tu być nie może... Opustoszała ta sala od dnia, w którym poległ drapieżny i okrutny Diego Anda! Zobaczmy jednak, co miał on w tych szafach!
Choć zamknięte na klucz, otworzyły się z łatwością, gdyż zamki oddawna zardzewiałe rozpadały się przy pierwszem już poruszeniu drzwi. W niskich głębokich szafach stały na półkach srebrne puhary, kufle, wazy, misy i talerze, ozdobione misternym rysunkiem snycerskim; w innych spoczywały od wieków szkatuły, rzeźbione w kości i hebanie, a w nich — różne klejnoty — łańcuchy i pasy złote, pierścienie i naszyjniki. W wysokich szafach, nazywanych w wiekach średnich „almaria“, wisiały jakieś szaty, rozsypujące się przy najlżejszem dotknięciu, długie szpady z pięknemi rękojeściami, zbroje ze srebrnych łusek i czarne — nakrapiane złotemi centkami — drogocenne wyroby toledańskie; lunety w pochwach ze złoconej skóry kordobańskiej, hełmy różnych kształtów, długie buty z ostrogami, o szpiczastych gwiazdkach na końcu i różne inne przedmioty, nigdy przez Władka nie widziane.
— Oho, drogoby za te starożytności zapłaciło nam muzeum w Szanchaju! — pomyślał chłopak, z zaciekawieniem zaglądając do szaf.
Przyszła wreszcie kolej i na skrzynie. Z tem poszło trudniej, bo mocne i sekretne zamki sprzeciwiły się czasowi i wilgoci. Udało się więc otworzyć tylko dwie, mające zwykłe, wiszące kłódki żelazne.
Chłopcy znaleźli w nich całe stosy jakichś pożółkłych pergaminów i grubych ksiąg, oprawnych w skórę, podziurawioną przez robactwo. Na jednej z nich widniał czarny napis: „San Paolo d’Armanzora“, co, jak domyślił się Władek, oznaczało nazwę jakiegoś okrętu, który prawdopodobnie stał się łupem straszliwego Diego Andy i jego towarzyszy.
Wreszcie obejrzeli wszystko, co się dało, a wtedy Władek zwrócił oczy ku otworowi w ścianie. Wskoczywszy na skrzynię, schwycił się za krawędź wnęki i, podciągnąwszy się na rękach, wydał triumfujący, radosny okrzyk:
— Niebo, słońce, morze! Patrz, Dżair, patrz — niebo, słońce i — morze!
Zeskoczył cały promienny i szczęśliwy. Mały Minkopi wdrapał się po nim i, wcisnąwszy się we framugę, wyjrzał na szeroki, wolny świat.
— Czy można zeskoczyć na ziemię? — zapytał Władek przyjaciela.
Dżair wygramolił się z otworu i zeskoczył na skrzynię. Miał smutne i jak zwykle przy wzruszeniu załzawione oczy.
— Nie, Wład, skała spada równo, jak ściana... Wysoko od ziemi, bardzo wysoko!...
Władek nachmurzył czoło i mruknął:
— Niema rady, szukajmy innej drogi... Gdzież tu jest czerwona strzała... Nie widzę jej nigdzie... Czyżby zastawiono ją, a może i samo przejście, szafami? To niemożliwe, bo jakżeby wtedy wyszedł stąd Diego Anda po raz ostatni?
Zaczął rozglądać się po sklepieniu, a, nic na niem nie spostrzegłszy, oczy skierował na skałę, stanowiącą podłogę groty. Rozrzucał nogą gruzy i drobne osypy, spadające ze ścian i skalnego pułapu. Nic nie znalazł jednak. Po długich i trwożnych poszukiwaniach w kącie za szafą ujrzeli chłopcy płytę, opartą o ścianę. Nie spostrzegli jej przedtem, bo pająki zasnuły ją gęstemi sieciami, sczerniałemi od starości. Odwalili ją z trudem i wtedy ujrzeli za nią szeroką lukę i stopnie kamiennych schodów, znikających w ciemnej głębi.
— W drogę! — zawołał Władek, zapalając świecznik.
Zagłębili się w mroku słabo rozświetlonym nikłym języczkiem płomienia. Stopnie były wilgotne, nierówne i śliskie. Posuwali się więc coraz wolniej, bo schody w kilku miejscach były zupełnie popsute i przywalone gruzami. Oddychali ciężko, bo brakło im powietrza, szli jednak uparcie, porwani dążeniem do wolności. Oblani zimnym potem i zupełnie wyczerpani, ostatnim wysiłkiem doszli do ogromnej jaskini, o nisko zwisających nad nią skałach, półciemnej, zimnej i wilgotnej. W środku jej leżało jezioro i cicho pluskało na kamieniach przybrzeżnych. Dżair na kolanach doczołgał się do wody i zaczął zlewać sobie rozpaloną głowę i twarz.
— Słona woda... morze! — wydał cichy, do jęku podobny okrzyk.
Gdzieś daleko świecił się białą plamą okrągły otwór. Władek obojętnym wzrokiem spoglądał w jego stronę i czy nie rozumiał, że otwarła się przed nimi wreszcie droga ucieczki, czy nie miał już sił cieszyć się i dziękować Bogu.
Powieki mu ciążyły, głowa opadała na piersi. Nie spostrzegł, jak usnął i nie słyszał, że Dżair przysunął się do niego i, siedząc obok, oglądał się na wszystkie strony. Zabobonny, jak prawdziwy Andamańczyk, wciąż jeszcze bał się duchów, zżymał się cały i drgał, gdy ryby pluskały w podziemnej zatoce lub zaniepokojony nietoperz wydawał zgrzytliwy pisk.
Dżair trwał na czatach. Rozumiał, że obaj nie mogli spać jednocześnie. Byłoby to niebezpieczne. Niewiadomo przecież, co ukrywała w sobie ta olbrzymia jaskinia, gdzie dobiegało morze, ale jeszcze bardziej trwożyła czarnego chłopaka myśl, co oczekuje ich tam, gdzie daleka, świetlna plama wskazywała im drogę ku wolności.
Żeby nie usnąć, zaczął oglądać jaskinię. Spostrzegł muszle, przyczepione niemal pod samem sklepieniem. Dżair zrozumiał, że podczas przypływu cała grota wypełnia się wodą. Na żwir przybrzeżny wypełzały małe kraby, polując na robaki i drobne mięczaki. Na powierzchnię zatoki wypłynęły blado-zielone meduzy i, kurcząc i prostując dzwonowate ciała, posuwały się w różnych kierunkach. Zrzadka ponad wodą wyskakiwały ryby i chwytały owady, latające nisko i w półzmroku nieoczekujące napadu.
Na przeciwległym brzegu leżała zardzewiała kotwica, z drewnianem, zmurszałem szlemieniem i urwanym łańcuchem. Mały tubylec obojętnie spoglądał na nią, nie wiedząc, że jest to ostatnie echo dawnych dziejów, gdy na wyspie Kede srożył się drapieżny pirat Diego Anda. Kotwica ta zwisała niegdyś z wysokiego dziobu jednej z zagarniętych przezeń brygantyn lub fregat, które oddawna już zatonęły w otchłani Oceanu Indyjskiego, zdobyte przez tych, co z map morskich wykreślili na zawsze ponurą nazwę „Wysp Morderców“. Chłopak nie był zdolny wyczuć rozpaczy jeńców okrutnego Diego, gdy wprowadzono ich do tej jaskini, a potem ciemnemi przejściami pędzono aż do ciemnego załomu kryształowej groty, gdzie, przykuci do skały, oczekiwali jedynego zbawienia — śmierci.


Przypisy

  1. Strzelba o długiej i grubej lufie — pierwowzór armaty.
  2. Starożytna strzelba lontowa lub skałkowa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.