Ruchomy kamień

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Przybyszewski
Tytuł Ruchomy kamień
Pochodzenie zbiór Powrót
Wydawca Centralne Biuro Wydawnictw N. K. N.
Data wydania 1916
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


RUCHOMY KAMIEŃ.
Do obozu komendanta Ponikły doszła głucha wieść o zbliżającym się nieprzyjacielu. Z poblizkich kwater wojennych dawano znać, że widocznie wszystko przemawia za tem, iż wróg pragnie obejść kilkokilometrowe bagna, moczary i torfowiska, aby z dwóch stron oskrzydlić kilka batalionów polskich, wegnać ich w błota i doszczętnie zniszczyć.

Wobec tego powziął Ponikło śmiałą myśl, by siły swoje rozsypać w tyralierkę, schować się w bagnach, ukryć się w trawach bachorzy, która powyżej chłopa sięgała — użyć każdej kupy torfu za kryjówkę zarazem i strzelnicę, z której nacierającego żołnierza doskonale będzie można prażyć — a ponieważ o użyciu armat nie było mowy, więc walka, która się odbędzie na bagnety, krótkie pałasze, noże rzeźnickie, rewolwery, dawała wobec niesłychanego zapału wojennego polskich ochotników wszelkie szanse zwycięstwa.
Nie dać się wciągnąć, ale zwabić nieprzyjaciela na bagna, a potem w nich go potopić — rozroić się na wszystkie strony, nie dać nieprzyjacielowi ani spokoju, ani na chwilę spoczynku, tumanić go ułudą rozporządzania znacznemi siłami przed — za sobą i wokół siebie, zmusić go do rozdrabniania własnych sił i bezustannych utarczek w pojedynkę, by potem nagłym pierścieniem się związać i jednego z nich żywcem z tego okleszczenia nie wypuścić, takim był śmiały plan operacyjny Ponikły.
Trzeba było jednakowoż przedtem doskonale się zapoznać z terenem, co było niesłychanie trudnem, bo o tym czasie po długich wiosennych deszczach cały kilkokilometrowy obszar moczarów był zamieniony w jedno topielisko.
Młody oficer Oksza otrzymał rozkaz, by nie tylko zbadał możliwość jakiejśkolwiek ochrony w tych niedostępnych błotnistych kniejach wysokopiennych chwastów, trzciny, sitowia, tataraku i wszelakiego zielska wodnego, ale poszukał dróżek i miejsc, na których człowiek bez zapadnięcia się mógłby nogą stąpnąć — a przedewszystkiem miał Oksza wybadać siły nieprzyjaciela, który już od tygodnia zakwaterował się w małem miasteczku o kilka kilometrów odległego od miejsca, w którem się bagna i torfowiska rozpoczynały i pustoszył wsie okoliczne, licznie wokół rozsiane.
— Zdołasz Pan temu zadaniu podołać? pytał Ponikło i patrzył swoim przenikliwym wzrokiem na młodego oficera.
Oksza wyprostował się.
— Jestem nieskończenie komendantowi wdzięczny, że mnie właśnie dostał się w udziele wysoki zaszczyt tej misyi.
Ponikło przeszedł się w milczeniu po kurnej izbie chłopskiej chałupy, która mu za sztabową kwaterę służyła.
— Pan musi zdać sobie sprawę z niezwykłej trudności i niebezpieczeństwa tej wyprawy — Ponikło przystanął — to tak — no! nie chcę Pana straszyć, ale to rzeczywiście tak, jakbym Pana wyprawiał na drogę, z której się nie wraca.
Oksza uśmiechnął się nieznacznie.
— Ja wrócę komendancie!
— A ja Panu powiadam, że babka na dwoje wróżyła — Ponikło spojrzał na niego prawie surowo — a mnie strasznie trudno poświęcać moich najlepszych ludzi...
Oksza przybladł.
— Gdybyś mi, komendancie, mówił drżącym głosem — w tej chwili był przypiął do mego munduru najwyższą odznakę wojskową, nie byłbyś mi zrobił większej radości jak Jego ostatniem powiedzeniem. O śmierć mi nie chodzi, bo są ludzie, którym jej tajemnice są zażyłe i ich nie straszą — spojrzał nagle wylękniony na Ponikłę, bo czuł, że za dużo powiedział — odetchnął... Z głębokiem szczęściem podejmuje się tej misyi, nie tak trudnej zresztą dla mnie, bom z tajemnicami moczarów, bagien i torfowisk od dziecka obeznany i zaszczytnego zaufania komendanta nie zawiodę. O jedno tylko proszę, bym sam mógł sobie ludzi wybrać.
— O ile się zgodzą.
— To właśnie ci, których sam do obozu przywiódłem i za nich ręczę — pójdą za mną choćby w piekło.
— To idź! Ponikły „Ty“ było najwyższem i jedynem odznaczeniem, jakiem rozporządzał.
— Tylko mi wracaj! A ilu ludzi weźmiesz?
— Pięciu.
— Mało.
— To mi zupełnie starczy. Taki Wojtek Cylka naprzykład za dziesięciu starczy — zamyślił się nagle.
— Jaki Wojtek? podchwycił Ponikło, obdarzony tak niesłychaną pamięcią, że prawie każdego żołnierza znał — Wojtek Cylka — aha! coś o nim słyszałem — jakiś tajemniczy...
— Ponoć bardzo nawet — uśmiechnął się nieswojo Oksza — ale na nim polegać można.
— No dobrze! Ponikło wyciągnął rękę — jutro o czwartej rano w drogę.
Oksza uścisnął podaną mu rękę, zasalutował i wyszedł.


II.

Oksza, zmordowany nad siły niesłychanie uciążliwą i wyczerpującą pracą dzienną rychło zasnął twardym, kamiennym snem.
Budził się co prawda z niego, bo miał w głowie, jakby jakiś bezlitosny zegar, który z katowską, iście precyzyjną sumiennością wydzwaniał w jego mózgu kwadranse, półgodziny i godziny — ale znowu zapadał w ciemne grzęzawiska tego czarciego snu przemęczenia i ostatecznej mitręgi.
Po paru godzinach — a może minutach zelżała jednakowoż głębokość i twardość snu. Teraz zdawało mu się wprawdzie, że śpi, ale sen ten był jeno tylko cieniutką zasłoną, poza którą jutrzniła się już w krwawiących się świtach jawa rzeczywistości.
Zdawało mu się, że słyszy każdy szmer — dziwne tylko, że każdy odgłos przedzierzgał się w nowe formy dźwiękowe: stawał się rodzajem dominanty, z jakiej wykwitały strzeliste niebopienne pręty fantastycznych melodyi, oplecione powojem chimerycznych pasażów, rozgałęziały się gdzieś w mrocznych głębiach w ciemnych głębokich akordach i rozwiewały się w ozdobniczych floresach i karkołomnych biegnikach.
I zdawało mu się, że wszystko naokół widzi, ale każdy rys, każdy odcień, kształt wszelaki nabierał nowych, może w przedbytowem życiu widzianych wymiarów — przekształcał się w całkiem coś innego, a jednak kiedyś już widzianego — przeraził się myślą, że on to już był kiedyś widział — w mózgu jego stłaczało się jak w kalejdoskopie tysiące obrazów: każdy z nich wprawdzie, jakby wyłaniający się z całkiem innego kąta mózgu, a jednak ten rozbrykany kierunek wspomnień, widzeń, trwogi przeraźliwej, poplątanych majaczeń przybierał w przerażający sposób formę jak najistotniejszej rzeczywistości, w blasku przeraźliwej jasności dziennego słońca skąpanej jawy.
Bo przecież teraz już wątpić nie mógł!
Siedział na terasie przed małym hotelikiem, który co niedawno się spalił, a wysoki mur, na którego podwyższeniu stał on hotel w zgliszczach, opływała nadbrzeżna fala górskiego jeziora, wokół którego piętrzyły się niebotyczne wierzchołki gór alpejskich.
Wiedział, że On — drgnął — że On siedział naprzeciw niego, czuł, że całą siłą chciał wzrok jego na siebie skierować, ale on na niego patrzyć nie chciał. Przeciwnie, próbował zagwizdać, bo miał tysiąc i jedną przyczyn, a właściwie jedną tylko i to bardzo poważną, by być wesołym i czuć się wyzwolonym, bo ten „on“ dawno przestał istnieć, a, jeżeli mimo to gwizdać nie mógł i czuł nieznośne bicie serca, jeżeli nim całym targał opętańczy niepokój, to jedynie dlatego, że przepotężna powaga całego krajobrazu, jaki się przed nim roztaczał, wstrząsnęła całą jego duszę do dna.
Oczy jego bowiem, błądziły po dziwnie połamanych kształtach grzbietów czterech gór łańcuchów, które tu szczytami z wszech stron się osadziły i stromo w jezioro zbiegały.
Ale ustawicznie czuł, że oczy Tamtego, który już przecież nie istniał, coraz ciężej na nim spoczywały, ciężarem swoim wgniatały go w ziemię — ależ nie! mylił się — to prosty majak przemęczenia: dwa dni błądził bez wytchnienia po górach bez snu bez jedzenia — czuł teraz, że buty jego podarte, a stopy krwią ociekały — ale to nic — nic!
Teraz przecież mógł wypocząć...
I oczy jego znowu błądzić jęły po dziwnie połamanych kształtach grzbietów czterech łańcuchów gór, które tu szczytami z wszech stron się osadziły i stromo w jezioro zbiegały.
Wytężał całą swoją uwagę, by objąć ogrom tych majestatycznych szczytów, ale dusza bezustannie mu się mąciła, bo czyjś wzrok prześwidrowywał mu plecy — czyjś wzrok wżerał się jadem trucizny piekącej w jego rdzeń pacierzowy, tak że go ustawicznie gorące dreszcze skręcały, a cały był, jakby się w zimnym pocie kąpał, ale nie miał odwagi się odwrócić, bo wiedział, że teraz już nie naprzeciw niego, ale za nim ktoś siedzi, i również wiedział, że gdyby się teraz odwrócił, musiałby ujrzyć oczy, które swą mocą na proch by go starły, albo w kamienny słup przeobraziły.
Więc patrzył tylko z zdwojoną uwagą: cztery szczyty, jeden obok drugiego, jeden w drugiego wepchnięty, a w środku osadził się najwyższy z nich, z coraz wyżej i wyżej piętrzącymi się wieżycami.
A nagle było to, jakby się wierzchołek najwyższego szczytu był na dwoje rozłupał, bo ujrzał go teraz podwójnym.
To nie może być! pomyślał zdumiony — był przecież na nim przed dwoma dniami i tam był tylko jeden szczyt...
Wykluczone całkowicie, by tam mogło być coś innego — zacietrzewił się i starał się sobie samemu niezbicie dowieść, że tylko jeden szczyt tam się znajdował...
Bo jakżeż? Przecież pamiętał jak najwyraźniej: tam, gdzie teraz widać tą czarną plamę — tam przecież spoczywali — on i Janusz — tam! Zerwał się nagle, bo ujrzał dokładnie, jak na dwóch wierzchołkach rozpołowionego szczytu jął Obłęd i Zbrodnia wyskakiwać potworny dyabelski taniec.
To nie może być — przecierał oczy w rozpacznym lęku — to nie może być! Tam tylko jeden szczyt! Tam — ot! tam siadł Janusz na ruchomym głazie — tak! śmiał się jeszcze, że siadł na kołyszącej się kolebce — on zaś, Oksza, wyprostował się, chciał się wyżej podciągnąć, trącił niebacznie głaz nogą, głaz się zatoczył, a gdy się odwrócił, ujrzał, jak Janusz rozbryzgiwał się na miazgę o ostre skały tej przepastnej studni, w którą leciał...
Coraz potworniej szalał na wierzchołkach rozłupanego szczytu sprosny taniec Obłędu i Potępienia i coraz potworniejszem wydało mu się to wspomnienie... och nie! to nie było wspomnienie, to spowiedź, włosy na głowie jeżąca spowiedź wobec samego siebie — bo — zwinął się w kłębek — bo wiedział, że rozmyślnie i z nadludzkiem wytężeniem wszystkich sił zwalił głaz, na którym Janusz siedział — rozpaczliwa spowiedź obłąkanej duszy...
Padł na kolana z ciężką rozpaczą:
Czemuż nie miał odwagi, odwrócić się i spojrzyć w oczy Janusza, który teraz przecież za nim siedział i mózg mu na wskróś przewiercał? Przecież wiedział, że już go Janusz na krok nie odstąpi i już po całe życie jego będzie ssać sok mocy z jego kości — ale czegóż on od niego chciał? Czegóż bezustannie wykrzykiwał nad jego uszami: Zbrodniarzu! Bratobójco!? Czemuż wciąż i wciąż smagał go w obłęd słowami tego przekleństwa? Słowami? Gdzież tam słowami! To były klątwy, piekielne walenie wściekłemi pięściami, wyszarpywanie do czerwieni rozpalonemi szczypcami żywych, obnażonych nerwów, chlipanie świeżej krwi, tryskającej z setek ran pokłutego serca!
— Czemuś mnie strącił, podstępny zbrodniarzu z podnóża szczytu w czelustną przepaść, gdym chciał chwilę spocząć?! rozwyło się powietrze wokoło.
— To nie ja! nie ja! To On! bronił się zaciekle. — To obłęd, gdym Was, Ciebie i żonę Twoją, widział kąpiących się w gorących roztopach rozsłonecznionego szczęścia, kąpiących się w odmętach oceanicznej miłości...
To nie ja — nie ja! To obłęd, którym mnie Pan nawiedził, zazdrość, jaką mnie Szatan opętał — to zaciekła, obłąkana nienawiść ku bratu, na którego ofiarę Pan miłościwie spojrzał i mu błogosławił, podczas gdy moją pogardził i nawet nie spojrzał na jej czarne kłęby dymu, które się z sromem i wstydem po nagiej ziemi przewłóczyły — to opętane pragnienie, by zwalić górę, do której dom Wasz się przytulił i Was pod nią pogrzebać, zatamować tuż obok strumień górski, by Wasz zaciszny korab na swe barki dźwignął i gdzieś w jakąś przepaść cisnął...
Słowa jego harcowały bezładnie jak tabun oszalałych koni na palącym się stepie, to znowu były złe i świszczące, gdyby wicher, strojący szatańskie figle z trupem wisielca, to znowu stęchłe i jadowite, jak zgniły staw, w którym się roi od wężowisk padalców i wszelakiego niechlujnego gadu: słowa dławione i pomiętoszone, bo ściskane żelaznemi kleszczami trwogi, by się przez krtań przedostać nie mogły...
I pocóż go straszył ten głupi szatan, który jedną nogę oparł o jeden — drugą o drugi wierzchołek rozpołowionego szczytu, kiedy on wiedział, że tam był tylko jeden jedyny szczyt, ten, na który patrzyli przez dzień cały z głębokiej kotliny, w której mieszkali on, Oksza, Janusz z żoną swoją — nie! nie żoną, bo on i ona to była jedna nierozerwalna całość, jakaś przedistotna synteza On — Ona?!
Pocóż go mamił głupi Szatan, kiedyż on wiedział, że to był tylko jeden szczyt, na który z Januszem rychło po północy zdążali — pamiętał przecież dobrze, jak się w niego wpatrywał, gdy Janusz tysiącem pocałunków żonę swoją na pożegnanie obsypywał i ją uspokajał, że rychło będzie z powrotem...
I jakby raz jeszcze się upewnić, że mógł to być tylko jeden szczyt, a jego rozpołowienie chorym tylko majakiem, wsiadł oczyma na głęboką przełęcz, wdarł się na wysokie garby — jeden, drugi i trzeci jakiegoś monstrualnego dromedara, piął się coraz wyżej po niebopiennej szyi dziwacznej girafy, osiadł, spuszczając się, na wykabłąkowanem cielsku przedpotopowego Mamuta, a potem coraz wyżej w górę: obiegł jakiś mytyczny Mont-Salvat, na którym osiadł, gdyby olbrzymia wieża Babel, plugawy Graal jego opętanej miłości — splunął nań skrzepłą krwią bólu — i piął się coraz wyżej wśród odmętów olbrzymich złomów, jakie ziemia w straszliwych konwulsyach z siebie wyrzuciła i wybiegał na szczyty iglastych wieżyc Dolomitów, które, gdyby ponadobłoczne, wulkaniczne tryśćce w niebo żygnęły i nagle w rozjuszonym wybuchu piekielnego ognia zastygły i skamieniały...
Pamiętał doskonale całą tą drogę. Tak mu się głęboko w duszę wraziła, że mógłby ją nieomal z zamkniętemi oczyma odbyć...
Od paru lat robił ją w śnie i na jawie, dzień w dzień — nie znał prawie innej drogi — nie widział niczego innego prócz tych męczeńskich stacyi na swoją Golgotę: tu w tem miejscu wciągał na linie z troskliwą pieczołowitością słabszego od siebie Janusza — tu, stojąc na cypelku, który lada chwilę mógł się oberwać, podsadzał niższego od siebie Janusza, by mógł się pochwycić wystającego jakiegoś złomu — tu podawał mu swoją ciupagę, gdy Janusz obwisał na linie nad przepaścią, a skały uczepić się nie mógł — tak! tu aż do tego miejsca, w którem rozpoczynała się droga na najwyższy szczyt — jeden, jedyny szczyt, który mu teraz Szatan na dwa rozpołowił, by mógł na nim swobodnie swój czarci taniec Obłędu i Zbrodni wyskakiwać.
A może — zamyślił się głęboko — może to jego własne, szatańskie pragnienie tą turnię rozpołowiło? Może to jego zbrodnia rozłupała to, co było Jednią na dwie połowy? Może jego obłąkana zazdrość rozerwała przemocą i podstępem świętą syntezę, jaką stanowił Janusz i żona jego?!
Ha! ha! ha! zarechotał Szatan, a śmiech jego odbił się tysiącznem echem o tysiąc skał.
I tak bezustannie, wciąż i wciąż — na jawie i w śnie — wciąż od nowa w coraz to cięższym trudzie, w coraz straszliwszej męczarni, od której dusza siwieje i oczy bielmem zachodzą, odbywał tą kalwaryjną drogę aż do onego miejsca tuż pod najwyższym szczytem, gdzie stał on ruchomy kamień, a na którym był siadł niebaczny Janusz — nieszczęsny kamień, który podważony żelazną sztabą jego nogi, zatoczył się i spadł w głęboką przepaść, a Janusz, jakby nieprzewidzianie wyrzucony z szatańskiego siodła, wyleciał w powietrze, odbił się o nagą ścianę przepaścistej studni i runął na miazgę rozbity na dno, którego dojrzeć nie było można.
I tak niestrudzenie i bezpamiętnie wędrował Oksza po szczytach, turniach, iglastych wieżycach Dolomitów — prowadził Janusza za rękę, gdyby święty Anioł-Stróż, który prowadzi dziecko nad urwistemi przepaściami — wiązał go na linie i wciągał pod górę i podsadzał go pieczołowicie, by mógł się Janusz chwycić jakiegoś wysterczającego skrawka skały aż po ono miejsce, gdzie stał on ruchomy kamień...
A za każdym razem, gdy wciąż od nowa tę straszną podróż odbywał, błądził dniami i nocami wzdłuż pięścią rozszalałego Boga pogruchotanych, a jeszcze hardą wściekłością i zapalczywym gniewem zbrodni w górę wystrzelających skamieniałych tryśćców, czołgał się w zmagających się z sobą w rozjuszonych zapasach wąwozach poprzez wąziutkie zdradliwe przesmyki i kominki, ranił się do krwi na piargach spływających w dół źlebów, obtłukiwał się o wżłobienia skał, między któremi zwalały się w dół rozwścieczone wodospady, aż znowu powracał na on taras w zgliszczach stojącego hoteliku, który był się niedawno spalił — tam, gdzie mu tak dobrze było spocząć i sił do nowej, a właściwie tej samej wędrówki nabierać...
Oj nie! To nie ta sama! Teraz czekała go najcięższa droga: wąziutka ścieżka naokoło jeziora aż do onej chaty, w której On-Ona mieszkali, święta Synteza, którą on swoją zbrodnią rozerwał.
Wiedział, że tą drogę odbyć musi, ale, ile razy podnosił się z ziemi, znowu opadał: nogi były jak z ołowiu, głowa zaś, jakby napęczniała olbrzymia bania chwiała się na jedną i drugą stronę, a ramiona, jak suche, zdrętwiałe patyki zgiąć się nie mogły.
Ale za nim stał Janusz!
Nie! Nie stał, bo on tam stać nie mógł — on wysłał tylko za nim swoje oczy, a ból, który wwiercone w niego spojrzenie Janusza mu sprawiały, mięśnił chwiejące się kolumny jego nóg — i tak wlókł się krok za krokiem w nieskończonych odstępach ku onej chacie, na której progu stała niewiasta, żona Janusza, cała w ogniu niepojętego cudu.
Góry od strony wschodu, gdzie stał ów kamień ruchomy, kamień, na którym siadł Janusz niebaczny, w ogniu stanęły.
Było to, jakby z niewidzialnych źródeł poza niebios krańcami lała się z poza turni, wierzchołków, grzbietów górskich, wśród których łona zbrodnia dokonaną została, ciecz roztopionego złota w bezżarnym blasku stygnących słońc, ale nie strumieniami, tylko ogromnemi, płaszczyźnianemi płachtami: olbrzymia rozcień, jaką słońce w częściowem zaćmieniu na cały świat rzuca, ale rozcień, do czerwieni rozpalona, światłem dyszącą, ale światłem zimnem, niejako metalicznem, a cichem, pooranem tylko ciemnemi kreskami, gzygzakami głosek:
Oto zbrodniarz-bratobójca w niziny zstępuje!
A świetlista ta rozcień, poorana kreskami tych liter, zlewała się coraz niżej i niżej ku jeziorowi, przerzuciła się w bok na przylegające gór pasma, szturmowała z szaloną szybkością gwałtownego przypływu wód oceanicznych coraz szersze i dalsze gór obszary aż po ono miejsce, gdzie Kain — zbrodniarz-bratobójca — Abla był z ruchomego kamienia w przepaść strącił...
— Kainie! Kainie! Gdzież jest brat Twój?!
Cały widnokrąg był zalany potopem cienia, który się był pożarem zajął, a w tym świetlistym cudzie widział, jak niewiasta wyprężyła się w górę, gdyby straszliwy łuk zemsty, wyzwolony z cięciwy — widział ogromne, w powietrzu latające ręce, które się nagle zacisnęły w potworne, miażdżące pięście, — pięście, jakby od całego ciała oderwane, samoistne Erynie Pomsty i Potępienia — pięście, które go potępieńczą siłą na miazgę rozbijały.
— Zbrodniarzu! Bratobójco! Kainie! Świat cały rozwył się tym piekielnym krzykiem, wyciem, skowytem potwornym śmiechem tryumfującego Szatana, który lągł — Wojnę!
A zarazem otworzyła ziemia chciwie usta swoje, by przyjąć krew brata z ręki bratobójcy.
A Szatan skowyczał rzechocząc:
Słyszysz, co Pan powiedział:
„A zaiste krwi Waszej, dusz Waszych szukać będę — z ręki każdej bestyi szukać jej będę — także z ręki człowieczej, z ręki każdego brata jego będę szukał duszy człowieka“.
— Zbrodniarzu! Bratobójco! wyło wokół niego — bratobójczą zbrodnią swoją Wojnę wznieciłeś i dokonaną została groźba i Pomsta Pana nad Pany!
Przywarł skruszony do ziemi...
Nagle:
Ktoś — patrzył wytężenie — aha! znał go — znał! przecież: to nieodstępny towarzysz Janusza — przyjaciel jego i sługa — Wojtek Cylka — tak!
Wojtek, lokaj, sługa i towarzysz Janusza pochwycił go za ramiona i wrzeszczał mu nad uszami:
— Bratobójco! Wojnę wznieciłeś!
Ktoś szarpał nim z całą siłą — przemocą otworzył oczy, ale jeszcze nic nie widział.
— Panie, to już czas!
Oksza drgnął, wstrząsł się cały, popatrzył na tego, który miał rozkaz wszystkimi środkami z snu go obudzić — raz jeszcze popatrzył, bo nie zdawał sobie sprawy, czy już zdołał przekroczyć granicę, dzielącą jawę od snu:
— A to Ty... Wojtek... Jeszcze chwilę...
Był tak straszliwie znużony, że czuł, iżby się teraz dźwignąć nie mógł, przytem był świadom, że widzenie jego do końca nie dobiegło, bo ledwo przymknął oczy: nie widział nic, prócz skrawka nieba, które spoczywało w obojętnej głębokiej, fioletowej zadumie, tylko świat cały zdawał się być cały ogniem zajęty, a w tym ogniu szła niewiasta w straszliwej żałobie, by szukać na dnie przepastnych czeluści tego, którego on był niebacznie z urwiska strącił, a za nią widział jak pozew zemsty, świadka zbrodni jego: Wojtka!
Ale dziwne: ten cały palący się świat, który przed chwilą jeszcze ciskał rozjuszone fale ognia pomsty i potępienia nagle umilkł. Wycie, krzyki, skowyty stopiły się w tym ogniu, w głębokiej ciszy paliły się góry — i jezioro się teraz ogniem zajęło, bo góry w odzwierciadlaniu ogień swój w nie wlewać poczęły.
Baczył jeszcze onej niewiasty, która w ciężkiej żałobie swego męża szukała, a nagle zrozumiał, że to nie była żadna niewiasta, tylko czarny cień, jaki zbrodnia jego na świat rzucała, a żałoba jej, żałobą nad śmiercią Abla, śmiercią Dobra i Piękna — upatrywał za Wojtkiem, który go był jeszcze przed chwilą przemocą z kamiennego snu zrywał, ale jęło mu się majaczyć, że ten Wojtek wcale nie istniał, że to tylko natrętna pamięć jego zbrodni, która mu spocząć nie dawała i wreszcie pojął ogrom swych strasznych wizyi:
— To wojna!
Chciałby to słowo na cały świat wykrzyczyć, ale tylko jakiś cichy, dławiący bełkot uwiązgł mu w gardle:
— Wojna — Przekleństwo Boga, który mści śmierć Abla, śmierć Dobra i Piękna — i jako ją mścił od początku, mścić będzie pod koniec świata.
To nie Janusz, ani z bólu oszalała niewiasta, ani pomstą dyszący Wojtek — to Wojna!!
Wojna: Przekleństwo i Wyzwolenie!
Wojna: Pożar światów — unicestwienie wszystkiego, co było, wymazanie z Bytu wszystkich cnót i zbrodni, wykreślenie z Księgi Żywota wszystkiego, co istniało dotychczas...
Wojna — Wyzwolenie, w której rozszalałym pożarze wszystko się stopiło: i on kamień, tuż ponad najwyższym szczytem, a z którym razem niebaczny Janusz w przepaść się zwalił, i ona droga, którą błądziła rozpaczna niewiasta, czarny cień jego zbrodni z wiernym sługą Wojtkiem, by grób męża i pana odnaleść i jego, obłęd własny, który kazał mu ów kamień potrącić — i wszystko, wszystko stopiło się w tym straszliwym pożarze światów, jaki Wojna wywołała.
Wstrząsnął się nagle: To przecież nie ogień — to Krew!
Wojna — Krew!
Tem lepiej, tem lepiej! śmiał się obłędnie i wołał:
— Jak długo w tym oceanie krwi pławić się będę, najstraszliwsze odmęty najstraszniejszych zbrodni na białą czyściuteńką pianę Cnoty rozbijać się będą.
Wojna — Zapomnienie, Wojna — Ogłuszenie!
I tu on przeklęty Kain jął się zmagać z Tym, który był go przeklął:
— Otóż stało się według słów Twoich: jestem przeklęty na ziemi, która chciwie otworzyła usta swoje, by przyjąć krew brata mego z ręki mojej!
I otworzyła swe usta ziemia i przyjmuje krew całego Twego stworzenia, a ja zwaliłem kamień Żywota w głęboką przepaść, by wywołać on straszliwy pożar krwi, w którym teraz cały świat stoi, zwaliłem on kamień w głęboką czeluść razem z bratem moim Ablem i urągam słowom Twoim, jakobym miał być tułaczem na tej ziemi, bo jestem jej Panem i ja zbrodnią moją wznieciłem ten pożar i ja rozpocząłem niszczenie tworu całego:
Ja — Wojna! Ja — Kain!
I spojrzał z tryumfującym majestatem w stronę, w której w każdej chwili, dniem i nocą czuł Janusza-Abla obecnym — ale teraz go nie widział:
— Gdzie jesteś?! wołał wyzywająco i wyskakiwał opętańczy taniec zwycięstwa i tryumfu — gdzie jesteś Ty, dla którego miałem zostać tułaczem i biegunem na ziemi — gdzie jest krew Twoja, która woła o pomstę do nieba?!
Patrz!
Rozparł się pod boki — ramię wyciągnął tam, gdzie On nowy cud wzniecił:
Światło jęło gasnąć — zrazu powoli, potem coraz szybciej — gwałtowny przypływ światła również gwałtownie cofać się począł, stygł świetlisty cud, góry kirem się zaciągały, a tam, gdzie niedawno rozlewał się tajemniczy majestat bezżarnego światła, zalegały coraz mroczniejsze cienia nad ziemią, która ponoć więcej mocy swej ku niemu — Kainowi wydać nie miała.
Janusza już nie było, ani niewiasty, czarnego cienia, jaki zbrodnia jego na świat rzucała, ani też zemstą charczącego Wojtka — bo czem było to wszystko — te upiorne majaki jakiejś dawno w krwawym ogniu Wojny stopniałej rzeczywistości wobec tego wulkanicznego wstrząśnienia jego duszy, otwarcia się na oścież ukrytych jej czeluści, wobec zapozwu przed bramę najgłębszych tajemnic życia i śmierci?!
Głęboka ciemność zwaliła się teraz na ziemię upiornym ciężarem, ale to było dlań obojętnem: w duszy jego było przeraźliwie widno od tych świetlistych roztoczy, od tych płonących roztopów, którymi niedawno cały świat się żarzył, a za siebie oglądać się nie potrzebował, ani też szukać onego miejsca, kędy był zwalił ów ruchomy kamień, bo zawarł już był przymierze z Panem nad Pany, że kto wyleje krew człowieczą, przez człowieka krew jego wylaną będzie, bo na wyobrażenie Boże uczynion jest człowiek — tak powiedział Pan, z którym on, Kain, był się zmagał — i stworzył Wojnę — Pan stworzył Wojnę!
I dalej powiedział Pan:
— A zaiste krwi Waszej, dusz Waszych szukać będę, z ręki każdej bestyi szukać jej będę; także z ręki człowieczej, z ręki każdego brata jego będę szukał duszy człowieczej.
I Pan stworzył Wojnę — Wojnę stworzył Pan, aby każden w krwi został oczyszczon z swych zbrodni i wywyższony w swych cnotach — i to on, Kain, zbrodnię swoją na Bogu wymógł.
I Bóg odwołał swe przekleństwo, jakoby miał być tułaczem i biegunem tej ziemi, a ten, który go zabije, siedmioraką pomstę miał odnieść, albowiem przyszedł koniec wszelakiego ciała przed jego oblicze i spuścił nań Pan wojnę ku wytraceniu wszystkiego ciała, w którem jest duch żywota pod niebem: wszystko, cokolwiek jest na ziemi, pozdycha.
I takoż postanowił Pan przymierze między sobą, a nim, Kainem, aby ziemia, wypełniona nieprawością, z oblicza jego wytrąconą została, aby grzech jego bratobójczy wojną, pożogą i zagładą umorzony został, a nikt siedmioraką śmiercią nie był winien śmierci jego.
Takie stanęło przymierze między nim a Panem, a znakiem przymierza to Wojna, a Wojna to jego, Kaina, wyzwoleniem, ponieważ Pan sam w wojnie szuka duszy człowieczej z rąk człowieka.
Rozśmiał się tryumfalnie:
Gdzież jesteś Ablu, gdzieżeś się podział Cieniu mej zbrodni, niewiasto w żałobie nad Pięknem i Dobrem, którem ja w czelustną przepaść strącił? Gdzież jesteś służalczy, chciwy zemsty Wojtku, natrętna pamięci mej zbrodni?!
Odetchnął głęboko w niezmiernem szczęściu wyzwolenia i jakby się w nowym żywocie był począł: teraz wiedział, że nie śpi, że świetlisty cud wyzwolenia w nim się dokonał.
Ha, ha, ha! zarzechotał Szatan.
Wyzwolenie! Ujrzał przed sobą czarny cień, jaki zbrodnia jego przed nim rzucała, niewiastę w ciężkiej żałobie, szukającej Abla — jęknął i przymknął oczy:
— Ha, ha, ha! teraz czas, by od nowa rozpocząć kalwaryjną, męczeńską drogę poprzez gór grzbiety nad przepaściami poprzez dzikie przełęcze do onego miejsca...
Teraz istotnie nie spał — zmiarkował, że już długo trzyma zegarek w ręku i bezmyślnie liczy minuty.
Gwizdnął nagle.
I, jakby z pod ziemi wyrósł, wyprostował się nagle przed nim ordynans jego — Wojtek.
— Chodźmy teraz, mruknął Oksza i dźwignął się z ziemi...


III.

Już dawno uszli za obóz.
Z początku bitą, dobrą drogą, potem ścieżynami przez błotnistą łąkę, przeciętą szerokim rowem.
Dostali się do małej wioski, którą zajęła jedna kompania przednich czat oddziału Ponikły. Oksza otrzymał tu kilkunastu ludzi, z których co pół kilometra pozostawiał dwóch na straży, aby przy swoich wywiadach nie stracić łączności z głównym obozem i módz go w każdej chwili zaalarmować — dotarł do następnej osady, w której ukryło się kilka plutonów doborowego żołnierza, który dniem i nocą przeszukiwał całą okolicę wokół i tu porozstawiał gęstą siecią po dwóch po trzech czatowników, wydał hasła, surowe rozkazy, dobrotliwe rady, gorące słowa zachęty, paru słowami wpoił w nich przeświadczenie niezmiernej ważności posterunku na którym stoją, a gdy już tak z pieczołowitą oględnością sobie zabezpieczył drogę pewną, na której w najszybszym czasie wieści o swoim wywiadzie do głównej kwatery mógł dawać, wyruszył na czele tych pięciu, których wziął z sobą z głównej kwatery, w mozolną niebezpieczną drogę.
Zmrok zapadał, ziemia wilgocią się pociła, ale tak już byli znużeni długą drogą wśród najcięższego upału, a czekała ich teraz nierówne trudniejsza droga przez głębokie moczary i torfowiska, że Oksza, chcąc nie chcąc, nakazał krótki spoczynek.
Głowa go strasznie łupała, ale na to nie zważał — przeciwnie, zdawało mu się, że jasność, jaką się góry i świat cały w śnie jego palił, przesyca go coraz więcej — przytem był zawarł z Panem przymierze, że jakkolwiek chciał karać siedmioraką śmiercią tego, któryby go zabił, teraz mu w pożarach wojny przyrzekł, iż będzie na nim poszukiwał duszy człowieka z ręki człowieka.
To natchnęło go wielką mocą i siłą i niezłomnem postanowieniem, by być godnym przymierza z Panem zawartego.
Pięciu jego towarzyszy rozłożyło się wygodnie na stromym brzegu głębokiego rowu, na którego dnie sączyła się brudna, żółta woda. Mieli piekielną ochotę teraz po tym krwawym, znojnym dniu choć na chwilę się przespać, ale o tem mowy nie było — za chwilę posłyszą przecież głos Okszy: „w drogę chłopcy!“
Dosyć szczęścia, że mokre od potu koszule, które się w obmierzle przykry sposób do ciała kleiły, teraz się trochę osuszą, że można kryjomo zaciągnąć się papierosem, nogi od forsownego marszu pokrwawione, zanurzyć w płytkiej wodzie i świeżemi onucami owinąć.
— Teraz my niezadługo na ich szpicę natrafimy — tak mi się wyraźnie zdaje, pouczał Grzela Parchaniak pokornego, ale z nieludzkiej siły w całym batalionie słynącego Kubę Górnego.
— Widzisz, u nas inaczej, jak u Moskali — u nas to tak: główna kwatera, to dłoń — forpoczta mocna w Grzechanowie, to okiść palców, plutony i podwójne straże po drodze, to kolanka palców — a my jesteśmy brzuszkami tych palców — rozumiesz — psiakrew?
— A niby tak...
— No więc też, jak się ktoś dotknie tych brzuszków, to od razu przeleci to wszystko przez palce, dłoń się ściśnie, skuli się, jak nieprzymierzając ten jeż na drodze, i nic się nie stanie, bo od razu paluchy w pięść — a taki Moskal to głupi — zawsze uchlany: ściągnie but, ciśnie go daleko gdzieś w kąt, a potem chciałby, żeby but do niego sam przyszedł — ha, ha, ha — rozśmiał się — więc widzisz durniu: ta ich forpoczta to daleko wyrzucony but, a jak my go zabierzemy, to nikt nie będzie nic wiedział, a wtedy szukaj buta! Gdzie but? Niema buta! Ha, ha, ha! Zrozumiałeś durniu? A w tym bucie i rozkazy i dyżury, ba, nawet plany rozmieszczenia wojską — czegoż Ty w tym bucie nie znajdziesz!
Kasper Kruk i Jędroch i Skowron pilnie się przysłuchiwali wywodom Grzeli, który już był służył w autryackiem wojsku, a w kamieniołomach tyrolskich nawet po włosku kląć się nauczył.
Porca Madonna! zaklął Grzela — jak taki but zobaczysz, to podpełznij na brzuchu i dalej za gardło, albo lepiej — obłap za nogi, pociągnij i wywal w znak — porca Madonna! Ponimajut? i huknął pięścią olbrzymiego Kubę w plecy, aż ten stęknął...
Ale Kuba był jakiś roztargniony, nie zauważył nawet dosadnie przyjacielskiej rady — markotno mu się zrobiło, bo zauważył, że z jego magierki przez nieostrożność wódka się wylała.
— Pociotku! łypnął oczyma na swego towarzysza Wojtka Cylkę — daj mi tam łyk jeden z twojej blaszanki.
Cylka milcząc podał mu flaszkę, Kuba zrobił porządny łyk, otarł gębę rękawem i spojrzał z podełba na Wojtka.
— Coś jesteś markotny — zauważył.
— Psie muchy go opadły, śmiał się Grzela Parchaniak — to panicz z pszennej mąki...
— No! chłopcy — Oksza, który opodal siedział, zerwał się nagle — w drogę — nim noc zapadnie! Kazał sobie pokazać rewolwery, czy były w porządku, obejrzał ładunki, zbadał na paznogciu ostrze krótkich a szerokich puginałów, jakimi na własny koszt całą kompanię był zaopatrzył, a były ostre, jak brzytwy — zamyślił się na chwilę, a potem rzekł:
— Idziecie z własnej woli, nikt was do tego nie zmuszał — bo nasza droga albo wprost do piekła, albo do nieba, jak któremu z nas — nadziei mało, żebyśmy żywcem wrócili: to tak, jakbyśmy bitwę wygrali.
Wystąpił nagle z szeregu Wojtek Cylka:
— Jeśli pan porucznik pozwoli, to ja poprowadzę, ja tę okolicę znam — ja tu stąd pochodzę.
Oksza spojrzał nagle na Wojtka — kiedy i gdzie on go już widział? I przyłapał się teraz na tem, że już od dłuższego czasu, ile razy nań spojrzał, biedził się nad tem, że to przecież jakaś znajoma twarz, a ile razy zwrócił nań oczy, zdawało mu się, że te oczy przewiercają go wskróś, że na dnie duszy jego rozgrzebują jakieś zastygłe popielisko, by coś z niego wydobyć na wierzch...
— Jakto? Tyś z tych okolic? zapytał niepewnie.
— Tu stąd o jakie dwie mile wieś Trzaski, tam byłem służącym u pana Janusza Godziemby...
Oksza uczuł zimny, przeszywający mróz wzdłuż całego ciała, skostniał, chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie, patrzył przed się niewidzącemi oczyma, bo ślepił go straszliwy pożar, w którym mu nagle cały świat stanął. Zmuszał się, by onemu człowiekowi, który do niego mówił, spojrzeć w oczy, ale wzrok jego błądzić jął znowu po głębokich żlebach, wdzierać się na wysokie przełęcze, piąć się po niebotycznej szyji jakiejś girafy, osiadał na grzbiecie przedpotopowego mamuta — aż hen ku podnóża onego ostatniego szczytu, gdzie leżał ów ruchomy kamień...
On ruchomy kamień!
Przez chwilę zaległa głucha cisza.
Oksza ścierpł cały. Było to, jak gdyby był lufą karabinową, którą nieznana mu siła kierowała to na lewo, to na prawo, to wyżej, to niżej, aż wreszcie ujrzał swój cel:
Spotkały się ich oczy i tak się z sobą zwarły i sprzęgły, że zdawało się, iż to dwie pary ramion się wzajem chwyciły w zaciekłem pragnieniu: kto kogo zmoże?!
Aha! To ten sam Wojtek, sługa, przyjaciel, towarzysz Janusza, który go ongi był pochwycił za ramiona i syknął mu w oczy: Zbrodniarzu — wtedy — wtedy — gdy świat cały rozwył się jękiem niewiasty w strasznej żałobie — niewiasty, której przyniósł wieść, że mąż jej stoczył się w przepaść z ruchomego kamienia... aha! świat cały rozwył się krzykiem żałobnej niewiasty: przeklęty zbrodniarzu!
Jakiś chropowaty, głuchy, złowrogi głos przerwał nagle milczenie:
— Ja tu z tych okolic...
Oksza oprzytomniał nagle:
— Doskonale się składa — uśmiechnął się nieswojo, bo go mroźne, zimne dreszcze przelatywały i cały, jakby był ścierpł i skostniał.
— A — a — przecież to wojna — prawda! — w wojnie rozmaite wypadki zachodzą — zmiarkował nagle, że bredzi — i całkiem się opamiętał — było, jakby mgła z oczu jego opadła, a z mózgu zwaliła się ciężka chmura.
— Czemuś dawniej o tem nie mówił? zapytał wyniośle, i zimno i spokojnie spojrzał na Wojtka.
— Bo mnie nikt o to nie pytał!
Jak to Wojtek powiedział? Hardo? Nie, nie — raczej pokornie.
— To ty z tych okolic — doskonale — doskonale się składa — jak się ta wieś nazywa? Trzaski? Trzaski powiedziałeś.
— Tak — Trzaski — i tam najrychlej na nieprzyjaciela natkniemy.
— A więc w drogę! Oksza już całkiem opanowany, bo uprzytomnił sobie, że Pan stworzył wojnę, aby każden w krwi został oczyszczon z swych zbrodni i wywyższony w swych cnotach.
Szli długą chwilę w wysokiej trawie i zielsku, które im po ramiona sięgało, ale szli raźnie, bo grunt był wprawdzie miękki, uginał się pod ich ciężarem, ale ich niósł.
Teraz weszli na torfowisko.
Z jednej i drugiej strony głębokie rowy, z których już dawno torf wydobyto, teraz wodą zalane, a między jednym i drugim wązka i niebezpieczna ścieżka, bo grunt się pod nogami obsuwał, a każdy ślad stopy w tej chwili wodą naciekał.
Szli z największą ostrożnością, bo co chwilę któryś z nich wpadał w lepką, kruchymi korzeniami pogniłych roślin zaledwie zespojoną ziemię: wyciągnął jedną nogę z moczaru, to grzązł tem głębiej tą, na której ciężar całego ciała spoczywał. A ścieżka stawała się coraz węższą, tak, że w końcu trzeba było się na brzuchu czołgać.
Natknęli na poprzeczny rów, gęsto zielskiem zarosły.
Przystanęli.
Oksza wiedział, że Wojtek doskonale musiał być obeznany z tymi przeklętymi moczarami, że bez wielkiego trudu znalazłby jakieś obejście, jakąś inną i bezpieczniejszą drogę, ale Okszy w głowie pomieścić się nie chciało, by jego mógł Wojtek Cylka — ten sam Wojtek — prowadzić. Przecież nie z Wojtkiem, tylko z samym Panem Zastępów zawarł był przymierze, mocą którego nikt siedmioraką śmiercią karan nie będzie za śmierć jego.
— Stój na brzegu i trzymaj mnie za rękę, rozkazał i zsunął się w rów, ale w tej chwili uczuł, że się zapada.
Wojtek zaszył się ostrożnie nogami w brzeg rowu i krzepką dłonią wyciągnął oficera.
— Tędy nie można, mruknął — to są zapadliska — tu moglibyśmy wszyscy potonąć.
Szli wzdłuż rowu i dostali się na małą oazę, gdzie już twardszy grunt pod nogami uczuli.
Oksza ściągnął buty, wylał z nich czarną, gęstą wodę wdział je z powrotem w ciężkim trudzie, aliście zaledwie parę kroków naprzód zrobili, rozpoczęła się na nowo ciężka mitręga.
— Naprzód chłopcy — naprzód! wołał podniecony gorączką — ale zaledwie to powiedział, zapadł się po pas w zdradzieckiem, zielskiem porosłem trzęsawisku.
Rzucili mu się na ratunek, który był nieskończenie trudny, bo sami się zapadali.
Tylko Wojtek nie tracił przytomności: z niesłychaną zręcznością i wprawą wyciągał jednego po drugim:
— Nie tędy droga, warknął, tu się potopita, jak szczeniaki.
— Prowadź! zawołał ochryple Oksza — krew mu napłynęła do oczu, bo zdawało mu się, że Wojtek szyderczo się uśmiecha — ale nie! mylił się: twarz Wojtka była spokojna i zatroskana.
Wojtek położył się na brzuchu — macał rękoma, wgniatał je w lepką ziemię, podnosił się na kolanach, wgniatał jeszcze raz kolana w moczar, a potem dopiero stawał na nogi, huśtał się chwilę i dopiero szedł dalej i znowu powtarzał ten sam manewr: wprawne jego, z tajemnicami moczarów i bagien zżyte oko dostrzegło rodzaj wązkiej tamy. — Co chwilę przystawał, wydawał rozkazy, które się Okszy obelżywymi policzkami wydawały, aż wreszcie doszedł do miejsca, w którem rów już widocznie przyschnął, bo nie był głęboki, a niska trawa wskazywała, że grunt się utrwalił.
Te kilkaset metrów szli co najmniej godzinę.
— Spocząć! rozkazał Oksza.
— A to dyabli nadali! mruknął Grzela Parchaniak — ale przynajmniej ciepło — pot lał się z niego strumieniami — tu się człowiek do cna z wszystkich grzechów wypoci — Porca Madonna!
— Pociotku! łyk wódki, szepnął Kuba błagalnie i trącił ramieniem Wojtka. Wojtek podał mu swoją manierkę — miał ochotę zapalić papierosa, ale w sam raz sobie przypomniał, że nie można zapalać, bo już się ściemniało.
Oksza szalał z bezsilnej wściekłości — jeszcze miał się w swej mocy, ale zupełnie nie pojmował, co się z nim dzieje. Chwytał go bezustannie jakiś szał zapamiętałej złości na tego chama, który jak najwidoczniej sobie z niego kpił. To znowu palił go hańbiący wstyd, że jest teraz już całkiem zdany na łaskę i niełaskę Wojtka — charczało w nim i skowyczało coś: Zbrodniarzu! Zbrodniarzu! To znowu jakieś kamienne przerażenie — nie! nie kamienne — ten ruchomy kamień dawno się już zwalił w najgłębsze czeluście przepaści razem z Januszem — jak on się tylko zwał? aha! Godziemba! Godziemba! — a więc nie kamienne przerażenie, tylko takie, które jakoby było elektrycznością naładowane i włosy mu na głowie jeżyło, paraliżowało mu członki, tak, że zdawało mu się, iżby teraz kroku naprzód nie mógł zrobić.
A nagle zapadł w ciężką, pokorną zadumę.
— Nie zdzierżę Panie! Zawarłem z Tobą harde przymierze — nie! nie! całkiem nie harde — przeciwnie: bardzo pokorne: uległem woli Pana! On stworzył wojnę, bo w wojnie szuka duszy człowieczej z ręki człowieka — czemużby tym człowiekiem nie mógł być Wojtek? — Wojtek! który widział swoją panią w ciężkiej żałobie i słyszał, jak krzykiem jej cały świat się rozwył: Zbrodniarzu!
Przyłasiła się do jego serca ta rozkoszna myśl, że Pan na jego duszy mógłby poszukiwać zemsty z rąk Wojtka.
— Panie poruczniku!
Oksza słyszał czyjś głos, ale już go nic nie straszyło, ani przerażało, bo w tępem pragnieniu wyzwolenia czekał na onego, który na jego duszy miał pomsty szukać.
— Panie poruczniku!
Przez grubą mgłę w ciężkich gorączkowych snach kłębiącego się mózgu, przedarł się wreszcie głos Wojtka do onych ciałek nerwowych, które wiecznie czuwają:
— Aha! To ty Wojtek!
Słyszał teraz dokładnie:
— Jesteśmy na dobrej drodze — natrafiłem na świeże kupy torfu — rowy nie głębokie, trzeba będzie brnąć po kolana, ale nie wyżej.
Tak! to istotnie Wojtek, którego był wysłał przed godziną na zwiady, teraz zdawał raport.
— A do Trzask daleko? zapytał nagle chciwym lękiem.
— Mila —
— A — potem?
Oksza ocknął się nagle — chciał o coś zapytać, tysiące pytań miał na języku — ale o wszystkiem zapomniał — wgniótł pamięć swoją w jakąś plugawą bajorę, by się z niej już wydostać nie mogła.
— Prowadź! charknął. — W drogę! Reszta żołnierzy zerwała się z ziemi.
Wojtek prowadził.
Zaledwie uszli parę stai, wleźli w wodę, widocznie świeżo z jakiegoś rowu wypuszczoną i rozlaną na małej łączce.
Grzela klął co chwila po cichu swoje ulubione „Porca Madonna“, Kuba rozważał, że choć woda i poza kolana sięga, to w każdym razie ma się grunt pod nogami, a Kasper Kruk pouczał Jędrocha Srokę cichym szeptem:
Słuchaj Jędroch: z śmiercią to jest tak: uważaj bacznie, by za tobą nie łaziła — to taka psiakrew podstępna, chyci cię z tyłu za kark — a tak taczką będzie za tobą jeździć — firut — firut — nie uciekniesz przed nią, żebyś się i pod ziemię skrył, to na nic! I uważaj, żebyś się o nią nie ocierał, bo ci tak stoi przy drodze, niby wierzba, niby Boża Męka — to się tylko zaśmieje, skubnie cię za rękaw — i już wszystko przepadło — jedyna rada, to zważać, by ją puścić naprzód, bo widzisz skąd idzie i kędy idzie — i wtedy puszczaj śmierć naprzód!
Chciwemi, łapczywemi uszami słuchał Oksza tych wywodów. Tak! tak! Trzeba zawsze śmierć puścić naprzód — niech ona prowadzi. Był zdumiony głębokością tego spostrzeżenia, chociaż nie zdołał zrozumieć, na czem polegała jego głębokość.
A równocześnie zauważył z głębokim niepokojem, że myśli jego się plączą, stają się dziwnie rozbieżne i w żaden sposób ich skupić nie może.
Miał wrażenie, że jest na jakimś wysokim szczycie: raz po raz tonął całkiem w oceanie grubej mgły i na jeden krok przed sobą nic nie widział — raz po raz rozrywały się na chwilę ciężkie zwały mgieł, i widział jak przez wązkie okienko, wykrawek piętrzących się wokół niego gór, i znowu nic: tylko mgły. A przecież na to się wdzierał w straszliwym trudzie, by ujrzeć ten ruchomy kamień na szczycie, jak się z Januszem w przepaść stacza — a może to była właśnie ta śmierć, którą trzeba naprzód puścić, by sama prowadziła i nie mogła znienacka z tyłu człowieka pochwycić?
— Teraz dostaniemy się na drogę, szepnął Wojtek.
Szept Wojtka w tem ciężkiem milczeniu rozświetlił grube opony mgieł.
Oksza oprzytomniał.
Dostali się istotnie na szeroką miedzę, suchą jak pieprz, choć co prawda miałką, jak głęboki dywan perski.
Oksza już teraz Wojtka o nic nie pytał.
Puścił śmierć naprzód.
To już był powinien dawno zrobić.
Przecież nigdy się za niczem tak nie ubiegał, jak właśnie za tem, co było dlań najodleglejszem — by to osiągnąć, nawet przed żadną i najpotworniejszą zbrodnią nie byłby się cofnął — przecież już nawet ją był popełnił — zatrząsł się cały: znowu zamajaczyły mu się kontury gór, głębie przepaści, strome szczyty: zamykał gwałtownie w sobie oczy, by na to całkiem oślepnąć, ale na próżno...
W mózgu jego powstała jakaś dziwna plątanina linii, kształtów, barw, roztoczy ognia i zmierzchów — zamknął okna duszy, a oczy jego wybiegały na strome szczyty — zdawały się już być ślepe, a widział dokładnie u stóp swoich bezdenne przepaści i widział on ruchomy kamień, który się zwalił pod ciężarem Janusza, a który on był pchnął w dół — całkiem a całkiem temu przypadkowi nie winien — widział go, jak leci w przepaść — ale dziwne: nie jako jakiś ciężar — przeciwnie: gdyby jakiś glob niebieski podlegający wszelkim prawom, jakim każde ciało niebieskie podlega — i to nie! ów kamień, czy też glob dostał się w tej bezdennej przepaści na jakiś punkt, w którym się siły przyciągające nawzajem znoszą — więc widział go, jak leciał w dół i wybiegał pod górę, znowu opuszczał się w dół i z nieubłaganą pewnością znowu się podnosił, a na tym huśtającym się kamieniu, czy też globie niebieskim siedział Janusz Godziemba i patrzył bezustannie na niego w głuchem, ponurem skupieniu, a na krawędzi bezdennego leju, w którym się ten dziwaczny cud odbywał, leżała żałobą okryta niewiasta i wyciągała rozpacznie ręce za onym człowiekiem, który raz po raz znikał i znowu się ukazywał — a nie patrzył on człowiek na oną niewiastę w rozpaczy, tylko bezustannie na niego, a każde jego spojrzenie, to szarpiący odłamek szrapnelu: cała dusza jego z tysiąca ran broczyła...
Oksza wił się z bólu: ta potworna wizya do obłędu go doprowadzała.
Zawstydził się nagle; bo to najodleglejsze, za czem tak gonił, to, co mu się zdawało spoczywać na ostatnich krańcach świata — stało mu się nagle najbliższem i najuchwytniejszym celem: Smierć!
Dlatego puścił ją naprzód, by mógł każdy jej krok śledzić, by nie potrzebowała być podstępną kotką, która się z nim — biedną myszą, pocącą się w śmiertelnej trwodze — mogła w chytrej igraszce zabawiać.
I rad był i szczęśliw, że do tego stopnia wyniszczył piekielny ogień w jego duszy wszelkie zachowawcze instynkty i tak w nim doszczętnie wszelkie podstawy i pragnienia życia zburzył, że się nagle w nim cała tajemnica i piękność Wojny odsłoniła....
Tak! ujrzał ją nagle tę wielką piękność!
A tkwi ona w tej mocarnej, pogardliwej sile, z jaką człowiek śmierci bezustannie w oczy patrzy, z dumną i świętą powagą ją naprzód puszcza i na to nie zezwala, by go znienacka opadła, i wielkiego Kaina przed tą największą zbrodnią chroni, iżby się jej mocy lękał i w tchórzliwym strachu przed nią się krył.
Bóg łaskawie, czy też w wielkim gniewie, zabijać go nie pozwolił, ale on zmógł Boga, bo Śmierć sam miał teraz w swej Mocy.
Oksza zatrząsł się z radości. Nigdy nie zaznał jeszcze takiego rozkosznego poczucia mocy i pewności siebie, jak w tej chwili. Czuł się, jakby tysiąckrotnie spotęgowanym, wyrosłym ponad miarę ludzką: nie istniało już dla niego żadne niebezpieczeństwo, nie rozumiał, że mógł kiedykolwiek odczuć jakieś znużenie, że mógłby się poddać jakiemuś wyczerpaniu — teraz on był tu wszechwładnym panem i wodzem.
I odczuwał w pobliżu Trzaski — tego mu Wojtek mówić nie potrzebował — dawną siedzibę Janusza Godziemby, który teraz daleko w alpejskiej przepaści harcuje na globie-kamieniu, który się był oberwał — Trzaski teraz ważna kwatera nieprzyjacielskiej forpoczty.
Nie mylił się: bo nagle rozlał się szeroki strumień światła: to polowy reflektor obszukiwał pobliskie moczary.
Nie trzeba było rozkazu: cała gromada leżała z zapartym oddechem na ziemi, jakby w nią wrosła.
Potop światła spoczywał czas jakiś na nich, ale widocznie musieli się wydać kupkami błota, bo światło po nich przepełzło zwróciło się w inną stronę — a potem zgasło.
Oksza, jakby się w nowego człowieka był przedzierżgnął: był zimny, spokojny i przedziwna jasność rozpaliła się w jego mózgu: stał się jedną, nadmiernie skupioną uwagą, jednem ponad miarę ludzką wytężonem okiem, które najgrubsze ciemności przedziera, a w łudzącem, majaczącem świetle jak najdokładniej każdy przedmiot rozeznaje.
Ujrzał w dali czarną masę zabudowań — to Trzaski — a w niewielkiej odległości cienie ludzkie: to podwójne posterunki, strzegące zarówno kwatery, jak i przejść, prowadzących na moczary, torfowiska i bachorza.
Szybko dał rozkazy: poszli w rozsypkę, ale tak, by związku z sobą nie tracić i na umówiony sygnał znowu w jedną gromadę się zebrać — a sam czołgał się z niezmierną ostrożnością w stronę, gdzie był przed chwilą ujrzał jakiś cień ludzki.
Teraz mignęło małe światełko: widocznie patrol mimo surowego rozkazu, papierosa zapalił — podciągając się jednym długim ruchem, jak pływak w wodzie, przeciągnął się o całą długość swego ciała.
Powtórzył raz, drugi i trzeci i dziesiąty ten sam ruch i podpełzł już tak blisko swej ofiary, że żołdak nagle niespokojnie się obrócił w stronę, z której jakoby jakiś szmer pochwycił, nadsłuchiwał chwilę i wpatrywał się bacznie w ciemną przestrzeń, sięgnął do kieszeni, widocznie by wyciągnąć elektryczną latarkę, i z tej właśnie chwili skorzystał Oksza, zerwał się nagle z ziemi, kilku ogromnymi susami dopadł żołnierza, wywalił go w znak, chwycił za gardło, ale ogromne chłopisko poczęło się rozpaczliwie bronić.
I tak się w cichości szamotali ze sobą, bo Oksza zdążył zapchać żołdakowi jamę ustną lepkiem błotem, tarzali się po ziemi — już się Oksza wydostał na wierzch, już zaczął kolanami wgniatać się w brzuch wroga, coraz głębiej zapuszczał szpony swych stalowych, wązkich palców w gardło tamtego, gdy tenże w nagłym skurczu wygiął się w pałąk, zrzucił Okszę z siebie, wgniótł go w ziemię ogromnym ciężarem swego cielska, a nagle posłyszał Oksza zdławione przekleństwo: strumień krwi obluzgał mu twarz i w tej chwili uczuł się wolnym.
Widział niejasno, jak Wojtek pochylony nad żołnierzem wyciągał z jego karku nóż i obcierał go mundurem z krwi.
— Nic się panu nie stało? pytał Wojtek obojętnie.
Oksza zawrzał wściekłym gniewem.
— Czym cię wołał na pomoc?
— Pan nie! wycedził Wojtek, ale świętej pamięci pan Janusz ostrzegł mnie, że panu grozi niebezpieczeństwo.
Okszę ciarki przeszły, chciał coś powiedzieć, rzucić się na Wojtka, ale w tej chwili obejrzała się za nim Śmierć, którą był naprzód puścił, więc milczał i baczył tylko najpilniej, by jej z oczu nie stracić.
Jedno mu tylko do żywego dojmowało: zdawało mu się, że ciągle słyszy jakiś głuchy, podziemny, szyderczy śmiech wokół siebie — obejrzał się — ale widocznie całe powietrze śmiało się tem stłumionem szyderstwem, bo słyszał je z wszystkich stron.
To Janusz się śmieje! pomyślał rozpacznie i w tej samej chwili posłyszał niewyraźny szelest, jakby ktoś w pobliżu na suchą gałęź nadeptał, i równocześnie wyłoniła się niewyraźna masa, jakby się ciemność w tem miejscu jeszcze więcej zgęściła.
Jak opętany rzucił się Oksza w tę stronę — błyskawicznym ruchem wyciągnął rewolwer:
Żołnierz oszołomiony, zgłupiały rzucił karabin, ale jakby się nagle opamiętał, zrobił nagły ruch — przeczuł go już jednak Oksza w nadmiernej jasności swego mózgu, bo z całej siły, jak piorunem grzmotnął go stalową rękojeścią ciężkiego rewolweru między oczy — bo ta sama nadmierna jasność nie pozwalała mu strzelać, by nie wszcząć alarmu.
Chłop się zatoczył, podniósł odruchem ramię do oczu, a nagle jak ścięty runął na ziemię.
To Wojtek znowu z tyłu go powalił i z zdumiewającą zręcznością usta mu zakneblował.
— Co z nim zrobić?! szepnął.
— Rzuć go w przepaść! syknął Oksza.
— Niema ruchomego kamienia w pobliżu! — znowu posłyszał Oksza ten sam szatański zgrzyt szyderczego śmiechu.
Teraz czuł dokładnie, że każden włos na jego głowie jeży się z przerażenia, ale nie miał czasu mu się poddawać, bo śmierć, którą puścił naprzód, wyczekiwała niecierpliwie.
— Co z nim zrobić? powtórzył Wojtek, ale tym razem wyczuł Oksza, jakby wzgardliwą niecierpliwość, szyderski zgrzyt w głosie Wojtka, ale nic nie odpowiedział, uczuł tylko wstręt i obrzydzenie, jakby mu ktoś przemocą splugawiony gałgan wtłaczał do gardła.
— Skończ już raz! zaświszczał mu własny głos w uszach.
— Już się załatwiłem — zaśmiał się Wojtek i schował okrwawiony nóż za cholewę — tu niema ani przepaści, ani ruchomego kamienia, a nieboszczyk pan Janusz kazał mi dzisiaj we śnie was strzedz, jak własnego oka.
I zdawało się Okszy, że teraz całe piekło zarzechotało straszliwym, plugawym śmiechem, ale zaraz ochłonął, bo posłyszał głos derkacza: to sygnał Grzeli, a potem różnego ptactwa wodnego, to sygnały reszty towarzyszy — a na wszystkie odpowiedział.
Zdumiewające, że tak doskonale głosy ptactwa rozmaitego naśladuje — i był głęboko uradowany, że się tak wszystko pięknie składa i wszyscy się odnaleźli.
— Na takiej piekielnie niebezpiecznej wyprawie jeńców się nie robi — tłómaczył się z cicha Grzela — ta! nie szkodzi, boć i łotrom obiecany jest raj — porca Madonna — zaklął i splunął.
— Z śmiercią jest tak — pouczał Kruk — dla siebie trzeba ją naprzód puścić, a dla innych w tyle zostawić.
— Tak jest! przytakiwał Jędroch Sroka — by one kruki i wrony też jakowyś żer miały.
Tylko Kuba Górny był markotny, jako że mu w gardle wyschło, ale ponieważ o mało co nie przewalił się o olbrzymie cielsko żołnierza, którego Wojtek, dziobnąwszy go ostrzem noża, do wieczności przeniósł — namacał przy tej sposobności na wiele obiecującą manierkę, więc wraz poweselał.
— Tu w bok! szepnął Wojtek — Trzaski tuż — tuż — obejdziemy dookoła między stodołą a stajnią wązki rów — tamtędy się wkradniemy w podwórze i będzie wesele.
— Naprzód chłopcy! Duszę Okszy przepełniała jakaś buńczuczna harda i junacka siła, jakiemś wielkiem weselem rozśpiewana buta, bo otoć podał Pan pod moc jego nieprzyjacioły, aby je z tej ziemi zgładził, i jako wstrętne robactwo wyniszczył.
Szli pijani zapachem świeżej krwi człowieczej, obładowani rewolwerami i amunicyą zabitych patroli, szli szybko, ale z największą ostrożnością, a tak byli rozbawieni, jak stado psotnych uczniaków, którzy pragną tylko jakiś figiel spłatać, a żadnej, ale to żadnej powagi, ani trwogi w nich nie było, tylko ogromne pragnienie użycia, ale już nie chytrze i z nienacka, tylko szeroko, zamaszyście: taki sobie krwawy taniec na sklepisku widnej stodoły...
Już majaczyły w przeczuć dającym się brzasku zabudowania dworskie.
Przed nim długi wyciągnięty mur.
— To gumna! szepnął Wojtek.
I zaraz przypomniał sobie Oksza, co już niedawno był widział, że ziemia swe usta otworzyła i przyjmuje krew całego stworzenia, że on to zwalił kamień żywota w głęboką przepaść — że nie jest już tułaczem na tej ziemi — wodzem jest, któremu dano wszcząć niszczenie tworu całego:
On Kain — Wojna! Kain — Wódz!
Spojrzał groźnie na Wojtka:
— Kto tu dowodzi? ty czy ja?
— Pan Janusz! świętej pamięci pan Janusz! odparł hardo Wojtek.
I już miał się Oksza w dzikiej, bezpamiętnej wściekłości rzucić na Wojtka, zgnieść, zdusić tę krtań, przez którą te sromotne słowa przedostać się mogły, ale ujrzał znowu niecierpliwie wyczekującą Śmierć: dość już jej było tego czekania na tego, który ją tak hardo puścił naprzód.
— Ty pójdziesz z Sroką i Krukiem tym rowem między dwoma zabudowaniami — ja z Kubą i Grzelą przez bramę — rozumiesz?
Wreszcie zatryumfował nad Wojtkiem, zmusił posłuchać go jego rozkazu...
— Posłyszysz wystrzał, wpadniesz na podwórzec!
Rozstali się, jako był Oksza przykazał.
Upiorny ciężar spadł mu z serca: teraz przynajmniej na chwilę pozbył się Wojtka. Chciał go się wprawdzie jeszcze zapytać, czy żona Janusza bytuje jeszcze w tym dworze, ale to już całkiem niepotrzebne pytanie — bo jeżeli Tego nie było, za którego śmierć miał zostać tułaczem na tej ziemi, a przeciwnie został wodzem i płonącą żagwią Wojny, to już wszystko obojętne.
Rozparł się zwycięzki i znowu gorącem światłem nieznana jasność buchnęła w jego mózgu.
— Na ziemię! bramy będzie pewno straż strzegła — szepnął cicho — rewolwerem bez pardonu!
Pełzli chwilę.
Przy bramie stało dwóch sołdatów.
Chwila zapartego oddechu — a nagle jednym skokiem rzucił się Oksza gołemi rękoma na najbliższego — zaczem tenże oprzytomnieć zdołał, już widział przed sobą lufę rewolweru:
— Otwórz natychmiast bramę!
Chłop, jak spiorunowany, wyciągnął klucz.
— Bóg i dla łotrów miłosierny, stęknął Grzela i wyciągnął nóż z karku drugiego sołdata, który rzężąc i krwią żygając, zwalił się na ziemię.
Porca Madonna! Żem też rzeźnikiem nie został! splunął.
Chłop, mający otworzyć bramę zawahał się chwilę. —
Rozległ się strzał — chłopisko runęło.
— A widzisz, pomyślał Oksza — trzeba ci tego było?
Górny z Grzelą otworzyli, a raczej wywalili bramę.
Na szerokiem podwórzu spoczywało kilkunastu żołnierzy — a ponieważ mieli być gotowi rano do wymarszu, więc leżeli naokoło nawpół już zagasłego ogniska, które wieczorem podczas zajęcia Trzask rozpalili.
Na odgłos wystrzału kilku z nich się zerwało — powstał popłoch i zamieszanie — w tej samej chwili wpadł z jednej strony przez bramę Oksza z Górnym i Grzelą — z drugiej z tyłu poprzez rów, prowadzący popod stajnię, Wojtek z Krukiem i Sroką — posypały się strzały — żołnierze zaczęli się rozbiegać, szukając kryjówek, z dworu wybiegł nawpół ubrany oficer z rewolwerem w ręku, dał kilka głośnych rozkazów, kilku żołnierzy podbiegło ku niemu a równocześnie posypał się z obór i stajen grad kul ukrytych tam żołdaków.
Okszy na chwilę pociemniało w oczach — a nagle z rozjuszoną wściekłością wyrwał szablę, rzucił się na oficera, otoczonego garścią żołnierzy — kule świstały wokół niego, ale żadna się Kaina-tułacza na ziemi nie imała. — Widział, jak jakiś żołnierz w obronie oficera nadstawił bagnet, ciął go daleko wyciągniętem ramieniem, inny nie zdążył wymierzyć, a już legł z rozpłataną czaszką — już się skrzyżowała jego szabla z szablą dziwnie krzepkiego oficera, rozpoczęła się zaciekła walka. Oksza poczuł, że krew mu po twarzy ścieka, zawrzało w nim: jedno gwałtowne cięcie, a szabla oficera, wytrącona z ręki, wyprysła w górę, jeszcze jedno gwałtowniejsze cięcie: oficer się zachwiał, krew strumieniem buchnęła z rozpłatanej piersi — wyciągnął ramiona w górę i padł na wznak.
Ale Oksza nie troszczył się już o niego — ujrzał uciekającego sołdata, puścił się za nim, kule świstały wokół niego, na nic nie zważał, dopadł go wreszcie, nie zważał na błagalnie wyciągnięte ramiona: nie było w nim ani litości, ani pardonu, bo był przez Pana pomazany, by niósł zagładę i zniszczenie.
Nagle opamiętał się: śmierć, którą puścił naprzód, znikła mu nagle z oczu — widział natomiast kilka trupów rozciągniętych na ziemi — a między nimi ujrzał Wojtka. — Chwilę popatrzył skamieniały — odetchnął głęboko, czuł, jakby się jakiś straszny ciężar z jego duszy uwalniał i staczał w jakowąś przepaść, ale nic nie wiedział, coby to było — podszedł bliżej, patrzył w szeroko rozwarte, bielmem zaszłe oczy Wojtka i nijako się od nich oderwać nie mógł — bo te oczy wydały mu się nagle czelustną przepaścią, taką samiuteńką, w jaką się ów ruchomy kamień był zwalił i znowu ujrzał potworną wizyę: ów kamień — glob niebieski, który wzlatał w górę i znowu opadał w dół — i znowu się ukazywał — a na tym huśtającym się kamieniu, czy globie siedział Janusz Godziemba i patrzył nań bezustannie z jakimś straszliwym, złowrogim wyrzutem.
To nie ja! To On! krzyknął nagle przeraźliwym głosem oszalałej radości.
Bo na tym globie nie siedział Janusz — nie! gdzież tam: to był jakiś potworny, chimeryczny symbol całej ludzkości, rozszarpującej się w rozjuszonym obłędzie w kawały, wijącej się w straszliwych konwulsyach bólu, gniewu i zawiści.
To nie on, Oksza, strącił ten ruchomy kamień — moc jego nie równała się tej, która zdołała glob niebieski strącić w tę piekielną otchłań — tylko On jeden, On, którego imienia ani ogarnąć, ani nawet wymówić nie wolno, zdołał to zrobić — zdołał strącić w przepastne odmęty on ruchomy kamień — glob ziemski.
Głębiej jeszcze odetchnął i poczuł większe jeszcze wyzwolenie a zarazem wstyd i upokorzenie:
Jak śmiał sobie w zuchwałej pysze przypisywać tę moc, by mógł kamień ów ruszyć i wtrącić go w przepaść — on robak — on proch marny — on niedołężny atom, który teraz gdzieś w odmętach czeluści wiruje! Jak mógł się ośmielić, próbować wziąść na swe barki krzyż zbrodni i grzechów całej ludzkości i chcieć się Bogu równać!
I bił się pokornie w piersi:
— Wybacz mi, Ty Niepojęty, Ty Nieogarniony, Ty Niewysłowiony, żem poczuwał się do ogromu zbrodni ponad miarę ludzkiej mocy, aby stać się uczestnikiem onej boskiej mocy, która globy ziemskie z ich niezmiennych torów w przepaść wrzucać i nimi, gdyby piłkami igrać może!
Dawno już ucichł zgiełk i zamęt i gniew krótkiej a rozjuszonej walki.
Ktoś do niego przemawiał i obejmował go, bu już miało się ku wieczorowi — tak mu po głowie chodziło — a syn człowieczy był śmiertelnie znużony i broczył krwią z kilku ciężkich ran.
Porca Madonna! Aha! to Grzela... oprzytomniał — teraz już oczy Wojtka, które gdyby chciwe wędki o duszę jego się zahaczyły, puściły go na wolność — teraz był wyzwolony...
— A to psie krwie pana poharatali! słyszał to dokładnie jakby głos ludzki — i najwidoczniej Grzeli — ale coś, jakby z innego świata...
Ciężkiemi chmurami zaciągnięte niebo świadomości Okszy zwolna na chwilę przecierać się jęło.
Przynajmniej miał teraz jakieś oparcie — Grzela z Górnym podciągnęli go pod stodołę i złożyli na snopku żyta:
— Wyżej!
Podłożyli mu pod głowę jeszcze jeden snopek....
W Okszy rozigrał się ostatnimi odruchami — wódz...
Ale ponieważ trudno mu było głosu dobyć, więc mówił oczyma.
Grzela wszystko rozumiał.
— Sroka poleciał do najbliższego posterunku — Wojtek, Kruk zabici — psiarstwo, co nie wyginęło, to tam spętane leży.
Oksza powiódł oczyma: w pobliżu leżało kilku skrępowanych sołdatów, ale to już mu całkiem było obojętne, bo widział, jak śmierć, którą był przed chwilą z oczu stracił przykucnęła cicho opodal niego, ale już cierpliwa, spokojnie czekająca.
I uradował się w sercu swojem, albowiem wiedział, że śmierć jego przez Pana siedmiokroć razy pomszczoną zostanie.
Przymknął oczy i jął na nowo wędrować po szczytach, turniach iglastych, aż do onego miejsca, z którego nad czelustną przepaścią on ruchomy kamień się zakołysał i wraz z Januszem w głębie się stoczył.
Siedział na krawędzi przepaści w przedśmiertnym lęku, bacząc, czy ów kamień się nie pokaże z Januszem, siedzącym na nim, jak to już był przywykł go widzieć.
Nic!
Jeno głucha, ciemna przepaść pod nim.
Jeno znowu nagle od strony wschodu, gdzie stał ów kamień, góry w ogniu stanęły.
I było to znowu, jakby z niewidzialnych źródeł lała się z poza turni, wierzchołków, grzbietów górskich, wśród których ponoć kiedyś zbrodnia dokonaną została — ciecz roztopionego złota w bezżarnym blasku stygnących słońc: cały świat wokół zdawał się być tym bezżarnym ogniem zajęty, a w tym blasku szła blada niewiasta w strasznej żałobie, by szukać na dnie przepastnych czeluści tego, którego on był niebacznie z urwiska strącił.
I nie widząc się, czekali razem, rychło li się ten kamień w przepastnej studni pokaże.
A świat się palił i jął ciskać rozjuszone fale ognia zemsty i potępienia, a wycie, potępieńczy skowyt, straszliwy ryk, jakby się cała ziemia na kawały rozrywała, mózg mu rozpierał i zrozumiał, że to Wojna! Wojna-Zapomnienie! Wojna-Wyzwolenie! Oszołomienie!
Czem Janusz — czem on — czem z bólu obłąkana niewiasta — czem trupy naokoło?! — otworzył nagle oczy:
Stało się coś niepojętego!
Wyprężył się ostatkiem sił i dźwignął, bo zdawało mu się, że Bóg szeptał mu do ucha: Wstań, a będziesz z trądu twego oczyszczony! — ale cud się nie spełnił — ruszyć się nie mógł, widział tylko — nie oczyma — ale całym ogromem konającej duszy widział, jak opodal z bólu obłąkana, blada niewiasta w strasznej żałobie przykucnęła nad trupem Wojtka i delikatnymi palcami zamykała powieki nad szeroko rozwartymi oczyma trupa, nad oczyma z których, choć martwe, krzyczał pozew zaciętej zemsty, boć przecież Wojtek jeden był świadkiem jego zbrodni.
Ale oczy Wojtka zawrzeć się nie chciały.
Wtedy pochyliła się nad onemi strasznemi źrenicami i pocałowała je ona żałobna niewiasta, a oczy Wojtka jeszcze raz się szerzej rozwarły a potem się cicho zamknęły.
Niewiasta, bólem żałobna, dźwignęła się ciężko z ziemi, patrzyła chwilę, czy one martwe oczy raz jeszcze się nie rozewrą — a potem zwolna odchodzić jęła.
I teraz wyrwał się straszliwy krzyk z piersi Okszy:
— To nie ja! To On! To On! Odwróć się ku mnie!
Ale napróżno ramiona wyciągał — napróżno wyrzucił wraz z krwią straszny krzyk:
— Odwróć się ku mnie! Niewiasta nie zwróciła ku niemu żałobnej twarzy — odeszła.
I nie danem mu było wstać i z trądu swego się oczyścić. I widział tylko, że ziemia swe usta otworzyła i wchłaniała krew wszelakiego stworzenia — a światło—krew jęło zwolna gasnąć, zrazu powoli — potem coraz szybciej — gwałtowny przypływ krwi-ognia cofać się począł, biegł, uciekał — a Janusza już nie było, ani żałobnej niewiasty, ani zemstą dyszącego Wojtka — wszystko zgasło i zamilkło wobec zapozwu, który go powołał przed bramę najgłębszej Tajemnicy.
A nie danem mu było wstać i z trądu swego się oczyścić.
— Zwróć się ku mnie! jęknął ostatnim tchem.
Ale niewiasta w ciężkiej żałobie, ta, która pocałunkiem swych ust powieki Wojtka zamknęła, już była odeszła z przed jego oczu i nie obejrzała się — legł cicho, bo wiedział: śmierć jego — Kaina — przez Pana pomszczoną zostanie nietylko siedmiorako, ale po koniec świata mordem, pożogą, zniszczeniem, zarazą — Wojną!
Głęboka ciemność zwaliła się upiornym ciężarem na jego duszę....







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Przybyszewski.