Słówko o prawdzie w romansie historycznym

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Słówko o prawdzie w romansie historycznym
Pochodzenie Nowe studja literackie. Tom II
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Druk Drukarnia S. Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
V.
Słówko o prawdzie w romansie historycznym.

Czytaliśmy niedawno w Bibljotece Warszawskiéj, jakby przed dwóchset laty pisane wyrzekania, na wielką szkodliwość romansów, i zupełne ich potępienie. Zdanie takie dziś wyrzeczone, niczém nie dające się usprawiedliwić, jest tylko niewczesném echem, niegdyś może bardzo słusznego wyroku. W ówczas kiedy romanse malowały świat jakiś konwencjonalny, jedno tylko i to fałszywe i to fałszywie kréśląc uczucie, obłąkiwając obrazami wystawującemi ludzi, uczucia, w niebywałych kształtach; — w ówczas romans był szkodliwy w istocie, i wielce szkoda że autor co dziś go przeklina, nie urodził się w ówczas, mógłby sobie tego pozwolić, nie narażając się na śmiéch. Dziś radzilibyśmy mu, wyszedłszy z fałszywego stanowiska, lepiéj się rozpatrzéć czém jest romans i powieść. A jeśli zechce mimo to obstawać przy swojém, niechże potępi z nim razem całą literaturę i wszystko do czego wchodzi piérwiastek poetyczny. Niech powié; — wszelkie kłamstwo jest niebezpieczne, wolę od poezij nauki ścisłe i tablice Pythagoresa nad Illjadę — odpowiémy mu — Winszujem, ale nie zazdrościm — Chacun a son goût.
Dzisiaj romans, wcale jest czém inném; powiedzieliśmy już o tém w piérwszym tomie naszych Studjów i niewidziémy potrzeby powtarzania się. Tu tylko chcielibyśmy pomówić o romansie historycznym dzisiejszym, a mianowicie o prawdzie w romansie.
Wszelki utwór gruntuje się na wziętych z postrzeżeń, z dziejów, z jakiéjkolwiek bądź rzeczywistości materjałach. Człowiek twórca, układa tylko po swojemu to co zebrał w sobie — stworzyć nie może właściwie nic.
Widziemy z tąd, że zawsze jakaś prawda musi być zasadą każdego utworu. Zależy jednak zupełnie od twórcy wystawienie jéj tak, aby się w pewnych warunkach nieprawdą lub prawdą wydała. Część prawdziwa zmięszana z obcemi jéj pierwiastki, nie sympalyzującemi z nią rysami, straci swe barwy i zniknie. Prawda dwojaką jest w historycznym romansie — artystyczna i historyczna. Ta ostatnia, nigdy w nim nie będzie zupełną, bo warunki sztuki, cale się różnią od warunków historij, a romans przedewszystkiém jest utworem sztuki. W nim więc zawsze, prawda dziejowa staje podrzędnie i niejako narzędzie, środek, nie zaś cel.
Żadna historja, nie jest tak zupełną, nie daje nam tak spójnego, żywego obrazu, aby ón wcielić się dał, bez dodatków do powieści. Romansopisarza więc zadaniem jest, pole w większéj części białe, zapełnić, umarłych wskrzesić do życia, czynności ich wytłumaczyć, oblicze nam pokazać. — Tak samo ma się z epokami, które powieściopisarz pojąwszy po swojemu, przedstawia nam całkowite jak by w nich żył, jak by je znał nie oczyma duszy i intuicij, ale ciała. Chodzi najwięcéj o to, aby to co maluje, wydawało się (lub było) prawdą, aby składało całość żywą, i jedną myślą spojoną. Tu sztuka przychodzi w pomoc wątkowi historycznemu i wyobraźnia dotwarza, czego braknie, jednoczy odłamki; buduje z gruzów. Ale pisarz chcący wystawić daną epokę, jeśli dla fantazij swéj pofałszuje fakta, nie będzie się pilnować skazówek historycznych, narazi się nawet na nieprawdę artystyczną. Z tego względu poznanie historyczne głębokie wszystkiego co się odnosi do epoki danéj, do obyczajów, wypadków, ludzi i t. d. jest niezbędnym warunkiem, nawet dla pisarza — artysty.
Tym sposobem przysposobiwszy się autor, starać się powinien dopiéro poetycznie otworzyć epokę, najwybitniejszemi rysy. Nie pojmujemy aby na téj drodze historja mogła mu być na przeszkodzie, i aby dla ulżenia sobie, potrzebował ją wykręcać. Niéma nic, nawet w święcie sztuki, prawdziwszego nad prawdę — oddalenie się od niéj, odstąpienie jéj, czuć będzie fałszem.
Czego więc pilnować powinien pisarz historycznego romansu? — Postawiony między dwoma koniecznościami, — nie fałszowania historij i zaspokojenia wymagań sztuki;, gdy prawda dziejowa za wielką lub za małą dla niego i dla sztuki, gdy dotaczanie wątku urwanego niebezpieczne, jak ma sobie postąpić? Odpowiedział na to zadanie, w historycznych swych romansów obiorze przedmiotu, E. Tarsza. Sposób jest prosty i niechybny. Niepotrzeba do historycznego romansu wybiérać dziejowych postaci wielkich ani wypadków znajomych, z którémi mając do czynienia autor nieustannie plątać by się musiał między historją a wymysłem, uwięziony i skrępowany wyznaczoną mu przez historją drogą, z któréj zejść niemoże, aby w fałsz niepopadł.
Pojął ón że romans może być historycznym i będzie nim w istocie, chociaż ani osób historycznych, ani wypadków z wielkiéj xięgi dziejów, nie skreśli. Bierze typy, wystawia obyczaje, tworzy postacie, które tylko charakterami swemi, piętném swych czynności są historyczne. Tym sposobem usamowolnia się jako artysta, i puścić może cugle fatazij, pilnując tylko jednéj prawdy, prawdy w sztuce.
Dosyć nieszczęśliwe widzieliśmy próby i u nas i za granicą historycznych romansów, budowanych, na faktach znanych, wystawujących wielkie historyczne postacie. Romansopisarz zawsze w nich niżéj stawał prawdziwéj historij, lub musiał się z nią rozmijać. Jeden frazes pamiętników, jeden list współcześny, więcéj mówił, niż całe tomy domysłów. W drugim razie, gdy autor obiéra typy tylko, staje się niejako dopełniaczem historij, bierze od niéj swiatło i na nią światło rzuca. Niepodobna zaprzeczyć, aby tym sposobem, nawet historycznie prawdziwszym być niemożna, niż kiedy się porywa na wielkie postacie dziejowe. Jest to jednak w pewien sposób, nie zwyciężenie, ale omijanie trudności tylko, zejście w cień dla bezpieczeństwa.
Walter-Scott, w większéj części swoich utworów, trzymał się właśnie sposobu E. Tarszy, rzadko u niego wysuwają się wielkie postacie dziejowe, częściéj typy. I piérwsze jednak trafiają się, że nie wspomnim o innych, wszakci podobno, wszystkie nowe obrazy Ludwika XI, są kopją tylko z Kwontyna Durward?
Ten sam więc Walter-Scott, którego Tarsza uznaje swym mistrzem, malował także i wielkie postacie historyczne i wielkie dziejowe wypadki, ale tak właśnie jak E. Tarsza maluje naprzykład zjazd Kaniowski, to jest epizodycznie.
Wielkie owe postacie, nie są nigdy u niego głównemi, wielkie wypadki przechodzą zdaleka i skutki ich tylko na bohaterach się czuć dają. Autor nie obowiązany rozwijać trudnego obrazu ich, ukazuje na drugim planie, dla urozmaicenia go, to co wybitniéj wiek cechować może.
Metoda ta jest jedyną; a cała zależy na jedném, na obiorze przedmiotu, jeśli osoby występujące w romansie będą charakterystycznia do swej epoki należéć, jeśli nosić będą rysy moralne czasu, romans stanie się istotnie obrazem danéj epoki. Epizody ubogacą go i urozmaicą, i będą tém czém akcessorja na obrazie, pomocą do uznania przedmiotu. — Fałszywy wybór spęta naprzód pisarza, zniewoli go do pilnowania się historij, oziębi, i szczęście jeśli tylko miernym, utwór przez to się stanie.
Wybór wielkich wypadków i dziwnych postaci, tém jest jeszcze nieszczęśliwy, że dziełu odejmuje wszelki interes. Od razu wiémy koniec, widziemy rozwiązanie; wielką sztuką utrzymać można zajęcie czytelnika, ale to będą leki piżmowe. Tym czasem swobodny autor z wybranemi przez się typami, postępuje po swéj woli, pilnuje tylko prawdy artystycznéj, i prowadzi czytelnika jak sam chce.
W takim razie udział historij w romansie, będzie niezmiernie mały, i to tylko w ramach się jego pomieści, co zostaje za ramami dziejów; a raczéj w nich tylko napomknięte, wskazane, a tu rozwinione być może. Autor nie sfałszuje historij, nie przenaturzy charakterów ludzi, którzy mają swoje własne oblicze, co się go tknąć nie godzi; najważniejszém jego przygotowaniem, będzie czytanie dla pojęcia ogólnego ducha czasu, nie dla poszukiwania drobnostek, i gdy drugi obarczywszy się brzemieniem nad siły, kleić będzie musiał, ten ducha tylko przejąwszy, tworzyć potrafi.
Słuszną bardzo uwagę, uczynił P. K. Bujnicki (w Tygodniku) że są epoki, do których romans historyczny u nas, sięgać nie może. Wszelki przedmiot ma sobie przyrodzoną formę; są czasy, których odmalować w powieści historycznéj niepodobna; bo odtworzyć ich, wystawić sobie czysto, jasno nie możemy, mało o nich mając wiadomości. Inne są warunki poematu i tu właśnie miejsce dla poety, gdzie już romansopisarz nie dosięga, a kto wié, czy poemat téż nie zbyt zuchwale targa się na przedmioty, coby do ram romansu tylko przypadły.
Romans maluje przedewszystkiém stronę życia realną, ze wszystkiemi drobnostkami potrzebnemi w obrazie. Łatwo pojąć, jak wiele dotwarzać potrzeba, gdzie nas nie doszły wieści, tylko o wypadkach, o wielkich postaciach, a dotwarzanie niebezpieczne i najczęściéj wystawia rzecz w złém świetle. Weźmy naprzykład dzieje polskie w XI i XII wieku, dzieje Litwy w XIV jeszcze. — Co wiemy o obyczajach, mianowicie klassy średniéj i niższéj, w tym czasie, da się zamknąć na kilku stronnicach; materjał dla romansopisarza niedostateczny; poeta co idealizuje wszystko, wysnuje z tego pieśń piękną i w swoim sposobie prawdziwą; romansopisarz gdy swój obraz rozpocznie, widząc taki brak rysów, będzie musiał się domyślać i zrobić może coś bardzo kształtnego ale wcale nie malującego epoki, prędzéj poeta wyidealizować potrafi przedmiot z bliższych nam i jeszcze nie owianych uroczą mgłą dawności, czasów, niż powieściopisarz wysnuje co z nielicznych rysów odleglejszych epok.
Świeżo czytaliśmy czyjąś uwagę, uczynioną nad powieścią Tarszy Stannica. Recenzent uniesiony chwalebnym zapałem oryginalności, dowodzi że autor dla swego utworu powinien był szukać nowéj i własnéj formy, zamiast Walter-Skotowską przybiérać. Ale, jeśli forma, jak to kilkakrotnie powtórzyliśmy, jest tylko wynikłością idei, a wcale niedowolną rzeczą; kiedy dwie idee podobne sobie, objawiają się, nie powinnyż, nie musząż one, mniéj więcéj podobnie się wcielić?? Forma p. Tarszy wielce wprawdzie przypomina Walter-Skotta, ale nie jest niewolniczém podrzeźnianiem, jak się recenzentowi wydaje. Nie wynikła ona z rozmysłu, ale z konieczności, z przedmiotu, z natchnienia. Zdaje mi się, że gdyby Tarsza Walter-Skota nie czytał, mógł by trafić na tę formę, na któréj naśladowanie jest dziś skazany dla tego tylko, że się kilkadziesiąt może laty wprzód nie urodził. Forma nowa nie jest łatwą do znalezienia, i nie jest rzeczą układającą się z rozmysłem, przychodzi ona zawsze z jakąś nową ideą, i o tyle jest nowa, o ile nowa myśl, którą osłania, której ciało stanowi.
Jak pantheiści, uznają ciało w koniecznym i nierozerwanym związku z duszą, tak my uważamy formę wynikłością niezbędną myśli, co się na naszym świecie obejść bez niéj nie może. Formy rozmyślnie składane, tworzone powolnie, są to automata Vaucansona — małéj rzeczy im braknie — duszy i życia — zresztą są doskonałe.
Ale wróćmy do prawdy w romansie historycznym.
Jak w obrazie historycznym, nie są pod względem sztuki, koniecznością portrety, i najpodobniejsze twarze nie zastąpią wyrazu i życia, tak w historycznym romansie, ścisłość historyczna, nie zastępuje także prawdy artystycznej; a połączona z nią, dopiéro doskonałą całość stanowi. Naśladowcy Walter-Skotta, co romans historyczny pojęli tylko ze strony jego, że tak powiem, materjalnéj, a nie ze strony ducha, są dla nas dowodem tego. Ich utwory zimne są i przy całéj swéj drobnostkowéj prawdziwości, nudne, bezduszne. Wystawują tylko skelety epok, które odrodzić i odtworzyć miały. Bijmy na naśladownictwo w literaturze, ale na naśladownictwo bez potrzebne, bez duszne, bez myślne, co tak naśladuje jak Chińczycy; przemalowując nietylko obraz, ale plamy na nim i skazy — naśladowanie Tarszy, Walter-Skotta, jest wcale czém inném, bo zdobyczą umysłową, na korzyść literatury.

Koniec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.